Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 września 2011

Tangerine Dream - Ricochet



Czy warto pisać o muzyce doskonale znanej? Uważam że tak. Wielu fanów twierdzi, że płyta Ricochet zespołu Tangerine Dream jest jedną z najlepszych w historii zespołu. I trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na ilość pomysłów tam zawartych, niespodziewanych zwrotów akcji, czy przemawiających do wyobraźni przygotowanych efektów dźwiękowych. Porywające, działające na emocje kaskady generowanych przebiegów, lekko schizofreniczne solo gitary Edgara Froese w Part I, czy genialne połączenie w jedną całość kontrastujących ze sobą elementów - wrażliwego melomana nie pozostawi obojętnym. Ta muzyka jest tak wciągająca, że często się zdarzało słuchaczom odtwarzać ją w domu aż do znudzenia, do pełnego nasycenia. Pewne fragmenty Part II niektórym odbiorcom kojarzą się z religijnym kultem, ich katedralne brzmienie może doprowadzać do duchowej ekstazy, swoistego katharsis. Choć nie jestem zwolennikiem takowych ekstremalnych reakcji, nie da się zaprzeczyć że wpływ tej fantastycznej muzyki na ducha drzemiącego w człowieku, tego wewnętrznego "Ja" cieszącego się dziełem sztuki, jest doprawdy niesamowity. I nie ma znaczenia że w istocie dokładnie takiego koncertu nie było, że to zlepek różnych fragmentów z wielu sal koncertowych. Słuchacz urzeczony mnogością fascynujących skojarzeń wybacza muzykom ten drobny niuans. Efekt pracy studyjnej jest bowiem powalający. Połączenie w tak krótkim czasie tak przemyślnie wielu barw, splotu spektakularnych brzmień, przypomina podróż w inne kolorowe wymiary, niepoznane dotąd światy. Ciekawe są te odgłosy pracujących maszyn, po których słychać smutny mellotron i powracają urozmaicone pochody sekwencji. Wydawać by się mogło że zespół już nic nie wyciśnie ze swojej Mandarynki, a tu na deser piękne zakończenie. I za to właśnie kochamy tę muzykę. Dzięki takim nagraniom lider zespołu wyrobił sobie dobrą markę i w konsekwencji do dziś dnia zespołem interesują się różni ludzie.
   Ale to już inna historia.   






niedziela, 26 czerwca 2011

VII Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2011


    Niestabilna pogoda nie zachęcała do wyjazdu na tegoroczny koncert. Okazało się jednak, że deszcz nie padał i można było spokojnie skorzystać z programu siódmych Elektronicznych Pejzaży Muzycznych w Olsztynie. Organizatorzy osadzając imprezę na ulicy Dąbrowszczaków, postarali się o pewną ilość miejsc siedzących, co zapewniło  komfort osobom starszym i słuchaczom o słabszym zdrowiu. Przed koncertem zdążyłem przywitać się z Andrzejem Mierzyńskim i porozmawiać kilka minut z Władysławem Komendarkiem. Artysta wywarł na mnie wrażenie osoby bardzo miłej, kontaktowej i pozytywnie nastawionej do ludzi. Zauważyłem też obecność telewizji, podobno nawet dwóch stacji, co przy tego typu muzyce nie jest zbyt częstym, ale za to krzepiącym zjawiskiem. Po dość płynnej i dobrze przygotowanej zapowiedzi elokwentnej konferansjerki, Ela Mierzyńska ciepło podziękowała fanom za przybycie mimo niskiej temperatury powietrza. Punktualnie, prawie co do sekundy, rozpoczął się wspólny program duetu Andrzeja i Elżbiety Mierzyńskich oraz Pracowni Tańca Współczesnego "Pryzmat". Czterdziestominutowe widowisko podobało się audytorium, które co kilka minut dziękowało muzykom regularnymi brawami. Po raz kolejny sprawdził się pomysł Andrzeja, aby jego muzyka była ilustracją do tanecznego widowiska, choć pewnie obroniłaby się sama. Skromny kompozytor usadowił się ze swoją elektroniczną aparaturą z boku, 



pozwalając widzom nacieszyć oczy ruchami scenicznymi pań z "Pryzmatu".



    Oglądana ilość możliwych konfiguracji szczupłych kobiecych ciał w ruchu, wyrażana ekspresja i pomysłowość w projektowaniu układów współczesnego tańca była faktycznie godna podziwu. Ela Mierzyńska, w chwilach gdy nie recytowała deklamacji, umiejętnie operowała jakimś rytmicznym gadżetem,




l   ub wykonywała ruchy podobne do tych, jakimi dyrygent manewruje orkiestrą. Widać byłe że swobodnie się czuje w takich klimatach, a praca na scenie sprawia jej radość. Z roku na rok małżeństwo Mierzyńskich pogłębia artystyczną integrację. Wspólne występy na coraz lepszym, profesjonalnym poziomie będą się podobać choćby z powodu opanowanego warsztatu. Kolega, który mnie przywiózł na koncert, pierwszy raz oglądał duet na scenie. Wyrażał się pozytywnie o spektaklu "Zaklęty Ptak", a świadectwo bezstronnej osoby jest zazwyczaj prawdziwe. Po siedmiu latach obcowania z muzyką Andymiana spostrzegłem też, że materiał nie jest całkowicie nowy, jest mieszanką zeszłorocznych motywów z nowymi pomysłami. Ale to dobrze - elastyczność w podejściu do własnej twórczości dobrze świadczy o inwencji artysty. Koniecznie muszę też wspomnieć o rewelacyjnym nagłośnieniu. Ten soczysty, mięsisty bas! Gdybym chciał tak słuchać muzyki w domu, musiałbym potem zbierać oba moje koty żyletką ze ściany. Jako druga gwiazda programu wystąpił Władysław "Gudonis" Komendarek. Ela zapowiadając jego wejście streściła rzecz krótko: Będzie czad!  Uwaga okazała się trafna, bowiem żywotność i sceniczna energia Komendarka są legendarne.




   Muzyk podobnie jak dwa lata temu w Kwidzynie, wystąpił w stroju imitującym mundur, a na głowie miał misterną konstrukcję rodem z filmów SF. 


   
     Ale muzyka była inna. Oczywiście i tu usłyszeliśmy "35 śmietnik atomowy" w trochę improwizowanej wersji, ale podczas olsztyńskiego koncertu przeważały długie frazy które często ewoluowały w eksplozje monumentalnych dźwięków. Komendarek, podobnie jak Andymian, nie zapomniał o swoich rockowych korzeniach. Nieraz powietrze przeszywały ostre solówki, kakofonie efektów i elektronicznie, na kilka sposobów  modulowany ludzki głos. Być może dlatego część słuchaczy zrezygnowała z dalszego koncertu a zostali ci okazujący największe zainteresowanie. Osobom, którym nie wystarczało show na scenie, postawiono ekran na którym  można było obejrzeć ponadczasowy film Koyaanisqatsi, będący momentami świetnie pasującą ilustracją do tej niełatwej muzyki. Komendarek co jakiś czas z ekspresją potępiał monopol programu Windows, czy zakulisowe władze manipulujące ludzką świadomością. W pewnym momencie, rozgrzany, zdjął wymyślny hełm i swoimi długimi włosami wykonywał całkiem udany headbanging. Nic dziwnego że zachwyceni widzowie zmusili na końcu artystę do bisu. Niestety, w wyniku przenikliwego zimna i czynników niezależnych, nie dotrwałem do jego końca. Trochę żałuję że nie udało mi się porozmawiać z muzykami po koncercie. Może niedługo w nowo budowanym amfiteatrze w Ostródzie będą realizowane takie koncerty? Póki co, po raz kolejny można powiedzieć, że EPM 2011 były udaną imprezą.




poniedziałek, 13 czerwca 2011

VI Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2010


   Niewiele brakowało aby tegoroczne EPM nie doszły do skutku. Aura była niesprzyjająca, wiatr płatał figle i targał sceną.  Najpierw impreza miała odbyć się na Starówce pod otwartym niebem, potem niewielka przestrzeń pod sceną olsztyńskiego amfiteatru zmusiła do drastycznej modyfikacji swojego programu Teatr Ognia „Exodus”. Mimo tych problemów i obaw pogoda się wyklarowała i publiczność chociaż odwołano imprezę, wiernie oczekiwała na początek koncertów. Jako pierwszy wystąpił duet Electronic Revival. Dwóch energicznych muzyków postanowiło swoje wyróżniające cechy zewnętrze przekuć na zalety. Marcina i Tomasza zareklamowano jako największy gabarytowo elektroniczny duet w kraju. Faktycznie, zasobne w kilogramy ciała muzyków, jak się okazało nie były przeszkodą w stworzeniu dynamicznego show. W krótkim programie zagrali El-muzykę przystępną, ciepłą, okraszoną gitarowymi solówkami oraz urozmaiconą melodyjnymi zaśpiewami. Pod koniec pokazu grupa dała wyraz swoim rockowym pasjom i bardzo ostro połączyła heavy metal z elektronicznym rockiem. Widać było że muzycy dobrze się czują w swoim stylu, sprawia im to przyjemność i umieją robić to co lubią. Wyglądało to bardzo sympatycznie, aczkolwiek koncertowali trochę za krótko. Po blisko półgodzinnej pierwszej części na scenie pojawia się Andymian ze swoją żoną Elą, a pod sceną przyciągają oczy oryginalnie ubrani członkowie Exodusu. Andrzej Mierzyński gra niecodzienną odmianę muzyki, od lat nie poddając się komercjalizacji, realizuje kolejne ambitne projekty. To nie jest łatwa ani lekka forma muzyki elektronicznej. Korzeniami tkwiąca w progresywnym rocku lat siedemdziesiątych, o gęstej fakturze, bez widowiskowej oprawy dla oczu, być może nie zostałaby doceniona przez większość fanów gatunku. Jednak pomysł popularyzacji swojej muzyki poprzez połączenie jej z atrakcyjnym dla oczu obrazem, po raz kolejny znakomicie się sprawdził. Widz z zapartym tchem obserwujący ekwilibrystyczne wyczyny uzdolnionych aktorów-tancerzy, wchłania całość w przystępny sposób. Przyznaję że na małej powierzchni pod estradą poruszanie się z trudnym do kontrolowania ogniem dodawało akcji dużo emocji. Walka dobra ze złem, przedstawiona językiem ciała, poświęcenie bosych aktorów w kontakcie z pod zamkowym brukiem były to rzeczy doprawdy imponujące. Mimo iż tancerze ograniczeni niewielką przestrzenią placu zrezygnowali ze skoków przez wielką ścianę ognia na której postawienie w tym miejscu nie było technicznych możliwości. Warto wspomnieć jeszcze o coraz częstszym udziale Eli w projektach męża. Jej wokalizy narzucają pewien teatralny styl całości muzycznej oprawy ale nie wydaje mi się to wadą tylko cechą. Jest to też bardzo krzepiący przykład dobrej małżeńskiej współpracy – zjawisko wcale nie tak częste w obecnych czasach. Podsumowując: udana impreza, dwa kontrastowe, różnorodne widowiska nie pozwalały się nudzić.
   Co zobaczymy za rok? Czas pokaże. Póki co, Elektroniczne Pejzaże Muzyczne mają się dobrze.





sobota, 11 czerwca 2011

V Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2009


   Powiem wam szczerze - wcale nie chciało mi się jechać na ten koncert... Koniec miesiąca w pracy, masa roboty do wykonania, ciągłe problemy ze zdrowiem, depresje – jednym słowem totalny splin. Ale przypomniałem sobie, że gdy byłem nastolatkiem to najlepsze imprezy udawały mi się, gdy wybierałem się na nie siłą impulsu a nie z wyrachowania. Po raz kolejny więc, skorzystałem z uprzejmości Jacka D. i podjechaliśmy jego samochodem pod olsztyński zamek. Lokalizacja i fani: Amfiteatr im Czesława Niemena, który miał posłużyć za salę koncertową wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Nowocześnie, gustownie i praktycznie. Wykorzystano wiekową fosę z dużym spadkiem, który umożliwia wszystkim widzom widok na detale sceny. Grupy profesjonalnych ochroniarzy prezentujących twarde muskuły i rzucających czujne spojrzenia gwarantowały stabilny przebieg widowiska. Wyraźnie uspokojony schowałem wyimaginowany scyzoryk z powrotem do torby Ilość słuchaczy, jaka zasiadła na ławkach przed samą imprezą oceniam na ok. 900 osób. Wśród mniej lub bardziej przypadkowych widzów dało się zauważyć ludzi, którzy wyraźnie kochają tę muzykę i umieją się nią cieszyć. Nikt nie zabraniał rejestrowania fragmentów koncertów na kamerach, aparatach foto czy komórkach. Koncert Zaczął się prawie punktualnie a prowadzący improwizował postać Kosmity, którego mowę ciekawie modyfikowało jakieś elektroniczne urządzenie. Dało to efekt podwójnego głosu, jak gdyby przemawiał jednocześnie mężczyzna i kobieta. Po tak niezwykłym wstępie na scenie pojawia się pierwszy muzyk: Maciej Braciszewski z materiałem ze swojej drugiej płyty ''A.D.966''.  Jego muzyka – choć na wskroś nowoczesna – opowiadała o historii naszego kraju z czasów pierwszych królów. Artysta pochodzący z Gniezna jakby w naturalny dla siebie sposób przelewa fascynację epoką miecza na przyjazne dźwięki syntezatorów. Cały jego program zagrany został w optymistycznych barwach. W zgrabne skomponowane melodie Maciej wplata chórki gregoriańskie a’la Enigma, lub nostalgiczne motywy, w których wychwytuję zauroczenie dokonaniami Vangelisa Na wiszącym wysoko ekranie w trakcie tej muzyki można było obejrzeć slajdy o stosownej tematyce. Trzydzieści minut upływa błyskawicznie a kompozycje zostają należycie docenione przez klaszczącą publiczność. Na scenę wkracza Jakub Kmieć „Polaris". Znałem dość dobrze jego dwie pierwsze płyty i ciekaw byłem, co mój internetowy kolega może teraz nowego zagrać. Jego program okazał się dość ambitną, czasami lekko mroczną elektroniką pełną sekwencji, chwilami trochę powykręcanych rytmów. Już nie tak optymistyczna i gładka muzyka jak ta grana przez poprzednika. Idealna do słuchania właśnie po zmroku, przy dużym natężeniu dźwięku wartości wielu decybeli. Mimo pojawiającego się okazjonalnie rytmu, mamy do czynienia z przekazem, która zostawia w odbiorcy coś więcej niż tylko odczucie zadowolenia. Dojrzałość wizji i jej perfekcyjne wykonanie utwierdza mnie w przekonaniu, że Jakub Kmieć „Polaris” jest obecnie poważnie liczącym się elektronikiem na krajowej scenie i z przyjemnością będę obserwował jego dalszą karierę. Po tak wysoko ustawionej poprzeczce występujące, jako następne, małżeństwo Eli  i Andrzeja Mierzyńskich nie pozwoliło słuchaczom spaść w objęcia komercji. Ela deklamowała zaangażowaną poezję z dużym uczuciem i wręcz misyjnym namaszczeniem. Towarzyszyła jej sugestywna, chwilami niepokojąca muzyka Andymiana, która w przypadku mniej doświadczonego słuchacza, mogłaby okazać się niełatwa w odbiorze. Bardzo trafnym więc było zabiegiem, zaangażowanie do wspólnego dzieła grupy Tancerzy Ognia „Exodus” z Ostródy. Spektakl nabrał blasku również w sensie dosłownym, a za swoje umiejętności, co rusz wdzięczna publiczność nagradzała artystów aplauzem. Muzyka dodawała sztuce mistrzów ognia wartości a wizualizacja dodawała muzyce mocy. Było na co popatrzeć i było czego posłuchać. Gwiazdorskim zwieńczeniem wieczoru okazał się koncert Marka Bilińskiego. Muzyka z pierwszej ligi którego nie trzeba przedstawiać można było usłyszeć głównie w zestawie starych przebojów w nowej aranżacji. Również zewnętrzny image kompozytora uległ totalnej przemianie. Zaokrąglony, w czarnych kręconych włosach niefrasobliwy brodaty młodzieniec, którego teledyski z lat osiemdziesiątych można do dziś oglądać na YouTube, przeistoczył się w szczupłego, schludnego pana w średnim wieku z wielką werwą uderzającego w klawisze. Ciekawe, że w dwóch próbach wykonania pierwszego utworu sprzęt odmówił posłuszeństwa. Ale z korzyścią dla widzów, ponieważ upewniło nas to, że duża część solówek grana jest na żywo. To miło popatrzeć, że artysta szanuje słuchaczy i daje z siebie wszystko. Dziękujemy. Nowe aranżacje zrobiły na mnie dobre wrażenie. Niesamowita dynamika płynąca z głośników, lasery i światła, które od początku wieczoru wprowadzały swoisty klimat. Efekt powalający. Gdy słuchałem w nowej wersji E(nie)=mc2, chyba najbardziej programowej kompozycji jaką Marek stworzył, doszło do mnie że ja bardzo dobrze rozumiem tę muzykę. I o to chyba chodzi? Biliński po zakończeniu swojej części koncertu został wręcz zmuszony do ponownego wyjścia na scenę. Było to niesamowite, bo właściwie to wszyscy artyści wyszli się ukłonić, ale gdy publiczność zaczęła wołać: Marek, naturalną konsekwencją było usunąć się i zrobić mu ponownie miejsce Dobrze po północy impreza dobiegła końca. Teraz nastąpiła bardzo ciekawa część. Można było porozmawiać z muzykami, dostać autograf, kupić płyty czy zrobić sobie zdjęcie z ulubionym wykonawcą, (co i ja uczyniłem). Żebyście widzieli jak fani szturmowali do Marka Bilińskiego po autograf i płyty! Wielkie wyrazy uznania należą się ludziom odpowiedzialnym za akustykę i udźwiękowienie. Cała muzyka zabrzmiała znakomicie – od początku do końca. Nawet fragmenty zbyt głośne trafiały się sporadycznie i nie psuły klimatu. Pełen podziwu jestem też dla głównego artystycznego organizatora imprezy: Andrzeja Mierzyńskiego. Jego determinacji zawdzięczamy tyle ciekawych spotkań. Gratuluję wytrwałości i przedsiębiorczości. Piąte Elektroniczne Pejzaże Muzyczne okazały się po raz kolejny imprezą udaną. Mówię to bez chęci przypodobania komukolwiek czy kadzenia. Środowisko muzyków i fanów starej elektroniki jest niewielkie w porównaniu do gatunków w muzyce najpopularniejszych, więc każda impreza zrobiona ze smakiem warta jest nagłośnienia. 

  Mam nadzieję, że przed nami jest jeszcze wiele takich spotkań.







niedziela, 5 czerwca 2011

III Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2007


    Tego dnia pojawiło się kilka drobnych incydentów i mało co  a nie skorzystałbym z tegorocznego programu Elektronicznych Pejzaży Muzycznych 2007. Ale uruchomiliśmy  wszelkie dostępne zasoby determinacji pokonaliśmy negatywne statystyki i dotarliśmy stałą ekipą na dziedziniec olsztyńskiego zamku, na 2 minuty przed rozpoczęciem spektaklu. Byliśmy miłe zaskoczeni sporą ilością słuchaczy, mimo wielu konkurencyjnych imprez muzyczno – kulturalno - rozrywkowych w samym Olsztynie i okolicznych miastach. Scena w tym roku wzbogacona została o dodatkowe elementy dekoracyjne w stylu sprasowanych w klocki puszek po piwie czy kamienną, stojącą z boku babę. I chyba więcej sprzętu nagłaśniającego widziałem na scenie. Niezależnie od występów żywych aktorów, na ekranie cały czas trwała ciekawa projekcja obrazów nasuwających najróżniejsze skojarzenia. Po dość pompatycznej zapowiedzi przypominającej o koncertach Klausa Schulze w Polsce w 1983 roku i atmosferze tamtych lat, pojawia się pierwszy muzyk: Marcin Siwiec grający jako Amee Agaru. Kilka kompozycji trwających ok. 40 minut połączono klamrą tytułów ujawniających buddyjskie fascynacje autora. Jaką zagrał muzykę? Najprościej będzie gdy napiszę: przyjemną dla ucha. Optymistyczną i relaksacyjną. Dość różnorodną i ciepłą. Prywatnie autor trenuje aikido, lecz jego twórczość pozbawiona jest jakiejkolwiek agresji. Potrafi zagrać typowo użytkowo i ciekawie zaimprowizować fortepianową solówkę. W celu przypomnienia sobie klimatu jego dokonań odszukałem stronę WWW Marcina. Znajdziecie tam odnośniki do próbek muzyki Agaru zamieszczonej w sieci i to co on sam mówi o sobie: http://amee.agaru.webpark.pl/index.html Jako kolejny na scenie wystąpił Gandalf. Nie, nie, to nie pomyłka. Znaczy się, chciałem napisać: wystąpił „polski Gandalf” czyli Andrzej „Andymian” Mierzyński z trochę skróconym materiałem z nowej płyty „Scarecrow – Passion of Survival”. Słuchając tych nagrań można zauważyć że Andrzej konsekwentnie rozwija swój wcześniejszy sposób widzenia muzyki nadając jej kolejną, coraz bardziej dojrzałą formę. Wychowany między innymi na rocku progresywnym i płytach koncepcyjnych tworzy barwne opowieści inspirowane naturą (co ujawniają tytuły poszczególnych utworów np. Łąka – Królestwo Ptaków, Wiatr –Podstęp i Chłód, Deszcz - Fałsz i Woda itp.) Silne są też związki Andymiana ze światem teatru. Obrazowość tej muzyki doskonale współgra z mocną ekspresją typową dla grup teatralnych. Mieliśmy tego próbkę w sobotni wieczór. Zaproszona około dziesięcioosobowa ekipa teatralna z Ostródy „Zmysł”, we fragmentach swojego programu spleciona niczym grupa Laokoona, w rewelacyjny sposób dostosowała się do muzycznych pomysłów Andrzeja uzupełniając niejako muzykę i wypełniając część wizualną widowiska. Fascynujące! (Paradoksalnie, aby docenić zespół z mojego rodzinnego miasta, musiałem wyjechać do Olsztyna). Dodatkową okrasą (jakiej nie usłyszałem na płycie) były wokalizacje Eli Mierzyńskiej na początku i końcu występu Andymiana. Niesamowity, o dużej skali głos! Andrzej wspomniał mi, że mają już połowę materiału na nową, wspólną, podwójną płytkę, więc znowu jest na co czekać. Jako ostatni wystąpił „Yarek" Jarosław Degórski, muzyk, który jak myślę - może zagrać wszystko co trzeba i należy. Przed wyjazdem posłuchałem zawartości trzech jego płyt aby mieć jakieś pojęcie co mogę usłyszeć na koncercie i zdziwiłem się uniwersalnością jego nagrań. Na olsztyńskim dziedzińcu podobnie jak i Marcin Siwiec, zagrał sprawnie i przystępnie czyniąc kolejny krok w popularyzacji gatunku El-muzyki na tych terenach kraju. Jak sam przyznał w późniejszej rozmowie (wspomnieliśmy między innymi o jego archiwalnej już kasecie „Hologram”), wypływa na szersze wody muzyki bardziej popularnej i będzie niedługo grał trance przed dużą masową publicznością. I na pewno osiągnie cel, bo zrobił na mnie wrażenie niesamowicie konkretnego i konsekwentnego człowieka. Powodzenia! Na zakończenie koncertu trzej artyści zagrali razem. Wszyscy mieli sutą oprawę wizualną znaną z poprzednich edycji EPM. Na pewno jest to słuszne, gdyż dla przypadkowego słuchacza nie obytego z tym niszowym jednak gatunkiem, samej muzyce może ciężko byłoby się obronić. W przypadku Jarka Degórskiego dodatki trochę zasłoniły postać muzyka. Ale atmosfera była bardzo ciepła i przychylna, czuć było że powoli wzrasta akceptacja dla takiej muzyki w naszym kraju. To ważne. W zamkowej kawiarence można było kupić płytki Andymiana i Yarka. I dostać darmową kasetę Michała Bukowskiego. Wracając do domu rozmawialiśmy z Jackiem o charakterze granej obecnie przez polskich elektroników muzyki. Jest ona generalnie dość optymistyczna w treści i radosna. Jacek, gdy mu wspomniałem o wątkach psychodelicznych i neurotycznych występujących w El-muzyce w latach 70 ub. wieku a nieobecnych szerzej w naszej rodzimej twórczości, ciekawie tłumaczył to podpierając się osiągnięciami astronomii i techniki (że ludzkość zbadała już trochę lepiej wszechświat i nie ma czego się bać jak 30 lat temu). I tak w pogodnym nastroju około pierwszej w nocy dotarliśmy szczęśliwie do domu. Warto było wyjechać i tego wszystkiego wysłuchać i obejrzeć.
    Zastanawiamy się kogo Andymian zaprosi za rok i czy przebije po raz kolejny atrakcyjność performance. A może po prostu da nam kolejną porcję przyjemnych wrażeń?



czwartek, 2 czerwca 2011

II Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2006

   Lipcowy poranek i popołudnie: W piątkowy poranek wstałem z radosną myślą, że oto czeka mnie 9 godzin pracy i wieczorny koncert. Już sama ta myśl podniosła mi poziom adrenaliny na ten właściwy. W końcu ok. godziny 17.40 dotarłem do domu i jak na prawdziwego el -fana przystało, po obiedzie odświeżyłem się w wannie gorącą wodą i zwilżyłem gardło zimnym piwem.  Oczyściwszy się zatem ze smutków dnia codziennego czekałem na telefon od Jacka. Po chrześcijańsku odebrał mnie z pod bloku i wyruszyliśmy do Olsztyna. Wieczór: Podróż wypełniały nam rozważania i dialogi na jedynie słuszny temat: co może nas czekać na koncercie. Atmosfera: Dziedziniec zamku nie licząc pustego miejsca po drzewie w które uderzył piorun nie zmienił się wiele. Nie dokuczał mi też zapach kobiecej chemii, której tyle było w poprzednim roku. Czas do rozpoczęcia koncertu zajmowała mi młoda cygańska latorośl okupująca miejsca Vipów i wymieniająca niewybredne dwujęzyczne komentarze. Dookoła sceny chodził zaaferowany Booky, pilotujący Olę Koszewską (dzielna keyboard women nie miała szans się zgubić). Booky machnął mi ręką, że później pogadamy. Nie dziwię się. Powiem wam szczerze: Aleksandra należy do tych kobiet, przy których mężczyźni wyraźnie czują się sprawniejsi, bardziej potrzebni i rycerscy. Krzesła powoli się zapełniały, pojawił się prezydent Olsztyna, 7-9 letnie cygańskie dzieci dostały propozycję nie do odrzucenia  ławkę z boku sceny.  Prawie punktualnie, ten sam, co rok temu Mistrz ceremonii rozpoczął show. Andrzej Andymian został uhonorowany z rąk prezydenta klaserem kilku okolicznościowo wybitych monet (jak dobrze pamiętam ). Okazało się też, że trochę zmieniono formułę spotkania. Mniej tym razem było ideologii słownej a więcej widowiska dla oczu. Widzowie zostali zapewnieni, że organizatorzy przebiją jakością inne podobne tego typu krajowe imprezy. Po prostu oprócz ilustracji graficznych na ekranie, muzycy dostali wsparcie aktorów teatralnych. Przebrane postaci o pomalowanych twarzach robiły momentami niesamowite wrażenie. Muzyka: Jako pierwsza w kolejności wystąpiła wspomniana już wcześniej Aleksandra Koszewska „Vocoderion”. Miała robić za „przestrzeń”. Patrząc na jej lateksowe wdzianko rodem z Matrixa, zmysłowo opinające młode kobiece ciało, spodziewałem się usłyszeć muzykę techno-podobną, ale mile się rozczarowałem. Owszem, muzyka nawiązywała do znanych w gatunku muzyki elektronicznej motywów np. Marka Bilińskiego, ale bez przesadnego hałasowania czy dosłownych coverów. Utwory były zwarte, soczyste i konkretne. W ogóle mam wrażenie, że jej koncert był zbyt krótki i na dobre rozgrzała się pod koniec swojego występu, gdy złapała „drugi oddech” i opuściła ją trema. Kiedy za sprzętem usiadł Maciek Wierzchowski – Vanderson usłyszeliśmy czysty Berlin. Potwierdził to Juma, któremu zapuściłem kawałek przez komórkę. Faktycznie, to było to, co stare tygrysy lubią wspominać najbardziej: styl najlepszych płytek Mandarynek zagrany chyba na trochę nowszym sprzęcie niż ten z lat 70 tych . W galerii zamku można było kupić za jedyne 10zł promocyjną płytkę Vandersona, co przyznacie nie jest wygórowaną ceną. Na koniec tego 2 godzinnego spektaklu wystąpił Andrzej Mierzyński - Andymian. Wyjątkowo rozbudowana oprawa wizualna nie pozwoliła mi szczegółowo wyróżnić nowych fragmentów od starszych w jego muzyce (chociaż chyba gra bardziej "nowocześniej" niż rok temu) bo oczy nasze zajmowali pomalowani aktorzy, którzy machali szarfami, palili ognie i chodzili na szczudłach. Na koniec Andrzej otrzymał dodatkowe, rodzinne (?) wsparcie w postaci wokalistki która kilka minut wcześniej wręczyła kwiaty niektórym widzom i słuchaczom. Wszystko to w atmosferze mistycyzmu i anielskich wizualizacji na ekranie. O 23. nastąpił koniec koncertu. Bardzo szybko upłynął ten czas. Organizacja bez zarzutu, ciekawe widowisko i odpowiednio długie, nie męczące dawki muzyki. Gratuluję!  Aż żal było wyjeżdżać. Zdążyliśmy zamienić parę zdań z Michałem Bukowskim i Olą, Jacek porozmawiał z Vandersonem. I już trzeba było jechać.
   Pozostaną miłe wspomnienia i wrażenie że w Olsztynie są wreszcie dobre klimaty do tego typu imprez.




środa, 1 czerwca 2011

I Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2005


    Dawno nie byłem na koncercie El-muzyki. Więc kiedy Jacek „JotDe” uczynnie zaproponował mi transport swoim samochodem, skwapliwie skorzystałem z oferty. Pomyślałem sobie: skoro El_visowi i Michałowi Bukowskiemu chciało się przyjechać z drugiego krańca kraju, aby zagrać.. to mi te 40km… tak, to proste, jedziemy i już! W samochodzie, zadowolony z siebie, uznałem że to w sumie dobrze się rozerwać, żona też zobaczy innych ludzi, sama świeżość - tak niezbędna w codziennej szarzyźnie. Dojechaliśmy pod dziedziniec olsztyńskiego zamku, bez większych problemów dostaliśmy się do środka ( powołując się na znajomość z wykonawcami, a że wirtualną… hi hi, to nikt nie musiał wiedzieć), zajęliśmy miejsca. Atmosfera. Niedzielny wieczór kilka minut przed 21-wszą. Oczywiście parę rzeczy mnie irytowało. Masa obcych, dziwnych zapachów, które częściowo uznałem za kobiecą kosmetyczną chemię, częściowo płynących z produkcji sztucznego dymu. Niemniej, budowałem w sobie pozytywną atmosferę. Jacek koniecznie chciał przed koncertem pogadać z artystami i udało mu się to w przypadku Adama Bórkowskiego, który stremowany orzekł że ciężko mu czekać w kolejce jako ostatniemu z grających. Ja w tym czasie starałem się chłonąć klimat otoczenia, identyfikując płynącą z głośników muzykę Bjork i bacznie obserwując przybyłych słuchaczy i muzyków. Zdziwiłem się, widząc spory odsetek osób po 40, 50 i 60 tym roku życia. W sumie myślę że na początku programu było trochę ponad 100 osób, co biorąc pod uwagę specyficzny charakter muzyki można uznać za sukces. Punktualnie o 21-wszej do mikrofonu podszedł mistrz ceremonii. Ha! Niesamowitą siłę przekazu miał ten człowiek! Prosta historia rodem z seriali SF opowiadała o wyprawie z przygodami w kosmos, której sukces zapewniła czwórka wybitnych indywidualności (patrz: nasi wykonawcy). Oczywiście muzycy traktowali to z przymrużeniem oka, jako pretekst do ujawnienia swoich własnych fascynacji. Maestro podziękował też sponsorom i obecnemu prezydentowi Olsztyna za wsparcie i muszę przyznać że było to jak najbardziej wskazane. Siedziałem dokładnie za prezydentem miasta i z podziwem stwierdzam fakt: człowiek ten był obecny do końca koncertu ! To nie jest wcale naturalne w przypadku VIP-ów, czyli uznałem że to po prostu „nasz człowiek”. Muzyka. Jako pierwszy zagrał Michał Bukowski czyli Bookovsky. Jego postać jest już dobrze znana i lubiana w kraju. Czterdziestu minutowy program jaki popłynął z głośników nie odbiegał treścią od płytowych wydawnictw. Muzyka dynamiczna, konkretna, zwarta, mocna i klarowna. Podobała się słuchaczom co wyrażono brawami w stosownych momentach. Nie wnikam jaka część muzyki była grana z dysku a jaka na żywo, ważne że zyskała uznanie. Na początek wieczoru, dla rozgrzania atmosfery - jak najbardziej.  Kolejny występ był udziałem Andrzeja Mierzyńskiego, olsztyńskiego muzyka i grafika. Charakter jego muzyki najbardziej odbiegał od popularnej elektroniki cenionej na tym forum. Słychać w niej było inspiracje muzyką Marka Bilińskiego, J.M.Jarre’a  i archaizmy dźwiękowe w stylu Larry Fasta. Serio. Dziwna i niepokojąca mieszanka stylów. Również aplauz widowni dającej wyraz uznania rodzimemu wykonawcy. OK! El_vis: W komentarzu prowadzącego określono go jako mózg tego projektu. Dawka muzyki jaką zapodał nam Piotr Lenart - to kontrolowana próbka przystępnej El-muzy, niesamowicie profesjonalnej i wyważonej. Doskonały warsztat i obróbka. Lekkość z jaką grał mówiła niejako: zagram wam wszystko co chcecie. Ta część najbardziej podobała się mojej żonie. I ja poczułem się kontent, jako że kilka lat temu zachęcałem Piotra do grania, czując ten wielki potencjał jaki ma on w sobie. Adam Bórkowski. Był ostatnim ze wspaniałej czwórki i uwaga: zgodnie z moją i Jacka opinią zagrał to co El-tygrysy lubią najbardziej. Tym bardziej się cieszę że zostałem do końca za namową Jacka, bo deser smakował najlepiej. Adam zagrał na dziwnym instrumencie który wyglądał na domową robotę. Muzyka która wydobywała się z tego tajemniczego pudełka wyróżniała się niebanalną formą, rozchwianą ekspresją i dużą dawką psychodeliki, jednym słowem trudno było ująć ją w jakieś opisywalne ramy. Zagrał momentami jak Mandarynki z lat 70 tych, gdzie emocje i fakturę poddano przypadkowi a harmonię chwilowemu kaprysowi. Niesamowite .. Nie miałem czasu poznać dokonań zespołu Endorphine, w którym grywa Adam, ale rzecz na koncercie wyglądała wielce zachęcająco. Do końca pokazów muzycznej mobilności wytrwało może 30 % publiczności, co akurat mnie nie dziwi. I tak jest – uważam - dobrze. Oprawa graficzna koncertu. Propozycja organizatorów to ekran na którym tradycyjnie do rozpoczęcia koncertu wyświetlano reklamówki sponsorów, w trakcie koncertu wizualizacje mające być uzupełnieniem muzyki. Cóż można o tym powiedzieć ? Kompozycje podobne były do tego co generuje ekran programu Windows Media Player 10, miały mniej więcej ok. 20 minut, co oznacza że można było je obejrzeć ok. 8 razy. Jasna więc rzecz, że po pewnym czasie uwaga widza skupiała się raczej na osobie muzyka niż tła. Statyczny charakter wykonywanej muzyki zachęca do „uczłowieczenia” takich wizualizacji. Ciekawe efekty mógłby dać pokaz slajdów z różnych miejsc ziemi czy kosmosu. Byłoby jeszcze ciekawiej – ale w sumie było naprawdę frapująco. Ponieważ cała impreza zakończyła się w niedzielę po północy, więc niezwłocznie po ostatnich dźwiękach muzyki Adama udaliśmy się w podróż powrotną. Widziałem że Jacek miał chęć porozmawiać z naszymi muzykami, ale pamiętał że muszę następnego ranka udać się do pracy - nie naciskał. Mi też było żal że nie porozmawialiśmy po fakcie z muzykami, dlatego prośba na następny raz - sobota 20.00 - to też doskonały czas na rozpoczęcie koncertu. Ale teraz – za pośrednictwem sieci - dziękujemy za te miłe chwile! W pomieszczeniach zamkowych były dostępne darmowe kasety które rozprowadza Michał Bookovsky oraz płytki muzyków (od 10 do 30zł za sztukę). Kto nie kupił - niech żałuje! Jeżeli coś pomyliłem albo zapomniałem istotnego – Jacek na pewno mnie sprostuje.