Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geir Jenssen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geir Jenssen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 sierpnia 2012

Biosphere ‎– L'Incoronazione Di Poppea

  Geir Jenssen co jakiś czas wydaje nową płytę. Tym razem można ją pobrać odpłatnie w formie plików, przez coraz popularniejszy w sieci bandcamp.com. Inspiracją do projektu "Biosphere ‎– L'Incoronazione Di Poppea" (2012) jest, jak można przeczytać w sieci, opera o tej samej nazwie. Faktycznie, są momenty które zdają się to sugerować. Ale wiadomo, że to bardziej pretekst do penetracji innych muzycznych obszarów. Co więc zawiera 12 krótkich utworów z "L'Incoronazione..."? Muzykę jak to u Biosphere bywa,  programowo monotonną, dość zniekształconą i czasami tylko zbliżoną do kanonu słuchanego przez miłośników muzyki poważnej. Pewnie też i o to autorowi chodziło. Wątpię jednak, aby kogoś z tego kręgu melomanów do swojej twórczości pozyskał. Bo muzyka brzmi czasami tak, jakby jakiś sadysta mocno uszkodził operowy pierwowzór, a bezkrytyczny wielbiciel oszacował, że to się jednak da ocalić i słuchać (smile). Ostatnio odzywają się głosy krytyczne wśród niektórych fanów, którzy uważają że obecna muzyka Jenssena, to już nie to samo co kiedyś. Ciekaw jestem reakcji na tę "operową" płytę. Nie wydaje mi się, aby Mr.Biosphere zaniżał loty. To kolejna wycieczka w nieznane - nie każdy zechce tam się udać. I dobrze, bo piękno świata jest w jego różnorodności.






  

środa, 4 lipca 2012

Biosphere ‎– Microgravity



  Ach te debiuty i niekłamana przyjemność z ich przeżywania, oceniania i napawania się każdym dźwiękiem! Norweski alpinista, fotograf, ale dla mnie przede wszystkim kompozytor Geir Jenssen - swoją pierwszą płytę "Microgravity" wydał w 1991 roku. Oj, to już pokolenie temu! Jej zawartość jednak nie zestarzała ani trochę (piszę to na przekór pewnym "fachowym" opiniom). Była ona jakimś novum na fali, czy też obok kilku innych wydawnictw udowadniając że w dziedzinie miksowania dźwięków nie powiedziano jeszcze wszystkiego. Bardzo szybko Jenssen stał się znany w kręgu poszukiwaczy niebanalnych muzycznych kolaży na całym świecie. Uważam że całkiem zasłużenie. Bowiem syntezatorów sprzedano już tysiące, ale naprawdę kreatywnych twórców jest  jak wszyscy wiemy - dużo mniej. Na "Microgravity" Mr. Biosphere postarał się mocno wciągnąć słuchacza w swój świat, serwując paletę tajemniczych brzmień, niekonwencjonalnych wtedy rozwiązań, ciekawych sampli i intrygujących łamańców rytmicznych. Aby całość nie była nużąca, przemiennie występują utwory o różnej dynamice. Choć autor jest Norwegiem, nie uważam jego muzyki z płyty Microgravity za specjalnie zimną. Na pewno pełną niedomówień, enigmatyczną, ale niekiedy też wręcz przebojową (Baby Satellite). I ta umiejętność trafienia w gust kilku różnych grup słuchaczy jest jednym z większych atutów utalentowanego Skandynawa. Niezwykła atmosfera jaka powstaje przy jej słuchaniu jest mi szczególnie cenna. To już część kanonu dobrej muzyki lat 90.





środa, 20 lipca 2011

Biosphere: N-Plants


     Słuchanie najnowszej płyty Norwega jest miłym przeżyciem. Podąża on wcześniej wytyczonym szlakiem, w stylu, który uwielbiają słuchacze na całym świecie. Biosphere to już legenda."Płyta N-Plants tematycznie związana jest z powojenną odbudową Japonii i rozwojem jej potencjału nuklearnego. Okazuje się że 30 % energii tego kraju dostarczane jest właśnie tą drogą. Geir, studiując geodezyjne zdjęcia, był zdziwiony, że elektrownie jądrowe mogły powstać tak blisko miejsc narażonych na trzęsienia ziemi. W lutym 2011 r. miał gotowy materiał na płytę, a w piątek 11. marca doszło w Japonii do potwornej katastrofy. Trudno się więc dziwić, że słuchanie teraz tej muzyki jest zupełnie innym doświadczeniem". Tyle w luźnym przekładzie ze strony Biosphere.  Ten album to doskonałe nagrania melancholijnej muzyki ambient. Utwory powoli, ale uparcie podążają jeden za drugim jak pracowici, konsekwentni w swoim trudzie robotnicy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nagrania, podobne do siebie, cechuje  wspaniała monotonia wprowadzająca słuchacza w rodzaj pozytywnego transu. Pomimo bolesnych skojarzeń muzyka tchnie sporą dawką optymizmu.  Sendai-1 zaczyna ten pochód, a Shika-1 rozwija go w delikatny, regularny beat stylizowany na egzotykę. Obie kompozycje trwają około ośmiu minut. Następne są już krótsze: w Joyo-1 słychać podkład o częstotliwości poruszającego się żółwia. W tym projekcie autor przemyca poważniejsze wątki. Z kolei Ikata-1 to kilka urozmaiconych linii; podobnie dzieje się w  Monju-1. Na tle atrakcyjnej, regularnej frazy pojawia się kobiecy głos szepcący tajemnicze słowa. Genkai-1  jest wyrazisty, wręcz przebojowy. W Oi-1 mamy do czynienia z pomysłem użycia brzmień dość orientalnych owiniętych w ciepły, pociągający rytm. Monju-2 zawiera dużo interesujących, dziwnych dźwięków przebiegających swobodnie po kanałach. Końcowe Fujiko to monologi, oczywiście po japońsku, odgłosy mew i ludowych instrumentów perkusyjnych.

     Płyta, zgrabnie nagrana, lekko się słucha i trochę za szybko kończy - co często znamionuje muzykę najwyższych lotów. Geir Jenssen znów objawia się nam w znakomitej formie.





wtorek, 10 maja 2011

Geir Jenssen - Cho Oyu 8201m


        Ciekawa płyta, choć jak to zwykle bywa u Geira - dość trudna w odbiorze. Nie jest ona czymś zupełnie innym od wcześniejszych jego dokonań, a może nawet wydawać się bardziej przystępna i urozmaicona. Na pewno nie brzmi tak ponuro jak Shenzhou. Słuchając tej muzyki miałem wrażenie, że Geir ciągle gmerał przy swoim osprzęcie, a miejscowe zwierzęta głośno mu kibicowały. Towarzyszył temu odgłosy ludzkich rozmów, szkoda tylko, że nie po rosyjsku - akurat na płytach Jenssena wybitnie pasowały pogaduszki w tym języku. Wiatr szumi, psy szczekają, dzwonki dzwonią, samochody się mijają, po kanałach powtarzają się niekiedy orientalne melodyjne motywy. W sumie do niczego nie można się przyczepić. Może tylko do tego, że utwory najczęściej bardzo wyraźnie oddzielają się od siebie zamiast zlewać w jeden ciąg.

        Ta płytkę zaliczę do odmiany "ciepłego ambientu": urozmaiconej i dość wyrazistej (jak to kiedyś sobie taki termin wymyśliłem dla własnych potrzeb). Będę do niej wracać co jakiś czas, a to jest chyba najlepsza reklama.