poniedziałek, 30 maja 2011

Tangerine Dream - Madcap's Flaming Duty



       Korzystając z urlopu i czasu choroby, która, jak co roku przykuła mnie do łóżka, obejrzałem i posłuchałem tego, co wytłoczono na tym DVD. Film nakręcono według pewnej wizji: muzycy często przebierają się w stroje z trochę starszej epoki, prawie cały materiał sprowadzono do barwy czarno-białej. Maniera ta, choć rozumiem chyba jej przesłanie, wydaje mi się na dłuższą metę dość irytująca. Oczywiście obie panie: Iris i Linda wypadają wspaniale. Pełne wdzięku ruchy Iris za bębnami i subtelna uroda Lindy urzekają. Dojrzałe piękno tych artystek to bez wątpienia atut zmieniających się w spokojnym tempie obrazów. Wokalista Chistian Hausl ma mocny i melancholijny głos niczym Brendan Perry z DCD. I podobnie śpiewa. Podoba mi się to. Thorsten Quaeschning, Bernhard Beibl tworzą tło do popisów wokalnych Hausla. Widać ich dość często, gdy kamery płynnie krążą po ciałach muzyków. Podobnie Edgar Froese, często chwyta za gitarę, czasami naciśnie coś na klawiaturze… Oczywiście rzadko to zgrywa się z obrazem, ale technika zwolnionych ujęć zastosowana została celowo, więc nie oczekuję precyzji dokumentu. Aby urozmaicić zapis studyjnego grania, artyści przebierają się do każdego utworu, przynajmniej kobiety, a poszczególni bohaterzy, co rusz pokazywani są w plenerze. Muzyka, która płynie z głośników to lekka i przyjemna produkcja, mocno nostalgiczna, odpowiednia do tekstów. W pewnym momencie przyszła mi do głowy taka myśl: kiedyś Edgarowi wystarczył jeden lub dwóch muzyków, aby tworzyć awangardę i nadawać nowy kierunek podgatunkowi muzyki rockowej, teraz potrzebuje składu sześciu osób, plus jeszcze dwóch w studio, aby grać dostępny "folk-rock". Ale nie mam pretensji. Zważywszy na śmierć Moniki i to, co wydał wcześniej, taki poziom muzykowania jest dla niego widocznie dobrym pretekstem do spełnienia się obecnie. Daje z siebie tyle, co może. Doceniam to i cieszę się, że uzbierało się tego na płytkę DVD z małym bonusem.