poniedziałek, 9 maja 2011

Manuel Göttsching - Dream & Desire


  Manuel jest według mnie, obok Mike Oldfielda, najlepszym gitarzystą na świecie. I nie chodzi mi tu o wyrafinowaną technikę, czy szybkość gry. Nie, ten znakomity niemiecki kolorysta, na pewno już klasyk popularnej muzyki elektronicznej, ma po prostu Boży dar. To jeden z niewielu muzyków, który potrafi zatrzymać moją uwagę półgodzinnym graniem jednego utworu. Tak jest również w przypadku płyty Dream & Desire.

      Bez rewolucyjnych wstawek, ekstrawaganckich sztuczek, tworzy Göttsching wysokiej klasy relaksacyjne pasaże. Eksploatuje niby prosty, ale świetny pomysł: na tle podkładu płynącego swobodnie z syntezatorów, wyciska ze swojego Gibsona swoiste poematy. W pozbawionym rytmu utworze Dream, najpierw buduje melancholijny klimat długimi ciągami stojących fraz, efektami szumiącego wiatru, a potem wchodzi akompaniament pierwszej gitary. Za chwilę gra druga, z której do końca kompozycji autor wydobywa luźne improwizacje. W doskonałej harmonii z podkładem tworzy prawdziwą sztukę, lekarstwo dla duszy. W pewnych momentach dubluje ilość gitar, które ciekawie się uzupełniają i modyfikują. W połowie ścieżki słychać próbę zmiany nastroju na odrobinę mniej sympatyczny, wprowadzają są elementy chaosu, niepokoju, całość jakby lekko się zawiesza... Autor nie decyduje się całkowicie odejść od pozytywnych emocji, a celowo monotonne dialogi gitar z elektronicznymi instrumentami kończą się zwycięstwem barw zdecydowanie optymistycznych.

  Desire ma również spokojny początek. Teraz trochę kosmicznej proweniencji, bardzo delikatnie wchodzi Eko Rhythm Computer nadając kompozycji regularność. Dodatkowo sekwencja wypełnia niskie częstotliwości, słychać różne dodatki i płynie miła uszom melodia. Wszystkie instrumenty delikatnie zmieniają swoje barwy i miejsce w stereofonicznej przestrzeni i to jest właśnie jedno z piękniejszych odczuć, podczas słuchania tej płyty. Wynagradza ono jednostajność rytmu i brak większego zróżnicowania. Ale ta zamierzona ubogość umożliwia jednocześnie wydobycie i usłyszenie wszystkich niuansów projektu.

      Na deser Manu umieścił na krążku krótki - w porównaniu do wcześniejszych utwór Despair, - gdzie na żywo galopującą sekwencję nakłada odważnie poczynającą sobie gitarę. Jej improwizacje są jakby zdeterminowane, wyraziste i pełne ekspresji. I chyba słusznie, bo słowo despair – rozpacz, oznacza bardziej realny stan, niż sen czy pożądanie. Niestety, zbyt szybko następuje wyciszenie tej kompozycji i Göttsching pozostawia odbiorcy uczucie lekkiego niedosytu. Szkoda, że to już koniec. Ciekawostką jest fakt nagrania materiału w 1977, a wydania dopiero w 1991 roku. Warto jednak było czekać, bo druga połowa lat 70. to świetny okres dla tej muzyki, a Manuel był wtedy pełen inwencji. Być może nagrywając ten materiał odpoczywał od bardziej intensywnych brzmień z Blackouts? Tego nie wiem, ale na pewno ta płyta jest jedną z tych perełek, jakie zabrałbym na bezludną wyspę.

      To idealny prezent dla bliskiej osoby, jak również pretekst do snucia głębszych refleksji. Niczym cicha przystań w burzliwym życiu uspokoi skołatane nerwy. Polecam!