Dość długo czekałem z recenzją tego bardzo lubianego albumu Klausa Schulze. Wydany w 1975 roku "Timewind" przyciągał oko spektakularną okładką i wkładką, gdzie widniały dość niesamowite i mroczne grafiki Urs Ammana. Na wielkim kartonie opakowania analogowego placka anorektyczne anioły wykonywały dziwny taniec.. Krajobraz z wewnętrznego obrazka, rodem z horrorów, lub katastroficznych filmów SF, pobudzał wyobraźnię zanim jeszcze czarny krążek trafił na talerz gramofonu. Świetny chwyt marketingowy, tak poza nawiasem. KDM w opisie dwupłytowego wydania z 2006 roku stwierdził, że "Timewind" jest najbardziej znaną, rozpoznawalną pozycją w dorobku artysty. I nie ma się co dziwić. Zawartość nie ustępowała opakowaniu, kreśląc przed słuchaczami odważne wizje. Światy Klausa Schulze wciskały skutecznie w fotel. Niemiecki kompozytor zaproponował dwa długie, prawie półgodzinne spektakle, które na wiele lat przysporzyły mu gorących fanów. Co było w nich tak pociągającego? Rozmach, unikalna atmosfera? Pewnie tak. Z perspektywy prawie 40 lat, można by zlekceważyć wartość tego materiału. Można się czepiać pewnej jednostajności, monotonni, która przez wiele minut mogła wystawić cierpliwość mniej doświadczonych słuchaczy na próbę. Ale chociaż Schulze stawiając ramy swojemu dziełu, stał się w pewnym sensie niewolnikiem jego ograniczeń, nie można odmówić tej muzyce piękna.
Utwór "Bayreuth Return" - nawiązujący tytułem do miasta w którym Richard Wagner wybudował Teatr Operowy, jest dość jednorodny w klimacie. Spektakularne efekty dźwiękowe, modulowane wysokie częstotliwości testujące granice ludzkiego słuchu, moim zdaniem są emanacją siły witalnej Klausa i próbą wprowadzenia słuchacza w podziw. No cóż... W trosce o uszy zdarzało mi się słuchać tej suity z otwartymi ustami :). Mimo niewielkich przegrupowań, BR ma swój scenariusz z opadającym i unoszącym się napięciem i zaskakującym zakończeniem, które z pewnością zniszczyło niejeden wysoko tonowy głośnik. Autor muzyki dodatkowo zwrócił uwagę melomanów na drugi utwór "Wahnfried 1883", udostępniając na okładce graficzny diagram przedstawiający nakładanie się instrumentów w trakcie trwania tej kompozycji. Jej nagranie zajęło podobno tylko dwie godziny pewnego letniego wieczoru, między 22-gą a północą. Nieźle! Poetycka zawartość robi wrażenie do dziś.... Klaus wspiął się tu na wyżyny swoich zdolności kreowania minorowego nastroju, mniej szafując efektami, a bardziej skupiając się na wprowadzeniu słuchacza w stan pewnej melancholijnej zadumy. Spotkać można w internecie opisy ciekawych doznań odbiorców tego utworu z pogranicza quasi religijnej ekstazy. No, ale to inna historia. Ta, opowiedziana przy pomocy syntezatorów ARP 2600, Odyssey, Elka String i kilku innych, broni się skutecznie i bez grafomańskich popisów. Materiał z bonus disc wydania release zawiera 3 utwory. Rozbudowaną wariację Bayreuth Return, przedstawioną tu jako "Echoes of Time" (38 minut), z dłuższym i ciekawszym wstępem, oraz dwoma krótszymi fragmentami: Solar Wind (12:35) i Windy Times (4:57). Ciekawe to kawałki, choć w tym limicie czasowym zostawiają uczucie lekkiego niedosytu. Przez wiele lat płytę Timwind dedykowaną Wagnerowi uważałem za najlepsze dokonanie Klausa. Potem przestałem się bawić w takie zestawienia, koncentrując się na szukaniu piękna. I chociaż ta muzyka jest chłodna niczym światło księżyca w pełni, to jej niezaprzeczalny urok trwa, trwa i trwa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Schulze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Schulze. Pokaż wszystkie posty
środa, 9 października 2013
środa, 2 października 2013
Klaus Schulze - Dune
W świetle większości pojawiających się obecnie płyt z tradycyjną muzyką elektroniczną, album Klausa Schulze "Dune" zdaje się być bardzo ambitnym projektem. "Wydma", wydana pierwotnie w 1979 roku, zawierała po obu stronach czarnego, analogowego krążka, dwie kompozycje: refleksyjną, tytułową pół godzinną suitę, oraz bardziej dynamiczną propozycję: "Shadows Of Ignorance". W reedycji z 2005 roku dodano bonusowy track "Le Mans". W uszach wyrobionego muzycznie słuchacza i dziś, po 35 latach, "Dune" brzmi wybornie! Zainspirowany znaną książką SF Franka Herberta, Klaus Schulze przy wypełnianiu dźwiękowej przestrzeni daje próbkę swojej dużej wrażliwości. W suicie "Dune" aż roi się od wszelakich subtelności i niedomówień. Zaproszony do współpracy wiolonczelista Wolgang Tiepold swoją grą wprowadza do utworu akcenty melancholii, niepokoju, pewnego odrealnienia... Wspólne pasaże obu muzyków, podkręcanie emocji na coraz to bardziej wyrafinowane poziomy estetycznego patosu, to chyba najbardziej wartościowe fragmenty dzieła... Zadumana muzyka dla koneserów brzmień niespokojnych, aczkolwiek głębokich w zamyśle.
Kolejna suita "Shadows Of Ignorance" jest popisem trzech artystów, bo do powyższych dochodzi wokalista Artur Brown. Nie znam jego wcześniejszych nagrań, ale w otoczeniu syntezatorów Klausa Schulze bez wątpienia odnalazł swoje miejsce. Nieskomplikowana poezja autorstwa Klausa którą przyszło deklamować Arturowi ma swój urok. Na tle monotonnego, ale fascynującego, transowego beatu, głos Artura jest pełen emocji, brzmi bardzo różnorodnie. Raz deklamuje kwestie niczym nawiedzony prorok, innym razem miękko śpiewa o miłości... Towarzysząca temu wiolonczela, kilka warstw instrumentów, masa efektów - to naprawdę może się podobać. Monumentalne i trochę ekstatycznie rozważania o życiu we frapującej, akustyczno-elektronicznej oprawie są idealne na długie, jesienne wieczory.
Dodatkowy utwór "Le Mans" niestety odstaje od powyżej opisanych. Trafiono z czasem nagrania, bo to mniej więcej ten sam okres, ale jakość techniczna nie powala. Ot, słaba taśma koncertowa.. Również eksperymenty rytmiczne znane z płyty ...Live... nie posiadają tej siły przebicia, co studyjne zapisy. Po prostu fragment historii. Nie umniejsza to jednak wartości całości. "Dune" to lektura obowiązkowa dla każdego, kto twierdzi że lubi klasyczną muzykę elektroniczną.
Kolejna suita "Shadows Of Ignorance" jest popisem trzech artystów, bo do powyższych dochodzi wokalista Artur Brown. Nie znam jego wcześniejszych nagrań, ale w otoczeniu syntezatorów Klausa Schulze bez wątpienia odnalazł swoje miejsce. Nieskomplikowana poezja autorstwa Klausa którą przyszło deklamować Arturowi ma swój urok. Na tle monotonnego, ale fascynującego, transowego beatu, głos Artura jest pełen emocji, brzmi bardzo różnorodnie. Raz deklamuje kwestie niczym nawiedzony prorok, innym razem miękko śpiewa o miłości... Towarzysząca temu wiolonczela, kilka warstw instrumentów, masa efektów - to naprawdę może się podobać. Monumentalne i trochę ekstatycznie rozważania o życiu we frapującej, akustyczno-elektronicznej oprawie są idealne na długie, jesienne wieczory.
Dodatkowy utwór "Le Mans" niestety odstaje od powyżej opisanych. Trafiono z czasem nagrania, bo to mniej więcej ten sam okres, ale jakość techniczna nie powala. Ot, słaba taśma koncertowa.. Również eksperymenty rytmiczne znane z płyty ...Live... nie posiadają tej siły przebicia, co studyjne zapisy. Po prostu fragment historii. Nie umniejsza to jednak wartości całości. "Dune" to lektura obowiązkowa dla każdego, kto twierdzi że lubi klasyczną muzykę elektroniczną.
wtorek, 12 marca 2013
Klaus Schulze - Shadowlands
Klaus Schulze, współtwórca gatunku zwanego kiedyś rockiem elektronicznym, w wieku 66 lat wydaje kolejną nową płytę. I właściwie jest to wszystko, co można by o tym powiedzieć... Ale...
Na ten materiał czekało tysiące fanów jego muzyki rozsianych po całym świecie. Wśród nich wielu bezkrytycznie przyjmuje kolejne płyty swojego "guru", inni mają uczucia co najmniej mieszane. Zaliczam się raczej do tych ostatnich. Oczywiście, trudno zarzucić cokolwiek tej muzyce od strony technicznej, realizatorskiej. Znaczny poziom umiejętności jaki wypracował Klaus przez lata swoich doświadczeń, gwarantuje wysoki standard proponowanego produktu i specyficzną formę przekazu. Jednak czy to wystarczy, aby album "Shadowlands" uznać za dzieło znaczące, czy choćby wyróżniające się spośród innych jego nagrań z ostatnich lat? Według mnie - nie. Artysta bowiem gdzieś tak przynajmniej od końca lat 90., nie potrafi już niczym szczególnym zaskoczyć. To smutne, ale jest do bólu przewidywalny i w jego muzyce nie ma "duszy", ciarki nie przelatują po plecach, nie wzbudza dużych emocji, nie podnosi poziomu endorfin. Penetrowanie minorowych nastrojów na "jedno kopyto" w końcu może się znudzić... I nie ważne jest, czy stary mistrz dostarcza edycję jedno, czy dwupłytową, skoro na obu jest jednostajnie niczym na taśmie montażowej w fabryce. Muzyka sprawia wrażenie robionej trochę na siłę... Oczywiście jest to moja subiektywna opinia, wiem że z legendą się nie walczy. Czas ucieka, jest bardzo cenny, więc czy będziesz wyszukiwał na "Shadowlands" artefaktów, czy... zasypiał przy tej muzyce, jest twoim wyborem szanowny czytelniku!
Na ten materiał czekało tysiące fanów jego muzyki rozsianych po całym świecie. Wśród nich wielu bezkrytycznie przyjmuje kolejne płyty swojego "guru", inni mają uczucia co najmniej mieszane. Zaliczam się raczej do tych ostatnich. Oczywiście, trudno zarzucić cokolwiek tej muzyce od strony technicznej, realizatorskiej. Znaczny poziom umiejętności jaki wypracował Klaus przez lata swoich doświadczeń, gwarantuje wysoki standard proponowanego produktu i specyficzną formę przekazu. Jednak czy to wystarczy, aby album "Shadowlands" uznać za dzieło znaczące, czy choćby wyróżniające się spośród innych jego nagrań z ostatnich lat? Według mnie - nie. Artysta bowiem gdzieś tak przynajmniej od końca lat 90., nie potrafi już niczym szczególnym zaskoczyć. To smutne, ale jest do bólu przewidywalny i w jego muzyce nie ma "duszy", ciarki nie przelatują po plecach, nie wzbudza dużych emocji, nie podnosi poziomu endorfin. Penetrowanie minorowych nastrojów na "jedno kopyto" w końcu może się znudzić... I nie ważne jest, czy stary mistrz dostarcza edycję jedno, czy dwupłytową, skoro na obu jest jednostajnie niczym na taśmie montażowej w fabryce. Muzyka sprawia wrażenie robionej trochę na siłę... Oczywiście jest to moja subiektywna opinia, wiem że z legendą się nie walczy. Czas ucieka, jest bardzo cenny, więc czy będziesz wyszukiwał na "Shadowlands" artefaktów, czy... zasypiał przy tej muzyce, jest twoim wyborem szanowny czytelniku!
wtorek, 28 sierpnia 2012
Klaus Schulze - En=Trance
Pod koniec lat 80. Klaus po raz któryś już zrobił swoim fanom wielką niespodziankę. W 1988 roku ukazuje się na rynku płyta 'En=Trance". Cztery suity, każda z nich trwająca około 18 minut, ukazują jakby nowe oblicze Mistrza, albo jak kto woli, kolejną modyfikację jego stylu. Od technicznej strony wspomnieć można o fascynacji Klausa brzmieniem Rolanda, ponieważ do nagrania En=trance posłużył się on aż 7 instrumentami tej firmy, plus drum machine zwaną Roland TR-505 Rhythm Composer. W porównaniu do wyżej wymienionych, syntezatory Korga, Akai czy Yamahy, stanowią li tylko uzupełnienie zestawu. Jednak w tym wszystkim muzyka jest najważniejsza, bo to ona powoduje miłą gęsią skórkę podczas słuchania. Pierwsza, tytułowa część brzmi właściwie jak wstęp do większych wrażeń. Z trochę pompatycznym zadęciem, zimna niczym lód w dobrym drinku, pełna różnych efektów, po pięciu minutach klaruje się dzięki wprowadzeniu rytmicznej struktury. Jak to u Klausa bywa, stanowi bazę do wprowadzania różnych różnych solówek i modyfikacji. Druga suita "α-Numerique", jest już odrobinę cieplejsza w odbiorze. Słuchając jej odnoszę wrażenie, że ten kolejny podkład to jedno wielkie oczekiwanie, gdzie napięcie nie ulega zbytniemu rozładowaniu, a istota sprawy dzieje się jakby "podskórnie". Ciekawie brzmi tu zaprogramowana perkusja którą w stworzonej przestrzeni idealnie się komponuje. Ale w ostatniej minucie Klaus jednak nie wytrzymuje i podkreśla wizję mocnym quasi-symfonicznym akcentem. To jest piękne. "FM Delight" przenosi słuchacza na wyższy poziom emocji. Z głośników wydobywają się długo brzmiące, posuwiste frazy, o wyraźnie sentymentalnym, a jednocześnie - jak wszystkie utwory z tego albumu - transowym charakterze. Podziwiać można biegłość z jaką Schulze porusza się po klawiaturach i programach. Bardzo zakręcona muzyka, spodoba się pewnie romantykom. "Velvet System" mocno zrytmizowana, gęsto wypełniona samplami kobiecych głosów, które co jakiś czas unoszą muzykę w inny wymiar. Duża część tej suity jest zagrana z zadziwiającą swadą i lekkością. Nie przeszkadza mnogość powtórzeń, bo na nich przecież opiera się tytułowy trans. Można nieźle odpłynąć przy takiej terapii :). Ostatnie pięć minut jest cudowną codą, pełną zmian i dysonansów. Jakby muzyk bał się że nie zdąży dokończyć dzieła... Zagrane z nerwem i polotem kończy się operowym samplem. Bardzo miłe doznania. W roku 2005 pojawia się reedycja albumu powiększona książeczkę, fotki i... ośmiominutowy bonus track: Elvish Sequencer. Wdzięczna ta kompozycja to typowy produkt Klausa z polowy lat 70. Dla mnie zdecydowanie za krótki. Oczywiście, w zupełnie innych klimatach niż cztery poprzednie dopasowane do siebie utwory. Nie ma jednak co narzekać, bo te osiem minut jest niesamowite. Efekty kręcenia gałkami czy też potencjometrami, uzyskiwanie wypadkowych z ustawień filtrów, jest dla mnie źródłem emocji wysokiej próby. Piszę te słowa myśląc o swoich własnych doświadczeniach w badaniu możliwości wirtualnego Minimooga. Oddarło to co prawda muzykę innych kompozytorów z otoczki technicznej tajemnicy, ale utrwaliło we mnie przekonanie że jeszcze nie wszystko w tym zakresie powiedziano. I Elvish Sequencer mnie też w tym utwierdza.
piątek, 17 sierpnia 2012
Klaus Schulze - Angst
Angst z 1984 roku jest nietypową płytą w dyskografii cenionego artysty. Klaus Schulze nagrywając muzykę do tytułowego filmu, wykorzystał sporo elementów, które w lekko zmienionej formie ukazały się, lub za chwilę powtórzyły na jego innych płytach z tego okresu. Fani bez trudu je odnajdują. Skoro materiał ten służył jako tło filmowych wydarzeń, zabieg auto-powielania jest zrozumiały. Kompozycje te, inaczej zmiksowane niż ich pierwowzory, robią czasami wrażenie "suchych", przefiltrowanych pod obraz motywów. Gdy przeczytałem trochę informacji o samym filmie, przestało mnie to dziwić. Jednak epatowanie się losem seryjnego zabójcy i badanie niuansów tego typu kinowych historii nie leży w moim charakterze, więc mam nadzieję, że czytelnik zrozumie i wybaczy, gdy skupię się na samej muzyce. Pierwotnie płyta zawierała 5 dość krótkich jak na tego artystę utworów, skromnych w formie i treści. Czasami stanowią one tylko zalążek tematów i z tego powodu płytę tę uważałem za dobrą, ale nie powalającą. Oczywiście, perfekcja wykonania i wyczuwalna swoboda modyfikowania dźwięków odcisnęła na tym materiale pewne piętno, sugerując niebanalne odczucia, jakoby odgórnie szufladkując ten zestaw nagrań, do tych wzbudzających sympatię. Ale reedycja z 2005 roku dodatkowo przyniosła ze sobą półgodzinny bonus, w postaci wieloczęściowej kompozycji "Silent Survivor". I ten materiał podnosi wartość wydawnictwa na jeszcze wyższy poziom. Prawdę, mówiąc menadżer Klausa, KDM, nie zawsze miał dobrą rękę do tych "gratisów" i czasami zastanawiałem się, co brał pod uwagę prócz ilości sprzedanego towaru. Tym razem jednak przyznaję, że wydobył na powierzchnię prawdziwą perełkę. Zgrabne, często rytmiczne frazy, umiejętnie połączył Schulze w sobie tylko wiadomy sposób, tak że ich słuchanie sprawia niesamowitą przyjemność. Malkontenci mogą się spierać, że to też są jakieś odrzuty z sesji Audentity. Jednak cała suita brzmi wystarczająco świeżo, aby usprawiedliwić zakup reedycji. Dodatkowo, w dołączonej książeczce, jest dużo informacji o filmowej muzyce Klausa. Nie będzie więc ta pozycja rozczarowaniem dla kolekcjonerów. Polecam!
poniedziałek, 30 lipca 2012
Klaus Schulze - La Presence D'esprit (Concert 1975)
Był taki czas, że myślałem iż Klaus Schulze już niczym mnie nie zaskoczy. Znałem dość dobrze jego dyskografię i piękny rozdział twórczości z połowy lat 70. uznałem za zamknięty. Ale życie przynosi miłe niespodzianki. W roku 1993 nakładem labelu Musique Intemporelle ukazuje się 10 płytowy box Silver Edition. W tym zestawie, na płycie nr 9 pt. "Life In Extasy", umieszczono stary, podobno koncertowy (bo publiczności nie słychać) utwór "La Presence D'esprit". Choć trwa tylko 17 minut przyznaję, że swoim pięknem uderzył mnie w środek serca. Wybaczcie te podniosłe wyznanie i pełne egzaltacji słowa, ale faktycznie tak się stało. Jeżeli prawdą jest twierdzenie, że muzyczny zestaw znaków, przez swoją niepowtarzalność nabiera cech rozpoznawalnej osobliwości, to omawiany fragment jest na to świetnym dowodem. Od kiedy bawię się wirtualnym modelem Minimooga wiem, że z technicznego punktu widzenia nie ma tym żadnej magii (i bardzo dobrze). Łatwo wyobrazić mi sobie, jak podczas kreacji muzyki Klaus Schulze modeluje strukturę dźwięków poprzez kręcenie gałkami oscylatorów, zmienia ich zakres i częstotliwość. Na starych syntezatorach z lat 70. nie było opcji zapisu ustawień potencjometrów, jak jest to teraz możliwe w wirtualnych modelach, więc umiejętne granie wymagało znajomości instrumentu i uruchomienia pokładów intuicji. Nie to jest jednak najważniejsze. Istotą sprawy jest fakt, że 37 lat temu znalazł się człowiek, który w taki, a nie inny sposób skomponował muzykę, która swoją siłą oddziaływania zachowała do dziś. "La Presence D'esprit" (przytomność umysłu, prezencja ducha) oprócz ciekawego tytułu nad którego znaczeniem można by długo dyskutować, posiada też inne zalety. Eksploatuje pomysł użycia jednej, długiej, modulowanej sekwencji, która poddawana jest nieustannym zmianom. Gna przed siebie w szalonym tempie. (Czy wyobraża ona nerw, puls życia, można tylko spekulować). Oczywiście, towarzyszą temu dodatkowe efekty, tak lubiane przez fanów starej niemieckiej muzyki elektronicznej, jak świsty, szumy, pogłosy, stereofoniczne efekty cyfrowego deszczu, itp. Wyjątkowo mało tu tradycyjnych solówek w których Klaus lubił się zatracać i... specjalnie za nimi nie tęsknię. Dynamiczna kompozycja przypominająca jazdę rollercoasterem, dobiega kresu, więc po wielu uniesieniach i harmonicznych afektacjach czas ukończyć tę niezwykłą podróż. Była trochę krótka... może znów włączę przycisk play? (smile). Omawiana dziś suita wznowiona została ostatnio w zestawie "La Vie Electronique 3" (2009).
wtorek, 22 maja 2012
Klaus Schulze - Silver Edition Volume 3 - Was War Vor Der Zeit (Konzerte)
W 1993 roku Klaus Schulze zrobił fanom wielką niespodziankę wydając 10 płytowy box Silver Edition. Limitowana edycja 2000 szt. miała ponumerowane egzemplarze i była podpisana osobiście przez artystę czarnym markerem. Zawierała ona przekrój nieopublikowanych nagrań z lat 70., 80., i początku 90. Później, niczym z rogu obfitości, wysypały się następne obszerne składanki: Historic Edition (również 10 płyt) i Jubilee Edition (25 płyt). W końcu, bogatsza jeszcze o 5 krążków, w 2000 roku ukazała się potężna, 50 płytowa retrospekcja tych wcześniejszych zestawów, znana jako Ultimate Edition. Ta ogromna porcja muzyki u ortodoksyjnych fanów wzbudziła niemałe kontrowersje, ponieważ mieściła w sobie właściwie wszystkie lata działalności Klausa, gdzie co jakiś czas zmieniały się instrumenty i podejście do muzyki samego kompozytora. Jakby w ramach odpowiedzi na tę różnorodność gustów, omawiane nagrania ukazują się obecnie w kolejności chronologicznej jako sety z serii "La Vie Electronique". Ale cofając się do pierwszych wrażeń, trudno nie pamiętać uczucia radości, jakie towarzyszyło wielu wielbicielom muzyki niemieckiego elektronika przy odkrywaniu nieznanych wcześniej perełek. Dla mnie osobiście, jedną z nich jest Silver Edition Volume 3 - Was War Vor Der Zeit (Konzerte). Dobry technicznie zapis koncertów Schulzego z połowy lat 70. - okresu przez wielu melomanów uważanego za najciekawszy w dyskografii Klausa. I faktycznie, od początku pierwszego, półgodzinnego utworu "Nostalgic Echo" można zorientować się że Schulze tworzy na scenie coś w rodzaju misterium na syntezatory. Charakterystyczne celebrowanie nastroju, inteligentne wprowadzanie kolejnych instrumentów, tak - nie ma wątpliwości, że niemiecki wirtuoz miał wtedy bardzo konkretną wizję tego, co chciał zagrać i potrafił ją zrealizować. Urzekające jest też brzmienie analogowych maszyn jakie wydobywa się z głośników. Gdy w ósmej minucie "Nostalgicznego Echa", po zakończeniu części pt. "The Creation of Eve", pojawia się delikatna sekwencja, wiadomo już, że Klaus zaprasza słuchaczy w niecodzienną podróż. Wysublimowane arpeggia, pastelowe motywy i zrównoważone solówki, pięknie przenikają się na wielu płaszczyznach, a mistrz ceremonii zmieniając ich częstotliwość, barwę i tempo dostarcza doprawdy, unikalnych wrażeń. Wyrafinowany scenariusz przewiduje załamania struktur, chaos, momenty grozy i romantycznych uniesień. Podniosła muzyka będąca najlepszą wizytówką artysty. Podobne odczucia mam przy słuchaniu "Titanische Tage". Choć ta historia nie ma już tak wydumanego początku i zaczyna się wyrazistym ostinato, to skala uniesień i temperatura emocji jest również wysoka, jednak inaczej rozłożona w czasie. Ten ascetyczny podkład i kosmiczne melodie jakie wydobywają się z trochę archaicznych dziś instrumentów, zniewalają mocą swojego oddziaływania. Kończący album Die "Lebendige Spur" jest utworem najkrótszym, za to najbardziej dynamicznym. Dużo się nim dzieje, stereofoniczna scena momentami przeładowana jest mnogością efektów, a improwizacje mocno orgiastyczne :). Te szalone modulacje są jak podróż w inny wymiar. Przyznam że słuchanie takiej muzyki jest zajęciem dużo przyjemniejszym niż oglądanie nawet najpiękniejszych obrazów w TV. Sprzyja egzystencjalnym rozmyślaniom i pozbawia złego nastawienia. Poznanie jej, jest bez wątpienia jedną z lepszych rzeczy, jakie mogą się w życiu zdarzyć. Jakby to powiedział Jerzy Kordowicz i Mariusz Wójcik - wyostrza zmysły.
sobota, 19 maja 2012
Klaus Schulze, Ernst Fuchs, Rainer Bloss - Aphrica
Pewnym paradoksem jest fakt, że właśnie opisuję płytę, o której autorzy najchętniej by zapomnieli. Ale nie zawsze tak było. Gdy troje przyjaciół zebrało się razem, aby nagrać blisko 39 minut muzyki, mieli z pewnością lepsze co do niej nastawienie. Klaus Schulze, Ernst Fuchs, Rainer Bloss "Aphrica" - to album nagrany jesienią 1983 roku w Hambühren a wydany i... wycofany w 1984 roku. Na ten temat krąży kilka teorii, według mnie niuanse finansowe miały też pewnie niebagatelne znaczenie. Na szczęście, prócz jednej legalnej klasycznej winylowej wersji, przyjaciele z Korei Południowej zadbali o wytłoczenie dwóch wydań kompaktowych, przy okazji przestawiając kolejność ścieżek ;). Na oficjalnej stronie Klausa można przeczytać na ten temat: "Gênant/ peinlich/ ridiculous. Will never be released again. Occasionally appearing CDs are illegal stuff from Far East". Bardzo konkretna negacja. Ale ja nie byłbym tak surowy dla tego materiału. Fakt, że zawiera kalki z innych płyt nagranych w latach 80., jednak jeśli wsiąść pod uwagę, że Schulze nigdy później nie wrócił do takiego grania, staje się Aphrica w jakimś sensie cenną pamiątką. Trudno coś zarzucić warstwie instrumentalnej granej przez Klausa i Rainera. Wprowadzają np. rytmy i solówki jednoznacznie kojarzone z płytą "Dziekuje Poland". Jeśli tam podobały się rzeszom słuchaczy, dlaczego tu miałoby być inaczej? Wprawne ucho konesera wychwyci więcej tego typu niuansów (np. podkład perkusyjny z płyty Angst). Zawodzący głos malarza Ernsta Fuchsa na pewno nie dorównuje operowej elicie, ale odpowiednio nakręca atmosferę, sugerując transcendentalne odniesienia. Przeczytałem krótką notkę na Wikipedii o Fuchsie, i obejrzałem jego prace. Przestaję się dziwić Klausowi, że postanowił zaprosić austriackiego artystę, również twórcę okładki, do tej sesji. To człowiek z wizją, i choć Bóg mu poskąpił pięknego głosu, nadrabia to szczerym uczuciem, ekspresją i zaangażowaniem. Szkoda że inne czynniki niż miłość do sztuki, spowodowały zaniechanie oficjalnej dystrybucji. Ale fani pamiętają.
niedziela, 13 maja 2012
Rainer Bloss & Klaus Schulze – Drive Inn
Dziwna płyta jak na Klausa Schulze. Nie wiem, czy to był wpływ Rainera Blossa, czy Michaela Garvensa (perkusja, głosy), ale faktem jest, że Schulze zdecydował się wydać dość rytmiczną, prawie el-popową płytę. Drive Inn wytłoczona po raz pierwszy w 1984 roku, w sporej części jest wtórnym materiałem znanym z innych krążków Klausa z tamtych lat. Innowacyjny był na pewno fakt programowego użycia tego typu muzyki do prozaicznego, choć bardzo lubianego zajęcia - jazdy samochodem. Krótkie, ale mocno nasycone efektami utwory, faktycznie dobrze sprawdzają się na drodze, szczególnie wieczorem i nocą. Jeżeli chodzi o wartość muzyczną, to po latach dobrze mi słucha się Truckin', Highway i Racing, które klimatem mocno przypominają znakomitą "Tonwelle". Jest w nich jakiś dramatyzm, chociaż w pigułce. Dobra pozycja dla początkujących fanów lubiących dynamikę i.. trochę luzu. Fajne uczucie przypomnieć sobie tę muzykę po latach. Następne krążki z tej serii będące właściwie solowymi projektami R.Blossa nie miały już tej siły przebicia. Idealna muzyka na lato.
piątek, 20 kwietnia 2012
Klaus Schulze - Body Love
Są płyty o których po prostu się nie zapomina i napisać wypada. Nie z tytułu jakiejś poprawności, co po prostu wyrazu uznania dla artysty. Płyta Body Love z 1977 roku jest dość typowa dla tej bardzo dobrej dekady Klausa Schulze. O okolicznościach powstania i przeznaczeniu tej muzyki napisano dużo. Jest na niej długa suita i trochę krótsze dwa utwory, plus druga, długa kompozycja "Lasse Braun" - dodana z okazji reedycji w 2005 roku. Kiedy obecnie, po wielu latach słucham tej płyty ponownie, dochodzę do wniosku że najbardziej udaną na płycie propozycją autora jest P.T.O. Charakterystyczna dla mistrza porcja swobodnie rozwijającej się muzyki, która po czterech minutach delikatnego, kosmiczno-medytacyjnego wstępu, nabiera "rumieńców", bardziej określonego wyrazu. Z pomiędzy starannie skalkulowanych efektów, niczym syrena z morza, wyłania się przyjemna dla uszu sekwencja. Pomysłem na to nagranie było pewnie doprowadzenie słuchacza do stanu euforii. Za pomocą wielu przenikających się motywów, co rusz modulowanych, zmieniających się solówek, Klaus Schulze osiąga swój cel. Nasycenie i nawarstwienie się różnych partii instrumentów, jest nawet jak na Klausa wyjątkowe. Że się perkusista Harald Großkopf w tym nie pogubił ;). Ta pozorna kakofonia ma jednak sens. Elektroniczny trans trwa prawie pół godziny. I choć nie jestem fanem tych płaczących, przeciąganych solówek jakie Schulze lubi masowo serwować, tu mają one jak najbardziej rację bytu. Miłe jaźni szaleństwo niestety jednak się kończy - niczym start z wygodnego legowiska w zimną (ale chyba nie do końca) czerń kosmosu. Taka zmiana tematu i tempa w ostatnich pięciu minutach będzie się przewijać w utworach K.S. przez wiele następnych lat. Co do bonus tracku "Lasse Braun" - może się on spodobać fanom. Utrzymany jest bowiem trochę w klimacie Picture Music. Są na nim różne frapujące elementy układanki, zaangażowane solówki, niemniej, ale jak to często w dodatkach z Revisited Records bywa, nie bardzo widać w nim jakąś przewodnią myśl. Zawsze to jednak nowy, nieznany "stary" Klaus. Krótkie Stardancer i Blanche to właściwie kompozycje jednego motywu, choć wiem że i one mają swoich miłośników. I ciągle zdobywają nowych, bo muzyka elektroniczna z lat 70. ma swój powab i szyk.
sobota, 14 kwietnia 2012
Klaus Schulze – Body Love Vol.2
Czasami zdarza się, że pod wpływem zajęć dość prozaicznych, choć bez wątpienia przyjemnych, powstaje twórczość doprawdy nieziemska. W 1997 roku Klaus Schulze wydaje część drugą muzyki filmowej do obrazów Lasse Brauna. Filmów kręconych na fali pozornego wyzwolenia seksualnego, traktujących cielesną miłość w sposób mało wyrafinowany. Skupię się więc na samej muzyce. Druga połowa lat 70. to był bardzo dobry okres w życiu niemieckiego kompozytora i niezależnie od źródła inspiracji, Klaus publikował znakomitą muzykę. Płytę wydano jak dotąd trzynaście razy, pod trzema różnymi tytułami "Body Love vol.2," "Body Love - Additions To The Original Soundtrack", lub "Moogetique". Umieszczono na niej trzy utwory, a w reedycji z 2007 roku dodano bonus track "Buddy Laugh" (A Rock'N'Roll Bolero) nagrany - co wyraźnie słychać - w podobnym przedziale czasowym. Body Love vol.2 jest godna uwagi przede wszystkim ze względu na piękną, blisko półgodzinną suitę "Nowhere - Now Here". Ta prawdziwy opus magnum sztuki celebracji w wykonaniu Klausa. Dziełko, które czyni go w jakimś sensie nieśmiertelnym dla fanów. Ten uzdolniony Niemiec bardzo umiejętnie buduje nastrój, wprowadza kolejne frazy, instrumenty i melodie, prowadząc je do dynamicznej kulminacji. To jedno zdanie jest oczywiście zbyt ubogie w treści, aby w pełni oddać bogactwo odczuć słuchacza który zachwyca się poszczególnymi elementami układanki i wyjątkowo subtelną grą na perkusji. Przez pierwsze 15 minut czas wydaje się stać w miejscu, a nostalgiczna opowieść snuta przez mistrza syntezatorów może stać się powodem do wielu wzruszeń. Wspaniale rozłożone stereofonicznie efekty, stonowane solówki idealnie zgrane z bębnami Haralda Grosskopfa, czynią ten fragment niesamowicie sugestywnym. Unosząca muzyka w końcu, w połowie suity, ulega przesileniu i totalnemu emocjonalnemu wzmocnieniu. To, co słychać teraz z głośników, to prawdziwa ekstaza. Premia dla cierpliwego słuchacza. Elektroniczny świergot tworzony przez kręcenie gałkami filtrów, pozorny chaos z którego, niczym z głębi oceanu wyłania się szalona maszyna - prawdziwa Élan vital. Zabudowanie przestrzeni jakie proponuje tu Klaus Schulze, mało kogo zostawi obojętnym. Wypełniona przez zdyscyplinowaną, aczkolwiek pełną inwencji perkusję, atrakcyjne dialogi stereofonicznych bajerów i obsesyjne motywy grane na kilku klawiaturach, wszystko to pędzi przed siebie w opętańczym tańcu. Kiedyś zastanawiałem się, czy ta kompozycja powinna tak się zakończyć, jak gdyby na jednej emocjonalnej fali nakręconej do granic wytrzymałości uszu. Od jakiegoś czasu myślę, że z tego typu artystycznymi wizjami się nie dyskutuje, albo się je akceptuje albo... nie. Po tak intensywnych doznaniach, Klaus proponuje powtórkę z bliźniaczej płyty - utwór "Stardancer II" odrobinę inny miks znanej już kompozycji. Zabieg o tyle kontrowersyjny co nieszkodliwy. "Moogetique" - ten tytuł powstał z połączenia dwóch wyrazów i należy go rozumieć jako "Patetyczny Moog". Rozmarzona, pozbawiona spektakularnych efektów opowieść, którą można traktować jako odpoczynek od pełnych emocji poprzednich ścieżek. Kończący album wspomniany "Buddy Laugh (A Rock'N'Roll Bolero)" jest bardziej różnorodny. Doskonale brzmiący, stara się połączyć różne style i klimaty. Jest to ciekawa i poprawnie skonstruowana opowieść, choć brak jej wyraźnie sprecyzowanej myśli przewodniej. Ale może moja opinia jest tendencyjna? Czas pokaże.
P.S. Celowo zamieściłem jako okładkę jej drugą stronę. Tę główną, ujawniającą kobiece wdzięki przecież już znacie...
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
Klaus Schulze – Dig It Deluxe Edition Set
"The song... The sound... Analogue is dead... Digital is an automat... One bit for you, one byte for me... What's it like?... It's alright".
Pierwsze wydanie płyty Dig It Klausa Schulze miałem okazję poznać w 1981 roku. Miało to miejsce w pewnej uroczej wsi, gdzie w domu dobrego kumpla do woli mogłem się rozkoszować tą muzyką z winylowego krążka, oraz dziwnymi zdjęciami zdobiącymi dużą okładkę. Miałem wtedy 17 lat, naokoło ludzi stresował stan wojenny, a moje uszy i serce zaczynała opanowywać nowa pasja którą wtedy nazywano: rock elektroniczny. Z Klausem Schulze nie było tak łatwo i nie od razu mi się spodobał. Męczyłem jego inne płyty jakieś dwa lata zanim nastąpiła ta szczególna przemiana i akceptacja wizji niemieckiego kompozytora. Płyta Dig It oraz Trancefer dokonały transformacji mojego gustu. Od tej pory bardzo ceniłem Klausa za jego konsekwencję w wydawaniu kolejnych niekomercyjnych projektów. Za to, że jest artystą niepokornym i nie wahał się tworzyć ambitnej muzyki, która zmuszała do podążania za autorem w jego akustyczne światy - na jego zasadach. Teraz, po latach, materiał z tej płyty oceniam jako niezbyt wyrafinowany, zbyt dosłowny i mało złożony. Ale dalej kocham wszystkie utwory! Te pozorne zimno wylewające się ze wszystkich fragmentów ciągle urzeka. Szczególnie godna uwagi wydaje mi się suita "Synthasy" która w okresie największej fascynacji musiała być odtwarzana trzy razy pod rząd (smile). Mało jest muzyki do której podchodziłbym z równym uczuciem. Ale, zgodnie z tekstem jaki słuchać dziś w wielu reklamach - ona jest tego warta (smile).
Bonus track "Esoteric Goody" trwa blisko pół godziny i jest typową suitą kontemplacyjną: bez rytmu, wyraźnego początku i końca. O rozmytych konturach, trochę podobny do "Dune". Podobno pochodzi z oryginalnej sesji Dig It.
W reedycji z 2005 roku dołożono nie tylko długi utwór "Esoteric Goody", ale też płytę DVD z koncertem "Linzer Stahlsinfonie". Ten materiał zarejestrowano 8 września 1980 w Austrii. Zapis koncertu różni się od studyjnej płyty klimatem. O ile muzyka z "Dig It" będąca wyrazem fascynacji cyfrową technologią stanowi dość krótką, zwartą ideowo całość, o tyle nagrania z Linzu to godzinna sesja kilku powiązanych ze sobą pomysłów. Oczywiście - podporządkowanych idei wyświetlanej na ekranie. Obecnie fascynacja Klausa procesami technologicznymi zachodzącymi w hucie stali może wydawać się trochę archaiczna. Ale 32 lata wcześniej była jak najbardziej na miejscu. Pomiędzy ujęciami z walcowni i pieca hutniczego, słuchacze i widzowie spektaklu oglądają migawki z lotu ptaka. Zdjęcia pokazujące miasta zmienione przez ciężki przemysł są być może ostrzeżeniem przed uwikłaniem się ludzkości w industrializację. Niezależnie od proporcji fascynacji i obaw artysty związanych z technologią, muzyka z "Linzer Stahlsinfonie" może się podobać. Choć emocje rozwijane są powoli, a jakość obrazu i dźwięku (zgranego z lekko zleżałej kasety VHS) pozostawia trochę do życzenia, jest to stary, dobry Klaus Schulze. Fan z upodobaniem będzie nie tylko słuchał ale i oglądał Mistrza obsługującego instrumenty, oraz podziwiał zaangażowanie spoconego perkusisty Freda Severloha. Szybko skojarzy pewne fragmenty z innymi współczesnymi koncertowi nagraniami i będzie się rozkoszować programowanymi rytmami (między 16 a 30 minutą). Jak to u Klausa, celebrowanie nastroju jest doprowadzone prawie do absurdu i przypomina podróż po rzece Amazonce - która jak wiemy do najkrótszych nie należy (smile). Schulze nie żałuje swoich charakterystycznych solówek które zgrabnie wykonuje mimo krępującego kasku i maski spawalniczej na głowie. Trochę przydługie zakończenie i uhonorowanie kilku pracowników odlewni żeliwa Voest-Alpine których ciężka praca była dla Klausa inspiracją. W sumie ciekawy kawałek historii muzyki.
środa, 8 lutego 2012
Klaus Schulze & Günter Schickert - Home Session 1975.09.26 Hamburg
Lubię pisać o muzyce z połowy lat 70. To według mnie i wielu innych melomanów, najlepszy okres w historii sekwencyjnej elektroniki.
Zarówno brzmienia analogowych instrumentów, jak i zawartość nagrywanych ówcześnie utworów, są prawdziwym balsamem dla uszu. Podobnie jest z nieoficjalnym zapisem pt. Klaus Schulze & Günter Schickert - Home Session 1975, nagraniem nigdy nie opublikowanym oficjalnie, a będącym długim, 44 minutowym fragmentem spotkania dwóch muzyków które odbyło się podobno w studiu Klausa Schulze. Podobno, bo w przypadku takich dziwnych efemeryd, nie można być do końca pewnym niczego. Dlatego, gdy nie zna się wszystkich faktów towarzyszących nagraniom, lepiej ograniczyć się o pisania o muzyce. A ta jest wspaniała. Każdy kto zna znakomitą płytę Timewind, jej fascynującą okładkę autorstwa Urs Ammana, trafnie domyśli się co może zawierać inna sesja z tego roku. Klaus wykorzystywał w tamtym czasie piękne brzmienia syntezatorów ARP 2600, Odyssee, ELKA-String, Farfisa Organ oraz Farfisa Piano Professional. A Günter Schickert - według opisu na zdjęciu, wyemitował trochę modyfikowanych głosów i grał na gitarach. Powstało nagranie będące kolejną mutacją "Timewind", ze wszystkimi jej najlepszymi elementami. Są tu nieodzowne harmoniczne wznoszenia, transowe przebiegi i dźwięki poddawane nieustannej modulacji. Galopujące łagodne sekwencje i ten niesamowity klimat jaki do dziś przyciąga rzesze starych, jak i nowych fanów. Jest to trochę inaczej zmiksowana, alternatywna do oficjalnego krążka wersja, która wielbicielom takich brzmień i nastrojów dostarczy kolejnych niebanalnych wzruszeń. Świetnie słucha się tej minorowej muzyki wieczorem ze słuchawkami na uszach. Trudno wtedy zachować dystans i obiektywizm do czegoś, co trafia głęboko w trzewia. Czasami podoba się coś irracjonalnie, bez udziału rozumu. I tak jest z tą twórczością. Ktoś być może powie: nie ma tym żadnej magii, to po prostu umiejętne kręcenie gałami. I dobrze, bo nie lubię magii :). Jakiś czas temu zacząłem grać na symulatorze wspomnianego wyżej ARP -a 2600 i Minimooga. To bardzo fascynujące zajęcie i przyjemnie spędzone godziny ale już wiem, że drugim Klausem raczej nie zostanę (smile). Nie wystarczy posiadać instrument, trzeba jeszcze umieć na nim zagrać i mieć dar łączenia nachodzących na siebie dźwięków. A wykorzystanie takowego na tym nagraniu wyraźnie słychać. Polecam tę sesję wszystkim miłośnikom starszej muzyki Klausa Schulze i wykorzystanie programu Free YouTube Download 3, póki plik jest powszechnie dostępny.
sobota, 10 grudnia 2011
Klaus Schulze: Dreams - deluxe edition
Dziwna muzyka. Klaus Schulze nagrywając płytę "Dreams" w 1986 roku wyraźnie walczył z jakąś niemocą. Słychać to w pewnym stopniu we wszystkich kompozycjach. Już dynamiczny akord zaczynający krążek - "A Classical Move", od trzech lat powtarzany na innych płytach, wskazuje że artysta nie znalazł dla siebie nowych środków wyrazu. Oczywiście, składanie dzieła z wielokrotnie eksploatowanych elementów nie musi być naganne, jest po prostu słyszalne i pobudza do różnych, nie zawsze optymistycznych refleksji. Tworząc te kilka nastrojowych utworów, Schulze nie unika dalszych retrospektywnych podróży i auto zapożyczeń, jednak ich wymienianie nie byłoby dobrym pomysłem. Skupiając się na muzyce miejscami mrocznej, być może dekadenckiej, nie można odmówić Klausowi umiejętności tworzenia specyficznego, gęstego jak angielska mgła klimatu. "Five to Four" delikatnie nawiązuje do orientalnej kultury Japonii. Dominują pozornie chaotyczne dialogi kilku elektronicznych instrumentów z fortepianem. Może podobać się tu biegłość z jaką muzyk porusza się po klawiaturze (być może jest to Andreas Grosser, wymieniony na okładce jako grający na tym instrumencie), niczym zaawansowany pianista na klasycznym koncercie. Tytułowy "Dreams" przywodzi mi ma myśl celebrowanie wydarzenia które nie nastąpi. Rytmiczna struktura budzi dalekie skojarzenia z utworem "Fyt" z pierwszej płyty "It'll End in Tears" zespołu This Mortal Coil. Monotonny pochód perkusyjny przy którym wspiera muzyka Ulli Schober, jest jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów tej płyty Klausa Schulze. Płynnie przechodzi w "Flexible" - krótką impresję która brzmi jak odrzut z wcześniejszej płyty mistrza - Inter*Face. Konstrukcja jest prosta, przebojowo efektowna. Najdłuższa suita "Klaustrophony" 24:27, kończąca pierwsze wydanie albumu jest poetyckim podsumowaniem wydawnictwa. Smutne rozważania nad sensem życia i miłości próbuje wyjaśnić bohaterowi utworu w sennym marzeniu mężczyzna z brodą. Jednak bardziej szczegółowe tłumaczenie angielskiej poezji miejscami kojarzącej mi się z objawieniami biblijnych proroków zostawiam lingwistom. Szybko można się przyzwyczaić do zawodzącego głosu Iana Wilkinsona, który zgrabnie trzyma się konwencji. Dodatek na deluxe edition z 2006r. to równie długa kompozycja "Constellation Andromeda" 23:52. Typowe dla tego artysty: długi wstęp, rozkołysane, pływające frazy i zdecydowanie bardziej pozytywne niż w poprzednich utworach klimaty przewijają się do końca. Bonus z 2003r. nie zaskakuje więc niczym nadzwyczajnym, ale trzyma równy poziom.
Płyta ta, wyjątkowo melancholijna, ma do dziś swoich wiernych słuchaczy.
Płyta ta, wyjątkowo melancholijna, ma do dziś swoich wiernych słuchaczy.
sobota, 12 listopada 2011
Klaus Schulze - Big Japan European Version
Czego należy się spodziewać po tym bardzo ładnie wydanym koncercie? The Crystal Returns 38:03 Po krótkim intro, z nie tak mrocznych czeluści wypływają motywy jakie pamiętamy ze starej płyty Mirage. Wyraźnie jest to słyszalne, ale zagrane w trochę inny, elegancki sposób, więc nie jest to tylko kopia starej płyty. W tle znanej sekwencji, brzmi trochę nieśmiały falowy pomruk. Schulze wygrywa to wdzięcznie i stylowo. Mamy ciepłe, stojące frazy łagodnie i długo wybrzmiewające. Smutna melodia zaczyna snuć swą opowieść w charakterystyczny dla Klausa melancholijny sposób… Po tym długim, trwającym około ośmiu minut intro wchodzi lekki rytm, ciekawie rozłożony w stereo, a szybko go doganiająca basowa sekwencja wypełnia uszy swoistym „mięsem”. Mistrz robi to w intrygujący, nie nachalny sposób, zintegrowane tło co jakiś czas wybija się do pierwszego planu. Niby nic nowego, ale ma to dużo uroku. Co jakiś czas rytm się nasila, wiodące motywy melodyczne zostają ciągle w tyle i tylko współpracują z pulsującym, oddolnym sekwencerem. Nie jak to kiedyś bywało z zakręconymi solówkami np. na Body Love II gdzie były dość intensywne i Klaus się w nich spełniał. Tu tak nie jest. Schulze jest ostatnimi laty dużo bardziej subtelny w dobieraniu środków wyrazu (być może w wyniku spotkania Lisy Gerrard?). Powstaje przez to chwilami wrażenie jakby muzyk bał się zmącić taki przyjemy klimat czymś ostrzejszym. Po następnych ośmiu minutach, aby wariacje rytmiczne nie były zbyt nachalne znów słyszymy delikatne, rozmarzone motywy… Ostatnie sześć minut tej długiej suity to powrót galopującego po kanałach dialogu perkusji z pętlą niskich częstotliwości i jakże by inaczej - mocno modulowanego solo które choć stylizowane na improwizację jest dość dobrze kontrolowane w harmonii z resztą instrumentów. Suita kończy się dość gwałtownie, krótkim ozdobnikiem w stylu nagrań z lat osiemdziesiątych. Sequencers Are Beautiful 39:00 Wstęp to imitacja dźwięków z dużej fabryki gdzie maszyny uporczywie powtarzają cykle produkcyjne (Terminator szuka Kyle'a). W końcu po dojściu do wyższych partii i podniesieniu napięcia ustępują trochę prymitywnemu rytmowi z wplątanym samplem ludzkiego głosu mówiącego regularnie coś w rodzaju: czik-e, czik-e, albo jakoś podobnie. Po dziesięciu minutach Klaus na szczęście zmienia nastrój, usłyszeć można pompatyczne przełamania i do uszu dociera jakby rapsod: rozważania w tonie podniosłym, smutnym i trochę żałobnym. Muzyka ożywia się na trzynaście minut przed końcem, gdzie powracają te same elementy: samplowane czik-e i taka sama „niezgrabna” perkusja z otaczającym ją basso continuo. Kompozycję kończą pełne dysonansów poszukiwania podobne w niektórych miejscach do fragmentów z „Dziękuję Poland” zakończone oklaskami. 2 CD La Joyeuse Apocalypse 46:35 Zaczęta grubą kreską kompozycja w której monumentalizm gra pierwsze skrzypce. Dodatki, trochę efekciarstwa po kanałach i wchodzi podobna perkusja plus sample głosu ludzkiego identyczne jak w "Sequencers Are Beautiful". Ważniejsze wydają się jednak inne dźwięki, te będące jakby na drugim planie. Przypominają mi one pewne fragmenty z płyty którą w swoim czasie bardzo często słuchałem: „Dig it”. Gra perkusji staje się głośniejsza, również inne instrumenty słychać wyraźniej. Później jednak znów zejdą na dalszy plan i za jakiś czas wrócą z większa dynamiką. Publiczność klaszcze a Klaus z zadowoleniem mówi parę słów bodajże o pięknie sekwencji w elektronicznej muzyce. W tym momencie bardziej liczyła się chyba wizualna strona koncertu :).
Na jednym z fragmentów filmu widać moment gdy maestro odchodzi od klawiatur które dalej grają zaprogramowane procesy... Nareszcie rytm zanika w połowie utworu, trochę eksperymentów (na gitarze?) szumów i stojących fal. Po raz pierwszy słyszę zupełnie nowe dźwięki u Klausa, niewiele ale są. Ooo.. Znów mamy powracające, po raz już kolejny sample głosowe, tę samą wersję basu i perkusji. Po co? Według mnie utwór mógłby się już skończyć. A tymczasem różne solówki próbują urozmaicić ten refren. Ale czy prezentowane gotowce co rusz powtarzane, są tak bardzo atrakcyjne dla ucha? W końcu maestro lituje się i rytm odpływa. Kompozycja się kończy w łagodny i sympatyczny sposób. Nippon Benefit 14:10 Początek to trochę klimatów rodem z klasztoru i znów dysharmonia. Ciągi dźwięków jakie teraz chyżo pomykają od ucha do ucha, to też debiut na tej płycie. Urządzenia nadające delikatny rytm całości grają subtelnie i z pewną dozą optymizmu. Do końca strawna, bez perkusji da się szybko polubić.The Deductive Approach 12:12 Efekty testujące wytrzymałość uszu nie pozostawiają wątpliwości: Klaus dysponuje dobrym sprzętem stereo. Pojawia się znów czik-e sampl ludzkiego głosu, tym razem z trochę inaczej zaprogramowaną perkusją. Wędrujące, modulowane zapętlenie kojarzy mi się z pewnym egzotycznym nagraniem Ultrabass. Dużo tu smaczków i dodatków. Już myślałem że cała kompozycja jest nagrana bardziej dla pokazania możliwości sprzętu i warsztatu wykonawcy ale na koniec Klaus nie zapomniał zagrać w podniosłym nastroju.
Podsumowanie: Na pierwszej płytce jest bardzo dobry utwór: „The Crystal Return”, na drugiej sympatyczne obie krótkie kompozycje. Jednak - jak na tyle muzyki - mało jest nowych pomysłów, a za dużo tych samych powtórzeń. Klaus jest świetnym muzykiem, tylko czasami zbyt na serio bierze sporą pojemność kompaktowego nośnika. Najpierw zetknąłem się z kopią bootlegową zgraną z koncertu bez przeróbek. Był tam bardzo fajny, zabawny fragment z vocoderem. Szkoda że Klaus to wyciął. Nie oglądałem jeszcze całej zawartości DVD, ale na teledysku promującym płytę który jest na stronie artysty, widać że gra na gitarze. Nie słychać tego aż tak dobitnie, to pewnie bonus bez większego znaczenia. Mam wrażenie ze materiał dodatkowo był obrabiany w studio i nie jest identyczny z tym nagranym z publiczności. Oglądając filmy na YouTube te wrażenie pozostaje. No, chyba że płyty audio to mix dwóch różnych koncertów bo o nich wspomniano na okładce. Cóż, takie jest prawo twórcy. A podeszły wiek nakazuje łagodniej spojrzeć na wysiłki Mistrza.
Po około dziesięciu przesłuchaniach wydawnictwo w skali: słaba, średnia, dobra, bardzo dobra i znakomita - oceniam na "dobrą".
Na jednym z fragmentów filmu widać moment gdy maestro odchodzi od klawiatur które dalej grają zaprogramowane procesy... Nareszcie rytm zanika w połowie utworu, trochę eksperymentów (na gitarze?) szumów i stojących fal. Po raz pierwszy słyszę zupełnie nowe dźwięki u Klausa, niewiele ale są. Ooo.. Znów mamy powracające, po raz już kolejny sample głosowe, tę samą wersję basu i perkusji. Po co? Według mnie utwór mógłby się już skończyć. A tymczasem różne solówki próbują urozmaicić ten refren. Ale czy prezentowane gotowce co rusz powtarzane, są tak bardzo atrakcyjne dla ucha? W końcu maestro lituje się i rytm odpływa. Kompozycja się kończy w łagodny i sympatyczny sposób. Nippon Benefit 14:10 Początek to trochę klimatów rodem z klasztoru i znów dysharmonia. Ciągi dźwięków jakie teraz chyżo pomykają od ucha do ucha, to też debiut na tej płycie. Urządzenia nadające delikatny rytm całości grają subtelnie i z pewną dozą optymizmu. Do końca strawna, bez perkusji da się szybko polubić.The Deductive Approach 12:12 Efekty testujące wytrzymałość uszu nie pozostawiają wątpliwości: Klaus dysponuje dobrym sprzętem stereo. Pojawia się znów czik-e sampl ludzkiego głosu, tym razem z trochę inaczej zaprogramowaną perkusją. Wędrujące, modulowane zapętlenie kojarzy mi się z pewnym egzotycznym nagraniem Ultrabass. Dużo tu smaczków i dodatków. Już myślałem że cała kompozycja jest nagrana bardziej dla pokazania możliwości sprzętu i warsztatu wykonawcy ale na koniec Klaus nie zapomniał zagrać w podniosłym nastroju.
Podsumowanie: Na pierwszej płytce jest bardzo dobry utwór: „The Crystal Return”, na drugiej sympatyczne obie krótkie kompozycje. Jednak - jak na tyle muzyki - mało jest nowych pomysłów, a za dużo tych samych powtórzeń. Klaus jest świetnym muzykiem, tylko czasami zbyt na serio bierze sporą pojemność kompaktowego nośnika. Najpierw zetknąłem się z kopią bootlegową zgraną z koncertu bez przeróbek. Był tam bardzo fajny, zabawny fragment z vocoderem. Szkoda że Klaus to wyciął. Nie oglądałem jeszcze całej zawartości DVD, ale na teledysku promującym płytę który jest na stronie artysty, widać że gra na gitarze. Nie słychać tego aż tak dobitnie, to pewnie bonus bez większego znaczenia. Mam wrażenie ze materiał dodatkowo był obrabiany w studio i nie jest identyczny z tym nagranym z publiczności. Oglądając filmy na YouTube te wrażenie pozostaje. No, chyba że płyty audio to mix dwóch różnych koncertów bo o nich wspomniano na okładce. Cóż, takie jest prawo twórcy. A podeszły wiek nakazuje łagodniej spojrzeć na wysiłki Mistrza.
Po około dziesięciu przesłuchaniach wydawnictwo w skali: słaba, średnia, dobra, bardzo dobra i znakomita - oceniam na "dobrą".
piątek, 2 września 2011
niedziela, 21 sierpnia 2011
Klaus Schulze - Irrlicht
Po 40 latach od wydania tej płyty wciąż zastanawiam się nad tym, jak młodemu wówczas człowiekowi udało się stworzyć tak sugestywną wizję przy tak niewielkich nakładach? Skromne doświadczenie sceniczne, ubogi sprzęt... Na okładce albumu Klausa Schulze Irrlicht można przeczytać o kwadrofonicznej symfonii na orkiestrę i E - maszyny. Tymczasem (choć być może to tylko miejska legenda) muzycy z Colloquium Musica Orchestra odmówili umieszczenia swoich nazwisk przy tym awangardowym materiale. Elektronika składała się z podarowanych przez kolegę używanych organów, z których Klaus próbował zrobić syntezator, pary oscylatorów, kilku mikrofonów, magnetofonu i starego wzmacniacza (na Big Mooga z mnogością filtrów i obwiedni Klaus musiał jeszcze parę lat poczekać). Do tego akcesorium dołączona została gitara, cytra, perkusja i głosy, pomimo że tylko te ostatnie dają się wyraźnie rozpoznać. Potencjał, pomysłowość i samozaparcie przyczyniły się do powstania ambitnego i ciekawego materiału. Już pierwsze minuty suity Satz Ebene mogą kojarzyć się ze startem statku kosmicznego z widniejącego na okładce wydania labelu Ohr (okładkę zaprojektował sam muzyk). Zapowiada się niezwykła podróż. Po raz pierwszy niemiecki artysta wdraża tu swój ulubiony później sposób gry: generowanie całych partii ciągłych dźwięków. Przez kilka pierwszych minut muzyka ma charakter wybitnie medytacyjny, a wykreowany tu klimat kojarzy się z krajobrazem nieznanej i nieprzystępnej krainy. Groźne odgłosy, jakie przebiegają po kanałach, potęgują te wrażenie. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że słychać tu początki stylu nazwanego później ambientem. Muzyk systematycznie testuje wytrzymałość organ Tesco. Penetrują one z kolei spektrum odporności słuchacza długimi frazami, niczym reflektory statku sondujące powierzchnię obcej planety. Nie brzmi to pogodnie (choć jest fascynujące), jest emanacją niespokojnej duszy. W końcu coś wyraźnie i nerwowo drgnęło i przy pomocy rozpędzonych organów muzyczna fraza unosi się wyżej i wyżej (Pamiętam jak wiele lat temu zdzierałem tę analogową płytę przy dużym wzmocnieniu. Tata wszedł do mojego pokoju i zaniepokojony pyta: Czy popsuł Ci się gramofon synu? Nie tato, to gra Klaus Schulze, tak właśnie ma być! Ojciec z dezaprobatą pokiwał głową i zamknął drzwi). Dźwięki brzmią coraz bardziej monumentalne, ulegają dysharmonii, a organy grają jakby ostatnim tchnieniem. Następuje frapująca i efektowna kulminacja (uważajcie, aby ten moment nie zniszczył Wam głośników lub słuchawek). W ramach jednego scenariusza całość płynnie przechodzi w Satz Gewitter (Energy Rise-Energy Collaps). Krótka kompozycja stanowi odpoczynek po dość trudnej i może dla niektórych wyczerpującej wycieczce. Słychać trochę kosmicznych efektów, szumów i trzasków. Satz Exil Sils Maria nie ma wyrazistego scenariusza. To zimna czerń kosmosu, której monotonię przerywają rzadkie przebłyski błędnych ogników. Utwór mógłby trwać 10 minut albo i godzinę. Klaus daje tu poznać mroczną część swojej duszy i niepokoje ją dręczące. Muzyka sprawia wrażenie mało kontrolowanej przez artystę, będącą nie tyle wytworem rozumu, co rejestracją konkretnego zjawiska, jej odbiciem w przestrzeni. Ten pomysł pojawi się jeszcze kilka razy w dyskografii muzyka. Obok precyzyjnie wyreżyserowanych suit Schulze zamieszcza kompozycje mocno abstrakcyjne. Tak będzie, póki technika cyfrowa i sample nie zmienią jego sposobu obróbki materiału. Debiutancka dyskografia Irrlicht z 1972r. stała się wyznacznikiem innego pojmowania muzyki - nie przeszła do lamusa mimo archaicznie brzmiących organów, zaś Klaus został okrzyknięty legendą muzyki elektronicznej.
Na okładce podziękował dyrygentowi i Symphonieorchester z Berlina, która wspierała go jeszcze na płycie Cyborg. Fani do dziś przeżywają duże emocje, słuchając tej starej, dobrej muzyki.
Na okładce podziękował dyrygentowi i Symphonieorchester z Berlina, która wspierała go jeszcze na płycie Cyborg. Fani do dziś przeżywają duże emocje, słuchając tej starej, dobrej muzyki.
niedziela, 15 maja 2011
Klaus Schulze - Audentity
Znamienna muzyka będąca na zawsze dobrą częścią mojej młodości. Pamiętam jak niedługo po ukazaniu się tego albumu zakupiłem wzmacniacz hi-fi, trzy drożne kolumny, niezły gramofon i nareszcie mogłem się delektować pełnią muzycznego przekazu. Płyta Audentity nagrana zimą 1982/83r zawiera bardzo zróżnicowany materiał. W niedawnej reedycji przegrupowano kolejność utworów i dodano 58 minut muzyki. W tej nowszej wersji pierwszym dziełem jest rozbudowana Cellistica 24:31.Nagranie gdzie Klaus podejmuje się ryzykownego zabiegu: połączenia partii wiolonczeli w dialogu z nowoczesnym rytmem. Po mocno zakręconym, pełnym efektów wstępie otrzymujemy dynamiczną strukturę, w której rozkołysane rytmy, kilka cyfrowych urządzeń obsługiwanych przez Klausa i Rainera Blossa, co rusz toczą walkę o prym z brzmieniem wiolonczeli, na której gra Wolfgang Tiepold. Dołącza do nich Michael Shrieve uzupełniając kompozycję perkusyjnymi wstawkami. W kilku momentach słychać fascynacje Klausa muzyką klasyczną. Celebracja nastroju, instrument Tiepolda to się cofa, to wraca i rzewnie zaciąga. Co kilka minut w zgrabnym przełamaniu emocje idą w górę. Frazy modulują. Pod koniec na chwilę ilość grających maszyn się zmniejsza, aby po licznych manifestacjach i transformacjach ulec pośród efektów wyciszeniu. Spielglocken 21: 24 Zaczyna się bez rozbudowanego wstępu i łatwiej wpada w ucho, dosyć dobrze broni się mimo braku rozbudowanej perkusji. Gra wiolonczela, ale trochę na dalszym planie, ważniejsze są inne motywy. Po wyraźnym oczekiwaniu na przełom, słychać bardzo delikatne przejście i wyakcentowanie tętna. Klaus nie posługuje się tu efektownym trikiem o nazwie bodajże „hall speed cut” tak chętnie wykorzystywanym na koncertach pół roku później do akcentowania zmian nastroju … Miłe dla uszu dzwonki wygrywają swój motyw, szeroko rozstawione w stereo basowe maszyny rytmiczne pięknie wypełniają przestrzeń, co jakiś czas zmienne tempo lekko unosi konstrukcje wyżej. Dzwoneczki z ozdobnikami dalej grają ładne melodie, w końcu jak w poprzedniej kompozycji wszystko lekko przyspiesza, emocje rosną, rytmy są bardziej zawirowane.. Dodatków coraz więcej, a wydźwięk lekko zbliżony do nagrań z płyty Tonwelle. Absolutnie doskonała końcówka. Solo jest bardzo intymne, schowane za basowymi strukturami, a ważną rolę pełnią pogłosy. W końcu smutne rozważania w rytmicznej ramie zmierzają do wniosków mało optymistycznych. I gasną w tonacjach molowych. Ciekawe. Twórcze cierpienie artysty wyrażone techniką skocznego rytmu. Sebastian In Traum 28:21 Ta kompozycja Klausa świetnie broni muzyka przed ewentualnymi zarzutami krytyków o granie bardziej komercyjnej muzyki. Nie ma tu rytmu. Właściwie cały utwór to zapis eksperymentów i najróżniejszych efektów. Drzwi się otwierają, smętnie zawodzą partie skrzypiec, w końcu okazuje się, że przez całe nagranie przewija się tylko jeden melodyjny motyw w trzech kolejnych odsłonach. Eksperymenty z głosami ludzkimi obrobionymi na taśmach.. Poszukiwania pogłosowe, oklaski publiczności, strzały z broni (zawsze zastanawiałem się przez te lata czy Klaus nie miał czasami dość niektórych melomanów), muzyka jest faktycznie coraz bardziej oniryczna i senna. Koniec został mocno zniekształcony jakby zawirusowany. Wracamy do rzeczywistości. Druga płyta rozpoczyna się krótką wprawką: Tango Saty 05:47 Monotematyczna kompozycja z perkusją wygrywającą stały rytm i dodatki na bębnach Simmonsa. Trochę efektów, szczątkowa melodia nie do końca rozwijana, potraktowana bardziej jako próbka. Właściwie to szkic utworu, który nawet zgrabnie łączy się z kolejną kompozycją na płycie. Amourage 10:37 Po efektach i dziwnych dźwiękach, w drugim planie fortepian gra bardzo ciche partie jakby mało związane z tym, co będzie później - kiedyś, zanim dostałem płytkę w swoje ręce myślałem, że to przebicie poprzedniej ścieżki z taśmy magnetofonowej ;). Motyw rzewnie pogrywa smętną, jakby to moi rodzice powiedzieli „kocią muzykę”. Obrazowe to i sentymentalne zarazem dziełko opisywać ma pierwsze młodzieńcze miłosne uniesienia. Chyba nie do końca szczęśliwe jak mniemam z dość ponurego nastroju. Opheylissem 05:11 Suchy i zimny jest ten utwór w klimacie krótkich kompozycji z płyty „Dig it”. Perkusja towarzysząca wyrafinowanym motywom gra celowo jednorodnie a pomysły nie rozwijają się zbytnio..Czyli podobnie jak w „Tango Saty” mamy do czynienia tylko ze śladem pomysłu na muzykę. Gem 11:34 Dodatkowo dodana ścieżka gdzie słychać rozmaite efekty mające być wstępem do czegoś ciekawszego. Trochę monumentalne i nadmuchane krótkotrwałe barwy może nadają się, jako tło do specyficznych obrazów filmowych, nie stanowią jednak jakiejś zamkniętej całości. Tiptoe on the Misty Mountain Tops 14'43 Dynamiczna struktura brzmiąca jak odpad taśmy matki z sesji „Drive Inn”. Przez 14 minut do galopującej sekwencji Klaus wprowadza jakieś dodatki. Ale okazuje się, że ten pomysł rozciąga się na Sink or Swim 10’02 - czyli kolejne dziesięć minut dynamicznej jazdy gdzie podobnie - do perkusji i powtarzających się z automatu motywów dodawane są rekwizyty. Kiedy kolejny utwór, At the Angle of an Angel 15'44 w ciut zmienionej dynamice powiela pomysły - zaczyna to być lekko nużące. Wcale nie byłem zdziwiony jak w ostatniej ścieżce Of White Nights 06'00 czekała mnie podobna akcja. Te jałowe powtarzanie motywów z najbardziej komercyjnej płyty Klausa nie było dobrym pomysłem, jako bonus do Audentity - ambitnej opowieści o szukaniu własnej tożsamości. Nie znaczy, że są to złe kompozycje, ale aż 58 minut bonus - śmiało można było zrobić z tego „Drive Inn 3”;).Podsumowując: po 28 latach stare nagrania bronią się całkiem dobrze. Również rytmiczne suity Cellistica i Spielglocken – zawierają przecież dość smutną muzykę owiniętą tylko w rytmiczne ramy.
Klaus nie powtórzył już więcej tak ambitnych i spektakularnych pomysłów jak w suicie Sebastian In Traum a koncertowe wykonania utworów z tej płyty to prawie inne, nowe nagrania. Inaczej położone akcenty i bardziej uwypuklone solowe improwizacje na "Dziękuje Poland" powodują, że na każdą z tych płyt patrzę inaczej. Audentity jest tylko jedna!
środa, 11 maja 2011
Richard Wahnfried - Tonwelle
Najwyraźniej pomysł tworzenia projektów typu "Time Actor" i wydawanie ich pod pseudonimem spodobał się Klausowi tak bardzo, że postanowił kontynuować przygody Richarda Wahnfrieda. Płyta Tonwelle z 1 marca1981r (to już 30 lat temu!) okazała się znów czymś innym niż dotychczasowe jego solowe płyty, niepodobnym również do "Time Actor". Nowym, bardzo świeżym spojrzeniem na muzykę i emocje jej towarzyszące. Schwung 17:05 Idea tego nagrania to sesja paru przyjaciół - uzdolnionych instrumentalistów i ich mało kontrolowane improwizacje. Co najmniej dwie gitary, głosy, perkusja i syntezatory. Zagrane w szalonym tempie 17 minut intensywnej kaskady dźwięków. Ta muzyka ciągle kojarzy mi się z nocną jazdą samochodem. Fragmentami prawie czuć jak zbudowana muzyczna konstrukcja dosłownie bierze kolejne zakręty. Nadaje się również do uprawiania intensywnych ćwiczeń fizycznych w prywatnej siłowni. Liczne, pełne ekspresji solówki gitarowe z efektownym pogłosem i znakomita praca perkusji. Tym wysiłkom bębniarza w utrzymaniu rytmu pomagają elektroniczne maszyny Klausa Schulze. Głos początkowo lekko stylizowany na orientalne zaśpiewy, przechodzi czasami do jakiegoś niezrozumiałego sylabizowania w sztucznie wymyślonym języku, a czasami artykułuje po angielsku całkiem zrozumiałe słowa. Obok niektórych nagrań Manuela Göttschinga to najlepsze gitarowe solówki jakie w życiu słyszałem. Agresywne, dynamiczne, pełne energii. Znakomite zgranie się wykonawców. Muzyka z niezwykłą siłą unosi do epicentrum zdarzeń. Dialog wokalisty wspominający swoje senne marzenia z gitarami które wyczyniają cuda. Gitara tu łka, głos wtóruje jej pełnym uczuciem. Szalony ekspres dźwięków zmierza do jakiegoś smutnego końca. Wokal kilka razy zawodzi cierpieniem, pod koniec słychać wyraźny krzyk rozpaczy, druga gitara powtarza schodowe sekwencje. Klimat końcowych minut jest zdecydowanie schyłkowy, być może muzyka opisuje koniec ludzkiego życia, żal za utraconymi chwilami które już nigdy nie wrócą? Tak mi się to kojarzy. I ta kosmiczna końcówka wyciszona zostaje stanowczo za wcześnie. Druck 18:20. Po łagodnym wstępie gitary która delikatnie pogrywa w nieziemskim klimacie, muzyka kołysze się w rytm basowej sekwencji okraszonej na bieżąco perkusyjnymi efektami. Muzycy jakby zmęczeni agresywnym graniem albo odpoczywają albo tworzą teraz w bardziej pastelowych barwach. Inny rytm narzuca teraz ton drugiej podróży. Dużo przestrzeni, syntezatory Klausa Schulze przejmują prowadzenie. Gitara oczywiście gra dalej, ale już mniej rockowo. Muzyka mocno transowa. Przełamania zdecydowanie łagodniejsze i bardziej pogodne. Pierwszy zapis mocno działał na emocje, drugi na refleksje. Oba utwory oceniam jako równie cenne. Ciekawe że harmonia towarzysząca spotkaniu muzyków przeniosła się na przyziemną płaszczyznę: pieniądze z zysków podzielono równo - sprawiedliwie między wszystkich muzyków. Zaproszenie Manuela Göttschinga który wkrótce potem pomógł Klausowi Krugerowi na płytce „Zwischenmischung” było kapitalnym pomysłem. Podobnie sugestywne zaśpiewy Michaela Garvensa ładnie się komponują w dialog z powalającą gitarą Karla Wahnfrieda. Niektórzy spekulują że pod tym pseudonimem grał sam Carlos Santana, brak jednak potwierdzenia tego przypuszczenia. Pewne jest za to, że zagrał tu perkusista Santany, Michael Shrieve, który dostał potem od Klausa taśmy zapisów fragmentów różnych sesji. Przy pomocy brata dograł partie kilku instrumentów i wydał piękną płytkę „Transfer Station Blue”. Muzykę trochę podobną do tej z Tonwelle. Wracając jednak do opisywanej dziś płyty: ze względu na oryginalność zawartych tu nagrań muzyka ta od wielu lat należy do moich ulubionych dokonań Klausa.
Przy kompaktowym wznowieniu dodano 2 tracki z innej pracy Wahnfrieda ”Megatone” które swoim bardzo ofensywnym charakterem również dostarczają różnorakich przeżyć. Polecam!
Przy kompaktowym wznowieniu dodano 2 tracki z innej pracy Wahnfrieda ”Megatone” które swoim bardzo ofensywnym charakterem również dostarczają różnorakich przeżyć. Polecam!
wtorek, 10 maja 2011
Klaus Schulze ...Live...
Z płyt wydanych na przełomie lat 70-80 płyta Klausa Schulze "...Live..." a szczególnie suita "Sense" to dla el-rocka przekroczenie Rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhuisa, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj - bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album, stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancholijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 3 lata później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków, okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa, udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja - deser dla smakoszy. Dlatego właśnie lubię tę muzykę. Kiedy emocje dobiegają końca, pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Artura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby prowadzenia badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...Live... Nie znasz alfabetu El-muzyki..
Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancholijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 3 lata później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków, okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa, udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja - deser dla smakoszy. Dlatego właśnie lubię tę muzykę. Kiedy emocje dobiegają końca, pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Artura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby prowadzenia badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...Live... Nie znasz alfabetu El-muzyki..
Subskrybuj:
Posty (Atom)










t














