Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ash Ra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ash Ra. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 września 2012

Manuel Göttsching "E2-E4" na Sonic Fiction - Warszawa 08.09.2012


English version below


  Nieczęsto mi się zdarza ostatnimi laty, abym mógł na żywo posłuchać w naszym kraju muzyka tak dużego formatu. Dlatego na wieść o tym, że w warszawskim Centrum Nauki Kopernik zagra legenda EM-music, Manuel Göttsching, szybciej zabiło mi serce. Ten artysta od wielu lat kształtuje moją muzyczną wrażliwość, wydając na swoich kolejnych płytach dużo wartościowej muzyki. Niezrównany kolorysta, niedościgniony twórca gitarowych pasaży, nieraz swoją muzyką wyprzedzał innych sobie współczesnych kompozytorów muzyki elektronicznej, pokazując w jakim kierunku może ona zmierzać. Dowodem na to jest chociażby omawiany dziś materiał z płyty "E2 - E4" który był treścią koncertu. "Album nagrany już w 1981, a wydany w 1984 roku, okazał się w swojej zawartości iście rewolucyjny". Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że formuła na której był oparty, sprawdza się w obecnych czasach? Widać i słychać było to, chociażby na warszawskiej scenie Festiwalu "Przemiany". Ale o tym za chwilę...

 W sobotę 8 września dotarliśmy tam z Jackiem Drążkowskim na krótko przed dwudziestą, wysłuchawszy wcześniej podczas podróży... oczywiście "E2 - E4" i "Dream & Desire" Manuela. Choć przyjechaliśmy właściwie na ostatnia chwilę, okazało się że impreza zacznie się z co najmniej półgodzinnym poślizgiem. Nie przeszkadzało to nam specjalnie. W tym samym czasie, pod Centrum podjechał Manuel ze swoją żoną, bardzo sympatyczną panią, i zamieniliśmy z nią kilka słów. Potem spotkaliśmy wytrwałego fana, blogera Marcina Melkę, który rozmawiał ze znanymi mi z internetu kolegami: Jarkiem Wiktorowiczem i Jackiem Kursą. W miłym towarzystwie tych melomanów spędziliśmy minuty pozostałe do otwarcia. Przy wejściu okazało się, że jest całkiem spore grono osób zainteresowanych spędzeniem sobotniego wieczoru na festiwalu. Być może sprzyjał temu pobliski bufet, gdzie można było zaspokoić bardziej przyziemne pragnienie? W między czasie poznałem jeszcze kilku melomanów z forum Studio Nagrań. Występ Manuela Göttschinga poprzedzał performance dwóch duetów. Zagrali Henrik Schwarz & Bugge Wesseltoft, a po nich Jacek Sienkiewicz & Maximilian Skiba. Niemiecki tandem dał rewelacyjny spektakl, pełen swobody, jazzowych inklinacji, dynamicznych akordów. Publiczność reagowała pozytywnie, żywiołowo. Ciekawostkę stanowił fakt, iż na scenie używali oni autentycznego fortepianu, który do wielu syntetycznych brzmień dokładał swoje naturalne barwy. Po dość długiej, ponad godzinnej prezentacji zachodnich artystów, ten duży, szlachetny instrument zgrabnie ofoliowano i umiejętnie przetransportowano do miejsca swego dalszego przeznaczenia. Gdy na scenę weszło dwóch polskich muzyków, niestety poszedłem poszukać siedzącego, ciepłego miejsca  w budynku, aby zebrać siły na gwiazdę wieczoru, więc z ich muzyki niewiele pamiętam.

   Na klika minut przed wejściem na deski podium, Manuel zauważył że robię kolegom trzymającym analogowy egzemplarz "E2 - E4", zdjęcia. Spontanicznie postanowił się przyłączyć do sesji pozując do fotografii. Ten bardzo miły gest, wywarł na nas duże wrażenie. Serdeczność, która pozostaje na długo w pamięci. Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany moment. Manuel Göttsching osobiście zapowiedział że będzie grał godzinę. Z głośników popłynęły dobrze znane sekwencje z "E2 - E4". I tu kolejna miła niespodzianka ze strony artysty. Wersja koncertowa tej muzyki, została bowiem wzbogacona o dodatkowe ścieżki, co uczyniło słuchanie atrakcyjniejszym. Towarzyszył jej spektakl wizualny kolektywu artystycznego Joshua Light Show. Według mojego kolegi Jacka, wrażliwego na tę formę artystycznego przekazu, dobrze komponował się z muzyczną treścią. W pewnym momencie Manu zaimprowizował solo na klawiaturze. Muzyka nie była więc pozbawionym niespodzianek odtworzeniem znanego materiału, a stała się ciągiem brzmień nieprzewidywalnych. Audytorium słuchaczy dało upust głośnemu zadowoleniu gdy Mistrz sięgnął po swoją gitarę.  I ja bardzo się z tego ucieszyłem, gdyż, jak to już nie raz powiedziałem, uważam że Manuel Göttsching jest najlepszym gitarzystą na świecie. I nie chodzi mi tu o rekordy w biciu szybkości grania, czy jakieś awangardowe techniki przekazu, tylko o wydobywanie z gitary maksimum emocji. Z gry na gitarze Manuel uczynił prawdziwą sztukę. W jego rękach staje się ona jakby żywym instrumentem, przekaźnikiem pełnej gamy uczuć. Gitara Manuela płacze, jak i unosi na coraz to wyższe poziomy szczęścia.  Niesamowite! Na zasadzie kontrastu dobrze współgra z monotonnym transowym rytmem podkładu. Co do siły beatu, który służył za podłoże kompozycji, to oddziaływał on na pewną część słuchaczy szczególnie intensywnie. Dało się zauważyć pląsające w jego rytmie niewiasty, a nawet pewien mężczyzna, w stanie upojenia nie tylko muzycznego, proponował publiczności po samowolnym wejściu na podium, masowy taniec. Zdziwiła mnie trochę opieszałość i pobłażliwość miejscowych ochroniarzy, a podziw wzbudziła odważna i konkretna reakcja pani Ilony, żony artysty, która bezceremonialnie ściągnęła tego człowieka z podium. Mimo takiego drobnego incydentu, koncert Manuela był pasmem niekończących się serii pięknych dźwięków, a godzina muzyki upłynęła stanowczo zbyt szybko. Gdy ucichła ostatnia nuta, muzykowi na scenę dostarczono tort, honorując w ten sposób jego 60 rocznicę urodzin. Artysta mimo dość później pory, znalazł czas i chęci na podpisywanie fanom swoich płyt, oraz pozował do wielu zdjęć. Dziękujemy bardzo! To były niezapomniane chwile, które będziemy miło wspominać.  Przed rozstaniem porozmawialiśmy jeszcze z panią Iloną, która wspomniała o kilku nowych wersjach "E2 - E4", wykorzystywanych przez męża na koncertach. Wyjechaliśmy pełni wrażeń i uczucia sytości. Już w lutym 2013, w Berlinie, nowe wydarzenie: Ash Ra Tempel will play the album "LE BERCEAU DE CRISTAL. Może  i z imprezy tej uda się skorzystać? 





 It does not happen very often that I get the chance to listen to the music of such a great artist, especially that he would play in my country. So the news that Manuel Göttsching, the legend of EM will perform in the Copernicus Science Centrum in Warsaw was very impressing. This artist has shaped my musical sensibility for many years, and I have spent a lot of time with the good music on all his albums. He's an incomparable colourist; unparalleled creator of guitar passages, and his music was not for the first time ahead of the times and of the other composers of electronic music, showing which direction it can take. The proof of these words is still discussed today: the album "E2 - E4" was the content of the show. Already recorded in 1981 and released in 1984 it’s content remains truly revolutionary. How else can one explain the fact that the formula, on which the track is based, still works at the present time? You could see and hear it at the Warsaw Festival "Przemiany/Changes". But more on that in a moment ...

On Saturday, September 8, we arrived there with Jack Drążkowski shortly before 8 o'clock pm. On the journey we had listened to … “E2 - E4” and “Dream & Desire” of course. Although we arrived virtually at the last minute, it turned out that the event would start at least half an hour late. It did not bother us really. At the same time, Manuel arrived at the centre with his wife, a very nice lady, and we exchanged a few words with her. Then we met a persistent fan, blogger Marcin Melka, who spoke with some colleagues known from the internet: Jarek Wiktorowicz and Jacek Kursa. In the good company of music lovers we spent the remaining minutes until the opening of the concert. At the entrance was a large group of people interested in spending their Saturday night at the festival. Perhaps a nearby bar, that meets the more mundane needs, favoured this? In the meantime, I met a few other music lovers from the forum Studio Nagrań. Manuel Göttsching’s performance was preceded by a performance of two duets - Henrik Schwarz & Bugge Wesseltoft, followed by Jacek Sienkiewicz & Maximilian Skiba. The German duo gave a sensational performance, full of freedom, jazz inclinations and dynamic chords. The audience responded positively and vigorously. Interesting was the fact that they staged an authentic grand piano, which gave a natural colour to the many synthetic sounds. After a fairly long, over an hour presentation of the Western artists, this large and noble instrument was neatly transported to the place of it’s further destination. When the two polish musicians entered the stage, unfortunately, I had to go to look for a warm place to sit inside the building, to gather some strength for the star of the evening. Unfortunately, only few remember their performance. A few minutes before going on stage Manuel noticed that I took some photos of colleagues who were holding copies of the vinyl of "E2 - E4". He spontaneously decided to join the session, posing for the photographs. This was a very nice gesture and made a big impression on us. His warmth will remain a lasting memory. Finally came the long-awaited moment. Manuel Göttsching personally announced that he would be playing for an hour. The well-known sequences of "E2 - E4" flowed from the speakers. And here was another nice surprise from the artist: the concert version of the music was enriched with additional tracks, making listening more attractive. His music was accompanied by a performance of The Joshua Light Show visual artist collective. According to my friend Jack, sensitive to this form of artistic expression, it was well composed with the musical content. At some point, Manu improvised solo on the keyboard. His music held many surprises in the well-known material, and held a series of unpredictable sounds. The audience expressed it’s satisfaction when the master reached for his guitar. And I was very pleased with this because, as I have already said more than once, I think Manuel is the best guitarist in the world. And I'm not talking about beating the speed record in his play, or the avant-garde techniques of communication, but the extraction of maximum emotion from the instrument. With his guitar Manuel makes art. In his hands it becomes like a living instrument, a relay of the full range of emotions. Manuel’s guitar cried and carried us to even higher levels of happiness. Awesome! It worked well with the contrasting monotonous backing rhythm. The force of the beat that serves as the basis for the composition, influenced certain parts of the audience especially powerful. I saw a woman dancing to the rhythm of the music, and a man in a state of intoxication (not just musical), who signalled the audience to dance, after the stepped up on the stage. I was a little surprised about the sluggishness and laxity of local security guards. My admiration was aroused by the courageous and concrete response of Mrs. Ilona, the artist's wife, who unceremoniously pulled the man from the stage. Despite this minor incident the concert was an endless series of beautiful sounds and music and the hour passed far too quickly. When the last note died away, Manuel Göttsching was surprised by the cake that was given to him to honour his 60th birthday. Despite the late hour, the artist found the time and willingly signed CDs for fans and posed for many photos. Thank you very much! Those were unforgettable moments that will be nice to remember. Before leaving, we talked to Mrs. Ilona, who mentioned a few new versions of "E2 - E4", used by her husband in his concerts. We left full of impressions and feelings of satiety. There will be a new event in February 2013, in Berlin, already: "Ash Ra Tempel will play the album LE BERCEAUDE CRISTAL". It might be worthwhile to go to this event!



środa, 5 września 2012

Ash Ra Tempel - Le Berceau De Cristal


  Bardzo lubię takie archiwalia. Soundtrack "Le Berceau De Cristal" Manuel Göttsching i Lutz Ulbrich nagrali pod szyldem Ash Ra Tempel już w 1975 roku, lecz z jakichś powodów materiał przeleżał do 1993 roku.  Być może film Philippe Garrela "Kryształowa kołyska" nie uzyskał szerszego rozgłosu, nie wiem. Obraz ten, w treści egzystencjalny, jest dostępny na YouTube, a muzyka stanowi integralną jego część... Wartościowe zapisy twórczej ekspresji mają to  do siebie, że się nie starzeją, więc wydanie tej ścieżki dźwiękowej było z pewnoscią miłym dla melomanów wydarzeniem. Przyjemności nie zepsuje fakt, że czasami na poszczególnych utworach słychać techniczne mankamenty, a raczej doda on całości  pewnego uroku. Obaj  panowie grają na gitarach, a prócz nich na pierwszy plan często wybijają się organy Farfisa, z których Manuel wydobywa długie, stojące frazy. Atrakcyjnie brzmi też Eko Rythm Computer. Pierwszy, tytułowy utwór pochodzi z koncertu w Palais du Festival. Nie ma to chyba większego, prócz historycznego znaczenia, ponieważ i tak nie słychać w nim odgłosów publiczności. Jest za to dużo manewrów, aby tę statyczną formę urozmaicić. Muzyka więc często wędruje po kanałach, a dźwięki organ brzmią niejednokrotnie wręcz złowieszczo. Czyni to te 14 minut Le Berceau De Cristal  trochę odrealnione, zawieszone gdzieś w innym czasie i przestrzeni... Podobne klimaty dominują w "L'Hiver Doux". Choć tej kompozycji towarzyszy bardziej wyraźna melodia, instrumenty jakby dogorywały, można odnieść wrażenie że rozsypią się pod koniec utworu,  a artyści są cokolwiek zmęczeni. To oczywiście żart z mojej strony. Ten programowo molowy,  zabarwiony silną melancholią styl, widzi mi się jako zaleta i stoi w opozycji do wszechobecnej muzycznej papki, którą tak szybko się zapomina... Ciąg  dalszy omawianej płyty (Silence Sauvage), to ciekawe stereofoniczne efekty i poszukiwania charakterystyczne dla wczesnych płyt zespołu. Dynamiczne wędrówki  w  opóźnieniach i pogłosach (Le Sourire Volé) i wydobywanie z gitary "innych"  niż zazwyczaj barw (Deux Enfants Sous La Lune). Szczególnie dobrze słychać to w "Le Diable Dans La Maison" - odważnej próbie włączenia do dzieła elementów psychodelicznych (może tytuł był zobowiązujący). W sumie godzina dobrej muzyki, którą polecam poszukiwaczom starych, dobrych brzmień. Manuel Göttsching i Lutz Ulbrich w dobrej formie.



sobota, 14 lipca 2012

Important event: Manuel Göttsching again in Poland!!!

English version below:
Ekscytująca wiadomość!!!


  Legendarny niemiecki gitarzysta, wirtuoz instrumentów klawiszowych Manuel Göttsching, ponownie przyjedzie do Polski. Według informacji potwierdzonych przez samego artystę, 8 września 2012 roku zagra, czy też może trafniejsze będzie wyrażenie  - wystawi pokaz multimedialny, w Planetarium warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Spektakularną oprawę wizualną zapewni The Joshua Light Show, znany ze współpracy z takimi gwiazdami, jak Jimi Hendrix, Janis Joplin. Led Zeppelin czy Frank Zappa. Tyle z dostępnych materiałów (http://www.terazrock.pl/aktualnosci/czytaj/Manuel-G_ttsching-zagra-w-Warszawie_.html.).
Wcześniej, jak można przeczytać na stronie muzyka http://www.ashra.com/,  11 sierpnia 2012, Manuel Göttsching  będzie koncertować w Japonii w Makuhari Messe, Chiba, w ramach charytatywnej akcji Dommune's benefit concert, dla sierot które straciły swoje rodziny w trzęsieniu ziem i jego następstw w Japonii 11 marca, 2011.Wejście jest bezpłatne, a koncert można obejrzeć za pośrednictwem live stream z całego świata. 


  Wielokrotnie pisałem na moim blogu o płytach i muzyce tego znakomitego artysty, zachwycając się jego wielką wrażliwością, niesamowitym talentem i imponującym warsztatem. Dzięki takim tytułom jak: New Age of Earth, Blackouts, Dream & Desire, E-2,E-4, Die Mulde and more, na trwałe zapisał się w historii muzyki rockowej i elektronicznej. Do Warszawy nie jest daleko z żadnego miejsca w Polsce, więc przybywajcie fani na te wyjątkowe spotkanie!!!

German legendary guitarist, master of keyboards - Manuel Göttsching will come to Poland again! The artist confirmed that in September 8th he's going to play a concert at Warsaw planetarium belongs to Kopernik Science Center. It will be a great multimedia show with a spectacular visual setting created by The Joshua Light Show, known for his work with stars such as Jimi Hendrix, Janis Joplin, Led Zeppelin and Frank Zappa. Earlier in August 11th, as can be found at http://www.ashra.com/, Manuel Göttsching will be performing in Japan in Makuhari Messe, Chiba, the charity campaign "Dommune's benefit concert" for the orphans who have lost their families in the earthquake and its aftermath in Japan in March 11th 2011. The concert is for free and can be viewed via live stream from the whole world. Many times I was writing on my blog about CDs and music of this outstanding artist, admiring his great sensitivity, amazing talent and impressive skills. With the titles like: New Age of Earth, Blackouts, Dream & Desire, E-2, E-4, Die Mulde, and others, he left an indelible mark on the history of rock and electronic music. Warsaw is not far away from any place in Poland, so the fans come there to see and hear this special event.

niedziela, 10 czerwca 2012

Manuel Göttsching - Die Mulde


 W 2005 roku Manuel podarował melomanom kolejną perełkę ze swojego studia. Chociaż główna zawartość "Die Mulde" jak i kończąca ją suita "HP Litte Cry" nie zaskakuje niczym nadzwyczaj nowatorskim, to słucha się tego doskonale. Muzyk bazuje na tworzeniu odpowiedniego klimatu przy pomocy dość dziwnych,chwilami może nawet topornych dźwięków. Te celowe działania skutkują efektami zaskakująco pozytywnymi dla ucha i organizmu słuchacza. Göttsching - twórca doskonałych relaksacji, wręcz transowych seansów, hipnotyzuje długimi strumieniami monotonnych, zapętlonych akustycznych form. Idealna pozycja do słuchania tej muzyki to leżenie na wznak z zamkniętymi oczami, lub w ciemności. Taka konsumpcja sączącej się leniwie ze słuchawek kompozycji, przypomina odrealnioną podróż w innym wymiarze. Odcina niepotrzebne zmysły i uruchamia wyobraźnię. Obrazy jakie wywoła muzyka z "Die Mulde", w każdym przypadku mogą być inne, zależy to od indywidualnych predyspozycji odbiorcy i jego wrażliwości. Dla mnie jest dość intymnym przeżyciem. Niemniej, jestem pewien że uniwersalność emocji proponowana przez Manuela, jest do zaakceptowania przez więcej niż tylko wąską grupę zwolenników jego dokonań. Takie słuchanie kojarzy mi się z czytaniem wciągających książek.  Szkoda tylko, że ta pasjonująca muzyka mająca swoje spełnienie w część Zerfluss, w końcu cichnie... Wspomniany  na początku deser "Litte Cry" bardzo się różni od pierwszych 40 minut płyty. Niektórzy nawet uważają że jest niepotrzebny. Ale po jakimś czasie i ta muzyka, luźne gitarowe wtręty, może przypaść do gustu.  Tym bardziej że jest dziełem znakomitego instrumentalisty, który jak mało kto udowadnia swoją sprawność i subtelność.



środa, 30 maja 2012

Ashra - Blackouts


 Czasami chciałbym cofnąć się w czasie i obejrzeć moich ulubionych muzyków podczas tworzenia swoich najlepszych płyt. Do takich zaliczam album Ashra - Blackouts z 1977 roku. Manuel Göttsching był wtedy w znakomitej formie. Świetnie sobie radził w studio, programując sekwencje i wplatając w nie typowe, będące jego znakiem rozpoznawczym, gitarowe improwizacje. Kompozycje mają mocno transowy charakter, oparty na nieustannych powtórzeniach motywów. Muzyka stopniowo unosi się wyżej i wyżej... Tak sobie czasami myślę, że Manu powinien ubezpieczyć swoje palce, jak np. znane modelki nogi ;). Bo prawdziwy skarb ma w tych rękach, którymi wyczarowuje piękne pasaże i bardzo ciepłe barwy z dostępnego mu w tym czasie instrumentarium. Malowanie dźwiękiem trwa przez cały czas trwania muzyki, a jej  rockowy charakter nie przysłania cennych niuansów jakie wychwyci uważny meloman. Piękne utwory pieszczą uszy pastelową elektroniką. Gitarowa improwizacja w tytułowym Blackouts, wywołuje ciarki biegnące po plecach. Najdłuższa suita Lotus 1-4, przez błogie sześć minut koi nerwy przyzwoitą relaksacją, aż nabiera trochę złowieszczego charakteru. Następuje jednak niesamowite, lekko schizofreniczne przełamanie - totalny odjazd, przy którym jedynym słusznym posunięciem wydaje się być podkręcenie gałki głośności na maksimum. Można mieć wrażenie stania między dwoma torami na których mijają się pociągi :). Potem jednak wygrywa pozytywna strona artysty. I do końca suity raczy on już fanów cudowną impresją w tworzeniu których jest mistrzem. Po przesłuchaniu tej muzyki da się odczuć dużą poprawę samopoczucia. Naładowany pozytywnymi wibracjami odbiorca może teraz lepiej stawić czoła problemom dnia codziennego. Niezwykła muzykoterapia!


niedziela, 13 maja 2012

Manuel Göttsching / Ash Ra: The Best of The Private Tapes


 Pewnego dnia, najlepszy gitarzysta świata (pod względem wrażliwości i umiejętności jej okazania), Manuel Göttsching, wpadł na świetny pomysł. Postanowił wydać nieopublikowane nagrania swojego zespołu z różnych okresów działalności w latach 1971-89.  Ambitne te zadanie zrealizował w 1996 roku wydając potężny, 6 płytowy pakiet muzyki. Jednak niewielkie zainteresowanie i wpływy ze sprzedaży spowodowały, że Manu zmienił koncepcję. Po dwóch latach, w 1998 roku wydaje dwupłytową składankę "The Best of The Private Tapes".  Ta kolejna selekcja jak na mój gust jest dość trafna i zawiera prawie wszystkie bardziej istotne perełki z dużej edycji, oprócz nieodżałowanej suity "Eloquentes Wiesel". Rozpoczyna ją krótka, ale kapitalna relaksacja "Bois De Soleil" sygnowana jako solowy utwór Manu. Podczas trzech minut z głośników płynie tak urzekająca, subtelna muzyka, tak intuicyjne gitarowe solo, że słuchacz od razu wprowadzony jest w sam środek pięknej, choć smutnej kontemplacji. Jako drugi proponowany jest Halensee, połowa 12 minutowej ścieżki jaka pierwotnie zajmowała P.T. disc 3. Utwór z 1973 roku, co zresztą łatwo będzie każdemu fanowi zespołu rozpoznać. Jeżeli ktoś lubi ten okres zespołu - będzie kontent. "Ain't No Time For Tears" to dość klasyczna konwencja rockowego grania zespołu Ash Ra, z lekko prowadzoną perkusją i akompaniamentem, ale zaangażowana, zgrabna gra na gitarze wyróżnia ją na plus. "Der Lauf Der Giraffen" robi wrażenie krótkiej wprawki, która choć nie nuży, równie dobrze mogłoby by jej... nie być (smile). Za to urocza kompozycja "Niemand Lacht Rückwärts" spodoba się każdemu, kto jest podatny na transowe sekwencje. Później, w ramach odpoczynku od energicznych ostinato, Göttsching proponuje krótki fragment dłuższej suity "Begleitmusik Zu Einem Hörspiel" (Part 5). To powrót do korzeni, i to wyjątkowo strawny. Tak jak i typowe gitarowe improwizacje na "Wall Of Sound". Te liczne opóźnienia, pogłosy, delay'e i inne sztuczki jakimi potrafi zdolny Niemiec uwieść słuchacza, to prawdziwe święto dla uszu. Sympatyczne jest to że Manuel nie skrócił tego utworu. Skrócony za to został o połowę "Ultramarine", fragment lekko orientalny, ze świetnie pływającą gitarą. Jak tego nie lubić? "Whoopee" podobnie jak niedawno Der Lauf jest tak krótki, że praktycznie nie ma większego znaczenia... Pierwszy CD kończy fragment "Hausaufgabe" trochę hałaśliwy i mniej spójny znacznik. 
   Drugiego krążka nie będę szczegółowo opisywał -  jest po prostu, subiektywnie pisząc - słabszy. Dopiero ostatni fragment "Bois De La Lune" uznać mogę za genialny. Pozostałe - widzą mi się jako średnie. Podsumowując, dla tych kilku perełek mistrza pastelowych klimatów, nie sposób przeoczyć tego historycznego wydawnictwa. Dysponując pełnym zapisem sześciu starszych krążków, samodzielnie śmiało wypełniam dwa moimi prywatnymi Mr. Ash Ra - The Best.

 



poniedziałek, 12 września 2011

Ashra - Walkin' the Desert



     W 1989 roku ukazuje się dwunasty album zespołu Ashra "Walkin' the Desert". Nagrany przez duet uzdolnionych gitarzystów Manuela Göttschinga i Lutza Ulbricha nie był chyba nastawiony na spektakularny, komercyjny sukces. Niewiele w nim efektownych, wirtuozerskich popisów, a jednostajne podkłady nie czynią przełomu w historii muzyki. Ale próby oceny lidera tej grupy według konwencjonalnych technik zawodzą. Manuel z monotonni stworzył nową jakość a z powtarzalności źródło przyjemnych przeżyć. Nie inaczej jest z muzyką zapisaną na tej płycie. Wyraźnie dominuje tu minimalizm i trans.  Skąpe akordy w swojej cykliczności wyostrzają wrażliwość słuchacza na wszelakie niuanse. Już drugi utwór Second Movement: Six Voices tworzy specyficzny, nostalgiczny klimat, a w ostatnich dwóch kompozycjach Göttsching w pełni rozwija skrzydła swojej inwencji. Orientalne sample wykorzystane w Fourth Movement: Twelve Sample pewnie nie zwiększą wpływów liniom lotniczym, ale poprzez swoje specyficzne piękno przemożnie wpływają na wnętrze każdego miłośnika tej muzyki, niejako odciskając w nim swoje piętno. Słuchanie sugestywnego melanżu dalekowschodnich głosów i ciężkich, powłóczystych organo-podobnych fraz jest przeżyciem wyższej próby. W krótkim, kończącym płytę Dessert: Eight Tracks Manuel przypomina sobie że jest niezrównanym gitarzystą i daje temu wyraz w pięknej solówce. Po jej zakończeniu chciałoby się słuchać dalszych utworów aby ponownie rozkoszować się tą muzyką, ale okazuje się to niestety już koniec płyty ... Walkin' The Desert nie jest najlepszym dokonaniem niemieckiego zespołu, ale z pewnością wystarczająco dobrym aby do niego regularnie powracać. Obcowanie z tego typu sztuką zawsze niesie ze sobą pozytywną refleksję.




czwartek, 16 czerwca 2011

Manuel Göttsching - E2-E4


     W życiu można spotkać wiele paradoksów. Jednym z nich jest zawartość płyty E2 - E4 Manuela Göttschinga.  Bardzo monotonny zapis, który mimo swego ubóstwa formy i niewielu zmian w treści, jest sam w sobie fascynujący i inspirujący. A przecież niewiele brakowało, aby ta płyta nigdy się nie ukazała. Manu nagrał ją na dwóch ścieżkach, jednego wieczoru 12 grudnia 1981r i odłożył do archiwum. W internecie można przeczytać że "W 1984 roku, jego przyjaciel, Klaus Schulze, szukając materiału do swojej nowej wytwórni, namówił go do publikacji tej sesji. Wspólnie z KDM wymyślono okładkę i podano tytuły poszczególnych części". Jednak sam artysta wyjaśnił mi że to bajka. Manuel wspomina: "Klaus never was a fan of this music - to be honest. And also not of my other solo works. But we just have very different styles"smile. W końcu wytwórnia  Inteam tłoczy czarny krążek. Był to bardzo znamienny krok. Choć niektórzy krytycy narzekali na jednostajny charakter suity, okazało się, że ta muzyka spotkała się z życzliwym przyjęciem ze strony fanów i to nie tylko muzyki elektronicznej. Podobno jej fragmenty grano nawet w dyskotekach. To sukces, jeżeli taka specyficzna, niszowa twórczość wychodzi poza ramy swoistego  el-muzycznego getta. Bezsprzecznie widać, że sekwencje, powtarzalność i jednostajność w muzyce są dobrze przyjmowane przez melomanów, którzy w swoim życiu też wiele czynności wykonują mechanicznie ;). Mi osobiście, bardzo podoba się druga połowa płyty, gdzie Göttsching udowadnia, że jest mistrzem gitarowych improwizacji. To, co wydobywa się mu spod palców, jest po prostu niesamowite. Ślizga się po strunach w jakimś niebiańskim transie. Mówię całkowicie poważnie: on się po to między innymi urodził, aby spłodzić te gitarowe solo. Jest tak sugestywne, że nie potrafię podejść do tej gry obiektywnie. Doskonały Freestyle! I chyba nie jest to tylko moje zdanie. Płytę wznawiano wiele razy, są nawet wydania nieoficjalne. Zainteresowanie muzyką z E2 - E4 wykazali pod koniec lat 80 ludzie grający techno i house, powstało sporo remiksów i przeróbek, z których kilka krąży po sieci. Żadna jednak  nie dorównuje oryginałowi. Do inspiracji tą muzyką przyznaje się sam Steve Hillage. Można więc powiedzieć, że jest to kultowe wydawnictwo. Minimalizm, który mocno poruszył świat.
      W późniejszych latach Manu wydaje jeszcze wiele pięknej muzyki, ale ta z E2-E4  jest wyjątkowa.  Zrytmizowana mechaniczność w melanżu z emocjonalną ekspresją rodzi nową muzyczną  jakość. 



środa, 11 maja 2011

Ashra - New Age of Earth


 Któż nie zna tej muzyki? Najbardziej doceniania płytka Manuela Göttschinga gdzie w mistrzowski sposób połączył on elektronikę sekwencyjną z jednoczesnym generowaniem ciepłych, melodyjnych motywów głównych (Sunrain, Deep Distance). Manuel udowodnił że jest wrażliwym kolorystą i świetnie radzi sobie bez pomocy muzyków towarzyszących. Ma wystarczające kwalifikacje, talent, dobre pomysły, aby nagrać i wydać znakomitą muzykę. Przypomina trochę solowe dokonania Edgara Froese z płyty "Auqa", ale jest zdecydowanie cieplejszy. Nostalgiczna, lekko dekadencka w klimacie gitara na tle pulsujących, a potem stojących pasaży dźwięków w suicie "Nightdust" jest muzycznym przeżyciem najwyższej próby. Kosmiczne fluktuacje snują się jak sentymentalną opowieść, poddany jej słuchacz szybko ulega temu urokowi. Kompozycja w stylu Klausa Schulze, pozbawiona jego maniery ekspansywnych solówek, wyważona do perfekcji. To chyba najlepsza płyta Manuela. Żelazna pozycja w każdej kolekcji miłośnika starej elektroniki.

 



 






Ash Ra Tempel - Join Inn


    Trochę rozczarowany najnowszymi płytami herosów El-muzyki, coraz częściej sięgam po starsze dokonania klasyków gatunku, szukając tam głębszych artystycznych doznań. Niełatwe to zadanie czasami przynosi efekty. Na krążku "Join Inn" pierwszy rock`n`rollowy koszmarek można sobie darować, natomiast 24-minutowy "Jenseits" to jedno z lepszych dokonań Manuela Gottschinga i jego przyjaciół w ich  karierze. Spokojna, wręcz nostalgiczna opowieść deklamowana półgłosem  przez Rosi o romantycznych uniesieniach w ogrodzie, przedziela  maratońskie popisy solowe lidera grupy, basisty Hartmuta Enke i goszczącego Klausa Schulze. Rzadko się zdarza, aby improwizacje miały charakter tak spójny, a  poszczególni muzycy sobie nawzajem nie przeszkadzali. Stosunkowo  skromne instrumentarium nie czyni jednak ubogiej treści. Podniosła  muzyka ma charakter wybitnie relaksacyjny i takie też przynosi skutki. Bezmiar kosmosu oglądany wieczorem na plaży - podobne skojarzenia nasuwają się same.
   Od wydania tej płyty w 1973 roku minęło już prawie  27 lat, a piętno czasu nie dotknęło nawet trochę tej suity. Instrumenty  nie brzmią archaicznie, klimat jest niepowtarzalny, aż prosi się o  jeszcze.




poniedziałek, 9 maja 2011

Manuel Göttsching - Dream & Desire


  Manuel jest według mnie, obok Mike Oldfielda, najlepszym gitarzystą na świecie. I nie chodzi mi tu o wyrafinowaną technikę, czy szybkość gry. Nie, ten znakomity niemiecki kolorysta, na pewno już klasyk popularnej muzyki elektronicznej, ma po prostu Boży dar. To jeden z niewielu muzyków, który potrafi zatrzymać moją uwagę półgodzinnym graniem jednego utworu. Tak jest również w przypadku płyty Dream & Desire.

      Bez rewolucyjnych wstawek, ekstrawaganckich sztuczek, tworzy Göttsching wysokiej klasy relaksacyjne pasaże. Eksploatuje niby prosty, ale świetny pomysł: na tle podkładu płynącego swobodnie z syntezatorów, wyciska ze swojego Gibsona swoiste poematy. W pozbawionym rytmu utworze Dream, najpierw buduje melancholijny klimat długimi ciągami stojących fraz, efektami szumiącego wiatru, a potem wchodzi akompaniament pierwszej gitary. Za chwilę gra druga, z której do końca kompozycji autor wydobywa luźne improwizacje. W doskonałej harmonii z podkładem tworzy prawdziwą sztukę, lekarstwo dla duszy. W pewnych momentach dubluje ilość gitar, które ciekawie się uzupełniają i modyfikują. W połowie ścieżki słychać próbę zmiany nastroju na odrobinę mniej sympatyczny, wprowadzają są elementy chaosu, niepokoju, całość jakby lekko się zawiesza... Autor nie decyduje się całkowicie odejść od pozytywnych emocji, a celowo monotonne dialogi gitar z elektronicznymi instrumentami kończą się zwycięstwem barw zdecydowanie optymistycznych.

  Desire ma również spokojny początek. Teraz trochę kosmicznej proweniencji, bardzo delikatnie wchodzi Eko Rhythm Computer nadając kompozycji regularność. Dodatkowo sekwencja wypełnia niskie częstotliwości, słychać różne dodatki i płynie miła uszom melodia. Wszystkie instrumenty delikatnie zmieniają swoje barwy i miejsce w stereofonicznej przestrzeni i to jest właśnie jedno z piękniejszych odczuć, podczas słuchania tej płyty. Wynagradza ono jednostajność rytmu i brak większego zróżnicowania. Ale ta zamierzona ubogość umożliwia jednocześnie wydobycie i usłyszenie wszystkich niuansów projektu.

      Na deser Manu umieścił na krążku krótki - w porównaniu do wcześniejszych utwór Despair, - gdzie na żywo galopującą sekwencję nakłada odważnie poczynającą sobie gitarę. Jej improwizacje są jakby zdeterminowane, wyraziste i pełne ekspresji. I chyba słusznie, bo słowo despair – rozpacz, oznacza bardziej realny stan, niż sen czy pożądanie. Niestety, zbyt szybko następuje wyciszenie tej kompozycji i Göttsching pozostawia odbiorcy uczucie lekkiego niedosytu. Szkoda, że to już koniec. Ciekawostką jest fakt nagrania materiału w 1977, a wydania dopiero w 1991 roku. Warto jednak było czekać, bo druga połowa lat 70. to świetny okres dla tej muzyki, a Manuel był wtedy pełen inwencji. Być może nagrywając ten materiał odpoczywał od bardziej intensywnych brzmień z Blackouts? Tego nie wiem, ale na pewno ta płyta jest jedną z tych perełek, jakie zabrałbym na bezludną wyspę.

      To idealny prezent dla bliskiej osoby, jak również pretekst do snucia głębszych refleksji. Niczym cicha przystań w burzliwym życiu uspokoi skołatane nerwy. Polecam!