Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edgar Froese. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edgar Froese. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 listopada 2014

Tangerine Dream - Chandra



   Podtytuł albumu Tangerine Dream "Chandra" - The Phantom Ferry Part I z 2009 roku zapowiadał rychłą kontynuację pomysłu, co niedawno rzeczywiście miało miejsce. Takie marketingowe podejście świadczy o życiowej zaradności autora projektu lub jego nieujarzmionym potencjale. Co Edgar Froese proponuje słuchaczom w Part I? Dziewięć utworów inspirowanych historią SF, które mają zobrazować spotkanie istot z innego świata na powierzchni zimnej Grenlandii. Zgodnie z tą ideą, poszczególne kompozycje oddają klimat kolejnych wydarzeń; Dość zróżnicowane, od dynamicznego wstępu "Approaching Greenland At 7 pm" po całkiem spokojny, a nawet mroczny "The Unknown Is The Truth".  Froese czerpie swobodnie ze swoich wcześniejszych doświadczeń i proponuje z grubsza to samo co zawsze, tyle że w innym opakowaniu. O ile utwory nieujęte w rytmiczne klamry mogą zaciekawić, to te perkusyjne są już mniej strawne. Oczywiście zagorzałych fanów obecnego, grzecznego brzmienia T.D. to pewnie nie zniechęci. I ja nie mam takiego zamiaru. Jeżeli ktoś zaczął słuchać muzyki zespołu od płyt z lat 90., to jest to dla mnie zrozumiałe. Ja jednak oprócz 2-3 utworów z tego krążka, postaram się raczej jak najszybciej o nim zapomnieć, aby nie mieć ... chandry :).


sobota, 31 maja 2014

Tangerine Dream - Phaedra Farewell Tour 2014


  
    Gdy przeczytałem w tytule słowo "farewell" - pożegnanie, uświadomiłem sobie, że ta seria koncertów, może być ostatnią okazją do posłuchania na żywo i spotkania lidera legendarnej grupy Tangerine Dream. Zespołu, który przez wiele lat dostarczał słuchaczom wyrafinowanych muzycznych emocji i niebanalnych uniesień.  Blisko 70 letni Edgar Froese, wykazał dużo samozaparcia, chcąc - w tym bądź co bądź podeszłym wieku - uczestniczyć w kolejnym show. Za to należy mu się szacunek. W poniższym teledysku wymieniono daty i miejsca poszczególnych koncertów. Za kilka dni, w środę 4 czerwca, wewnątrz warszawskiej hali "Arena" na Ursynowie, polscy fani muzyki elektronicznej po raz kolejny zobaczą człowieka, który miał wielki wpływ na współczesną muzykę, będąc wzorem dla setek młodszych wykonawców. Od ciebie drogi Czytelniku tylko zależy, czy skorzystasz z tej sposobności i wzbogacisz swoją pamięć o ten historyczny moment....




poniedziałek, 30 września 2013

Edgar Froese - Kamikaze 1989



  Rok 1982 był dla działalności solowej E.Froese dość znamienny. Właściwie jako samodzielny odkrywca nieznanych muzycznych  rubieży nie miał już nic nowego do powiedzenia słuchaczom. Ale osiągnął dużą biegłość jako operator elektronicznego instrumentarium. Tak znaczącą, że skonstruowanie ścieżki dźwiękowej do byle jakiego filmu jakim okazał się tytułowy "Kamikadze 1989", nie sprawiło mu żadnej trudności.  Na początku lat 80. pojawiło się już sporo nowych syntezatorów proponujących gotowe brzmienia, rytmy, atrakcyjnie brzmiące dla słuchacza, ale skutecznie pozbawiając inwencji twórcę. Oczywiście Froese nie poddał jeszcze całkiem temu procesowi,  walka trwała  u niego prawie do końca dekady, dlatego omawiany soundtrack jest dziwną mieszanką klimatów i wartości. Pamiętam jak jeden recenzent określił kiedyś jej fragmenty jako quasi-dyskotekowe.  Twierdzenie to jest jednak trochę krzywdzące. Edgar stara się przemycać pomysły ze starych, dobrych płyt, a w niektórych utworach jak chociażby "Flying Kamikadze" czuć charakterystyczne pastele rodem ze "Stuntmana".  Do pewnych ograniczeń zmuszał go też pewnie sam materiał filmowy, który raz obejrzawszy, postarałem się jak najszybciej zapomnieć ;).
  W sumie kaskaderską muzykę można lubić i czasami do niej powracać.  Chociaż nie jest to już ten wielki artysta Edgar Froese, tylko doskonały rzemieślnik. Rok później, na polskich koncertach przypomniał sobie zespołową kreatywność i jeszcze raz wzniósł się na wyżyny sztuki.  Ale to już inna bajka. 


sobota, 19 stycznia 2013

Tangerine Dream - Rubycon


  Recepta na stworzenie albumu Tangerine Dream - "Rubycon" z 1975 roku wydaje się obecnie dość prosta. Można powiedzieć że technika A-B-A (tajemniczy wstęp, część sekwencyjna, równie enigmatyczne zakończenie) zastosowana na obu suitach, nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale w połowie lat 70. było ona czymś nowym i intrygującym dla wielu słuchaczy. Okazało się, że elektroniczne instrumentarium w zdolnych rękach niemieckich artystów, doskonale sprawdza się przy budowaniu wciągającego klimatu. Barwy gongu, organ, gitar, melotronu, syntezatorów Synthi A, Vcs 3, Arp 2600 i Mooga, plączą się w niesamowitym kolażu. Wydawane przez nie dźwięki wydają się być mocno odrealnione. Monotonne sekwencje, wijące się niczym wąż, co jakiś czas modyfikowane w  stereo, brzmią nieco psychodeliczne. Nic dziwnego, że w tamtych czasach, co niektórzy melomani urozmaicali sobie słuchanie koncertów zespołu różnymi dopalaczami. Akurat tego ostatniego zabiegu nie polecam. Fascynacja basowym ostinato jaką wyraźnie wyczuwa się u muzyków grupy Tangerine Dream z tamtych lat, okazała się być bardzo zaraźliwa. U tysięcy fanów i kompozytorów trwa do dziś. Muzyka z "Rubyconu" często towarzyszyła jako futurystyczna oprawa muzyczna ciepło wspominanemu programowi "Sonda" (1977–1989), doskonale spełniając swoje zadanie. Prywatnie - do dziś pamiętam obracający się duży, winylowy krążek na talerzu gramofonu i sugestywną okładkę. Czego by nie mówić, to jest piękny fragment historii muzyki elektronicznej.


czwartek, 17 stycznia 2013

Tangerine Dream - Alpha Centauri


 Jest pewne grono melomanów które ubolewa, że zespól Tangerine Dream nie nagrał więcej płyt w stylu Alpha Centauri (1971). To faktycznie fascynujący okres w twórczości super grupy.  Czas intensywnych poszukiwań i bardzo swobodnego podejścia do formy zapisu. A jednocześnie pionierskie, wyraźne próby znalezienia jakiejś uniwersalnej harmonii wszechświata. Szczególnie intrygująco brzmi pierwsza strona  czarnej, analogowej płyty, gdzie na niektórych wydaniach (Earmark 2002) do kompozycji "Sunrise In The Third System" i "Fly And Collision Of Comas Sola" dodano utwór z singla: "Ultima Thule Part 1". Prawie narkotyczna podróż zafundowana przez team Edgara Froese, jest według mnie dokonaniem ponadczasowym. Nawet teraz, po 40 latach od pierwszej edycji, zachwyca atmosfera jaką osiąga T.D. przy użyciu organów, fletów, gitar, głosów, czy ... efektów młynka do kawy, którym operował Froese. Ciekawie wyglądała też elektroniczna cytra - proste, ale jakże wdzięczne urządzenie, będące połączeniem elektroniki z kilkoma napiętymi strunami na niewielkim, prostokątnym podeście. Kosmiczne klimaty, atmosfera zadumania nad bezkresami przestrzeni, to główne zalety tej muzyki. Ciekawe, że niewielkie techniczne umiejętności, artyści z powodzeniem rekompensowali swoją nietuzinkową wyobraźnią -  przekuwaną na unikalne dźwięki. Bez sekwencji, syntetycznej perkusji, osiągają efekty dużo lepsze niż 30 lat później dysponując najnowszą technologią... Ale taka jest pewnie ironia losu. Nie zmienia to faktu, że Alpha Centauri pobudza zmysły słuchaczy po dziś dzień. Warto więc regularnie wracać do tego pięknego albumu.



środa, 9 stycznia 2013

Edgar Froese ‎– Epsilon In Malaysian Pale


  Epsilon In Malaysian Pale to dziś już historia. Piękna i tajemnicza płyta Edgara Froese z 1975 roku, jest ciepło wspominana przez wielu fanów. A jej zawartość - niejednokrotnie ograna do znudzenia, do totalnego "zatrzeszczenia" czarnych, analogowych płyt. Starsi melomani doskonale znają jej historię i gdyby nie młode pokolenie, nie byłoby potrzeby o tym pisać.  Szczególnie ciekawa wydaje mi się legenda o tym, jak to Edgar Froese samodzielnie nagrywał na magnetofon szpulowy efekty przyrody i wplótł to potem w taśmy swojego melotronu.  Czy tak było naprawdę, pewnie wie tylko on sam. Niemniej, nie ma na co narzekać - powstało bardzo krótkie, ale intrygujące dzieło. Dwie niesamowicie klimatyczne, blisko 17 minutowe suity, mimo upływu lat ciągle emanują swoją mocą. Mroczne, w pewnym sensie transowe, były w połowie lat 70. przykładem na to, jak można grać dobrą muzykę przy niewielkim nakładzie środków. Technicznie rzecz nie wydaje się być szczególnie skomplikowana. W naszych czasach, można by stworzyć podobny materiał w kilka dni. Pod warunkiem, że ma się tyle subtelności i wyobraźni w sobie, ile miał wtedy Froese. Zawodzące brzmienie melotronu, które tak uwodzi słuchacza na "Epsilon In Malaysian Pale"  jest niekiedy i dziś przypominane, chociażby przez trio RMI. Gdy po raz kolejny słucham omawianych nagrań Froese'go, i staram się wyjaśnić fenomen tej muzyki, na myśl przychodzi mi przede wszystkim: umiejętność budowania klimatu i ilustracyjność materiału. Wspaniale pobudzają wyobraźnię. To najpoważniejsze z licznych zalet obu nagrań. Wielka szkoda, że później Edgar Froese  poszedł w innym kierunku swoich muzycznych poszukiwań.



niedziela, 30 grudnia 2012

Tangerine Dream ‎– Stratosfear



  Płyta "Stratosfear" z 1976  roku nie zawiera zbyt wiele materiału - zaledwie ok. 36 minut muzyki.  Wielu krytyków zwraca uwagę na podziały jakie powstawały wtedy w super trio, możliwe, jednak w studio artyści wycisnęli z siebie to, co mieli najlepszego. Dlatego ten zapis będzie zawsze zajmował ciepłe miejsce w sercach fanów i wysokie notowania na rozmaitych listach rankingowych. Na Stratosferze muzycy zespołu Tangerine Dream dali między innymi, upust fascynacji sekwencjami i spełnili się przy miksowaniu elementów muzyki elektronicznej z tradycyjną. Każdy z nich grał również na melotronie. Po dynamicznym utworze tytułowym, gdzie motywem przewodnim jest galopująca sekwencja i towarzyszące jej ozdobniki, zachwycać może umiar w stosowaniu wyrazistych środków przekazu. Zamiast epatowania agresywną elektroniką, przyjemność sprawiają uszom kojące dźwięki gitar i fletów w "The Big Sleep In Search Of Hades". I choć przeważają w nim mroczne klimaty, przekaz niesie wyraźne ukojenie. Później, Edgar Froese gra na harmonijce w "3am At The Border Of The Marsh From Okefenokee" tworząc specyficzną atmosferę. W następnych latach nie udaje mu się już jej tak wiernie odtworzyć. Ani na koncertach, ani na innych płytach. W ostatniej odsłonie grupa dużą wagę przykłada do tworzenia intrygującej dramaturgii, pięknie celebrując wejście charakterystycznego gongu w "Invisible Limits". To, co dzieje się później, jest po prostu pozytywnym szaleństwem gitarowych solówek i rozkręconego, modulowanego ostinato. Doprowadzają one co niektórych melomanów do stanów graniczących z ekstazą. Umiejętne wplatanie barw instrumentów bardziej tradycyjnych niż syntezatory pomiędzy syntetyczne brzmienia, nadało muzyce niezwykłego powabu. Poszukiwania nowych form wyrazu zaowocowały nie tylko ambitnym scenariuszem wydarzeń, ale też powstaniem wielu ciepłych melodii. Nic więc dziwnego, że ta muzyka uważana jest przez wielu za szczytowe osiągnięcie zespołu.

poniedziałek, 14 maja 2012

Edgar Froese - Stuntman


 Płyta Edgara Froese - Stuntman z 1979 roku, to dla mnie ostatnia ambitna solowa płyta lidera Tangerine Dream. Jest też esencją pięknego brzmienia, które później stało się dla tego twórczego do tej pory kompozytora pułapką niemożności. Bowiem pastelowe barwy jakie zachwycają na wszystkich utworach ze "Stuntmana", odpowiednio wyważone i będące niewątpliwym atutem tego wydawnictwa, stopniowo zdominowały jego kolejne albumy aż po dzień dzisiejszy. Ale zamiast zastanawiać się nad artystycznym regresem Edgara, warto skupić uwagę nad tą zachwycającą muzyką. Froese tym razem chowa swój lwi pazur odważnego eksperymentatora. Generuje za to przyjemny, łatwo przyswajalny strumień dźwięków, które wywołują w odbiorcy bardzo ciepłe emocje. Fascynacje wyspami wulkanicznymi, amerykańskimi krajobrazami, czy pustynnymi obrazami, zainspirowały autora do stworzenia wyjątkowej muzycznej aury. Wtapiając się w kolejne utwory, można mieć wrażenie pewnego odrealnienia, przeniesienia w świat sennych marzeń. Ta muzyka idealnie nadaje się jako ilustracja filmu dokumentalnego chwalącego uroki naszej planety. Poszczególne ścieżki to jakby kolejne obrazy z najciekawszych jej miejsc. Słuchacz może stać się na chwilę badaczem starożytnych kultur i zgłębiać pradawne, nieodkryte tajemnice ziemskiego globu. Ciekawe, że oprócz pianina, wszystkie inne dźwięki pochodzą wyłącznie z elektronicznych instrumentów. Być może dlatego płyta charakteryzuje się takim dość specyficznym brzmieniem? Był to w owym czasie progres i coś nowego w dorobku niemieckiego kompozytora. Jego malarskie pasje z czasów studiów, przyjaźń z Salwadore Dali, znalazły swoje idealne spełnienie w krótkich impresjach z płyty "Stuntman" i pozyskały mu nowych fanów. Do takiej muzyki chętnie się wraca.




wtorek, 1 maja 2012

Tangerine Dream - Poland (The Warsaw Concert)


 Jeżeli do jakiegoś fragmentu muzyki elektronicznej można przypasować słowo "kultowa", to płyta Tangerine Dream - Poland  faktycznie taką się okazała. Oryginalnie zawiera trochę ponad 80 minut doskonałej muzyki zagranej podczas pamiętnego koncertu na Torwarze 10 grudnia 1983 roku. Wydany pod koniec 1984 roku w formie podwójnego winylowego albumu projekt Poland, szybko okazał się bestsellerem zespołu chętnie słuchanym na całym świecie. Te suche encyklopedyczne dane nie oddają jednak nawet w małym stopniu emocjonalnego charakteru tej muzyki i wydarzeń towarzyszących jej prezentacji. A ten aspekt historii wydaje mi najbardziej frapujący. Zanim grupa doprowadziła widownię do stanu wewnętrznego wrzenia, swoistej euforii na powierzchni lodowiska, przez wiele lat podsycała apetyt polskich fanów wydając co rok intrygujące tytuły. Mimo modyfikacji personalnych zespołu, zmiennej charakterystyki tworzonej muzyki i rozbudowywania instrumentarium, hasło "Tangerine Dream" wzbudzało dużo ciepłych uczuć. Być może zadziałało to w obie strony, Edgar Froese od la dostawał z Polski obrazy malowane przez fanów jego muzyki. I co ciekawe, od 1979 roku twórczość Edgara Froese jest bardziej pastelowa, oniryczna i rozmarzona. Pierwsze dynamiczne dźwięki tytułowej suity "Poland" co prawda nie sugerują takiej metamorfozy, ale według mnie to po prostu zabieg czysto psychologiczny, handlowy. Edgar wiedział że audytorium potrzebuje również soczystej energii, barw poruszających i podniecających. Dlatego po mocno skróconej, ale ocalałej dla potomnych zapowiedzi Jerzego Kordowicza, grupa podbija serca słuchaczy mocnym akcentem. Dźwięki fruwające w powietrzu niczym sztylety owijają się wokół kilku rytmicznych programów. Bardzo wyraźna przestrzeń zbudowana na ich bazie, pozwala cieszyć uszy różnymi akustycznymi niuansami. Teraz, po wielu latach te brzmienia wydawać się mogą lekko plastikowe, ale wtedy powalały świeżością. A i obecnie nie pozostawiają słuchacza obojętnym  Po jedenastu minutach takiej erupcji zespól rozważnie zmienia styl na bardziej refleksyjny. Stworzony nastrój pełen tajemnicy, niczym religijne misterium, sugeruje wyczekiwanie na rozwiązanie sekretu. I tu zachwyca gra w stylu który nazwę na użytek własny - westernowego romantyzmu. Delikatne, jak z porannej mgły, wydobywa się pełna spokojnego optymizmu melodia, która rozwinie się niczym bolero w przemyślną  perkusyjno-sekwencyjną "orgię" dla uszu. Wciąga i  unosi ona uczestników koncertu na wyższy poziom estetycznych doznań. Kolejny utwór "Tangent" jest naturalną konsekwencją poprzedniego ciągu wydarzeń. Prosta fraza którą śmiało można by zanucić pod nosem, jest po prostu organicznie trafiona. Później (o ile czytelnik lubi takie szczegółowe opisy), Tangerine Dream wodzi fanów po jakimś tajemniczym lesie, lub czymś innym - w zależności od wyobraźni i percepcji odbiorcy. Te trochę mroczne, lodowe barwy kontrolowane są przez wyrazistą pętlę kilku dźwięków, aby w końcu przejść w komercyjny, ale dość sympatyczny "Polski Dance". Łatwo skojarzyć go można z kompozycją "Choronzon" z płyty "Exit". Pierwszą winylową płytę na stronie B kończy "Rare Bird" - również utwór energiczny, lżejszy gatunkowo i bazujący na dość wyrazistych doznaniach. Drugi czarny krążek także dostarcza wielu wzruszających przeżyć. "Barbakane" ma wyrafinowany początek i odnoszę wrażenie że to jest solowy projekt Edgara wykonany zespołowo. Słychać sporo nawiązań do autorskich, malarskich albumów Froesego, a nawet co jest niezbyt częste u T.D. - wyraźne akcenty orientalne. Czas refleksji i zadumy płynie przy tej muzyce stanowczo zbyt szybko. Po dziewięciu minutach takiej medytacji, tercet ożywia publiczność przebojem wydanym również na singlu "Warsaw in the Sun". Ciekawe kontrasty: słodkie melodie na tle cyfrowych bębnów i kilku sekwencji - monumentalne i pompatyczne. To tylko Edgar potrafi tak wpleść poszczególne elementy w popowy charakter muzyki. Kończący projekt "Horizon" to również perełka pośród innych nagrań zespołu z tamtego okresu. Mistrzowskie kreślenie klimatu, poczucie głębi i uczestnictwa w wydarzeniu niebanalnym. Zachwyca umiarkowane, precyzyjne wykorzystanie środków wyrazu i wszechogarniającej melancholii. Chciałoby się zatrzymać czas w miejscu i rozkoszować się tymi dźwiękami bez końca. Po kilkunastu minutach muzycy decydują się jednak zakończyć performance mocniejszym akcentem i do głosu dochodzą już mniej subtelne dźwięki. Arpeggia i lekko psychodeliczne ostinata, wspierane przez cyfrowe efekty perkusyjne, prowadzą nieubłaganie do okraszonego oklaskami końca projektu. Uff... Słuchanie tej muzyki było pięknym przeżyciem. Zespół mimo iż nagrał później kilka ciekawych płyt, już chyba nigdy nie wspiął tak wysoko w realizacji swoich zamierzeń. Nawet jeśli nagrania poprawiane były później przez Chrisa Franke w studio, dosłownie powalają swoim rozmachem i finezją. Przy tej muzyce życie dopiero nabiera kolorów!


czwartek, 22 grudnia 2011

Edgar Froese - Macula Transfer


     Trzecia solowa płyta Edgara potrafi pobudzić wyobraźnię. Jestem ciekaw czy Froese wydając ją na czarnym winylu, miał tego świadomość. Podobno nagranie materiału zajęło mu tylko dwa tygodnie czerwca 1976 roku. Album "Macula Transfer" stworzony tak spontanicznie, jest jednym z najciekawszych osiągnięć muzyka. Kiedy trochę wcześniej latał różnymi liniami lotniczymi, prawdopodobnie było to dla niego samego ekscytującym przeżyciem, skoro zapamiętał nazwy kolejnych lotów i nazwał nimi wszystkie utwory (ewentualnie kolekcjonował bilety). Jakby nie było, pięciu muzycznych podróży zapisanych na Maculi słucha się doskonale. Już od pierwszych minut w "Os 452" jako tła używa Edgar długich fraz wyciskanych z mellotronu i popisuje się grą na gitarze. Nie robi tego w klasyczny sposób, instrument służy mu raczej do generowania rożnych efektów. Froese silnie szarpie struny, wydawane przez nie dźwięki odbijają się dużym echem tak, że czasami trudno powiedzieć skąd pochodzą pogłosy. Utwór ma swoją dramaturgię i momenty przesileń. W atrakcyjnym stereo efekty spacerują z różną prędkością po kanałach, co nadaje muzyce dużą przestrzenność. Ale ta kompozycja nie kojarzy się bynajmniej z sielanką, to opis spektakularnych i widowiskowych historii. Przez osiem minut więcej się dzieje niż na niejednej całej płycie. "Af 765" jest moim ulubionym utworem z tego krążka. Dużo to elementów psychodelicznych, Edgar wydobywa z  gardła różne dziwne szepty, które oczywiście są sztucznie modyfikowane. Pełne ekspresji gitarowe solówki, zakręcone w niemożliwy do opowiedzenia sposób. Totalny odjazd na tle monumentalnych organowych ozdobników. Dźwięki podlegają ciekawej degradacji, to muzyka wręcz buntownicza i rewolucyjna w swojej formie, o dość dramatycznej końcówce. Szkoda że autor nie powrócił już do takich pomysłów w przyszłości. "Pa 701" przynosi zmianę nastroju, ukojenie. Pojawiająca się sekwencja wije się niczym pustynny wąż.  Czas upływa szybko i przyjemnie. "Quantas 611" jest krótką, mroczną impresją znakomicie nadającą się jako tło do filmu grozy. Dla kontrastu ostatni  "If 81" zaczyna się optymistycznie, niczym z amerykańskiego westernu, zapowiada kierunek jaki będzie Edgar eksploatował do znudzenia w późniejszych latach. Ale tu - w odpowiednich proporcjach, bez zbędnęgo słodzenia - jest doskonałym przykładem na niesamowitą inwencję lidera Tangerine Dream. Aż chciałoby się więcej.
    Płyta nie miała szczęścia do kompaktowych wydań i jest do dziś kolekcjonerskim rarytasem. Legendarnym świadectwem najlepszego okresu muzyki elektronicznej.
 




czwartek, 8 grudnia 2011

Tangerine Dream - Phaedra


    Gdybym miał wybrać najlepszy album zespołu Tangerine Dream miałbym pewien problem, ale płyta Phaedra od lat jest w ścisłej czołówce moich faworytów do tego tytułu. O wyjątkowości tego dzieła (43 rożne wydania!) wspominał sam Edgar Froese mówiąc że to był pierwszy album zespołu przy nagraniu którego użyto sprzętowych sekwencerów. I ponoć pierwszy tego typu w muzyce rockowej. Łatwo się jednak mogły one rozstroić w trakcie grania co być może było kłopotliwe dla artystów, ale dodawało całości pewnego uroku. Zespół tworzący do tej pory kosmiczne abstrakcje o mało namacalnej formie i nieprzejrzystej fakturze, zwraca się w stronę wyrazistej, obrazowej i dynamicznej muzyki. Dobrym tego przykładem jest tytułowa suita. Już w jej drugiej minucie muzycy poddają pojawiającą się sekwencję dźwięków totalnej obróbce. W studio mieli między innymi 3 syntezatory VSC-3 z  trzema osobnymi oscylatorami każdy. Mogli do woli regulować częstotliwość i kształt ostinata. Kto by na ich miejscu oparł się pokusie tak zróżnicowanego modulowania dźwięku? Jego transformacji, opóźnianiu, dodawaniu pogłosu.... Być może czuli się artystycznie spełnieni kontrolując te dźwiękowe tworzywo, nadając mu co rusz zmienny kształt. Jakby nie było, suita Phaedra wręcz wciska w fotel rozmachem, wizją i intryguje atmosferą tajemniczości. Chyba dla odpoczynku umieszczono kolejny utwór: "Mysterious Semblance At The Strand Of Nightmares". Łagodny i pastelowy, ujmuje on delikatnością i piękną grą Froesego na mellotronie. Właściwie śmiało ten majstersztyk mógłby znaleźć się na jego pierwszej solowej płycie "Aqua". Równie intrygujący jest kolejny "Movements Of A Visionary". Tu znów słychać arpeggia i wciągające pulsacje, tym razem w trochę egzotycznym tonie. Obrazowa,  działająca na refleksję kompozycja, kończy się trochę za szybko. "Sequent C" trwająca dwie minuty jest wymyślonym przez Baumanna zakończeniem historii jakby niedokończonym, zostawiającym słuchacza w zawieszeniu i niepewności. 
    Podsumowując: zespół był u szczytu swojej formy, w pełni zintegrowany we wspólnym odkrywaniu nowych dla ówczesnej sztuki muzycznej szlaków. I taki na płycie "Phaedra" z 1974r. zostanie, niezależnie od nowych wersji płyty i interpretacji proponowanych ostatnio przez Tangerine Dream.


czwartek, 8 września 2011

Tangerine Dream - Ricochet



Czy warto pisać o muzyce doskonale znanej? Uważam że tak. Wielu fanów twierdzi, że płyta Ricochet zespołu Tangerine Dream jest jedną z najlepszych w historii zespołu. I trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na ilość pomysłów tam zawartych, niespodziewanych zwrotów akcji, czy przemawiających do wyobraźni przygotowanych efektów dźwiękowych. Porywające, działające na emocje kaskady generowanych przebiegów, lekko schizofreniczne solo gitary Edgara Froese w Part I, czy genialne połączenie w jedną całość kontrastujących ze sobą elementów - wrażliwego melomana nie pozostawi obojętnym. Ta muzyka jest tak wciągająca, że często się zdarzało słuchaczom odtwarzać ją w domu aż do znudzenia, do pełnego nasycenia. Pewne fragmenty Part II niektórym odbiorcom kojarzą się z religijnym kultem, ich katedralne brzmienie może doprowadzać do duchowej ekstazy, swoistego katharsis. Choć nie jestem zwolennikiem takowych ekstremalnych reakcji, nie da się zaprzeczyć że wpływ tej fantastycznej muzyki na ducha drzemiącego w człowieku, tego wewnętrznego "Ja" cieszącego się dziełem sztuki, jest doprawdy niesamowity. I nie ma znaczenia że w istocie dokładnie takiego koncertu nie było, że to zlepek różnych fragmentów z wielu sal koncertowych. Słuchacz urzeczony mnogością fascynujących skojarzeń wybacza muzykom ten drobny niuans. Efekt pracy studyjnej jest bowiem powalający. Połączenie w tak krótkim czasie tak przemyślnie wielu barw, splotu spektakularnych brzmień, przypomina podróż w inne kolorowe wymiary, niepoznane dotąd światy. Ciekawe są te odgłosy pracujących maszyn, po których słychać smutny mellotron i powracają urozmaicone pochody sekwencji. Wydawać by się mogło że zespół już nic nie wyciśnie ze swojej Mandarynki, a tu na deser piękne zakończenie. I za to właśnie kochamy tę muzykę. Dzięki takim nagraniom lider zespołu wyrobił sobie dobrą markę i w konsekwencji do dziś dnia zespołem interesują się różni ludzie.
   Ale to już inna historia.   






poniedziałek, 25 lipca 2011

Tangerine Dream - The Gate of Saturn



Dnia 28 maja 2011 w Lowry, Manchester odbył się koncert zespołu Tangerine Dream. Dla tych wszystkich, którzy nie mogli stawić się osobiście, zespół postanowił wydać EP. Około 30 minut syntetycznych brzmień można też pobrać z oficjalnej strony grupy. Treść pięciu utworów nie powala na kolana. Niech najkrótszą recenzją będzie komentarz mojej żony, która na co dzień lubi elektronikę: "Kiedy przestaniesz mnie męczyć tą miałką, beznadziejną muzyką?". Rzeczywiście - na tytułowym The Gate of Saturn nie usłyszałem ani jednego nowego, pociągającego motywu. Po raz któryś z rzędu konsument otrzymuje identyczny produkt niczym z fabrycznej taśmy, tyle że wydany pod innym tytułem. Podobnie jest z zawartością Logos 2011. Oryginał sprzed lat podobał się wielu fanom, choć zawierał muzykę, którą trudno byłoby nazwać odkrywczą. Na dodatek w nowej odsłonie pozbawiono go tej mgiełki tajemniczości, jaka otaczała starą kompozycję. Został jednorodny rytm i upakowane ponad miarę wypełniacze. Cool at Heart 2011 miał pewnie dać wytchnienie od dynamicznej sieczki, jaką raczy zespół. Pierwotnie będący podsumowaniem płyty "Melrose" w tej edycji niewiele odbiega od starszej wersji. Kiedyś uznałem, że płyta Melrose z 1990 r. była dla mnie wydawnictwem jałowym. Czym różni się rekonstrukcja starszych nagrań od rekonstrukcji nowych nagrań?  Ano tym, że wskrzeszając na nowo słabszy materiał początkowy, niewiele można już zepsuć. The End of Bondage nie ma nawet wyrafinowanego wstępu. Muzycy od razu raczą audytorium agresywną sekcją rytmiczną i galopadą sekwencji. Ostatnio wszystkie żywiołowe utwory Tangerine Dream kojarzą mi się z jakimiś odpadowymi  próbkami z sesji "Poland".  The End..." jest próbą pogodzenia sentymentalnej melodii z pracą szybkiej japońskiej kolei. Vernal Rapture to jedyny projekt, którego słucham z przyjemnością. Skonstruowany z  manierą przesadnego ornamentowania, zawiera miłą melodyjkę, którą można nucić podczas np. golenia. Płyta ma być rarytasem dostępnym tylko w 1500 egz. Edgar Froese  optymistycznie napisał: "Enjoy this special disc!!" Jednego mu do dziś nie brakuje... poczucia humoru.


czwartek, 21 lipca 2011

Tangerine Dream - The Angel From The West Window



     Zgodnie z obietnicą zespół kontynuuje serię Eastgates Sonic Poems Series. Druga płyta tego cyklu wzoruje się na twórczości Gustava Meyrinka. Ten urodzony w 1868 r. austriacki pisarz, okultysta i mistyk najbardziej znany jest z powieści "Noc Walpurgii" i "Golem". Książkę The Angel From The West Window zespól reklamuje jako okultystyczny thriller zgłębiający tajemnice ludzkiej duszy. Nie czytałem tej pozycji (unikam okultyzmu), więc nie mam o niej wyrobionego zdania. Natomiast o muzyce mogę się wypowiedzieć, bo jej słuchałem. Płyta pod tym samym tytułem zawiera dziewięć rożnej długości utworów. Nagrania nie powalają oryginalnością. Lider zespołu drąży bez końca wątki, których kiedyś tak dobrze się słuchało na jego solowej płycie "Stuntman". Jednak przetworzone przez zestaw perkusyjny i pojawiające się koniecznie w jednym sentymentalnym klimacie, na dłuższą metę stają się niestrawne. Więc albo płyta  trafi w ręce młodego, niewymagającego słuchacza i ten będzie zadowolony, bo od takich nagrań zespołu zaczynał, albo spotka się z bezradnym wzruszeniem ramion starego konesera.  Ta mieszanina mocno zagęszczonych planów, barokowych ozdobników i identycznych rozwinięć tematu nie przedstawia się zbyt zachęcająco.  Mimo iż w całym projekcie przeważają optymistyczne rozwiązania, ciężko konsumuje się dania złożone z samego lukru. Elementy, które mogłyby powodować większe przeżycia, nie zwiększają zaangażowania audytorium. Spłaszczono je bowiem do odgórnie narzuconej konwencji. Koleje produkcje spod znaku Tangerine Dream przypominają bardziej odcinki opery mydlanej niż epokowe dzieła.  Marka zespołu przyczyni się do sprzedaży tych nagrań i przyniesie wymierne zyski, lecz pomimo tego gdzieś na dnie pozostanie niesmak - to nie jest muzyka dla wyrobionych słuchaczy.
     Pewną mizerną pociechę może co prawda stanowić fakt, że na kolejnej płycie zespołu The Gate of Saturn jest... jeszcze gorzej.




środa, 6 lipca 2011

Tangerine Dream - Force Majeure


     Wydano wiele ciekawych płyt, na które komponowano muzykę tylko przy użyciu syntezatorów. Znakomite efekty osiągnął zespól Edgara Froese, wzbogacając brzmienie zespołu o instrumenty akustyczne. Na płycie Force Majeure z 1979 r. oprócz sztucznie generowanych dźwięków można usłyszeć wiolonczelę, różne rodzaje gitar i perkusję. Jednak nie sam fakt pojawienia się tego akustycznego instrumentarium ma znaczenie. Melodia powstała w wyniku kolażu wszystkich instrumentów akustycznych i elektronicznych brzmi bardzo atrakcyjnie. Słuchając tytułowej suity Force Majeure (18: 18) można odnieść wrażenie, że jej mroczny początek zapowiada bardzo poważny ciąg dalszy. Jest tajemniczym misterium, w którym na tle długiej frazy syntezatorów słychać nieśmiałą wiolonczelę. W czwartej minucie następuje kumulacja barw fortepianu, żywiołowej perkusji, agresywnych solówek, instrumentów klawiszowych, gitar i ich efektowne rozładowanie. Ta erupcja różnych doznań to jeden z najlepszych pomysłów w historii zespołu. Moment, dzięki któremu Tangerine Dream pozyskało sobie nowych i wiernych wielbicieli. Słuchając dalszego ciągu tej suity, podziwiam współpracę perkusisty Klausa Kriegera z resztą drużyny. Muzyk zdaje się intuicyjnie wiedzieć jak grać, aby uzyskać najlepszą integrację z pozostałymi instrumentami. Następnie w dziesiątej minucie suity można usłyszeć, jak do tunelu wjeżdża z dużą prędkością pociąg i powstają różne atrakcyjne stereofoniczne efekty echa. Rozbijają się one dookoła, wprowadzając słuchacza w stan lekkiego oszołomienia. Zadziwia świeże i pełne inwencji podejście muzyków do materiału. Ale to nie koniec pomysłów na tym albumie. Pociąg pokrótce opuszcza tunel. Około dwunastej minuty wspaniale gra gitara i wchodzi spektakularny gong. To kolejne duże przeładowanie emocji. Ćwierkające w tle syntezatory sprawiają, że każdemu fanowi ciarki biegną po plecach, a włosy stają dęba. Inicjatywę przejmują szybkie sekwencje i dźwięczne dodatki. Kilka wejść melancholijnych solówek na syntezatorach rozluźnia podniosłą atmosferę i  końcówka - skoczny motyw rodem rodzącego się elektronicznego popu - do końca rozładowuje napięcie. Na początku Cloudburst Flight (7: 21) zespół  pozwala wypocząć słuchaczom od skrajnych ekscytacji. Panuje nieziemski spokój, spokojnie gra gitara, syntezator wysyła specyficzne dźwięki niczym nadajnik szukający obcych w kosmosie. Perkusja i pozostałe instrumenty znów tworzą ładne kolaże barw. Dzięki ekspresyjnym solowym popisom atmosfera się podnosi. Grupa decyduje się na kilka mocnych akcentów i delikatną, romantyczną melodię. Odrobina wyczekiwania, dodatkowe efekty stereofoniczne i spełnienie w gitarowym solo kończy ten liryczny utwór. Thru Metamorphic Rocks (14:15) Ostatni fragment płyty nie zawiera zbyt wielu pomysłów. Historia o błędzie powstałym podczas zapisu ścieżki w studio tuszować ma pewnie brak logicznego zakończenia całości. Dźwięki niczym bilardowe kule odbijają się rykoszetem w nieskończoność, co jakiś czas słychać wycie wilków i trochę akustycznych efektów w postaci postękiwań. Solo gitarowe jest pozbawione wcześniejszej ekspresji. Znacznie lepiej wypada ten utwór w skróconej wersji na wydanym dwa lata później soundtracku "Thief". Niektórzy krytycy narzekają na materiał wydany na Force Majeure. Zarzucali zbytnią komercjalizację zespołu. Miała ona odzwierciedlać ogólną tendencję w muzyce elektronicznej końca lat 70. Ich opinie uważam za krzywdzące. Ten swoisty synkretyzm akustyki z elektroniką wyszedł grupie na dobre, dając w efekcie doskonałą muzykę. Po dziś dzień działa ona na emocje i przysparza głębszych wzruszeń. Poparciem tego twierdzenia są aż 22 rożne wydania płyty mające zaspokoić potrzeby fanów.
      Szkoda tylko, że na tym zakończyła się współpraca Edgara Froese z Klausem Krugerem i Eduardem Meyerem. Ale to już, jak mawiają, siła wyższa.

czwartek, 9 czerwca 2011

Tangerine Dream - Sorcerer



     Pierwsza filmowa płyta Tangerine Dream Sorcerer, okazuje się po latach udaną pozycją w dyskografii zespołu i śmiało wygrywa walkę z upływem czasu. Chociaż film Friedkina, do którego była ilustracją, nie byłby w stanie sprostać obecnym wymaganiom widowiska XXI wieku. Efekty specjalne nie są spektakularne, mało tu wyrafinowanych aktów przemocy czy erotycznych uniesień wytatuowanych prostytutek udających aktorki :). Współczesny młody, masowy odbiorca patrząc na ten obraz z 1977r.  miałby pewnie niedosyt wrażeń. A jednak - moim zdaniem - historia o desperatach przewożących materiały wybuchowe, broni się dzięki doskonałej muzyce, pięknym krajobrazom Dominikany, czy grze Roya Scheidera. Pełna grozy scena z okładki, czy moment, gdy w finale Roy z wysiłkiem niesie skrzynki z nitrogliceryną, zostają na długo w pamięci. Utwory można z grubsza podzielić na trzy grupy: zagadkowe impresje, łączniki tematyczne i atrakcyjne erupcje pulsacji. Main Title - mroczny i ponury, sugestywnie oddaje klimat zagrożenia, w jakim często działać będą bohaterowie filmu. Przyznaję, że wiele lat temu, gdy dopiero zapoznawałem się z dokonaniami zespołu, zdarzało mi się pomijać ten temat podczas słuchania płyty,  zaklasyfikowałem go wtedy, jako "zbyt ciężki".  Faktycznie, jest dość odmienny niż większość kolejnych utworów, jednak z czasem zrozumiałem, że ten sposób generowania nieprzyjemnych dźwięków zgodny jest z pewną umowną konwencją. Po kilku przesłuchaniach, okazuje się być całkiem przystępny. Search za to jest dynamiczny, prosty i wyrazisty w intencji. Trwa niespełna trzy minuty. Przeplata się w nim, niczym w przebojowej piosence, zwrotka i refren. Lekko schizofreniczne solówki, dobrze współgrają z generatorem rytmu. The Call to powłóczysty fragment, choć krótki - ciągnie się smętnie niczym niepłacone zobowiązanie bankowe. Nagrany chyba bardziej dla tworzenia klimatu niż rozwijania konkretnej myśli.  Creation - basowa, powolna i ciężka sekwencja, wokół której krążą równie ospałe próbki melodii, jak sępy nad padliną, nie mogąc zdecydować się na konkretne działanie.  Vengeance - podobny w barwie, podlegający modyfikacjom rytm.  Tu jednak zespól daje upust napięciu w ciekawych przewartościowaniach, gdy muzyka zmienia swój poziom na wyższy. Malowane dość grubą kreską impresje w sugestywny sposób budują dalszą atmosferę. The Yourney to trochę motywów granych na mellotronie, które niestety szybko się kończą. Co więcej można zrobić przez dwie minuty? Grind - błyskotliwy utwór gdzie prócz potężnej dynamicznej sekwencji rodem z Rubyconu, usłyszeć można eleganckie solówki, akompaniament i dużo ozdobników. Muzycy przez niespełna trzy minuty udowadniają, że łączy ich jakaś oparta na intuicji więź, powodująca wzajemne pozytywne sprzężenia. Rain Forest - powracająca  w pętli sekwencja, podkreśla uczucie zagrożenia, wysiłku i zmagań. Abbys podobna w nastroju do Main Title, jest jednak kompozycją bardziej rozbudowaną i klarowniejszą. Nagromadzenie niepokojących dźwięków zwiększa napięcie i klaustrofobiczną aurę. The Mountain Road jest krótką, ale wyrazistą wprawką z pięknym aczkolwiek szybko gasnącym mellotronem. Impressions Of Sorcerer zwraca uwagę gitarowym solo Edgara Froese. Niektórzy krytycy  uparcie twierdzą, że Edgar nie umie grać na tym instrumencie, ale jak dla mnie, jego wysiłki idealnie wpasowują się w charakter płyty. Pewne rzeczy po prostu się lubi i akceptuje. Betrayal (Sorcerer Theme) dynamiczny motyw kilkakrotnie pojawiający się w filmie. Jest w istocie esencją większości wątków przewijających się przez całą płytę. Rosnący poziom adrenaliny, strach i desperacja. Wszystkie te stany muzyka oddaje perfekcyjnie. Zespół, jako doskonale zintegrowanie trio, wykazał się sporą artystyczną inwencją. Motywy skompensowane często do trzech - pięciu minut to duże wyzwanie. Moim zdaniem grupa wyszła z próby obronną ręką i nagrała wyjątkowo oryginalny materiał. Choć brzmienie poszczególnych ścieżek musi się kojarzyć w wydawanymi w tamtym czasie długimi suitami, artystom udało się odtworzyć charakter wydarzeń widzianych na ekranie oraz nadać całości swoisty styl.  Ciekawe, że z ponad 90 minut przygotowanego przez zespół materiału, na płycie wykorzystano zaledwie jego połowę. Niejeden fan zastanawia się czy reszta muzyki kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Fascynujące, prawda? Niektórzy słuchacze narzekają, że ograniczony czas trwania poszczególnych ścieżek nie pozwala należycie cieszyć się mnogością pomysłów. Tę przypadłość wynagradza jednak fakt. że zarówno dobrany materiał i kolejność poszczególnych fragmentów tworzy bardzo logiczny ciąg. 
     Ostatnie momenty współpracy zespołu z Peterem Baumannem dają w efekcie końcowym miłe odczucia estetyczne i to, co  jest tak cenne w muzyce - przeświadczenie o przeżywaniu czegoś niezwykłego i niecodziennego, dającego niemałą satysfakcję.




poniedziałek, 30 maja 2011

Tangerine Dream - Madcap's Flaming Duty



       Korzystając z urlopu i czasu choroby, która, jak co roku przykuła mnie do łóżka, obejrzałem i posłuchałem tego, co wytłoczono na tym DVD. Film nakręcono według pewnej wizji: muzycy często przebierają się w stroje z trochę starszej epoki, prawie cały materiał sprowadzono do barwy czarno-białej. Maniera ta, choć rozumiem chyba jej przesłanie, wydaje mi się na dłuższą metę dość irytująca. Oczywiście obie panie: Iris i Linda wypadają wspaniale. Pełne wdzięku ruchy Iris za bębnami i subtelna uroda Lindy urzekają. Dojrzałe piękno tych artystek to bez wątpienia atut zmieniających się w spokojnym tempie obrazów. Wokalista Chistian Hausl ma mocny i melancholijny głos niczym Brendan Perry z DCD. I podobnie śpiewa. Podoba mi się to. Thorsten Quaeschning, Bernhard Beibl tworzą tło do popisów wokalnych Hausla. Widać ich dość często, gdy kamery płynnie krążą po ciałach muzyków. Podobnie Edgar Froese, często chwyta za gitarę, czasami naciśnie coś na klawiaturze… Oczywiście rzadko to zgrywa się z obrazem, ale technika zwolnionych ujęć zastosowana została celowo, więc nie oczekuję precyzji dokumentu. Aby urozmaicić zapis studyjnego grania, artyści przebierają się do każdego utworu, przynajmniej kobiety, a poszczególni bohaterzy, co rusz pokazywani są w plenerze. Muzyka, która płynie z głośników to lekka i przyjemna produkcja, mocno nostalgiczna, odpowiednia do tekstów. W pewnym momencie przyszła mi do głowy taka myśl: kiedyś Edgarowi wystarczył jeden lub dwóch muzyków, aby tworzyć awangardę i nadawać nowy kierunek podgatunkowi muzyki rockowej, teraz potrzebuje składu sześciu osób, plus jeszcze dwóch w studio, aby grać dostępny "folk-rock". Ale nie mam pretensji. Zważywszy na śmierć Moniki i to, co wydał wcześniej, taki poziom muzykowania jest dla niego widocznie dobrym pretekstem do spełnienia się obecnie. Daje z siebie tyle, co może. Doceniam to i cieszę się, że uzbierało się tego na płytkę DVD z małym bonusem.

sobota, 28 maja 2011

Tangerine Dream - Live At The Tempodrome Berlin 2006


   Kilka razy słyszałem opinię, że koncert Live At The Tempodrome Berlin 2006 jest chyba najciekawszą płytą DVD zespołu Edgara z ostatnich lat. Sprawdziłem to więc Faktycznie, to był starannie przygotowany show. Skalkulowany na pokazanie tego, co w ludzkim potencjale grupy jest wartościowego. I tak np. jeżeli grano dynamiczny motyw z Flashpoint to naturalną konsekwencją było na pierwszym planie kamery wyeksponowanie wdzięcznie poruszającej się za bębnami Iris, jeżeli muzyka miała wydźwięk sentymentalny to Jerome akurat żuł gumę. Trzy plany przejrzyście prezentowały muzyków: na samym dole i po bokach, najbliżej publiczności mieli swoje miejsce muzycy ekspresyjni: skrzypek, gitarzyści, czasami schodziła niżej Linda grając na saksofonie, wyżej w środku trzy stanowiska z klawiaturami, najwyżej zestawy perkusyjne i klawisze Lindy, nad nimi ekrany. W zależności od potrzeby, czasami na zestawach perkusyjnych grały naraz dwie osoby, jak i dwóch gitarzystów. Linda Spa prócz gry na flecie i klawiaturze dmuchała też w dużą egzotyczną tubę. Na trzech dużych ekranach przesuwały się obrazy pływających ryb, sterowców, potężnych kanionów, jadących drogą ciężarówek (często powtarzany złoty truck z napisem „40”) czy gwiazd rozsianych po niebie – odpowiednio do aktualnie granej muzyki. Dobrym pomysłem było zatrudnienie gitarzystów. Gerald Gradwohl i Bernhard Beibl dodają trochę życia i uczucia w niektórym momentach pokazu, czyniąc koncert bardziej rockowym. Dzięki temu całość, w końcu ponad dwie godziny muzyki, nie była tak nużąca. Od kilku dni dyskutujemy z żoną na temat urody obu dam z T.D. Mojej połowicy bardziej podoba się Linda. Faktycznie ma posągową urodę, niczym mitologiczna bogini. Ale Iris, gdy tak czarująco rozrabia przy swoim akcesorium, chyba mocniej przyciąga oczy moim zdaniem Jestem ciekaw czy Edgar brał ich wizualne wdzięki pod uwagę przyjmując dziewczyny do zespołu. Pewnie tak. Jeżeli nie, to przynajmniej później medialnie to wykorzystał Widać też, że obie panie podczas gry się spełniają i dobrze się czują w zespole. Zastanawiałem się czy to dobrze, że Froese nagrywa i wydaje takie a nie inne płyty, czy lepiej jakby zszedł z muzycznej sceny. Kiedyś uważałem, że powinien przestać. Teraz mam wątpliwości, a co by robił ze swoim życiem? Chyba lepiej niech jest jak jest. To prawda że to inna muzyka, inna jakość, inne czasy. Ale te same życie i trzeba przejść je do końca robiąc coś z sensem.


piątek, 27 maja 2011

Tangerine Dream - Live In America - 1992



   Koncert Tangerine Dream - Live In America – 92 przypadł na okres w historii T.D. za którym nie przepadam. Odchodzą poważni współtwórcy muzyki typu Paul Haslinger a przychodzą Jerome i Linda. Album Rockoon może i przebojowy wskazywał kierunek rozwoju przez niektórych jednak uważany za uwstecznienie. Obrazy jakie towarzyszą amerykańskiemu koncertowi są trochę dziwne, chaotyczne, dobrane według specyficznego klucza. Samo miejsce koncertu Seattle - Paramount Theatre jest filmowane dość skąpo i nie stanowi bazy dla oczu widza. Montaż jest dość szybki i żeby coś zapamiętać na dłużej, należy całość obejrzeć co najmniej dwa razy. Czterdzieści pięć minut filmu upływa błyskawicznie. Two Bunch Palms: Dynamiczna gitarowe solo Zlatko Perica na pierwszym planie, która ledwo się zacznie to i szybko się kończy. Dolls In The Shadow: Podróż rowerami przez bezdroża. Treasure Of Innocence:Zdjęcia przedstawiające ulice (chyba amerykańskie?) z początków 20 wieku, tramwaje, śmieszne stare samochody, ludzka bieda. Oriental Haze: Koncertowe ujęcia Jerome’a i Zlatko, wstawki na saksofonie  pełnej na twarzy Lindy, ma włosy fajnie nakręcone „na frytkę”, szybko mijające pojazdy na ulicach i mostach. Graffiti Street: Wschód słońca nad górami i jego wędrówka na ekranie nad muzykami, Zlatko wycina ostre solówki. Backstreet Hero: Noc na ekranie, a potem kalejdoskop kolorów, dialogi duetu gitarowego Zlatka i Jerome’a. Phaedra: Tylko niecałe cztery minuty. Ekran to znów kalejdoskopowe efekty, nie widać wcale muzyków. Love On A Real Train: Krótka i miła melodia.Ujęcia ładnej i smutnej kobiety która to podnosi i opuszcza twarz, chyba z przed wielu lat, ludzie tańczą. Szampan się chłodzi a pociąg dojeżdża na stację. Hamlet: Ustawianie sprzętu przed koncertem, Edgar wycina pompatyczne sola gitarowe, balony mkną do publiczności, dymy, euforia i wstawki Edgara jak był dużo młodszy. Purple Haze: Dynamiczna gra Zlatko na gitarze, Jerome na perkusji w stylu starych kapel rockowych, owacje. Logos: Napisy końcowe, zdjęcia z podroży po Ameryce gdzie Edgar filmuje ptaki i pustynie, wypakowanie sprzętu z samochodów, stare ujęcia Chrisa Franke, próby przy sprzęcie, Franke, Edgar, młody Jerome, Baumann na plaży, Edgar spaceruje z małoletnim synkiem i znów jadą przez pustkowia. Piękna twarz Lindy. Film jest dość smutny.
     Mimo iż muzyka dynamiczna, czuć żal i melancholię, być może za starymi, dobrymi czasami?

czwartek, 26 maja 2011

Tangerine Dream - Ultimate Early Visions (1969-1982)



    Zawartość DVD - 65 minut, to materiały prawie w całości pochodzące z niemieckiej telewizji. Przez większość filmu widać w lewym górnym rogu ekranu znaczek WDR oraz napis na dole ekranu: Die Deutsch rock nacht. Chronologicznie oglądam najstarszą z taśm: Baht tube session 1969 Widzę hasło „Przez ciernie do gwiazd” wyryte na betonowym łuku, kamera wprowadza widza na plac, gdzie w centralnym miejscu stoi jakiś pomnik, postument. Muzycy, w tym grający na gitarze Edgar Froese, produkują dość luźne improwizacje i płodzą mało kontrolowane solówki. Grupa młodych ludzi słucha tego, tańczy, pali papierosy, pije piwo, ktoś inny buja się na starym fotelu… Atmosfera totalnego luzu. Ciekawie ubierała i zachowywała się ówczesna młodzież. Jeżeli to były Niemki - to też wyjątkowej urody nikomu nie ubliżając. Zaskakuje bardzo dobra jakość obrazu jak na 1969 rok. Następne ujęcie - zespół rozłożony z muzycznym sprzętem na wzgórzu w wysokiej trawie, w dole przejeżdżają samochody, na dalszym planie ładny widok na jezioro. W tle muzyka rockowa. Kolejno pojawia się obraz gorszej jakości, hasło Ricochet I 1971 (chyba pomyłkowo ta data) gdzie z cicha gra gitara, organy, improwizacje nabierają tempa … Całość w klimacie "Journey Through a Burning Brain”. Później oglądam obszerne fragmenty Live At Coventry Cathedral 1975 - materiał znany z płyty Ricochet, film w bardzo dobrej technicznej kondycji, w reżyserii Tony Palmera. Przyjemnie popatrzeć na muzyków i ich stary sprzęt, mimo prób urozmaicenia koncertu jakimiś motywami  z katedry. Palmer nie zdołał wszystkiego zasłonić. Krótka scenka: Muzycy pojawiają się w strojach średniowiecznych dworzan i ozdobnych perukach. Grają faktycznie trochę barokowo. Po trzech minutach ubrani już w tradycyjne stroje, improwizują bardziej energicznie, otoczeni szafami analogowych syntezatorów. Na planie panuje mrok, skąpe światła lampek pokazują głównie twarze muzyków, w tym długowłosego Baumanna. Muzyka trochę kojarzy mi się z filmem "Cena Strachu". W międzyczasie kamera otacza nocą jakiś zaniedbany dom.. napięcie wzrasta. Ciekawe. Barock 3 1976 Materiał nagrany w studio profesjonalną kamerą telewizyjną, której cień widać na sprzęcie, nasi ulubieńcy w pełnym wyposażeniu pogrywają sekwencje podobne do Rykoszetu, ale ja (nie jestem fanem drzewek), nie kojarzę tej muzyki z żadną oficjalną płytą. Zresztą to nie koncert. Edgar pogrywa też na gitarze. Ponownie znakomita jakość obrazu. Film kończy trzy i pół minutowy „Madchen auf der treppe” z 1982. Muzyce towarzyszy pokaz kreacji stroi barokowo-futurystyczno-kosmicznych, baśniowo teatralnych, których raczej nikt nie założy na ulicy.
   Podsumowując: wyjątkowo ciekawe DVD, szkoda że tylko godzina, ale warto skonsumować materiały zawarte na tej płycie. Czysta przyjemność dla oczu i uszu. Polecam!!