"Zawieszenie, intymność, cisza". Tak dość trafnie opisano na okładce zawartość tej płyty. Steve Roach swój trzeci album "Structures From Silence" opublikował w 1984 roku. I chociaż później wydał bardzo dużo płyt, tą pozycją pozyskał sobie wielu zwolenników. Ciekawe, że w mimo iż niewiele się na niej dzieje, to robi duże wrażenie. Ten pozorny paradoks łatwo wytłumaczyć. Jedną z charakterystycznych cech muzyki ambient jest tworzenie klimatu. Nie musi ona zawierać spektakularnych solówek, wymyślnych ozdobników, czy dynamicznych zwrotów akcji. Te niezbędne składniki muzyki rockowej nie mają tu odniesienia. Muzyka ambient celuje wyżej. Za pomocą środków wyrazu mniej spektakularnych, aczkolwiek bardziej wyrafinowanych, wprowadza słuchacza w stan wręcz metafizyczny. I taka jest płyta "Structures From Silence". To jakby nocna podróż do innego wymiaru. Spokojne, wręcz leniwie płynące dźwięki, unoszą ich odbiorcę w świat totalnej relaksacji, sennego rozmarzenia które trwa, i trwa, i trwa... Czy to już dzień? Cisza odgrywa tu tak samo ważną rolę jak dźwięki. A te pieszczą uszy ciepłymi barwami. Muzyka wlewa się delikatnie do uszu, odchodzi i wraca... I to jest piękne! Oczywiście, Wasze doznania wynikające ze słuchania albumu Roacha będą na pewno również subiektywne, indywidualne i być może bardziej zróżnicowane. Ale zwiewność, pewna poetyckość zawarta w treści, to uniwersalne określenia które chyba dość dobrze oddają oniryczny charakter tego dzieła. Tytułowa suita na pół godziny pozwoli zapomnieć o kłopotach dnia codziennego. Świat tajemnic nie odkrytych do końca, wciąż czeka na swoich badaczy... Muzykoterapia najwyższej próby!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Roach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Roach. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 kwietnia 2012
czwartek, 21 lipca 2011
Steve Roach - Live at SoundQuest Fest
Steve Roach jest popularnym i płodnym muzykiem. To ciekawe, gra bowiem muzykę, która nie jest łatwa w odbiorze, a jednak pociąga ku sobie pewną grupę fanów. Od lat badam ten fenomen. Widocznie istnieje zapotrzebowanie na taki rodzaj przekazu, a Roach dobrze wypełnia swoją rolę. Bez spektakularnych efektów dźwiękowych czy szokujących wydarzeń osiąga swój cel. W 2011 roku wydaje płytę Live at SoundQuest Fest
nagraną 20.10. 2010r. na festiwalu w Berger Center - Tuscon. Wystąpili tam również Erik Wøllo, Mark Seelig, Loren Nerell - w różnych konfiguracjach. Na albumie Roach prezentuje pięć kompozycji. Rozpoczyna ją najdłuższa, blisko półgodzinna suita Momentum Of Desire (28:36). Jest ona zgrabnym ciągiem długich zestawów stojących brzmień, które w pewnym momencie uzupełnione są delikatną muzyką sekwencyjną. Nie wiadomo nawet, kiedy mija te pierwsze pół godziny. W Medicine Of The Moment (12: 06) ożywa pustynia. Słychać egzotyczne instrumenty, łatwo wyobrazić sobie poruszające się po piasku węże, czy nocne zwierzęta porozumiewające się swoimi językami. Niepostrzeżenie przechodzi w Thunderwalkers (11:13) gdzie na identyczne tło dodatkowo nałożone są bębny Byrona Metcalfa. W dość swobodnym tempie grają one przez cały czas trwania tej kompozycji, a towarzyszą jej odgłosy ptaków oraz postękiwania niczym z rytualnego tańca szamanów. Często słychać digeridoo, na którym gra aż dwóch muzyków: Dashmesha Khalsa i Briana Parnhama. W Morphic (5: 37) mniej słuchamy uporządkowywanej muzyki, a więcej efektów. Nic dziwnego skoro Roach korzysta z urządzeń Oberheima, Waldorfa, Korga, Yamahy, Rolanda i Doeplera.Aż kusi je wypróbować :).W Off Planet Passage (16: 19) dochodzi do do zmiany barw i klimatu na bardziej przestrzenne. Opisywany tu kosmos jest tajemniczy, momentami groźny, a na pewno niepokojący. Zmiany w nim zachodzą jakby siłą inercji. Płyta kończy się wyciszeniem bez specjalnych rewolucji. To nocna muzyka, nocą prezentowana i w tym czasie najlepiej odbierana. Choć nie odkrywa nowych światów, to jest wystarczająco intrygująca, aby poświęcić jej trochę czasu.
niedziela, 22 maja 2011
Steve Roach - Empetus (2-CD Collector's Edition)
Steve Roach znany jest wśród fanów jako płodny twórca grający ambient. Ale w połowie lat 80. nagrywał muzykę dynamiczną i pełną wigoru. Dobrym tego przykładem jest zawartość albumu Empetus. Nazwa będąca modyfikacją oryginalnego słowa Impetus – impuls, nawiązywała do rozważań na temat ruchu, energii i dynamicznego jej przepływu. Udostępniona na niej muzyka była odzwierciedleniem nowego podejścia do materiału, odbiciem marzeń kompozytorów i producentów sprzętu działających w Los Angeles w tamtej dekadzie. Roach, po kilku tradycyjnych wznowieniach, zdecydował się w 2008r.na wydanie kolekcjonerskiej edycji z bonusową drugą płytą. Na pierwszym krążku można posłuchać dziewięciu utworów: Arrival czyli hipnotyczne sekwencje którym towarzyszą wybuchy, odgłosy poślizgów. Można odnieść wrażenie, że to szalona jazda nad krawędzią przepaści. Wszystkie dźwięki gonią gdzieś przed siebie w bezładnym popłochu, aby niespodziewanie wygasnąć. W Seeking generowany jest trochę inny, spokojniejszy rząd dźwięków, pozostałe linie melodyczne są wyraźniejsze. Poszczególne przebiegi ładnie krążą w muzycznej przestrzeni, a główny motyw (co rusz zagłuszany przez towarzyszące frazy) zdaje się wyrażać głęboką melancholię. Jakby zmagania refleksji z żywiołem życia. Conquest - dynamiczna pętla efektów perkusyjnych z nerwową serią powtarzalnych brzmień. I tu słychać zalążek melodii która próbuje przebić się przez agresywny podkład. W czwartej minucie wchodzi wokal Weslie Brown, dodając trochę ciepła i ludzkiego wymiaru dominującym kaskadom zimnych uderzeń syntezatorów. Mimo wszystko, przygnębiające wrażenie ciąży do końca kompozycji. Empowement to muzyka falująca w dół i do góry. Sekwencja tła, rozpędzona jak policyjny samochód w akcji, dodaje muzyce dramatyzmu. Roach, niczym wprawny dentysta dokonujący ekstrakcji, manipuluje emocjami słuchacza w skali o dużej rozpiętości. Mam wrażenie jakbym podróżował rollercoasterem w wesołym miasteczku. Uff… Ale jestem już bezpiecznie na ziemi. Twilight Heat - trochę spokojniejsza ścieżka, gdzie sekwencja, szarpana i krótka, współgra z pasażami ciepłych dźwiękowych fal. Ale utwór trwający tylko trzy minuty, jest właściwie przygotowaniem pod kolejną, bardzo uroczą ścieżkę. Merge – najbardziej wpadająca w ucho kompozycja, komercyjna w dobrym tego słowa znaczeniu. Rozbujana, dźwięczna, z samplami ptaków i ponownie śpiewem Weslie Brown. Wyraźna optymistyczna melodia opleciona dzwonkami, urywa się dość gwałtownie, jakby autor nie chciał zbyt długo utrzymywać słuchaczy w pozytywnym nastroju. Urge - ponownie sekwencja składająca się delikatnych dźwięków, przypominających dzwoneczki, masakrowana ciężką, toporną perkusją. Utwór jest dziwnie zmiksowany, przez co powstaje wrażenie jakby taśma matka wyciągnięta została z spod kół ciężkiego walca drogowego, a Steve uparł się ocalić co się da z materiału. Distance in Near – galop różnych struktur, okraszone perkusją w szybkim tempie wybuchają one i gasną. Jak na niespełna trzy minuty sporo tu dodatków, ale pomysł na utwór gdy ledwo zdążył zaistnieć - szybko kończy żywot. The Memory – refleksyjny, bez męczących, spektakularnych fajerwerków i zaskakujących zwrotów. Jest dobrym podsumowaniem całego materiału. Bonusowy materiał zawarty na drugim CD zawiera dwie kompozycje: obszerną, ponad czterdziestu minutową analogową Harmonia Mundi gdzie Roacha wspiera Thomas Ronkin i blisko półgodzinny Release. Przyznam że Harmonia jest w takiej dawce raczej niestrawna, po około 20 minutach śmiało można byłoby ją zakończyć. Słuchanie jednej sekwencji podlegającej licznym ale minimalnym w charakterze zmianom, jest jak zmuszanie kogoś do jedzenia na raz całego tortu. Za to Release, w którym słychać wyraźne inspiracje muzyką Klausa Schulze z lat 70. jest bardziej różnorodny i wielowątkowy. Znalazło się tu miejsce na budowanie nastroju, zmianę tempa, solo i wprowadzanie rożnych elementów dodatkowych. Mimo dużego nasilenia dźwięków, nie gryzą się one wzajemnie. Materiał jest podobny do pierwszej płyty, autor daje się nacieszyć niektórymi pomysłami dłużej niż pięć minut.
Bardzo dobrze że ukazało się to wydawnictwo, niektórzy miłośnicy muzyki elektronicznej mają okazję poznać bardziej dynamiczną stronę osobowości Roacha, jego fascynację niemiecką elektroniką sekwencyjną.
Bardzo dobrze że ukazało się to wydawnictwo, niektórzy miłośnicy muzyki elektronicznej mają okazję poznać bardziej dynamiczną stronę osobowości Roacha, jego fascynację niemiecką elektroniką sekwencyjną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





