Muzyce programowej, elektronicznej, często towarzyszy ambitna artystyczna wizja. Kompozytor, niczym pisarz z dużą fantazją, stwarza swój świat złożony z unikalnej kombinacji dźwięków. I często słuchacz, podobnie jak czytelnik fascynującej książki, daje się w niego bez reszty wciągnąć. Poddaje się nastrojom chwili układanych z zestawu różnorodnych barw, które pociągają swoją zmienną urodą, niczym szkiełka w kalejdoskopie. Czasami nie dzieje się to od razu, mieszanka osobliwych akustycznych zdarzeń jest wyzwaniem dla uszu. Ale po jakimś czasie dochodzi do sprzężenia i ... stało się! Muzyka okazuje się być idealnie rozumiana przez odbiorcę, a głęboka satysfakcja płynąca z tego faktu czyni melomana szczęśliwym. Taki proces może czekać nabywców płyty Rona Bootsa "Wind in the Trees". Ten album wydany w 2000 roku, to część większego boxu, gdzie na sześciu krążkach Ron odrestaurował swoje starsze nagrania z lat 80. Zabieg ten, autor opisuje na swojej stronie internetowej jako pracochłonny i kosztowny. Wymagało to bowiem od niego nagrania niektórych utworów na nowo, odkupienia starszych syntezatorów i mozolnych studyjnych zabiegów w trosce o zachowanie oryginalnego brzmienia i klimatu archiwalnych nagrań. Według mnie był to znakomity pomysł. Udało się Bootsowi nie tylko utrwalić pewien okres swojej twórczości, ale przede wszystkim nadać jej atrakcyjny kształt. Płyty "Wind in the Trees" słucha się z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że nie jest to jakaś szczególna awangarda, tylko po prostu zmyślnie zagrana mainstreamowa elektronika. Mi szczególnie przypadła do gustu lekkość z jaką Boots kreuje poszczególne przyrodnicze tematy. Towarzysząca mu niewątpliwie wena twórcza powoduje, że ta muzyka opisująca zimowy chłód, czy letni wietrzyk, jest nie tylko wyrazista w emocjach, atrakcyjna stereofonicznie, ale i bogata kolorystycznie. Ma w sobie rys szlachetnego indywidualizmu, przyjemne, umiejętnie dawkowane sekwencje i... pogodę ducha, która dodaje do życia niezbędną szczyptę optymizmu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ron Boots. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ron Boots. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 maja 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
Ron Boots - Acoustic Shadows
Od lat posiadam wiele płytek Boots’a ale jakoś nie mogłem zrozumieć co takiego niezwykłego mój kolega Bart słyszy w jego muzyce ;). Jednak dziś rzuciłem na tackę płytkę „Acoustic Shadows” z 2006 roku i zawartość faktycznie dość mocno mnie zauroczyła. Pomysł ciekawy (poczytałem na Groove co nieco, przecież od tego jest Internet). Zaskoczyła mnie duża dynamika utworów, klimat i przyzwoita różnorodność. Słychać że gość wiedział co chce nagrać i zrobił to pewnie. Jak zgrabnie sobie radzi i udowadnia że potrafi grać głośno ale z wdziękiem (The Battle of the Somme). Mimo iż niektóre utwory dzielą ustne zapowiedzi i mono deklamacje, całość nie rwie się, tylko prze do przodu z fantazją. Kompozycja „Desolate Fields” kojarzy mi się lekko z Schonwalderem, ale bez tej maniery Mario i nudy w stylu „zagram wam dwudziestominutową suitę, gdzie się nic nie dzieje”. Boots jest po prostu rozważny i romantyczny ;). Sample wybuchów i odgłosów wojny jakie słychać kilka razy nie są natarczywe. W momencie gdy płyta się kończy - trochę żal - a to najlepszy znak że mamy do czynienia z muzyką wysokiej próby. Całość nie powala na kolana szczególnie wyrafinowanymi strukturami, nie odkrywamy tu nowego gatunku w muzyce. Ron gra w sposób znany i powszechnie akceptowany przez fanów gatunku. Istnieje zapotrzebowanie na takie granie - są fani - są i muzycy. I bardzo dobrze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
