niedziela, 27 maja 2012

King Crimson ‎– Lizard


 Pewnie bym nigdy nie zainteresował się płytą King Crimson ‎– Lizard, gdybym jej nie słuchał u któregoś ze znajomych. Ta wydana w 1970 roku płyta, właściwie nie miała szans mi się spodobać, ze względu na dużą ilość wstawek instrumentów, kojarzonych wtedy przeze mnie z ciężko strawnym jazzem. Ale później zrozumiałem dlaczego szybko mnie wciągnęła i przez wiele lat fascynowała. Stało się dzięki geniuszowi lidera King Crimson. Robert Fripp tworząc zawartość tego krążka, okazał się prawdziwym mistrzem w łączeniu muzycznych stylów, nadając im nową jakość i ciekawą formę.  Recenzenci z lat 80. wspominali, że wyciskał on z muzyków wszystkie ich żywotne soki, zmuszając do dania z siebie tego, co mieli najlepsze. Możliwe, że tak było, bo zawartość "Lizard" to w istocie tygiel nurtów i wymieszanych ze sobą w słusznych proporcjach różnych form. Wyrafinowanych skrajności, gwałtownych zmian tematu, popisów Roberta na melotronie, a zarazem łagodnych partii fletu Mela Collinsa. Agresywnych dialogów instrumentów dętych po kanałach i Bóg wie czego jeszcze. Napisano już o tym wiele. Mi ta muzyka będzie kojarzyć się również z aktem młodzieńczej głupoty. Któregoś dnia 1984 roku, miałem wtedy ok. 20 lat, kolega przyniósł kilka papierosów z własnoręcznie wyhodowaną "trawką". Po kilku piwach i może z dwóch wspólnie wypalonych papierosach, świat zawirował mi przed oczami. Zanim zaczęliśmy te eksperymenty, włączyłem czarnego placka - oczywiście Lizard. Gdy kręcił się na gramofonie marki  "Bernard", leżałem ogłuszony niewielką porcją narkotyku. Do dziś pamiętam, jak  niesamowicie wyostrzył mi zmysły, słuch rejestrował każdy szmer z większą czułością, a dotyk towarzysza, który chciał sprawdzić czy żyję, był niczym papier ścierny granulacji 16 ;).  Czułem lekkość, podobną do tej jaką daje alkohol, jednak bez jego ciężaru na żołądku. W końcu jednak (Lizard cały czas pogrywała w tle, niczym prawdziwa jadowita jaszczurka, kąsając moje uszy brzmieniami wybitnie udziwnionymi) postanowiłem wyrzucić z siebie wszystkie te nienaturalne doznania. Miałem wrażenie, że to ze mnie śmieje się Fripp na końcówce  Indoor Games i podbiegłem do okna. Kolega zdążył złapać mnie za stopy, inaczej nie byłoby co zbierać po tym skoku z czwartego piętra. Wyleczyło mnie to do końca życia z tego typu eksperymentów, ale nie z miłości do muzyki z płyty "Lizard" King Crimson ;). Regularnie wracam do jej zawartości, nie używając już spektakularnych wzmacniaczy wrażeń. Nie ma takiej potrzeby. Prawdziwa sztuka obroni się sama.