Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady z polskimi muzykami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady z polskimi muzykami. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 maja 2012

Tadeusz Grabowski - Zafascynowany byłem metamorfozą dźwięku


Wiele lat temu kupiłem kasetę magnetofonową "Granica Snu". Elektroniczna muzyka na niej zawarta, do dziś mi się podoba. Ale o autorze nie wiedziałem nic. Do czasu, aż sam odpowiedział na moją prośbę o kontakt.

D.K: Na początek, ponieważ nie ma o Tobie żadnych informacji w sieci, przedstaw się bliżej....

T.G.: Witam, ukończyłem szkołę muzyczną w klasie kontrabasu, równoległe studiowałem mechanikę na Politechnice. W połowie lat 80. założyłem małe studio oparte na magnetofonie 8-śladowym TEAC 80, na którym nagrałem Granicę Snu. Potem pracowałem w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, jako reżyser dźwięku. W 1994 powróciłem do muzyki w wyniku nawiązania współpracy z nowo powstałym studiem. Wtedy powstała moja pierwsza płyta z muzyka taneczną, a w 1995 kolejna. W chwilach relaksu powstały kolejne kompozycje z muzyką elektroniczną: „Tatry” i „Przebudzenie”, a w 1996 roku „WAYA-WAY”. Utwór Ewolwenta powstał prawdopodobnie w latach 1992-3.

D.K.: Chociaż znany jesteś na razie tylko z jednej kasety, robi ona nie tylko na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jak doszło do powstania projektu "Granica snu"? Mam na myśli historię i okoliczności powstania tej muzyki...

T.G.: Dziękuję, jak wspomniałem, przyczyniło się do tego to małe studio z wielośladem. W latach osiemdziesiątych poznałem kolegę, który dysponował pierwszym samplerem w okolicy, pewnie jednym z kilku w Polsce - Roland S-50. Ten instrument wywołał u mnie dosłownie szok! Były to pierwsze samplowane dźwięki, które otwierały nieskończone pole możliwości i nieprawdopodobnie mnie inspirowały, aż szkoda, iż później już nic równie podobnego się nie pojawiło, sorry, może technika loopów perkusyjnych na początku lat 90. Dzisiejsze sample to tylko udoskonalenie tamtej techniki. Jak myślę o tamtych czasach, to bardzo się cieszę ze uczestniczyłem w tym niesamowitym okresie powstawania różnorodnych instrumentów elektronicznych, z których każdy posiadał dosłownie swoją duszę.
Druga sprawa to wieloślad, który pozwalał na dogrywanie kolejnych ścieżek i miksowanie z poprzednimi śladami, był to olbrzymi postęp w tamtych czasach, gdy nie było jeszcze tak mocnych komputerów, które mogły nagrywać dźwięk. Pamiętam mój pierwszy syntezator KORG MONOPOLY - piekielnie trudny w ustawieniach, potem Roland JX-8P ze wspaniałą barwą o numerze P27, rewelacyjny instrumenty Yamahy DX-7 i DX-5, czy KAWAI, oraz później Roland JX-10 czy Korgi z generatorami cyfrowymi i obwiedniami analogowymi. Dzięki dostępowi do tych syntezatorów siedzieliśmy po nocach w studio (wraz z kolegą -Krzysiem, który swój głos dodał do końcowego fragmentu Granicy Snu) i nagrywaliśmy rożne pomysły, które rodziły się w głowach. Dużo było improwizacji, bolały nas głowy od pomysłów, aż wreszcie po pewnym czasie zaczęła się krystalizować wizja, którą zilustrowałem w Granicy Snu.

D.K.: "Granica snu" to dla zbór umiejętnie scalonych różnych pomysłów: np. "Ewolwenta" jest dostojna, ciut pompatyczna i bardzo romantyczna, "Tatry" brzmią tajemniczo i melancholijne, a " Waya Way" to orientalny pop. Czy te tytuły zdradzają źródła inspiracji? Opowiedz może trochę o tym... 

"Granica Snu" powstała prawie 8 lat wcześniej od pozostałych ścieżek! W zasadzie nie ma nic wspólnego z późniejszymi utworami. Jak wspominałem, powstała w wyniku wielu eksperymentów muzycznych i fascynacji możliwościami wielośladu i samplera. Było to tak swobodne potraktowanie formy muzycznej, jak powiem, że w początkowej części "Granicy Snu" nagrałem efekt jak jem orzeszki ziemne - to pewnie niewielu w to uwierzy, lecz mi się ta swoboda kreacji dźwięku zawsze bardzo podobała i podoba do dnia dzisiejszego. Kolejny utwór "TATRY", powstał w wolnych chwilach podczas komponowania płyty z muzyką taneczną, był jakby antidotum na to, co robiłem wówczas. Co ciekawe, jest w całości zagrany „z ręki” - zaimprowizowany, tylko z jednym montażem! Obecnie bardzo jestem z niego dumny - mogę się poszczycić czystą improwizacją, jak niegdyś nagrywał np. Klaus Schulze! Utwór "TATRY" w całości nagrany był na sztandarowym syntezatorze lat 80-tych KORG TRIDENT. Utwór "PRZEBUDZENIE" to już epoka samplerów AKAI S-3000, to również utwór również zaimprowizowany z małą pomocą sekwencera. Zafascynowany byłem metamorfozą dźwięku jaki oferował sampler z kilkoma warstwami barw - tzw. layers, które pozwalały uzyskać „żywy” (w znaczeniu ewoluujący) dźwięk, co zresztą słychać w podstawowych barwach w tym utworze. Utwór "WAYA -WAY", to już właściwie nowa epoka rodzenia się muzyki techno! Pamiętam że wpadłem na pomysł połączenia muzyki tanecznej z elektroniczną, i jeszcze ten dodatek sampli etno ... W sumie "WAYA -WAY" zaczyna się z sekwencją na 5/4, a więc nie do tańca, by później przejść w rytm 4/4.

D.K.: Na jakim sprzęcie nagrałeś tę kasetę, o ile jeszcze pamiętasz...? 

T.G.: W sumie całość była nagrywana an magnetofonach wielośladowych początkowo TEAC 80, później TASCM 16. Instrumentarium początkowo kompletnie analogowe, potem w hybrydach, aż w końcu na samych samplerach z użyciem analogowego stołu mikserskiego i efektów już wtedy cyfrowych.


D.K..: W jaki sposób trafiłeś ze swoją muzyką do wydawcy kasety, czy może zostałeś "odnaleziony" przez tę oficynę? Wiem że tą muzyką zachwycał się kiedyś Jerzy Kordowicz.

 T.G.: Nie znalazłem wydawcy, nawet firma która wydawała mi muzykę taneczna uważała za wyrzucone pieniądze inwestowanie w moją muzykę elektroniczną! Kasety wydałem wiec sam, nawet w hurtowni nie chcieli wstawić moich kaset, czułem się jak z innego świata. Na szczęście Jerzy Kordowcz bardzo mnie dowartościował, prezentując moje nagrania na antenie Trójki, i tym że początkowo uważał, że jestem za młody na tak dojrzały utwór (Granica Snu). Żartował, że jestem podstawiony przez kogoś, kto nie zamierza się ujawniać.

D.K.: W latach osiemdziesiątych grono muzyków grających na syntezatorach było o wiele mniejsze niż teraz, może się mylę, ale wydaje mi się że łatwiej było się "wypromować". Z drugiej strony taka muzyka to ciągle gatunek niszowy. Jak to z tym według Ciebie jest?

T.G.: Prawdą jest, że w latach osiemdziesiątych instrument cenowo równał się samochodowi! Pamiętamy że początkowo był to w dodatku instrument najczęściej monofoniczny! Również pozostały sprzęty jak kamery pogłosowe, reverby, miksery, były koszmarnie drogie. Oczywiście, było łatwiej niż obecnie, temu kto był w posiadaniu takich syntezatorów. Chociaż uważam, że to człowiek gra, a nie sprzęt (a obecnie jest bardzo często odwrotnie !). Współcześnie wszyscy dysponujemy taka masą brzmień, setkami efektów, doskonałymi programami sekwencyjnymi oraz możliwością niekończącej się edycji, że jest coraz trudniej być oryginalnym, i przede wszystkim "niezdominowanym" przez sprzęt.

D.K.:To były stare dzieje, porozmawiajmy teraz o Twoim obecnym artystycznym życiu. Wspominałeś mi przez telefon, że kończysz tworzyć nową płytę, przy udziale żywych muzyków. Możesz uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić trochę szczegółów? 

T.G.: Początek XXI wieku odczuwałem jako niestrawność brzmień syntetycznych. Syntezatory w zasadzie przestały się rozwijać w sensie nowych palet brzmieniowych. Firmy zaczęły serwować nam instrumenty, które grały jednocześnie kilkoma warstwami barw (LAYERS), nawiasem mówiąc, bardzo cienkimi, z domieszką dużej ilości pogłosu, delay'a i chorusa. Pojawienie się instrumentów z firmy EAST WEST zwróciło moja uwagę na fakt, iż od teraz muzyk elektroniczny dysponuje dodatkowo wspaniałą paletę barw instrumentów klasycznych. Pierwsze utwory wykorzystujące nowe, a zarazem klasyczne barwy, zacząłem nagrywać w roku 2003. Powstało parę nieskończonych utworów. W 2008 roku zwróciło się do mnie Planetarium Śląskie o skomponowanie muzyki do pokazu, a w 2010, gdy przyszedł do mnie kolega i przyprowadził potencjalnego sponsora płyty, wtedy zabrałem się do komponowania nowego materiału muzycznego, który opatrzyłem tytułem „Tetropolia”. Płyta jest w zasadzie gotowa. Obecnie szukam wydawcy (może tym razem znajdę). W nagraniach wzięli udział profesjonalni chórzyści, klasyczne instrumenty, i oczywiście instrumenty elektroniczne, a precyzyjniej instrumenty klasyczne w wydaniu elektronicznym.

D.K.: I teraz oczywiście używasz innych narzędzi, jaki w tym udział ma komputer i sample?

T.G.: Podstawowy, zafascynowany jestem muzyką filmową, która wzorcowo łączy barwy syntetyczne z muzyką symfoniczną. Ja niestety nie posiadam wystarczających środków, aby moje utwory wykonywała orkiestra symfoniczna, ale stać mnie na wynajem chóru, dlatego nadal korzystam z komputerów, coraz zresztą lepszych!

D.K.: Czy koncentrujesz się głównie na tworzeniu nowych utworów, czy masz czas na poznawanie i słuchanie innej muzyki. Jeśli tak, to jakiej? 

T.G.: Muzyka Hansa Zimmera jest wskazówką jak ją należy robić, ponadto muzyka George Williamsa Juniora, jest też ciekawa pod kątem analizy formy i miksu, czy też kompozycje Edwarda Edgara. Oczywiście na komponowanie mam swój własny pogląd, który staram się realizować.

D.K: Jakie masz marzenia?

T.G.: Chciałbym spróbować napisać muzykę do filmu, mieć więcej czasu na komponowanie, i... mieć własnego menadżera.

D.K.: Kiedy następna płyta? 

T.G.: No właśnie się za nią zabieram...

D.K.: Dziękuję za wywiad i czekam na nowe nagrania.

P.S.: Dodać muszę, że płyta "Granica Snu" dostępna w mp3 na niektórych stronach internetowych zawiera zdjęcie wystawiającego, a nie autora muzyki - Tadeusza Grabowskiego.

sobota, 7 kwietnia 2012

Tomasz Szymański Nerious - Staram się iść w jakość, a nie ilość


Tomasz Szymański "Nerious" - polski kompozytor muzyki elektronicznej rodem z Bydgoszczy. Jego ciekawe płyty można poznać odwiedzając platformę wolnej muzyki - Jamendo.

D.K. Może na początku wyjaśnij skąd wziął się Twój pseudonim artystyczny – Nerious. Czy te słowo coś oznacza?

T.S.: Ner od Nero. To taki program do nagrywania płyt. Z kolei -ious to taka łacińska końcówka, która ładnie ozdabia cały pseudonim. Cała tajemnica. Myślałem nad tym, z tego co pamiętam, całą godzinę :).

D.K:.W portfolio podkreślasz swoją krótką przygodę z zespołem Endorphine. Czy ta współpraca zmotywowała Cię do solowej działalności?

T.S.: Generalnie zawsze działałem solo. Chciałem spróbować czegoś nowego przez współpracę z chłopakami. Na początku wszystko fajnie. Ciekawe doświadczenie - coś współtworzyć przez internet. Jednak ja miałem swoją wizję, a ktoś z zespołu inną. Za bardzo nasze gusta muzyczne się chyba różniły. Sama forma współpracy też mi po czasie przestała odpowiadać. Stwierdziłem, że pojedyncze utwory w duecie raz kiedyś to lepszy pomysł i odszedłem z zespołu. Niemniej jednak dużo z tej przygody wyniosłem.

D.K.: Przez ostatnie 6 lat skomponowałeś materiał na co najmniej 9 płyt. Odnoszę wrażenie że to nie koniec i chcesz uczynić z tworzenia muzyki główną życiową pasję. Skąd czerpiesz do tego siły?

T.S.: Kiedyś komponowałem znacznie częściej. Obecnie muszę mieć silne natchnienie, więc jest tego nieco mniej. Jednak myślę, że za to moja muzyka jest bardziej przemyślana. Bardziej staram się iść w jakość a nie ilość. Teraz pracuję, to też gorzej z czasem. Masz jednak rację - to nie koniec. Oj nie :). To wychodzi po prostu z zewnątrz. Z głębi. To raczej potrzeba twórcza. Chciałem jeszcze dodać, że mam coś jeszcze nie wydanego, muszę wrzucić w wolnej chwili tylko do sieci. Ponadto powstaje już kolejny materiał.

D:K.: Jednym z pierwszych Twoich opublikowanych projektów na Jamendo jest muzyka z płyty „Pejzaże”. Obok albumów „Wolne drogi” i „Powiew skrzydeł” należy ona do moich ulubionych Twoich wydawnictw. Czy „Pejzaże” to był owoc wieloletnich refleksji, czy raczej bardziej spontaniczny odruch?

T.S.: Zawsze lubiłem obrazy prezentujące różne pejzaże takie jak łąki, jeziora, wioski, góry. Bardzo mnie uspokajają, kiedy na nie spoglądam. Chciałem wyrazić w muzyczny sposób co czuję. Miałem koncepcje w głowie i materiał powstał w rok.

D.K.: Zaskoczyłeś mnie pozytywnie płytą „Two Souls” – fikcyjnym soundtrackiem do gry. To chyba najbardziej rockowa muzyka z całej Twojej dyskografii. Zresztą jest na niej wiele różnych motywów, również filmowych. Gitara Dariusza Malkiewicza i Twój akompaniament tworzą coś nowego… Naprawdę grałeś z zacięciem w Starcrafta?

T.S.: Tak. Grałem, ale szybko mi się znudziło. Nie mam głowy do strategii. Sama gra i jej świat jednak na tyle mnie zaciekawił, że chciałem coś do tego włożyć od siebie. Ten projekt był dość odważny, bo jednak inspirowany czymś już istniejącym. Gdyby nie Darek, to by nic z tego nie wyszło. Uparłem się, że ma być gitara, bo inaczej nie było by tego klimatu z gry.

D.K.: Słuchając kolejnych Twoich płyt łatwo zauważyć że stawiasz sobie za cel penetrowanie różnych technik kompozytorskich, masz ambicję zaskakiwać słuchaczy co raz czymś nowym... A może ma to związek z tym że podjąłeś lekcje gry na fortepianie i to się dzieje niejako samo z siebie?

T.S.: Z tymi technikami kompozytorskimi to może raz kiedyś spróbuje coś z harmonii klasycznej. Jednak uważam, że bardziej eksperymentuję z „poziomą budową utworu”. Czyli słuchaczowi wydaje się, że utwór będzie „jakiś” i będzie taki do końca, a tu nagle mała niespodzianka. Nagle zmieniam tonacje, klimat czy tempo, które jest dwa razy szybsze, czy nawet zupełnie samą koncepcję gatunkową mimo że to ten sam utwór itd. Ja lubię zaskakiwać. Szczególnie sam siebie :).

D.K: Na płycie „Powiew skrzydeł” ocierasz się w warstwie instrumentalnej o elementy charakterystyczne dla muzyki klasycznej, symfonicznej. Zgrabnie łączysz to z El-popem. Podoba mi się ten pomysł. Na Jamendo ta muzyka ma też pozytywne komentarze. Słychać na tej płycie w dwóch utworach śpiew i Agnieszki Czajkowskiej a ostatnim utworze „Fulfilment” śpiewa Avell. Jak udało Ci się pozyskać je do współpracy?

T.S.: Z Avell poznałem się na portalu (już nieistniejącym) Open Music z tego co pamiętam. I jakiś czas trochę wymienialiśmy się poglądami. Mieliśmy jeden wspólny utwór Shishigama. Możliwe, że gdzieś w necie jest dostępny. Teraz Avell zrobiła swoją nowsza wersje tegoż kawałka. Fulfilment to moja kompozycja a tekst i śpiew Avell. Byłem zaskoczony pozytywnie, że znalazła się w tym słodkim klimacie. Utwór udany moim zdaniem. Jej muzyka jest nieco inna jednak od mojej. Z kolei Agnieszkę poznałem przez kolegę. Jednak z tego co wiem wyjechała do Ameryki i kontakt się urwał. Szkoda, gdyż poczułem pewną muzyczną więź.

D.K.: „When We Were Young” i „InterZein - Little Bad” jakoś “nie pasują mi” do Ciebie. Czy to była muzyka na zamówienie czy po prostu postanowiłeś się sprawdzić w techno, a może zdominował Cię kolega "Shape" czyli Witek?

T.S.: Nie. To ja go namówiłem, aby zrobić album w stylu electro. Miałem jakąś taką chęć na tą surowa muzykę, a Witek mnie jakby w to wprowadził. Zgodził się na album po moich namowach i mamy efekt. Dobrze mi się z nim współpracowało. Swoją drogą, muszę się odezwać do niego :). When We Were Young to miała być taka odskocznia, a właściwie powrót do młodzieńczych fascynacji muzyką trance. Właściwie nic dodać nic ująć. Ze mną jest tak, że jeżeli mam na dany gatunek ochotę, to się w niego bawię. Traktuję to jak zabawę, a nie jakieś poszukiwanie twórcze siebie na siłę.

D.K.: Jednym z ostatnich Twoich sukcesów jest muzyka do filmu „Rodzinna Opowieść”. Choć jest jej czasowo niewiele, to skomponowanie motywu głównego i fragmentów charakterystycznych zawsze jest formą pewnej nobilitacji. Marzy o tym wielu artystów. Co dało ci te doświadczenie?

T.S.: Z tak krótkim czasem prawdę mówiąc niewiele z tego wyniosłem :). Więcej nie potrzeba było materiału. Fajnie jak ktoś prosi o skomponowanie muzyki do danego obrazu. Jak byłem młodszy to pamiętam, że moim marzeniem było zostać kompozytorem filmowym. Teraz jednak z perspektywy czasu mam takie wrażenie, że chyba by mnie to ograniczało. Nie mniej, jeżeli kiedyś wyjdzie jakiś projekt - to pewnie nie odmówię.

D.K.: Jaki procent w Twojej muzyce stanowią sample, czego obecnie używasz do grania i zapisywania swojej muzyki?

T.S.: Ableton live plus różne wtyczki vst. Sampli używam mniej aniżeli syntezatorów. Lubię czasem samplować swój głos. Robię to jednak w taki sposób, aby to nie przypominało głosu, a jakiś instrument perkusyjny czy efekt dźwiękowy. Mój ulubiony syntezator to Synth1. Lubię też serię STS H.G Fortune.

D.K.: Na swojej stronie wymieniasz jako ulubionych kilku muzyków klasycznych. Jakie dzieło szczególnie cenisz z tego gatunku?

T.S.: Na pewno suitę „Peer Gynt” Edwarda Griega. Niezwykle barwną instrumentację prezentuje „Szeherezada” Korsakowa. Lubię impresjonizm i tu weźmy „Pawana dla zmarłej Infantki” Ravela.

D.K.: Poza muzyką rozpowszechniasz darmowe kursy mailingowe które pomagają rozładować stres…. Jak rozumiem, wypróbowałeś ich skuteczność na sobie?

T.S.: Oj tak. Łapię wiedzę na ten temat, bo bywam impulsywny. Czasem warto się tą wiedzą podzielić.

D.K.: Jakie masz muzyczne plany na przyszłość, czy grałeś już przed żywą publicznością?

Przed publiką grałem dwa razy na imprezie „Elektroniczny Woodstock” w Kruszwicy. Bardzo dobrze ją wspominam. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale mam takie marzenie zrobić jakieś porządne show przed publiką. Bynajmniej nie taką jak Jarre Michel :).

D.K.: Dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów na muzycznej niwie.

T.S.: Dziękuję również i Pozdrawiam Ciepło.
http://www.jamendo.com/pl/artist/nerious


wtorek, 13 marca 2012

Wywiad z zespołem Endorphine


Adam Bórkowski "Smok" (na zdjęciu od prawej), Piotr "Piter" Skrzypczyk (w środku) i Krzyś "Kenny" Kurkowski (wiadomo że po lewej), to członkowie zespołu Endorphine -  grupy internetowych przyjaciół kochających periodyczne, wspólne tworzenie i granie muzyki elektronicznej.

1). Kiedy i jak doszło do powstania grupy Endorphine?

A. B.: Jestem ciekaw, jak na te same pytania będą odpowiadać Piotrek i Krzyś ;) ...  Poznaliśmy się na necie. Podobały nam się grane utwory, komentowaliśmy je na mp3wp.pl. Padł pomysł, żeby spróbować coś wspólnymi siłami. Nazwę wymyśliłem ja. Jakieś kilkanaście lat temu. Nie muszę jej tłumaczyć, wystarczy wpisać hasło na goglach ;). To bylo jak potop. Współpraca, zwłaszcza moja z Kennym (Krzysiem) nad utworami, była rewelacyjna. Kawałki przelewały się przez łącza netowe megabajtami ;). Do tego wchodził Piter i tak się to kręciło, lub odwrotnie, Piter z Kennym, a ja na dokładkę. Lub, jak zauważaliśmy że utwór jest pełny, to nie dodawano nic prócz - skończone. Widzieliśmy się dopiero jak mieliśmy prawie cały materiał ;). Wpierw spotkaliśmy się u mnie, chyba rok później u Piotrka;). Widzieliśmy się w sumie ze trzy razy? ;).

P.S.: Rzeczywiście - połączyła nas strefa wp. Wśród tych tysięcy utworów i wykonawców jakimś cudem trafiliśmy na siebie. Słuchaliśmy nawzajem swojej muzyki, komentowaliśmy i po jakimś czasie uznaliśmy, że nasza zażyłość i rozumienie muzyki uprawnia nas do próby wspólnego jej tworzenia.

K.K.: Ha ha ha ha tak, tak. Patrząc po datach na mp3.wp.pl to ja pierwszy zrobiłem komentarze u Piotra i u Smoka. Nie miałem zamiaru się zapoznawać, a jednak było inaczej. Ktoś później zaproponował powstanie grupy, ale nie potrafię powiedzieć kto. Ważne jest także to, że przy powstaniu grupy brał udział także Adam Związek mieszkający w Belgii. I czy to on przypadkiem nie był głównym prowodyrem... A zresztą.., po kilku wspólnych czatach powstało Endorphine.

2). Pierwsze co wyczułem jako słuchacz, to tę chemię między Wami. I ta pasja grania... Na pierwszą płytę weszło aż 13 utworów ...

A.B: Tylko 13 ;). Przy czym ostatni utwór chyba nawet nie w całości ;).

P.S.: Fakt - każdy z nas miał głód tworzenia, a mieliśmy możliwość zaoferować sobie nawzajem pewne muzykalne niuanse, które z całości robiły nie tyle prostą sumę umiejętności a - wydaje mi się - nową jakość muzyczną.

K.K.: Pierwsza płyta pisała się sama. Byliśmy zachwyceni współpracą i utwory lały się strumieniami. Pomysły czekały w kolejce na poczcie, że nawet czasami nie potrafiliśmy wrócić do nich, bądź też zapominaliśmy że to ma być tam, a to tam itd. Tak że pierwsza płyta została sklejona w pośpiechu, i tak jak Smok wspomniał, możliwe nawet że jeden utwór jest nie dokończony.

3). Czyli ta druga sesja unofficial "Between technology and nature".... to niedokończone projekty?

A.B.: Druga sesja odbyła się bez mojego udziału. Straciłem pracę, świat lekko się pozawalał. Wiesz, kiedy pierwszy raz traci się pracę, nie jest lekko. Wcześniej zacząłem budowę domu... W dniu kiedy miałem załatwiać kredyt, mój szef powiedział: idziesz do zwolnienia, a byłem najbardziej doświadczonym pracownikiem ;). Ale je...ć to i system ;), wróćmy do Endorphine.

P.S. W pewnym sensie można powiedzieć, że to są niedokończone projekty. Tworzyliśmy z Kennym dosyć sporo, a Smok porządkował swoje życie. W końcu postanowiliśmy przedstawić to, co zrobiliśmy akcentując, że nie jest to pełne wydawnictwo Endorphine.

K.K.: I postanowiliśmy dodać więcej agresji. Więcej mrocznych, chrapiących brzmień. Smok miał coś dopisać, jednak czas mu na to nie pozwolił, i utwory wykańczaliśmy tylko we dwóch.

4). "Nowoczesność i oryginalność brzmienia muzyka ta zawdzięcza Smokowi," to prawda?

A.B.: Do 40. przeżyłem kilka żyć, muzycznie też... Co do całości, nie zgadzam się - może jakieś brzmienia, niektóre kawałki, fragmenty, ale nie całość. Chemia o której wcześniej mówiłeś - Endorphine to kilku mocnych emocjonalnie kolegów ;). To wspólny projekt, najwięcej chyba dawał Krzyś, ale wynikało to z podsyłanych fragmentów, które wykorzystywał do praktycznie gotowych części. Dogranie leada, bądź czegokolwiek innego do tego, to była prześliczna sprawa.

P.S. Stawiałbym tezę, że oryginalność brzmienia to zasługa zarówno Smoka jak i Kennyego. Smok od zawsze - od kiedy go znam - akcentował wagę oryginalności brzmień w kontekście tworzenia muzyki. Kreował je i od samego początku zaskakiwał nimi. Kenny natomiast miał dar dobierania i modyfikowania brzmień.

K.K.: Smok i Piotr mówią prawdę. Jednakże, oryginalność przyznałbym Smokowi. To jego leady, pady i „tra ta tady” brzmiały jak nie z tego świata. To były brzmienia, które słyszałem po raz pierwszy w życiu.

5). Niektóre fragmenty tej muzyki brzmią mocno orientalnie... muzyka dżungli....

A.B.: Piotrek i Krzyś dali upust swoim fascynacjom... Muzyka etniczna? W powiązaniu z elektroniką. Moja współpraca w tych utworach była na zasadzie wsparcia mentalnego, bądź przerywnika;). "Matecznik" w wersji którą dostałem... po przesłuchaniu powiedziałem: Panowie, ja tu nie mam co dodać, to skończony kawałek. Tak samo "Orientalistyka", dodałem tylko troszkę smaczków gdzieś w tle. Grając w kilku ludzi nie można być nachalnym, trzeba słuchać... Znaleźć swoje miejsce lub, jeśli go nie ma, nie wpie...ć się na siłę. Dlatego uwielbiam grać jamm'iki. Energia ;)

P.S. To prawda - mnie fascynuje połączenie muzyki elektronicznej i etnicznej, folkowej. Starałem się takie elementy umiejscawiać w muzyce Endorphine, jednak w taki sposób aby nie stały się częścią dominującą.

K.K.: Tak, połączenie Etno z elektroniką w tamtych latach miało potężnego kopa. To według mnie było coś świeżego, coś co słuchacz połknie i będzie chciał dokładkę. I udało się.

6). Interakcja?

A.B.: Linia energetyczna w milisekundę po włączeniu. Jakiekolwiek porównanie nie odda prawdy tych odczuć, ale słychać to w muzyce ;).

P.S. Interakcja między muzykami? Wspaniała - połączenie muzyczne przekładało się na połączenie międzyludzkie :) Interakcja ze słuchaczami? Specyfika tworzenia i prezentacji pozwala jedynie na interakcję w słowach, a te były bardzo przychylne dla nas :).

K.K.: Buzowało między nami. Jak ktoś napisał coś dobrego, to budowało chęć do pracy, dodawało skrzydeł i pisało się więcej i więcej...

7). Płyta "End Or Fine" ma wiele przychylnych komentarzy na Jamendo...

A.B.: Ciebie jako słuchacza to dziwi? Nas, twórców - nie ;).

P.S. To właśnie interakcja :). Daje siłę lub osłabia - po to się tworzy - by ludzie pobujali głową, zamyślili się lub zaczęli bawić :).

K.K. Bo to świeżość była. Jak ktoś to zauważył, ze świecą szukać podobnie grającego zespołu. Po za tym trzeba przyznać, że materiał jest dobry. No, może momentami trochę źle przymasterowany, ale dobry, miło się go słucha.

8). Trochę tak... Przebić się przez tę masę muzyki dostępnej w sieci nie jest łatwo...

A.B.: Wybuch bomby atomowej podczas naszych dyskusji o poszczególnych utworach to pikuś. Zwłaszcza w temacie brzmienia, konstrukcji itp itd. Piter odchodził dwa razy z Endorphinki ;). Nie było polityki, ten materiał zanim ujrzał światło dzienne, uwierz, był przewałkowany przez naszą trójkę bez wazeliniarstwa. Jak dwóch miało uwagi, demo szlo do kosza lub szuflady.

P.S. Aż dwa razy? koniec końców był moment, że tylko ja zostałem (smile) Przebić się nie jest łatwo. Muzyka może bronić się sama i tylko taka opcja wchodzi w grę. Myślę, że w tym względzie nie mamy się czego wstydzić :)

K.K.: Został, został i trzeba powiedzieć że to właśnie dzięki Piotrowi i jego zapałowi powstała druga płyta. To Piotr pisał wszystko a ja tylko dokładałem. To Piotr miał w tamtym czasie wybuch pomysłów. Pisało się szybko i przyjemnie.

9). Ile w sumie trwała ta współpraca?

A.B.: Cały czas nie mówię o Endorphine w czasie przeszłym ;).

P.S. Pamięć trochę zawodzi bo zaczęło się to daaaawno dawno temu w niezbyt odległej galaktyce ;). Patrząc na pierwszy utwór zamieszczony w strefie wp to było mniej więcej od początku roku 2004. Sporo :). No i wszystko jest jeszcze możliwe :)

K.K. Tak, czas przeszły to złe określenie. Ja w każdym momencie jestem skłonny popisać dla Endorphine. Zresztą Smok już zaznaczał telefonicznie, że coś gdzieś tam, bla bla bla, dokładnie nie kojarzę, bo w robocie byłem.

10). No właśnie, planujesz znów skrzyknąć kolegów?

A.B. Współpracujemy od 2004 roku.

P.S. Smok skrzykuje już od jakiegoś czasu ;) No właśnie... wszystko to kwestia dostępnego czasu ale - jak to mówią - nie ma rzeczy niemożliwych ;).

K.K.: Miło widzieć odpowiedzi kolegów, zanim się wypowiem. To tylko kwestia czasu.

11). Może byście przyjechali na Elektroniczne Pejzaże via Olsztyn?

A. B.: Byłem w 2005 roku jak pamiętasz. Muszę wpierw spytać Piotrka i Krzysia, ale sadzę że na przyszły rok czyli 2013 - dlaczego nie?

P.S. Nie chciałbym rzucać deklaracji na wiatr ale sądzę, że łatwiej będzie wrócić do działalności kompozycyjnej niż koncertowej.

K.K.: Piotr dobrze prawi. Ja jestem całkowicie przeciwny koncertowaniu. Już tłumaczyłem tysiące razy. Czerpię przyjemność z tego że piszę i ktoś tego słucha. Jakoś gęby nie muszę przy tym pokazywać i jest mi z tym dobrze. To mnie satysfakcjonuje w 100%.

12). Byłoby miło...

A.B.: Z pewnością;) Wróćmy do Endorphinki i pytań ;).

P.S. .. I szukania odpowiedzi ;).

K.K. byłoby miło pojechać i posłuchać, zjeść grillowaną kiełbachę napić się piwska i powspominać, ale nie grać (smile).

13). Słucham Waszych nagrań i próbuję określić w czym ich siła... Spontan, chemia, wibracje, eklektyzm?

K.K.: To tylko chemia. Tak jak wspomniałem wcześniej, jeden podbudowywał drugiego. A najbardziej podbudowywaliśmy Piotr,a który dla Endorphine przeszedł metamorfozę i zamiast tradycyjnego dla Piotra "bum, bum, bum" wyszło coś pięknego. Linie basowe wgniatały w fotel.

A.B.: Eklektyzm? Używasz zbyt mądrego słownictwa - proszę prościej, albo użyję googla.

14). Zabrzmiało to groźnie ;). No... łączy rożne trendy i to pasuje w tym miksie...

A.B. Eklektyzm (znalazłem w guglu) jest cały zawarty w słowie Endorphine. Posłuchaj muzyki każdego z nas i będziesz wiedział wszystko. To taki bigos, mniam ;). Ale spontaniczności nie brakowało też, i nocek które kończyły się o 4 rano a o szóstej się przecierało oczy, by wstać do pracy. Każdy z nas (wiem) dał w muzyce Endorphine to co czuł i potrafił najlepiej w muzykowaniu. Ale wysyłaliśmy sobie też kawałki gówniane ;). Z czasem tych gniotów było naprawdę niewiele. Raczej kawałki przy których trzeba było się naprawdę nagimnastykować żeby wziąć je na warsztat ;).

P.S. Ano na tym właśnie polegała siła - każdy wnosił coś od siebie - organizm Endorphine albo przyjmował albo odrzucał przeszczep ;)

15). Czy istnieje jakaś płaszczyzna pozamuzyczna między Wami, oglądaliście podobne filmy, nie lubicie systemu?

A B. Nie gadaliśmy na inne tematy częściej niż na muzyczne, może prócz życia osobistego ;). Polityka, filmy... Eeeee, najczęściej było szkoda czasu. Tworzyliśmy i stworzyliśmy inną rzeczywistość. Ponad mizerię "made in Poland". Na naszą stronę mieliśmy wejścia ze wszystkich stron świata prócz kół polarnych ;). Bez żadnej reklamy. Nasza muzyka poszła w świat jak sztafeta...

P.S. Jakoś nie pamiętam byśmy rozmawiali o polityce, a swego czasu spędzaliśmy ze sobą wirtualnie bardzo dużo czasu. Myślę, że mamy pewien wspólny zbiór zasad życiowych, które w znacznym wg mnie stopniu zacieśniały nasze więzy muzyczne i niemuzyczne.

K.K.: Żadnych tematów pobocznych. Jeszcze by doszło do dyskusji. Było widać po członkach zespołu podczas spotkań, że czasem ktoś się ugina dla dobra ogółu. Jednak to było potrzebne. Nie znaliśmy się. Zielona sałatka była dobra, ale wygląd… hmm... trzeba było się czasem przełamać.

16). Siła przekazu?

A.B.: Nagromadzone emocje. To jak "modlitwa" trzech, bez ogródek i próśb, poszedł konkretny przekaz: nie jesteśmy gorsi, ani lepsi jesteśmy :). Każdy z nas miał w tym czasie rożne problemy życiowe itp. itd. "Endorphine" było jak endorfina na nasze dusze i ciała. Była i jest ;).

P.S. Nie dodam tu nic co, lepiej niż słowa Smoka, zobrazuje sytuację :).

17). Granie jako sposób na odstresowanie?

A.B.: Może inaczej - świat równoległy, bliższy prawdziwemu i naturze rzeczy. Nie powiesz że słuchając ulubionej muzyki, czujesz się jakbyś taplał się w szambie?

P.S.: Na pewno jest to jeden z aspektów grania. Proces twórczy przenosi Cię do innego świata. Najlepiej wie o tym rodzina marszcząca czoło w takich chwilach czasami ;).

K.K.: Granie to życiowa pasja, co dzień pisałem, piszę i będę pisał. Dla siebie czy dla Endorfinki, to bez znaczenia.

18). Nie powiem... odwrotnie.

A. B.: A my nie dość że częściej jej słuchaliśmy, to jeszcze ją współtworzyliśmy. Każdy z nas stał się lepszy... z pewnością.

19). Uszlachetniająca twórczość?

A. B.: Każde tworzenie uszlachetnia i nadaje wyrazu życiu. Dlatego jak wiesz uwielbiam gotować...

K.K.: Może nie uszlachetniająca, ale pouczająca.

20). Jakiego pytania nie zadałem?

A.B.: Wielu,zwłaszcza o muzykę. No i musowo posłuchaj kawałków ze strony http://endorphine.mp3.wp.pl/, jest kilka których nie ma na obu znanych zbiorach... Piotrek i Krzyś nagrywali na programach DAW swoje części, a ja na żywo - były z tego ostre jazdy - synchronizować moje koślawe granie do równego bitu z maszyny ;). Większość nazw utworów była mojego autorstwa ;), chłopaki głosowali zazwyczaj jednoznacznie. Lubili moje podejście do nasłuchiwania i nazewnictwa. Zazwyczaj nazwa dobrze oddawała klimat utworu: Matecznik, Kolejność zdarzeń, Światłość wiekuista, Gusła.

P.S. Ejmen ;)

21). Ale nie uważasz się za nieformalnego lidera?

A.B.: Nie w tym organizmie. Ja byłem i jeśli Ednorphine ma nadal grać, muszę być kołem zamachowym... kiedy mnie zabrakło, Endorphine się zatrzymała. Ale nie mogę powiedzieć ze liderowałem. Bez Krzysia i Pitera nie nagralibyśmy tego materiału. Bez względu na udział procentowy.

P.S. Zawsze musi być ktoś kto nadaje kierunek. Demokracja to fikcja ;).

K.K.: Tak jak Smok powiedział. Koło zamachowe. Bez jednego wszystko staje. A przy drugiej płycie jeszcze się toczyło, bo Smok obiecywał obiecywał, i wydaliśmy bez Smoka. Organizm stanął, ale nawet już nie pamiętam dlaczego.

22). Bo nie było tej ikry, iskry?

A. B.: Spróbuj posłuchać utworów Krzysia Piotrka i będziesz wiedział kto i gdzie się bardziej udzielał.

K.K.: Zatarło się to co pozostało. Wychowywaliśmy dzieci, budowaliśmy domy, teraz to miło wspominamy.

A.B.: Właśnie...wróćmy do dzieci. Wpierw urodziła się córka Piterowi, później mnie syn i na końcu Krzysiowi - to kilka lat w łeb. W sumie dopiero teraz osiągnęliśmy stan w którym kradnąc i tak czas rodzinie, możemy pomuzykować.

Czyli jeszcze wiele przed Wami...

Porozmawiałem jeszcze ze Smokiem o Neriousie, który wziął udział w stworzeniu bodajże trzech nagrań, w tym zagrał genialny lead na początku "Światłości wiekuistej". Adam dokładnie wytłumaczył mi czym jest lead i pad w muzyce i zakończyliśmy ten dość długi wywiad.

Pozostaje czekać na nowe nagrania zespołu, a tymczasem ich muzyki (w sumie ok 33 nagrań), posłuchać można na: http://www.jamendo.com/pl/artist/endorphine_(Jamendo) i http://endorphine.mp3.wp.pl/.









sobota, 3 marca 2012

Maciej Braciszewski - Mogę przybliżyć historię w inny sposób


Maciej Braciszewski - kompozytor z Gniezna grający energetyczną muzykę elektroniczną, często inspirowaną polską kulturą ubiegłych wieków.

D.K.: Od jakich nagrań zacząłeś słuchać muzyki elektronicznej?

M.B.: Marek Biliński i Robert Kaanan - wychowałem się na ich nagraniach. Wśród nich pojawiały się też utwory Irka Dregera i Sławka Łosowskiego, potem szukałem innych... był też duet z Poznania - UPSTREAM Roberta Łuczaka i Krystiana Kołakowskiego. Z nagraniami Irka Dregera kiedyś, w szkole muzycznej, nauczyciele mnie gonili (smile) - na przerwach, w jednej z sal puszczałem te nagrania na cały regulator!

D.K.: Kiedy dałeś pierwszy koncert?

M.B.: Po raz pierwszy zagrałem w Gnieźnie przed kilkutysięczną publicznością, na scenie stanąłem z... Robertem Kanaanem! Dla mnie było to coś bardzo ekscytującego, że na scenie stoję ramię w ramię z muzykiem, o którym w świece elektroniki jest już głośno. Parę lat później w Olsztynie, stanąłem na scenie z Markiem Bilińskim! Dla muzyka, który wychował się na nagraniach Marka Bilińskiego i potem stanął z nim na jednej scenie - to niezwykłe przeżycie, dla mnie to był szok! Słyszysz o kimś tyle lat, słuchasz jego nagrań i w pewnym momencie stoisz kolo niego. Pewnie każdy odbiera to inaczej, ale dla mnie to było coś niesamowitego... Teraz grałem z Robertem w Mogilnie po tylu latach i czułem się świetnie. Zresztą Robert to dusza człowiek, więc poczułem się jak równy z równym. Może to zabrzmi jak przechwałki, ale strasznie się cieszę że mogę stać na jednej scenie z takimi osobowościami - oczywiście nie ujmuje tu żadnemu muzykowi z którym grałem. Opisuję swoje osobiste przeżycia - szanuję wszystkich którzy robią muzykę, malują, itd. Wkładają w to co robią cząstkę siebie i przekazują to następnym pokoleniom.

D.K.: Wiem że pomagasz Kubie Fijakowi w powstawaniu jego nagrań, jesteś dla niego przyjacielem, trochę jakby mentorem?

M.B.: Jakuba Fijaka poznałem mieszkając w Irlandii. Zapoznałem się z jego nagraniami i postanowiłem mu pomoc. Już wtedy wiedziałem że Jakub ma duży potencjał muzyczny i bardzo fajne pomysły. Jestem dla niego bardziej przyjacielem i ‘’muzycznym aniołem stróżem’’ niż mentorem. I tak jest po dziś dzień. Przez moje studio przeszła większość nagrań Kuby. Nabrały koloru i brzmienia.

D.K.: Bardzo mi się podoba fakt że wspierasz innych, młodszych kolegów, to rzecz coraz rzadziej spotykana w obecnym egoistycznym świecie.

M.B.: Prawda jest taka, że wielu młodych muzyków jest zapatrzonych w siebie, albo uważają się za nie wiadomo kogo... Nie docierają do nich rady doświadczonych muzyków. Problem polega na tym, że oni jakoś nie przyjmują wiedzy, może nie chcą? Jest naprawdę wielu fajnych chłopaków którzy w domowym zaciszu robią ciekawą muzykę, ale jakoś albo nie mają odwagi, albo po prostu nie chcą zdobywać wiedzy, więc jestem otwarty na młodych aby im pomagać. Może mówię to dlatego, że mam wykształcenie muzyczne, że jestem realizatorem dźwięku, akustykiem? No, nie da się ukryć, ale młodzi są często odporni na wiedzę. Dla nich spełnienie marzeń to emisja nagrań w internetowym radio, albo kilka wywiadów. No ok... ale co dalej? To są właśnie moim zdaniem, ludzie jednego sezonu. Jedna płyta, emisja w radio, dwa wywiady i ich nie ma. Dlatego trzeba pomagać młodym z potencjałem, my - starsi muzycy, kiedyś odejdziemy, zostaną po nas płyty, nagrania, ale może i coś więcej. Właśnie taką małą pomoc młodym mogę zaoferować - przekazać im choć trochę wiedzy i doświadczeń.

D.K.: Wspomniałeś że masz muzyczne wykształcenie...

Skoczyłem szkołę muzyczną w klasie fortepianu, później studiowałem organistykę. Zawsze ciągnęło mnie do syntezatorów, ich możliwości i brzmień. Nigdy nie przypuszczałem ze będę mógł komponować i dawać radość innym. Nagrania czasami powstają spontanicznie czasami to wynik kilku tygodni pracy.

D.K.: Ile w sumie nagrałeś projektów?

M.B.: Od roku 2007 powstało kilka projektów. Pierwszym z nich był "Moonlight". Kolejnym, "A.D.966", "A.D.1000" i "Beatyficare". Powstały również małe produkcje: „Mistic World” i "The Gods". Płyta "Moonlight" to kompilacja kilku nagrań jakie powstały między 2007 a 2009 rokiem. "A.D.966"  i "A.D.1000" to płyty z muzyczną wędrówką w początki państwa polskiego. "Beatyficare" powstała z okazji beatyfikacji Jana Pawła II. "Mistic World" to singiel dla jednej ze stron internetowych. Ostatnia powstała wspólnie z Jakubem Fijakiem. Opowiada o skandynawskich bóstwach.

D.K.: "A.D. 966" i "A.D.1000", opowiadają o historii Polski...

M.B.: Podczas pobytu w Irlandii, kiedy pojawiły się u mnie nowe instrumenty i oprogramowanie, myślałem co by tu zrobić, żeby poprzez muzykę przybliżyć początki państwa polskiego. Ponieważ urodziłem się w Gnieźnie, mieście z bogatymi tradycjami historycznymi, przyszła mi do głowy myśl o zrobieniu płyty, która w sposób muzyczny przedstawi początki państwa i tak powstawały nagrania na płytę ''A.D. 966''. Płyta spodobała się słuchaczom i to bardzo. Dostali coś niecodziennego, historię Polski bardziej ''kolorową'', bardziej przyjazną. Po wydaniu tej płyty nie myślałem o kontynuacji, jednak zostałem silnie zmobilizowany i zacząłem pracę nad drugą częścią ''A.D.1000''. Obie produkcje powstawały średnio 2 lata. Pierwsza opowiadała o samych początkach, miejscach i postaciach związanych z data 966 roku oraz tamtych wydarzeniach, druga przeniosła nas w czasy zjazdu gnieźnieńskiego. W trakcie prac nad ''A.D.1000'' postanowiłem ze będzie to tryptyk i zakończy się płytą ''A.D.1025". W ten sposób wiele osób będzie miało okazję poznać postaci, miejsca i wydarzenia w sposób bardziej obrazowy. Nie jest to ''szkolne'' uczenie historii, ale tryptyk. Da możliwość wyobrażenia sobie podczas odsłuchu pewnych miejsc, postaci czy wydarzeń... za każdym razem może to wyglądać inaczej w zależności od fantazji słuchającego.

D.K.: Czy te nagrania są dostępne na Jamendo?

M.B.: Nie... żadna produkcja nie jest dostępna na Jamendo, tylko w M-Rec jest demo "Moonlight", "A.D.966" i "A.D.1000". Nagrania z demo "A.D.1000’" zostały przearanżowane i różnią się od nagrań z CD.

D.K.: Czy w "Beatyficare" zmieniasz trochę styl na bardziej ... sakralny?

M.B.: Podaj maila, zaraz Tobie ją podeślę.

D.K:. Jak to dobrze znać muzyków – pomyślałem sobie. Po paru minutach słuchałem już najnowszej płyty Macieja….

Widzę ze miasto Gniezno Cię docenia: http://moje-gniezno.pl/artykuly/czytaj/1332/maciej-braciszewski-tworca-muzyki-elektronicznej-i-autor-hejnalu.html

M B.: Tak. Cieszą się że promuję te tereny i początki państwa polskiego, wszak Gniezno to pierwsza stolica, miasto, powiat. Dla mnie fajne jest to, że mogę przybliżyć historię w inny, muzyczny sposób…

D.K.: To dobrze mieć poparcie regionu, nawet jeśli byłoby tylko mentalne… Ty pomagasz Jakubowi Fijakowi, a kto Ciebie wspiera?

M.B.: Roland Corporation oddział w Polsce. Od 1996 roku do dnia dzisiejszego gram na sprzęcie Rolanda, na beatyfikację zostały udostępnione mi Roland AX –Synth Black oraz Gaia SH-01, teraz na koncert "A.D.1000" silnikiem będzie - Roland Octacapture. W studio pracuje na V-Synth 2 ver.2.0 z kartami VC-1 i VC-2 oraz na Rolandzie V-Synth GT 2.0. Oprogramowanie to Cakewalk Sonar X1 Producer Expanded. Oprócz Rolanda pomagają mi zaprzyjaźnieni muzycy, sklepy muzyczne i firmy z nagłośnieniem i oświetleniem.

D.K.: Masz jeszcze czas coś czytać?

M.B.: Tak, ale w jakim sensie: książki? komiksy? Zazwyczaj to czytam instrukcje obsługi sprzętu lub publikacje o nowych instrumentach, o sofcie… Staram się być na z tym na bieżąco. Tym bardziej, że jestem akustykiem i realizatorem dźwięku w centrum kultury w Gnieźnie.

D.K.: W jaki sposób powstają Twoje kompozycje? Budujesz najpierw jakiś szkielet?

M.B.: Najpierw jest tak, że nucę sobie melodię, potem siadam i na brzmieniu fortepianu nagrywam to, co sobie nuciłem. Jak już mniej więcej mam w głowie cały aranż, powstają kolejne ścieżki i rozbudowuje to, co ''chodzi mi po głowie''. To proces długotrwały. Zanim powstanie produkt finalny, potem mix - mastering, nagrania są rożne - na płyty koncepcyjne inne, jeśli to jest do radia - jeszcze inne, jingle - jeszcze inne - muza powstaje do konkretnych celów.

D.K.: Fajnie... nie kusi Cię tworzenie własnych sampli, nie biegasz po mieście i polach z mikrofonem?

M.B.: Tak, tworze sample, ale na zupełnie innych zasadach, nie biegam z mikrofonem, ale sampluje i miksuje brzmienia z rożnych instrumentów, VTS czy też z klawiszy, potem wpisuje do Rolanda V-Synth GT, i gram nimi.

D.K.: VST, co to takiego?

M B.: VST to wirtualne instrumenty które są tylko w komputerze. Takie wtyczki, pluginy… Wybieram jakąś barwę z niego i ją sobie moduluję, zmieniam potem, z drugiego VST biorę kolejne brzmienie i sobie miksuje i tak powstają nowe brzmienia…

D.K. Myślisz o jakimś materiale specjalnie pod koncerty?

M.B. Staram się na koncerty nagrywać nowy materiał lub taki, którego słuchacze nie mieli okazji posłuchać np. w Olsztynie grałem materiał z "A.D.966" krótko po premierze, oraz w podziemiach katedry w Gnieźnie – "A.D.966" i kilka nagrań z "Moonlight". Teraz "A.D.1000", w katedrze "Beatyficare" też było na specjalną okazję.

D.K. M-Rec to label?

M.B.: Tak, M-Rec to netlabel z płytami lub demówkami rożnych wykonawców, nie tylko z polski http://m-rec.eu/.

D.K.: Widzę na tej stronie sporo znajomych nazwisk… To miłe że są takie przyjazne miejsca dla muzyki elektronicznej. Mówiłeś na początku o swoich "samodzielnych" nagraniach. Czyli zagrałeś już w ducie lub zespole, a może lepiej się czujesz będąc samemu sobie sterem i okrętem?

M.B.: Tak powstały takie produkcje – "Mistic World" oraz "The Gods". Nagrałem je wspólnie z Jakubem Fijakiem. Na razie komponuję jednak głownie "samodzielne" nagrania. Nie wykluczone, że w przyszłości powstaną wspólne płyty z innymi wykonawcami.

D.K.: Co sądzisz o obecnej scenie polskiej elektroniki, jest coraz więcej młodych twórców, jak myślisz, stworzą za jakiś czas nowy standard? Są następcy Skrzeka, Bilińskiego czy Komendarka (choć oni nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa)?

M.B.: Muzyka elektroniczna moim zdaniem, ma duże szanse na rozwój. Wszak elektronika ma w sobie rożne podgatunki. Owszem, jest dużo obiecujących młodych muzyków. Nie wykluczone, że to Oni wyznaczą w przyszłości nowe tory muzyki elektronicznej. W dużej mierze zależy to od ich pomysłowości i fantazji. Czy są następcy takich ludzi jak Skrzek, Biliński czy Komendarek... moim zdaniem – czas pokaże.

D.K.: Dziękuję Ci za rozmowę i do zobaczenia na którymś z Twoich koncertów.

M.B.: Dziękuje również za możliwość udzielenia wywiadu.



poniedziałek, 20 lutego 2012

Przemysław Rudź - Natchnienie jest rzeczą ulotną


Przemysław Rudź  - autor kilku albumów z muzyką elektroniczną, obecnie w ścisłej czołówce polskich muzyków grających progresywną elektronikę.

D.K.:  Od naszego ostatniego wywiadu minęło pół roku.  W międzyczasie ukazała się płyta "Unexplored Secrets Of REM Sleep", nagrana wspólnie z Władkiem Komendarkiem. Umocniła Waszą pozycję na coraz większym rynku rodzimych i zachodnich kompozytorów. Władek, zasłużony nestor polskiej elektroniki, niejako przekazał Ci na niej, że użyję przenośni "berło, koronę i jabłko".  W ciągu dwóch lat  skomponowałeś pięć dobrych, zróżnicowanych płyt.  Nie czujesz się wypalony?

PR: Ja? Wypalony? Ależ skąd! Zdaję sobie sprawę, że coś takiego jak wena nie jest dane raz na zawsze i kwestią czasu jest okres zastoju twórczego, czy zwiastuny syndromu wypalenia. Spotykało to największych w historii, bez względu na rodzaj muzyki i wydarzenia, jakich byli świadkami. Tym bardziej ja, skromny muzykant z Trójmiasta nie będę raczej w tej kwestii  wyjątkiem. Natchnienie jest rzeczą ulotną, dlatego też korzystam z każdej okazji aby dać upust temu co we mnie siedzi i wyrywa się ku głośnikom. Wiele z melodii, sekwencji, pochodów harmonicznych zapisuję z marszu w sekwencerze, często nadając im śmieszne nazwy. Wszystko to w nadziei, że kiedyś przyjdzie na nie właściwy czas. Ważne jest aby kompozycje, zanim ujrzą światło dzienne, przeszły przez wewnętrzny jakościowy odsiew ziaren od plew, co będzie szczególnie ważne w okresach spadku artystycznych lotów. Lepiej poczekać na lepszy okres, niż na siłę karmić Słuchaczy materiałem, do którego nie ma się przekonania, że wart jest prezentacji. Ilu  poetów, pisarzy i kompozytorów wolałoby zapomnieć i odesłać w niebyt swoje pierwsze lub  mniej udane utwory? Może więc jednak świadome zaniechanie jest receptą na podtrzymanie pewnego poziomu, poniżej którego nie wypada schodzić? Tylko jak tu zachować dystans do samego siebie? Oto jest pytanie! A co do Władka, to wierz mi, że może w ostatniej płycie jest element tej symboliki, o której wspomniałeś, jednak jestem przekonany, że Władek walczy dalej dzielnie i jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie zanim powie dosyć. Tak po prawdzie, to po prostu wiem, że on nigdy nie przestanie. I chwała mu za to!

M.W.: Obserwuję twoją twórczość już klika lat, wiele również dyskutowaliśmy na tematy muzyczne czy ogólnie poruszaliśmy drażliwy temat egzystencji w obecnych czasach. Dla mnie Przemku jesteś takim… Frankiem Zappą wśród wykonawców muzyki elektronicznej. Dlaczego? Otóż w Twoich wypowiedziach widzę niezależność w  pojmowaniu świata i w ogóle – tak jak Zappa - idziesz pod prąd ze swoimi muzycznymi fascynacjami. Nowy album ”Paitings” dobrze obrazuje Twoją postawę, nie idziesz na łatwiznę i burzysz ogólnie przyjęte wzorce muzyki elektronicznej. Twoja buntownicza postawa przypomina mi samego Franka, ale i… tych wielkich eksperymentatorów 20 wieku. Czy Twoja nowa muzyka to ambient, awangarda czy nowy eklektyczny kierunek w EM?


PR: Już samo ideologiczne porównanie mnie do Zappy powinno nakarmić moje "ja" na kolejne pół roku albo i dłużej. Dzięki! Zappa był artystą ponadczasowym z kosmicznie wielu powodów. Wystarczy wspomnieć posunięty czasem do skrajności eklektyzm jego muzyki, otaczanie się lepszymi od siebie instrumentalistami i kompozytorami (Bozzio, Belew i inni), wszystko to w połączeniu z niespożytą wyobraźnią, energią podczas nagrywania płyt, a zwłaszcza koncertów. To tylko niektóre z przyczyn, jakie uczyniły z niego gwiazdę pierwszego formatu. Gdzież mi do tej skali talentu, choć zdaję sobie sprawę, że wybrałem inny rodzaj muzyki, której energia nie wynika z karkołomnych popisów technicznych czy eksplozji scenicznej, a z treści jaką ze sobą niesie i tego jak potrafi zapłodnić wyobraźnię wrażliwego Słuchacza. W chwili, w której piszę te słowa słucham cudownych Partit J.S. Bacha granych przez niezapomnianego Glenna Goulda. Po tej dawce baroku na najwyższym poziomie pewnie dla kontrastu odpocznę przy Thin Lizzy, albo którejś z płyt Genesis albo King Crimson. Zatem to, że pokochałem szczególnie elektronikę nie zwalnia mnie od śledzenia dzieł i pasjonowania się dokonaniami innych autorów nie tylko z epoki w której żyję, ale może przede wszystkim tych, dzięki którym muzyka tak bardzo rozwinęła się formalnie i poszła do przodu - którym każdy rockman, jazzman, bluesman, czy w końcu twórca el-muzyki jest winien najwyższe uznanie.

Postawiłem sobie za cel, aby każda moja płyta dotykała nieco innego obszaru muzyki elektronicznej, ale nie tylko elektronicznej. Przemycam tam świadomie bądź podświadomie elementy ambientu, rocka progresywnego, popu, czasem nawet jazzu i muzyki klasycznej. Tak jak Zappa lubię się otaczać lepszymi instrumentalistami od siebie, bo mam bardzo duży dystans do własnej techniki gry. Bez żadnej żenady powtarzam, że okiełznana technologia w parze z wyobraźnią muzyczną może zdziałać cuda. To tak oczywiste jak wybór lotu samolotem w odległe miejsce, zamiast podróży furmanką. Niby cel ten sam ale środek ku temu diametralnie inny, dowiązany do obecnych czasów i możliwości. Jeszcze kilka lat temu nie miałem pojęcia, że nagle będę miał na koncie pięć płyt autorskich i dwie kolejne "w zapasie", które obecnie dopieszczam i szlifuję, aby kiedyś zabłysły jak prawdziwe diamenty. Bliżej może mi przez to do określenia "pisanie muzyki", bo faktycznie wygląda to często jakbym ją pisał niż wprowadzał z palca do pamięci komputera. A więc podkreślę to jeszcze raz - niedostatki techniczne można zrekompensować po prostu czuciem i umiejętnością przenoszenia tych wrażeń na świat dźwięków, brzmień, harmonii i dysonansów. Czy to już nowy styl w el-muzyce? Myślę, że bardziej próba stworzenia tego charakterystycznego brzmienia, które czyni artystę oryginalnym i rozpoznawalnych w natłoku innych. Myślę, że małymi kroczkami zmierzam w dobrym kierunku...
 
D.K.: Miałem przyjemność poznać surowy materiał z przygotowanej przez Ciebie najnowszej płyty, którą roboczo zatytułowałeś "Paintings". Ukazujesz na niej niejako swoje nowe oblicze. Ta muzyka jest bardziej niepokojąca, mroczna i posępna niż dotychczasowe dokonania...

PR: Usiadłem do tej muzyki nie mając nic wcześniej przygotowanego, zupełnie jakbym wziął czystą ramę z płótnem i zaczynał malować pejzaż. Stąd też tytuł płyty, który sugeruje, że materiał zawarty na krążku będzie bardziej ambientowy niż zwykle. To całkowicie zamierzone. Około 60 minut elektronicznych impresji na różne tematy. Tak, momentami jest bardzo mrocznie i posępnie - wśród utworów znalazł się pierwszy cover w historii moich zmagań z klawiaturami. Opracowałem utwór Humanity Part 2 autorstwa Ennio Morriccone, który nadał niezwykły klimat grozy legendarnemu już horrorowi Johna Carpentera pt. "The Thing". Mam nadzieję, że tym którzy widzieli i słyszeli, moja wersja przypadnie do gustu i odświeży nieco wspomnienia o fabule filmu, natomiast tym, którzy usłyszą go po raz pierwszy, moja wersja będzie się bardziej podobała niż oryginał :) :) :)

Nigdy nie ukrywałem, że mollowe klimaty bardziej do mnie przemawiają niż wesołe durowe harmonie. Muzyka elektroniczna idealnie nadaje się do budowania atmosfery tajemniczości, czasem i niepokoju, a te jak wiadomo wymagają bardziej posępnych tonacji, brzmień, pochodu akordów i rytmiki. Udaje mi się to przez szerokie stosowanie wirtualnych symulatorów dawanych syntezatorów analogowych, takich jak Moog Modular, ARP 2600, czy Prohpet 5, Yamaha CS80 i innych. Niewiele jest instrumentów, których brzmienie tak mocno pobudza wyobraźnię, jak właśnie te "stradivariusy" muzyki elektronicznej (jak to pięknie kiedyś określił J-MJ).

M.W.: Twoja jeszcze nie wydana płyta  budzi moje spore zainteresowanie.  Nie tylko z powodu samej muzyki ale i … frapujących  sampli, które wykorzystałeś na „Paintings”, że podobnie jak Władek Komendarek próbujesz wyławiać dźwięki z natury by potem je przetransponować na sample, myślę, że to wyraz Twojego parcia na oryginalność, co mnie cieszy. Powiedz mi jakie instrumenty wykorzystywałeś przy produkcji nowej  płyty „Paintings” ?

PR: Jak już wspomniałem, na nowej płycie wykorzystałem szeroko instrumenty analogowe w ich wirtualnych wersjach (gdzież bym to wszystko pomieścił w domu, gdybym miał dostęp do prawdziwych maszyn?!). Do tego doszły sample nagrane zarówno przeze mnie, jak i moich przyjaciół. Szczególnie ciekawie wyszły kosmiczne dźwięki trzaskającej kry na zamarzniętym jeziorze, które do złudzenia przypominają efekty uzyskiwane w czasie eksperymentów z analogowymi syntezatorami modularnymi! A przecież to czysta natura! Ostatni utwór na płycie Hidden Nooks Of Our Ego produkuję we współpracy z moim serdecznym kolegą Adamem "Smokiem" Bórkowskim, który poświęcił się dla sztuki i zapewnił świetne sample poznańskiej ulicy w godzinach szczytu. Utwór ten zostanie też wzbogacony moimi szeptami i zmodulowanym głosem Adama. Będzie siła, zapewniam! Daleko mi do skali wykorzystywania dźwięków naturalnych, jak robi to Władek Komendarek. Może jednak to jakiś skromny zaczyn tego, co pojawi się w mojej muzyce w przyszłości?
  

D.K.: Wśród nagranych na "Paintings" utworów jest kompozycja "Who Goes There". Po raz pierwszy tak dobitnie dałeś wyraz swojej fascynacji kinem będącym mieszanką thrillera i SF. Nie przejmowałeś się ewentualnymi kąśliwymi docinkami?

PR: Kocham literaturę SF, kocham naukę i jej postęp. Jestem mentalnym dzieckiem i wychowankiem Lema i jemu podobnych. Nic więc dziwnego, że śledzę dokonania kinematografii, które zahaczają o w/w tematykę. Thriller Carpentera chodził za mną od dłuższego czasu, postanowiłem więc spróbować wczuć się w klimat filmu tak jak mógł to robić twórca ścieżki dźwiękowej, słynny Ennio Morriccone. Tak, spodziewam się, że niektórzy zarzucą mi porywanie się z motyką na Słońce, albo kalanie klasyków. Zapewniam jednak, że wersja utworu, która wciąż ewoluuje, przechodzi za każdym razem wspomniane już wewnętrzne jakościowe sito - zarówno moje, jak i bliskich mi osób. A to oznacza, że jeśli nawet nie będzie to wersja bijąca na głowę oryginał, to będzie to moje w pełni świadome spojrzenie na temat, z zachowaniem szacunku dla kompozytora, autora scenariusza i reżysera.

M.W.: Twoja muzyka znakomicie współgra z mrocznym kinem SF czy horrorami. Zwłaszcza interesujący cover muzyki Ennio Morricone do filmu „The Thing”, może sugerować twoje zapędy w tym kierunku. Czy dostałeś kiedyś jakiś sygnał od ludzi z branży filmowej o ewentualnej współpracy odnośnie soundtracku? Myślę, że Twoja muzyka wybitnie uzewnętrznia mroczne ego człowieka często zagubionego w meandrach ludzkich skomplikowanych życiowych historii. Ilekroć słucham twojej el-muzyki, a zwłaszcza próbki  najnowszej, jeszcze nie wydanej płyty „Paintings",  po włączeniu „play”w mojej głowie wyświetla  się film. Muzyka tak silnie oddziałuje, że  moja wyobrażania pokazuje film do twojej muzyki. Co o tym sądzisz?

PR: Myślę, a w zasadzie wiem, że wciąż jestem twórcą tak bardzo niszowym, że nikt ze świata filmu nie słyszał o moim istnieniu. Wyprawa w rejony muzyki filmowej na pewno byłaby niezapomnianą przygodą i wyzwaniem, po cichu marzę więc o takiej szansie. Mam zatem nadzieję, że mój dotychczasowy dorobek artystyczny przekona kiedyś odpowiednie osoby, co zaowocuje kontraktem i poświęceniu się jakiemuś ciekawemu projektowi  filmowemu, obojętnie czy fabularnemu czy dokumentalnemu. Na chwilę obecną podjąłem niewielką współpracę z firmą Inventica, która wyprodukowała astronomiczną aplikację pt. The Milky Way na mobilne produkty firmy Apple. Muzyczne tło w niej wyszło spod moich palców i podobno podoba się użytkownikom. A wracając do roli muzyki w filmie, to jest ona przecież niebagatelna. Wyobrażasz sobie Blade Runnera bez muzyki Vangelisa?
 
D.K.: Mogłeś nagrać jeszcze ze trzy płyty w stylu "Summa Technologiae" i pewnie nikt by nie protestował. Ale to nie jest myślenie progresywne. Ty ciągle szukasz, badasz, składasz dźwięki na nowo. Na najdłuższej suicie "Hidden Nooks Of Our Ego", gdzie eksploatujesz niedostępne zakamarki ludzkiej jaźni,  nie wahałeś się użyć nawet swojego głosu...

PR: No właśnie, jest tu pewien dylemat na linii artysta/słuchacz. Z doświadczenia wiem, że odbiorcy muzyki są często konserwatywni w gustach i jak się im spodoba jakaś płyta zespołu czy solisty, to automatycznie chcieliby aby następna była podobna. Tak było dla przykładu  z legendarnymi płytami Oxygene/Equinoxe. Jarre wiedział co robi kontynuując klimat i brzmienia Oxygene na drugim krążku. Myślę, że wielu by się rozczarowało (i ja również się do nich kiedyś zaliczałem), gdyby po "tlenowym" sukcesie pojawiła się mniej komercyjna płyta Zoolook. Dla wielu artystów może to być zabójcze artystycznie, bo ileż można oklepywać jeden temat! Mądrze jest próbować skłonić Słuchaczy aby zaufali i poszli razem z wykonawcą  akceptując jego dążenie do zmian. Oczywiście o ile on sam się w tym nie zagubi i nie straci na jakości i szczerości przekazu. Nie będąc zakładnikiem własnej popularności i marketingowego podejścia do twórczości, mam zdecydowanie łatwiej. Ta, oczywiście jest ważna, zwłaszcza gdy stanowi  podstawę utrzymania. Jednak nie robię sobie złudzeń, że kiedyś na moje konto zaczną wpływać tysiące dolarów ze sprzedaży płyt. Dlatego też każda z nich, choć zawsze dowiązana do ogólnego nurtu el-muzyki, penetruje regiony dalsze, czasem zupełnie z nią nie związane. Myślenie progresywne wyniosłem z ogólnego zainteresowania muzyką, jej historią i stylami, ale oczywiście nie tylko muzyka jest tu ważna. To raczej postawa światopoglądowa, w której szanując dorobek poprzedników i budując na nim nowe, odbywa się prawdziwy postęp. Wiele lat przede mną tak myślano, uważam to za właściwe i twórcze.

M.W.: Jak twoja piękniejsza polowa czyli Joanna wytrzymuje trud egzystencji z tak barwną osobowością jaką jest Przemek Rudź. Czy między wami istnieje  prawdziwa relacja rodzinna? Wiadomo, te czasy nie sprzyjają rozwojowi rodzinnej ciepłej atmosfery, a może Ty i w tym przypadku idziesz pod prąd i stawiasz rodzinę na pierwszym miejscu. Czy ta kwestia jest dla ciebie pierwszorzędnym priorytetem?

PR: Myślę, że jakoś daje ze mną radę i partnersko jesteśmy całkiem nieźle dopasowani. Jeżeli między dwojgiem ludzi jest uczucie i zrozumienie potrzeb drugiej strony, to trzeba się naprawdę solidnie postarać, że by wszystko spartolić. Odpukać w niemalowane, ale nam to na razie nie grozi :)
 

D.K.: Grasz teraz mniej jest soczystych sekwencji, one występują, ale raczej jako element uzupełniający. Właściwie Twoją nową muzykę można zdefiniować, choć to nie będzie precyzyjne,  jako wyprawę w świat zimnego ambientu i industrialu. Tytuły sugerują odwieczny kosmos, zimne lodowce, wylęgarnie astralnych istot... To rodzaj ucieczki przed bardziej namacalnymi problemami życia, czy może wyraz pewnej fascynacji?

PR: Z normalnym życiem mamy wszyscy do czynienia na co dzień. Praca, obowiązki, szukanie źródeł dochodu, zlecenia, umowy, podatki, ZUS i inne tego typu paskudztwa. Komponowanie i mentalne penetrowanie odległych i wyimaginowanych światów to odskocznia od szarości egzystencji, zalewu tandetnej i wszechobecnej reklamy, ucieczka od rozpasanej głupoty wokół nas. To lekarstwo zarówno dla kompozytora jak i ludzi, których zabiera on w muzyczną podróż. Nowa płyta taka właśnie jest - surowa, sterylna, zimna i transcendentna. Jednak poprzednie płyty zawierają też wiele utworów lżejszych, mniej minorowych czy onirycznych. Nie jestem więc aż tak bardzo wyrazicielem i medium tej ciemnej strony rzeczywistości. Myślę, że "Obrazami" zrównoważę jakoś to, co w mojej muzyce było do tej pory optymistyczne i pozytywne jeśli chodzi o jej nastrój. A wszystko po to, aby na kolejnym krążku znowu zaskoczyć Słuchacza czymś rytmiczniejszym, żywym i z pierwiastkiem bardziej ludzkim.

M.W.: Wiem że jesteś miłośnikiem astronomii, wydałeś książki w tym temacie, świetnie to się przekłada na twoje muzyczne fascynacje. W jakim stopniu dość trudna filozofia naszego wspaniałego pisarza S.F -  Stanisława Lema wpłynęła na twoją osobowość? Wiemy dobrze obaj, że Lem długo przed naszym narodzeniem (uśmiech) przewidział to całe zło, które drąży od lat naszą cywilizację. Czy nadal twórczość Lema i jego ponadczasowe książki w dobie super nowoczesnej technologii mają coś odkrywczego? Czy element wiary w człowieka i jego możliwości  i jego entuzjazm jest nadal Ci bliski?

PR: Wciąż jestem zafascynowany jego twórczością. Czytam właśnie z zapartym tchem listy Lema i Mrożka, które pokazują obu geniuszy od tej prawdziwszej, aczkolwiek mało znanej ludzkiej strony. Oczywiście esencją Lema są jego powieści i traktaty filozoficzne, czasem warto jednak poznać go jako normalnego człowieka, członka społeczności i rzeczywistości, która determinuje życiowe wybory i decyzje. Lem przestrzegał i wciąż przestrzega, nie wiem, czy cokolwiek z jego książek trafiło do kanonu lektur szkolnych, ale pewne jest że na to zasługuje. Często o Nim myślę i wracam do jego dowcipnych historii, które często rozładowywały napięcie w fabule. Myślę, że tak już pozostanie i dobrze mi z tym...
 
D.K.:  Na Facebooku piętnujesz bez ogródek nieudolność świata polityki. Wynika to pewnie z troski o nasze wspólne dobro. A co myślisz o ACTA i całym tym zamieszaniu jakie obecnie ma miejsce?

PR: Powiem krótko - gardzę politykami. To eufemizm, bo nie chcę używać bardziej wulgarnego i dosadnego języka. Jestem liberałem, może nawet i libertarianinem, dlatego też szczególnie interesuje mnie stopniowe ograniczanie wolności ludzi przez ograniczonych umysłowo osobników, którzy mają święte przekonanie o swojej misji. Dobrze się dzieje, że w dobie internetu, jednostki myślące podobnie do mnie mają szanse organizować się i przynajmniej werbalnie stawiać opór politycznym cynikom, którzy dla utrzymania się na stołku są w stanie zrobić z siebie najbardziej służalcze dziadostwo, zarówno tu na polskim podwórku, jak i na arenie międzynarodowej. Zawiodłem się już praktycznie do wszystkich i widzę, że w tym systemie nawet św. Piotr zacząłby w końcu kraść. Ludzi traktuje się jak bydło, a najgorsze jest to, że oni sami nauczyli się takim właśnie bydłem być - prowadzonym, chronionym, czasem zdzielonym batem, czasem nakarmionym. Idealnie jest więc wtedy, gdy nie zadaje się pytań, nie kontestuje się rzeczywistości, nie patrzy na ręce i zakulisowe rozgrywki na salonach.

Ostatnie wydarzenia z ACTA w roli głównej zwróciły uwagę na to o czym wyżej napisałem. Możemy w końcu wpływać na to, co dzieje się na szczytach władzy. Skoro przez te kilkadziesiąt lat rozwoju socjalu w Europie, zabrano ludziom możliwość decydowania praktycznie o najważniejszych kwestiach związanych z ich życiem, to cieszy każdy przejaw buntu, jaki towarzyszy podpisaniu ACTA. Sądzę, że kwestie praw autorskich trzeba jakoś uregulować z zachowaniem odpowiedniego umiaru po jednej i drugiej stronie. Śmieszy mnie, że można czerpać w nieskończoność tantiemy za "Nie płacz Ewka" i każdy przejaw tego, notabene całkiem fajnego, kawałka w internecie i innych mediach. Dobrze też wiem, że własność intelektualna i artystyczna oraz jej poszanowanie powinno chronić przez jakiś czas ludzi (10, 15, 20 lat?), którzy mają talent, chęci i możliwości aby sztuką, wynalazkami i innowacjami jakoś pchać ten świat do przodu. Kto to zrobi jak nie oni? Inaczej ogarnie nas stagnacja i mentalna jałowość wśród półgłówkowatych jednostek niepotrafiących wyciągnąć pierwiastka kwadratowego z 9. Gdy kwestia dotyczy internetu i ogromu informacji jaka się w nim znajduje, sprawa wygląda jeszcze bardziej jaskrawo. Jestem przekonany, że gdyby podejść do tematu restrykcyjnie, albo wręcz totalnie, byłby to bat ukręcony przez twórców na samych siebie - ludzie baliby się cokolwiek pokazać, wysyłać, dyskutować. Możliwe, że reakcją na to byłoby powstanie jakiegoś tajnego internetu, zupełnie jak szara strefa w gospodarce. Ciekawi mnie też, jakby miała wyglądać kontrola, bo każde prawo trzeba jakoś egzekwować - trzeba by ustanowić nad światem jakiegoś wszechwładnego Wielkiego Brata i jego mniejszych lokalnych Braciszków, którzy obserwują co się u każdego w domu dzieje. Tego chcemy, czy może przesadzam?
 
D.K.: Niedawno wspomniałeś mi że masz materiał na trzy kolejne płyty. Czego oprócz "Paintings" możemy się jeszcze po Tobie spodziewać? Czy jest tam progresywny materiał pt. "Back To The Labyrinth"?

PR: Bardzo chcę ukończyć prace nad muzyką, która jest powrotem do lat licealnych, kiedy byłem klawiszowcem elbląskiej progresywnej grupy Labirynt. Przypomniałem sobie stare dobre czasy i wybrałem z tego repertuaru najciekawsze moim zdaniem kompozycje, solidnie je przearanżowałem, nadałem nowoczesne brzmienie osadzając w stylistyce szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Już teraz, po pierwszych nagraniach wiem, że utwory te nabrały nowego życia, kolorów, energii i wraz z innymi kompozycjami tworzą spójną i zamkniętą całość, która nawiązuje nieco stylistyką do ostatniej płyty z Władkiem Komendarkiem, choc więcej w niej charakterystycznych dla mnie harmonii. A że ma być bardziej rytmicznie i rockowo, jak wspomniałem wcześniej, potrzebuję tam trochę żywych instrumentów. Niecierpliwie czekam więc na wolne moce przerobowe moich muzycznych przyjaciół, który zgodzili się znów pomóc mi w kolejnym projekcie.
 
Dziękujemy Ci serdecznie za wypowiedzi i niecierpliwie czekamy na nowe wydawnictwa.

PR: Dziękuję również za pytania. Mam nadzieję, że potencjalni czytelnicy przebrną przez tego "tasiemca". Do zobaczenia!

Pytania zadawali Damian Koczkodon i Mariusz Wójcik.

środa, 8 lutego 2012

Jakub Fijak - Cały czas poszukuję nowych inspiracji



Jakub Fijak - młody muzyk ze Szklarskiej Poręby, chętnie  podzielił się ze mną kilkoma swoimi przemyśleniami:

1. Powiedz kilka słów o sobie które można bezpiecznie opublikować :)

   Jestem pasjonatem muzyki, który uwielbia poznawać nowe dźwięki. Stale poszukuję nowych płyt i wykonawców, którzy dostarczą mi wielu wewnętrznych wrażeń. Tworzenie muzyki jest dla mnie formą wyładowania emocji, sposobem na powiedzenie czegoś, czego nie chcę lub nie potrafię przekazać werbalnie. Na co dzień jestem raczej kameralnym chłopakiem, który nie wyróżnia się niczym spośród tłumu, zwyczajnym człowiekiem z gór, z natury raczej samotnikiem. Lubię obserwować ludzi, czerpać z nich inspirację. Staram się odnajdować niezwykłość w zjawiskach lub przedmiotach, które dla wielu z nas są czymś oczywistym i nie wartym chwili zastanowienia.


2. To podobnie jak ja. Jakie było Twoje pierwsze spotkanie z muzyką elektroniczną, czy pamiętasz płyty lub wykonawców którzy zrobili na Tobie szczególne wrażenie?

   Od zawsze bliskie memu sercu były klimaty new age, ethno czy world music, więc muzykę elektroniczną sensu stricto poznałem dosyć późno, a było to w momencie kiedy zacząłem udzielać się w EL-Stacji. Wprawdzie próbowałem słuchać  J.M.Jarre'a czy Klausa Schulze, jednak wtedy nie udało mi się złapać elektronicznego bakcyla. Patrząc z perspektywy czasu musiałem nauczyć się słuchać takiej muzyki, zdobyć umiejętność jej kontemplacji, więc tak naprawdę moje pierwsze wrażenia el-muzyczne były sprawką polskich wykonawców el-muzyki, szczególnie myślę tu o płycie Marka Bilińskiego “Wolne Loty”, czy też “Romantic-On” Tomasza Ostrowskiego.

3. A jak jest teraz? Czytałem Twoją recenzję płyty Rudzia i Komendarka...

  Dzisiaj jest trochę inaczej. Na pewno bardziej otworzyłem swój umysł na nowe doznania  dźwiękowe nie ograniczając się tylko do elektroniki czy też  moich niezmiennych zamiłowań do new age. Obecnie więcej słucham muzyki filmowej i rocka progresywnego. Co do płyty “Unexplored Secrets Of REM Sleep” - myślę, że recenzja to za duże słowo, nazwałbym to raczej zbiorem odczuć i refleksji jakie mi towarzyszyły podczas odsłuchiwania i kontemplacji tego materiału. W dobie nihilizmu jaki obecnie panuje w el-muzyce ten nietuzinkowy duet pokazuje nam, że warto próbować tworzyć coś dźwiękowo indywidualnego, bo jak się okazuje nie jest to niemożliwe – wystarczy otworzyć umysł i nie bać się dewastować kanonów powszechnie panujących w el-muzyce. To może oczywiście skutkować okrzyknięciem kompozytora mianem “antychrysta syntezatorów” co koniec końców może być tylko i wyłącznie preludium do elektronicznej rewolucji.

4. Fajnie że słuchasz progresywnego rocka. Jak trafiłeś do Mogilna i El- Stacji, sam szukałeś kontaktu czy zostałeś "odkryty"?

   Cóż, nie wiem czy mogę mówić o jakimś odkryciu ponieważ był to w zasadzie jeden z efektów współpracy z Maciejem Braciszewskim. W prawdzie o EL-Stacji słyszałem już dużo wcześniej, ale nie sadziłem, że enigmo-pochodne klimaty jakie dominują w moich utworach przyjmą się w radiu nastawionym na określony gatunek muzyczny, więc jeśli mam być szczery, nie próbowałem nawet zapytać o emisję swoich nagrań u Marqsa. Jak się później okazało mogileńskie radio przyjęło mnie z otwartymi ramionami i cały czas chętnie publikuję tam swoje prace. Jeśli zaś chodzi o mój debiut sceniczny to organizatorzy Elektronicznego Weekendu zdecydowali się postawić na młodych i początkujących twórców el-muzyki, w związku z tym dostałem szansę pokazania się. Wraz ze mną otrzymali ją między innymi Aleksander Lasocki ze Szczecina i Piotr Lewandowski z Warszawy.

5. Ten koncert  z Elektronicznego Weekendu Mogilno 2011. Co Ci dała obecność na nim, jakie pozostawił za sobą wrażenia, przyjaźnie i plany?

  Tamten weekend spędzony w Mogilnie był dla mnie bardzo szczególny. Przede wszystkim dlatego, że mogłem po raz pierwszy zaprezentować na dużej scenie to, co przeszło 3 lata powstawało w domowym zaciszu mojego pokoju. Miałem okazję poznać wielu życzliwych ludzi skupionych przy EL-Stacji, jak również związanych z el-muzyką. Niesamowitym przeżyciem było zagranie na jednej scenie wraz z żywą legendą -  Robertem Kanaanem. Był to dla mnie wielki zaszczyt. Jeśli zaś chodzi o plany to myślę, że cały czas są stałe i niezmienne. Trzeba  patrzeć w przód i myśleć o tym ile jeszcze można zrobić, niż bazować na tym co już zostało zrobione.

6. Też lubię muzykę Roberta Kanaana. Szczególnie tę starszą.  Tworzysz muzykę ciepłą, rozrywkową, taką która ma sprawiać radość i przyjemność  słuchaczom. Tak na razie zostanie czy planujesz się rozszerzać w różne strony?

  Słyszałem wiele różnych opinii na temat mojej muzyki. Jedni twierdzą, że jest pozytywna, inni zaś określają ją mianem dekadenckiej i pesymistycznej. Sam nie potrafię ocenić jaka jest tak naprawdę, tę kwestię pozostawiam słuchaczom. Ciężko mi również powiedzieć czy tak zostanie czy się zmieni. Muzyka jest dla mnie idealnym sposobem komunikacji ze światem, więc sądzę, że w zależności od tego, co w danym momencie będę chciał wyrazić i opowiedzieć, tak też będzie ewoluować moja muzyka. Cały czas poszukuję nowych inspiracji i rozwiązań. Nie robię raczej nic nowatorskiego, zwyczajnie próbuję sił w różnych konwencjach i stylach muzycznych. Staram się jednoczenie mierzyć zamiary na siły i nie podejmować się rzeczy, których nie będę w stanie wykonać. Nie jest również moim celem aby na siłę udowadniać światu swoja oryginalność, pasąc przy tym swoje ego. Liczy się tylko muzyka, bo dzięki niej mogę mówić, często nawet w sposób jasny o rzeczach oczywistych.

7. Z Twoich ośmiu płyt  znam na razie tylko 3. Czy zawartość pozostałych jest podobna?

  Na pewno moja muzyka ma w sobie cechy wspólne, lecz każda następna produkcja w mniejszym lub większym stopniu różni się od poprzednich. Lubię powracać co jakiś czas do danej konwencji, o czym może świadczyć ostatnie wydanie pt. “Expedition”. Chyba najbardziej wyróżniającym się albumem jest “Soldiers Of Heaven”. Po koncercie w Mogilnie, gdzie prezentowałem materiał właśnie z tej płyty podszedł do mnie Darek Długołęcki. Przyznał wtedy, że nie spodziewał się czegoś co brzmi jego zdaniem podobnie do “Fire” Marka Bilińskiego.


8. Jakiego sprzętu i wyposażenia używasz przy realizacji nagrań?

  Pracuję na syntezatorze Roland Juno-D. Jeśli zaś chodzi o oprogramowanie to korzystam głównie z produktów Cakewalk by Roland (Z3TA+1, Dimension LE, Sonar X1 Le).


9. Kto jest dla Ciebie największym wsparciem?

  Zdecydowanie jest to osoba Macieja Braciszewskiego, mojego przyjaciela i opiekuna muzycznego. Bardzo wiele się od niego nauczyłem, a dzięki jego pomocy w moim odczuciu wiele osiągnąłem. Są także inne życzliwe mi osoby, które wierzą we mnie i cały czas mnie dopingują [ czasem nawet chcą mi nakopać :-) ] i za to serdecznie im dziękuję!


10. Jak reagują na Twoją muzykę Twoi znajomi z rodzinnego miasta?

  To jest dobre pytanie, też chciałbym to wiedzieć! Prawda jest taka, że niewiele osób z moich rodzinnych stron wie o tym co robię w wolnych chwilach, natomiast Ci którzy wiedzą, reagują raczej pozytywnie choć nie traktują tego nazbyt poważnie.

11. Zdarza Ci się wziąć odtwarzacz na jakieś wzniesienie poza miastem i tam przeżywać muzykę, albo odwrotnie wracasz i coś nagrywasz bo akurat Cię "natchnęło"?

  Idąc w góry szukam spokoju, chwili refleksji, chcę odpocząć. W związku z tym wolę słuchać muzyki lasu, szmerów strumieni i w takiej atmosferze poszukiwać natchnienia. Doskonale więc rozumiem Mr Smoka, który na każdym kroku podkreśla wspaniałość dźwięków natury.  

12. Mr.Smok jest rzeczywiście oryginalnym i wrażliwym człowiekiem. Co Cię pasjonuje poza muzyką, o ile masz na to jeszcze czas...

 Moją wielką pasją jest ratownictwo medyczne, któremu teraz poświęcam większość swojego czasu. Oprócz tego zdarza mi się czasem pisać opowiadania, wiersze, a nawet swoje quasi-filozoficzne rozważania. Sprawia mi to dużą frajdę.

13. Czy widzisz sens wydawania płyt na CD czy wystarczy ci Internet?

   Jak każdy twórca marzę o zmaterializowaniu swojej pracy w postać muzycznego krążka, jednak nie jest to takie proste, więc siłą rzeczy Internet musi mi wystarczyć. Nie mniej jednak, jako środek masowego przekazu jest na pewno znakomity dla ludzi takich jak ja, którzy dzięki niemu mogą pokazać swoje produkcje szerszej rzeszy odbiorców, a w innym przypadku mogliby nie mieć takiej szansy. Mam tylko nadzieję, że z czasem wydania digital download nie wyprą całkowicie z rynku materialnych nośników.


14. Twoje plany i marzenia na najbliższe miesiące, czy może żyjesz bardziej z prądem?

  Nie jestem zwolennikiem dalekosiężnych planów. Życie jest zbyt dynamicznym procesem i w zasadzie nigdy nie wiadomo w jakim momencie i czym nas zaskoczy. Na chwilę obecną mogę powiedzieć tylko tyle, że nadal chciałbym rozwijać swoje pasje.

To prawda... Życzę Ci więc pomyślnej samorealizacji!


sobota, 28 stycznia 2012

Tomasz Pauszek (Odyssey) - Trzeba oczyścić umysł i duszę



Tomasz Pauszek, dyplomowany dyrygent, urodził się w 1978 roku w Bydgoszczy. Znany jest ze swojej muzyki elektronicznej wydawanej pod pseudonimem Odyssey, oraz współorganizowania serii koncertów SYNTH ART FESTIVAL.
 
1) Minęło już 10 lat istnienia twego projektu "Odyssey".  Jak doszło do tego że dyplomowany dyrygent Akademii Bydgoskiej postanawia grać muzykę elektroniczną?

T.P.: Muzyka elektroniczna towarzyszyła mi prawie od zawsze. Pamiętam, że gdzieś tak od szóstego roku życia, bardzo mocno zacząłem interesować się muzyką Jean`a Michela Jarre`a. Z czasem oczywiście rozszerzałem swoje zainteresowania na innych wykonawców tego nurtu. Słucham ich nadal i nowych. I przez tyle lat mi się nie znudziło... Sam zacząłem tworzyć już w szkole średniej, długo przed studiami. Oczywiście, to były początki, poznawanie harmonii, struktur brzmieniowych, dźwięków, szukanie nowych, no i zgłębianie tajników syntezatorów. Takie pierwsze prace, eksperymenty. Już wtedy zainspirowany światem dźwięków, ich nieskończonością, bezkresem oraz dziełami Arthura C. Clarke`a, postanowiłem, że moja muzyka będzie czerpała z tych dwóch zagadnień: nieskończoności brzmień, dźwięków i głębi, bezkresu kosmosu. Chodziło mi jednak bardziej o charakter ludzki tych zagadnień, wpływ muzyki, brzmień na wyobraźnię i nasz wewnętrzny „kosmos”. Świat odległy a zarazem bliski, głębia, pustka i samotność kosmosu, który każdy ma w sobie i od czasu do czasu to czuje. Stąd też nazwa projektu, taka podróż, odyseja muzyczna poprzez wewnętrzny świat, emocje, nastroje, uczucia... I tu dochodzimy do pierwszej oficjalnie wydanej płyty, pt. SYNTHARSIS, wydanej w 2001 roku, a skomponowanej już na studiach w ówczesnej Akademii Bydgoskiej.  Ten tytuł bardzo dobrze obrazował to wszystko, o co mi chodziło i o czym wspominałem wcześniej. Ta płyta to miało być takie katharsis poprzez muzykę syntezatorową. Może to i banalne, ale dość myślę, że muzyka elektroniczna jest specyficzną formą wyrazu, gdzie, żeby dotrzeć do sedna kompozycji lub tego, co autor chciał przekazać, trzeba oczyścić umysł i duszę, trzeba podążać za emocjami, za dźwiękami, koncentrować się, a jednocześnie relaksować i odpływać w swój wewnętrzny kosmos. I tak to się zaczęło. Dyplom dyrygenta otrzymałem dopiero rok później, w 2002 roku.

2) Pod tym szyldem wydałeś kilka płyt, wzbogaconych reedycji. Jak oceniasz ten okres?


T.P.: Te ponad dziesięć lat, to piękny okres, pełen poszukiwań, nauki, poznawania instrumentów, gatunków, otwierania się na nowości, dojrzewania. Na moich płytach mocno słychać te procesy. Od poszukiwań ambientowych, przez fascynację brzmieniami lo-fi czy rytmiczną elektronikę w stylu Jarre`a, aż do techno czy gatunków nowoczesnych jak lounge czy dance. Człowiek to jedna wielka emocja i często te emocje i fascynacje determinują nasze działania. Stąd tyle stylów na rożnych moich albumach.

3) Odyssey Studio Poland. Co kryje się pod tą nazwą?

T.P.: Odyssey Studio Poland, to w gruncie rzeczy moje prywatne studio nagrań, w który, nagrywam przede wszystkim swoje utwory, miksuję ślady czy przygotowuję już całe płyty. No i oczywiście trzymam tam wszystkie moje ulubione syntezatory analogowe. Zdarza się także, że wykonuję mastering zaprzyjaźnionym artystom czy tworzę muzykę do gier komputerowych. Czasami też udzielam się jako producent muzyczny, współpracując z innymi, np. z Waxfood. Wykorzystuję to studio dość intensywnie.

4) Jesteś nie tylko muzykiem, ale również animatorem El-muzyki. Współrealizowałeś kilka edycji SYNTH ART FESTIVAL. Poznałeś nowych przyjaciół z którymi zdecydowałeś się na wspólne nagrania, rejestrowałeś swoje kolaboracje m.in. z  Remote Spaces, Pawlakiem... Czy zapamiętałeś jakieś szczególne przygody z tamtych lat?

T.P.: Nazbierało się tego przez kilka lat... No cóż, fakt organizowałem SYNTH ART FESTIVAL przez wszystkie jego edycje. To był czas ciężkiej pracy i walki z przeciwnościami losu. Organizacja plenerowego widowiska dla kilku lub kilkunastu tysięcy widzów, z nowościami technicznymi, laserami, fajerwerkami i tancerzami, jest zajęciem dość wyczerpującym. Ale jakoś daliśmy radę i wyszło to całkiem nieźle. Jestem z tego zadowolony. Bardzo dobrze wspominam ostatnią edycję, która miała miejsce około północy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 roku, podczas obchodów wejścia Polski do Unii Europejskiej. Niestety formuła tego festiwalu się wyczerpała i obecnie już on nie istnieje. Bardzo fajne wspomnienia mam ze współpracy z Remote Spaces nad płytą Ypsilon Project. Nagrywaliśmy ją wyjątkowo u mnie w mieszkaniu w Bydgoszczy. To było dzikie jam-session trwające tydzień. Były rozmowy, zabawa, tworzenie, granie i cudowny klimat, który wspominam do dziś. Pamiętam, że chłopacy spali sofie i na podłodze, w pokoju, w którym nagrywaliśmy, zaraz obok syntezatorów i komputerów. To był czysty rock and roll... Spotkaliśmy się potem jeszcze raz, na kolejnym jam-session, które też było fajne, ale odbywało się już w studiu i miało bardziej profesjonalny przebieg. Bardzo dobrze to wspominam.

5) Na Twoim profilu na Facebooku zauważyłem zdjęcia z wielu podróży oraz fotkę z J.M.Jarrem. Fajna, jak go znalazłeś?

T.P.: Staram się dużo jeździć po świecie, bo fascynują mnie różne kultury i miejsca, stąd te zdjęcia. Co do spotkania z Jarre`m, to doszło do niego dość spontanicznie. To było w Gdańsku w 2006 roku, gdzie Jarre przyleciał na zaproszenie prezydenta tego miasta odebrać nagrodę za koncert w Stoczni. Byłem jednym z gości na konferencji prasowej, która oczywiście miała przebieg oficjalny. Potem zaproszono nas wszystkich na bankiet. Tam właśnie miałem okazję porozmawiać z Jarre`m dłuższą chwilę. To bardzo miły, serdeczny i radosny człowiek. Dużo można się od niego nauczyć.

6) Sprzedajesz swoją twórczość poprzez różne sklepy internetowe w formie elektronicznej np: iTunes, Amazon.com, Fnac.com, Junodownload, Bandcamp, Virgin Mega Store, Simfy, Również label Generator wydał Twoje 3 płyty. Jak do tego doszło?

T.P.: Powiem szczerze, że długo szukałem wydawcy. Zwłaszcza, że postawiłem sobie za cel wydawać tłoczone CD, a nie jak robi wiele wydawnictw muzyki elektronicznej, na CDr. Niestety rozmowy z trzema wcześniejszymi firmami, jedną polską, drugą holenderską, a trzecią norweską, skończyły się fiaskiem. Te dość długie rozmowy i negocjacje zraziły mnie do wydawców, ale postanowiłem spróbować jeszcze raz. Znałem wydawnictwo Ziemowita Poniatowskiego już dłuższy czas i to był strzał w dziesiątkę.
Spodobała mu się moja muzyka, a że chwilę wcześniej zaczął, oprócz dystrybucji, zajmować się także wydawaniem płyt pod szyldem Generator.pl, to rozpoczęliśmy satysfakcjonującą współpracę, która trwa do dziś.

7) Obecnie sam, jak to wcześniej bywało, projektujesz okładki swoich płyt, wysłałeś ponad 20 krótkich filmów na YouTube promujących Twoją muzykę. Robisz to, bo lubisz, czy to życiowa konieczność?


T.P.: Od czasu do czasu bawię się w projektowanie okładek, zwłaszcza gdy mam pomysł i wiem, że mogę go sam wykonać. Lubię to. Podobnie jest z filmami na YouTube. Zrobiłem je amatorsko, ale mają moim zdaniem klimat. To takie zajęcie poboczne. Natomiast, okładki do płyt, które ukazały się w Generator.pl projektował bardzo zdolny grafik Michał Karcz. Jedną z moich płyt ozdobił swoją grafiką również znany bydgoski malarz Waldemar Kakareko, a okładkę i grafiki do utworów i filmów z płyty Early Works Net stworzył Łukasz Pawlak, z którym współpracę też wspominam bardzo dobrze.

8) Twoja muzyka przechodzi różne metamorfozy. Grałeś już klasyczną elektronikę a'la Jarre, elpop,  chillout, ambientowe plumkania... Czy to wynik konkretnych fascynacji inną muzyką, a może ludźmi czy
miejscami?


T.P.: Jak wspominałem, na muzykę i tworzenie mają wpływ przede wszystkim emocje, miejsca i ludzie, którzy te emocje wywołują. Nieraz zainspirujesz się czymś błahym, a czasami są to przemyślenia filozoficzne. Trzeba też wspomnieć, że żyjemy w takich czasach, gdzie nie da się nie słuchać muzyki i czasami pewne elementy „wchodzą do głowy”, stąd też zwroty w kierunku nowoczesnej muzyki w moich utworach.

9) W 2006 roku ukazuje się płyta RND - Distracted. Jest to Twoje nowe oblicze, efekt innego rodzaju poszukiwań i kolejnych wyzwań. Skąd wziął się ten pomysł i co oznacza ten skrót?


T.P.: RND to kolejny eksperyment już dość radykalny, stworzony dość spontanicznie, w ramach zabawy, sprawdzenia się i poszukiwań. Ja uwielbiam eksperymentować, szukać, mieszać gatunki, sprawdzać jak ludzie zareagują na daną mieszankę dźwiękową. To mnie fascynuje. Taki projekt chodził mi po głowie już od 2004 roku, kiedy to przygotowywałem płytę Odyssey`a – Early Works Net, pełną trzasków, szumów i dźwiękowego brudu. To mnie zafascynowało. Zacząłem eksperymentować, tworzyć dziwne struktury. Ale ta twórczość nie pasowała stylistycznie do łagodnego brzmienia Odyssey`a, więc postanowiłem stworzyć nowy projekt pod nazwą RND. Co do samej nazwy, to odnosi się ona do samej idei eksperymentu, który stał się kanwą dla tego projektu. Chodzi o to, że eksperymentując, np. z dźwiękami, nie wiemy do końca dokąd nas ten eksperyment zaprowadzi, że wyniki mogą być różne, czasami zaskakujące. I że często nie da się powtórzyć tego samego kilka razy, za każdym razem mogą wyjść lub wychodzą inne wyniki, różne brzmienia, dźwięki, zrandomizowane struktury. Stąd nazwa RND od RANDOM. To tyle.

10) Czy to prawda że Odyssey schodzi ze sceny, a zostaje RND?

T.P: Tak. W 2012 roku Odyssey schodzi ze sceny, projekt kończy swoją działalność.
Koniec miał nastąpić już w 2011 roku, żeby po dziesięciu latach na scenie zamknąć to ładnie klamrą i skończyć tę muzyczną podróż, ale postanowiłem przedłużyć działalność do tego roku i wydać jeszcze dwie płyty. Na początku 2012 roku Generator.pl wyda ostatnią studyjną płytę Odyssey`a pt. MUSIC FOR SUBWAY – SYMPHONY FOR ANALOGUES, która będzie dwupłytową podróżą metrem do świata muzyki elektronicznej lat 70. Album nagrany został całkowicie na starych syntezatorach i maszynach rytmicznych z lat 70. XX wieku. Myślę, ze będzie to gratka dla miłośników starszych brzmień i sekwencji. To też było moje marzenie, żeby nagrać płytę tylko przy wykorzystaniu starych, często zniszczonych syntezatorów analogowych, nie posiłkując się żadnymi klonami programowymi. Druga płyta, będzie to album podsumowujący 11 lat projektu Odyssey, z najważniejszymi utworami z wszystkich płyt. Album ukaże się w formie elektronicznej we wszystkich większych sklepach internetowych, takich jak iTunes, Amazon, Fnac, Virgin i inne.
 
Dziękuję za wywiad.


T.P.: Ja również bardzo dziękuję.
Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do zapoznania się z najnowszą płytą.