niedziela, 31 października 2021

Tomasz Pauszek Syntharsis





 Internet to medium w którym dzieją się czasami dziwne rzeczy. Trochę przypomina wielki magazyn wypełniony po brzegi różnorodnym towarem. Poszukiwacz wysmakowanych brzmień generowanych przez cyfrowe i analogowe syntezatory ma do dyspozycji duży wybór płyt. Tak wielki, że problemem może być odszukanie spośród masy rzeczy pospolitych, najbardziej wartościowych dokonań. Do tych ostatnich zaliczam twórczość Tomasza Pauszka. Chciałbym zwrócić uwagę czytelnika na jego debiutancką płytę "Syntharsis". 

 Dostępny na bandcampie cyfrowy album był pierwotnie wydany w 2001 roku. Osiem utworów miało być zapewne przekrojem możliwości 23 letniego wówczas kompozytora, wyrazem jego fascynacji, oraz popisem niebanalnej wyobraźni. Chęć pokazania palety środków wyrazu i nabytych umiejętności była ważniejsza niż powstanie albumu koncepcyjnego, na takie przyszedł czas później. Jednak słuchając Syntharsis trudno odczuć jakiś niedosyt, nie ma na co narzekać. To różnorodna, pomysłowo zaaranżowana elektronika. Tomasz nie jest kolejnym kopistą J.M. Jarre'a. Ma większe ambicje i umie je zrealizować. W tyglu syntetycznych emocji miesza bardzo różne odcienie muzyki udowadniając tym swoją wrażliwość. Udany debiut nie był jednorazowym aktem, o czym świadczą kolejne wydawnictwa i lata w których tworzył nowe muzyczne światy. Mam nadzieję jeszcze o nich wspomnieć. Poniżej link do omawianej płyty:

https://tomaszpauszek.bandcamp.com/album/syntharsis

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Sequentia Legenda - Beyond the Stars


 Francuski kompozytor muzyki elektronicznej Laurent Schieber nagrywa swoją muzykę pod artystycznym pseudonimem Sequentia Legenda. Można ją znaleźć i kupić na platformie bandcamp, gdzie udostępnia około 20 wydawnictw. W 2020 roku wydaje interesującą płytę "Beyond the Stars". Jej zawartość dobrze określa termin "berliner schule". Podejście do muzyki jakie proponował kiedyś Klaus Schulze, miało swoich kontynuatorów. Do najbardziej znanych w naszym kraju należą Bernd Kistenmacher i Mario Schonwalder.   Laurent, podobnie jak jego znakomici koledzy, kieruje swój przekaz do miłośników brzmień wyrafinowanych. Powoli buduje nastrój, dobiera tajemnicze, nostalgiczne dźwięki, aby stopniowo wprowadzić słuchacza w błogostan, rodzaj totalnej muzycznej relaksacji. W jego artystycznym credo można przeczytać: "Muzyka pozostaje dla mnie wektorem Nadziei i Miłości". To bardzo pozytywne przesłanie,  również dla romantyków. Trzy rozbudowane kompozycje niejednego melomana wyniosą na wysokie poziomy emocjonalnych doznań. Kto wie, może nawet poza gwiazdy? 

 Dla kolekcjonerów ciekawostek: W pierwszej kompozycji "Experimental" towarzyszy muzykowi perkusista Tommy Betzler, znany ze współpracy z Klausem Schulze.
link do płyty:





niedziela, 20 grudnia 2020

Vangelis Juno to Jupiter



 Vangelis w 2020 roku kończy 77 lat. Jesienią ukazuje się najnowsze wydawnictwo uznanego artysty, zawiera prawie 20  kompozycji. Czego mogą spodziewać się fani bardzo lubianego Greka? W internecie o tej muzyce można przeczytać: 

"Zainspirowana przełomową misją sondy kosmicznej Juno NASA i trwającą eksploracją Jowisza, 'Juno to Jupiter' to wielowymiarowa podróż Vangelisa przez muzykę elektroniczną, progresywną, ambient, techno, orkiestrową i wokalną. W projekcie występuje sopranistka Angela Gheorghiu oraz dźwięki z kosmosu nagrane przez NASA".

Jakie refleksje przychodzą mi do głowy po wysłuchaniu tych nagrań? 

  Płyta jest dość nierówna, poszczególne utwory zazwyczaj krótkie, rzadko przekraczają 5 minut. Całości brak spójności. Na początek mamy rozmowy pracowników NASA (?)  czyli "Atlas Push", rzeczywiście brzmi to atrakcyjnie, ale i wtórnie. Potem lekki "Inside our perspective" z przewodnim beatem który mógłby wygenerować przeciętny użytkownik Abletona.  Dalej (Out in Space) Vangelis uderza w bardziej ambitne tony podnosząc wartość przekazu, ale  ponownie kończy kompozycję nie rozwijając jej zbytnio. Czwarty track  "Juno's quiet determination" w ciekawy sposób buduje napięcie i ucieszy nawet najbardziej wymagających słuchaczy. I tyle atrakcji... Przez kolejne minuty stary mistrz używając doskonałe znanych jemu i słuchaczom narzędzi w postaci bębnów i partii instrumentów smyczkowych, kreśli podniosłe, symfoniczne historie jakie pisał od wielu lat... Nie ma już żadnych niespodzianek. Artysta ma prawie 80 lat, nie ma sensu wymagać od niego cudów.  Partie Angeli  Gheorghiu słychać bodajże w trzech utworach, jeśli ktoś to lubi, proszę bardzo. 

Podsumowując: płyta nie jest zła, to kawał dobrego rzemiosła. Ja jednak wolę Vangelisa bardziej rockowego, eksperymentującego, a tej edycji bliżej do ostatnich jego prac. 


czwartek, 8 sierpnia 2019

Tangerine Dream - Underwater Sunlight


   "Underwater Sunlight" to powszechnie lubiana płyta Tangerine Dream. Nagrana w 1986 roku, jest szczególna pod wieloma względami. Ciekawie wypowiedział się o niej redaktor internetowych audycji pt. "Czarno-białe klawisze" (Pro -Radio) - Jerzy Kapała: 
    "Dla mnie to doskonały album i śmiało można nazwać go cezurą, gdzie ewidentnie kończy się post-klasyczne granie Mandarynek. Post-klasyczne - zapoczątkowanie na Tangramie i pojawiające się już tylko wyrywkowo na późniejszych płytach. Wyjątkowy album, po wcześniejszym, zdecydowanie niższych lotów Le Parcu i zalewie soundtracków, płyta przemyślana, której daje się słuchać w zachwycie od początku do końca! To charakterystyczne, że kiedy w zespole pojawia się nowy członek powstaje album co najmniej dobry, a nawet wybitny. Świeża krew w postaci młodego Haslingera, któremu Edgar oddał praktycznie całe gitarowe pole, odcisnęła bardzo duży wpływ na tym albumie. Ale decydujące piętno - nie mam wątpliwości - duet F-F! Zwracam uwagę na opublikowane w 1996 roku na piątej płycie "The Dream Roots Collection" nagrania, które powstały, kiedy TD, po odejściu Schmoellinga, znowu przez pewien czas pozostał duetem - dodać tam gitarę Haslingera i w zasadzie mamy drugą płytę "podwójnego" albumu Underwater Sunlight ;) PS. Pieśń wieloryba - arcydzieło i to stuprocentowe dzieło Edgara".
   Rzeczywiście, trudno nie być pod urokiem tych pastelowych nagrań. Muzykom wspaniale udało się połączyć nostalgiczne klimaty (Song Of The Whale), przystępność brzmień (Dolphin Dance) z pasją i ogniem (Ride On The Ray). Poezja muzyki - polecam!



piątek, 2 sierpnia 2019

36 - Black Soma

    

     Muzyka ambient ma to do siebie, że zazwyczaj pozbawiona jest wyraźnego, indywidualnego piętna.  Kompozytorzy tworzą dźwiękowe plamy skupiając się na budowaniu nastroju. Misternie ingerują w ciszę, która sama często jest swoistym sacrum. Lubię szukać takich nagrań, które dowodzą wrażliwości kompozytorów. Do powyższych zalicza się Brytyjczyk Dennis Huddleston, bardziej znany pod pseudonimem 36. W internecie można znaleźć całą jego twórczość na bandcampie. Najbardziej przypadła mi do gustu płyta z 2017 roku -"Black Soma", udostępniona przez autora również  na platformie YouTube.  
  Black Soma jest to zwarty projekt, bazujący na podobnych do siebie rozwiązaniach harmonicznych,  celebrowaniu klimatu, sennych pasażach. Wydawałoby się, że nagrano już setki podobnych płyt. Jednak to co wyróżnia Black Somę od innych tego rodzaju dokonań, to wyjątkowe ciepło i melancholia tchnąca z każdej nuty. Gęste jak angielska mgła, generowane pady, otulają melomana kokonem totalnej relaksacji.  Poszczególne kompozycje mają w sobie zalążki melodii, co nadaje im indywidualne cechy. Anglik po mistrzowsku rozgrywa emocje, pozostawiając w pamięci słuchacza potrzebę kolejnego obcowania z jego twórczością. 
Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów ambientu.


niedziela, 7 lipca 2019

Jezioro marzeń - historia utworu



Damian:

Zaczęło się od rozmów o pięknych okolicznościach przyrody, mówiłem Mariuszowi jak ładne są ostródzkie jeziora.Na to on przysłał mi kilkanaście fotek jeziorka z jego okolic. Były bardzo klimatyczne. Doszliśmy do wniosku, że warto byłoby zrobić o tym wspólny kawałek. Namówiłem Mariusza, aby zainstalował sobie program DAW i wirtualny odpowiednik melotronu. Mariusz nagrał solo na klawiaturze komputera w ciągu kilku dni, chyba tez odgłosy kaczek oraz wody i wysłał mi pliki netem. Miałem sporo swojego nigdzie nie wykorzystanego materiału na dysku, więc postanowiłem wokół tej jego solówki zbudować cały utwór. Popracowałem solidnie nad sekwencjami, delayami i przestrzenią. Spróbowałem też dać tam trochę dramatyzmu. Miałem ze 3 wersje utworu, krótką, dłuższą i 9 minutową z gitarą, ale ta ostatnia całkiem gubiła klimat. Została najlepsza, którą już znacie. Do dziś lubię ten kawałek.

Mariusz:

KOCHANI FANI POLSKIEJ NIEZALEŻNEJ EL MUZYKI:

 Ja tylko powiem, że utwór powstał z wzajemnej korelacji artystycznej, z wzajemnej szarpaniny "umysłów" - ale jeśli mogę coś jeszcze dodać, to inspiracją do tego el tworu były moje wyprawy wędkarskie, oraz  utwór mistrza Klausa Schulza w utworze "Crystal Lake". Zależało mi na tym, aby słuchacz został zaatakowany syntetycznym atakiem dźwięków, które otworzą zmysły percepcji, wrażliwości, a innych pobudzą do szukania nowych pokładów wrażliwości. W solówce melotronowej chciałem oddać hołd wybitnemu polskiemu pisarzowi SF Stanisławowi Lemowi, a konkretnie jego kultowej już dziś książki SOLARIS W mojej emocjonalnej solówce na virtual melotron, pewnie odczujecie niezwykły stan niepokoju i niesamowitości, zawarty w tekście Stanisława Lema - dowolność interpretacji jest absolutnie personalna... i o to mi chodziło.


https://dikey.bandcamp.com/track/dreams-lake-feat-mariusz-w-jcik

piątek, 22 marca 2019

Austrati


  W latach 2012-2016 dość intensywnie zajmowałem się komponowaniem el-muzyki. Nie interesowało mnie jednak trzymanie się rytmu metronomu, czy też tworzenie nadzwyczaj subtelnych melodii. Szukałem innych form wyrazu, ekspresji wyrażanej w ramach popularnej muzyki elektronicznej z lat 70., mającej jednak mój własny "pazur". Powstało 55 utworów, z czego kilka czeka na publikację. Pozostałe zebrane są w formie 10 projektów dostępnych na platformie bandcamp. Niedawno, wychodząc naprzeciw sugestiom kilku przyjaciół, zdecydowałem się wydać niekomercyjną składankę z lat 2012-14, na fizycznym nośniku cdrom. Płytę uzupełnia kilka kolorowych, własnoręcznie zrobionych zdjęć przybliżających klimat nagrań.  Całości można posłuchać tu:
W wolnej chwili napiszę jeszcze o tym, co inspirowało mnie przy tworzeniu konkretnych utworów.


środa, 28 lutego 2018

Andymian - Podróże przez... cztery pory roku



    „Cztery Pory Roku” Antonio Vivaldiego po raz pierwszy ukazały się drukiem w 1725 r. Od tej pory dzieło włoskiego kompozytora było źródłem pozytywnych przeżyć dla rzesz melomanów. Oprócz klasycznych wykonań tej muzyki, podejmowano próby transkrypcji "4 Pór" na klawesyn, czy gitarę i orkiestrę symfoniczną. Ten bardzo znany cykl koncertów skrzypcowych stał się też swobodną inspiracją dla duetu Elżbiety i Andrzeja „Andymiana” Mierzyńskich z Olsztyna. Na podwójnym albumie artystów, zatytułowanym "Podróże przez... Cztery Pory Roku" i wydanym w styczniu 2018 r., posłuchać można fragmentów oryginalnej muzyki Vivaldiego w postaci krótkich sampli, które rozpoczynają każdą z czterech suit, jednak główną zawartością kompaktów są osobiste refleksje autorów - zazwyczaj sielankowe klimaty w harmonijnej, syntezatorowej oprawie. Instrumenty klawiszowe Andymiana doskonale współgrają z wokalizami Elżbiety. Wprawne ucho wyłapie wiele niuansów drugiego planu, na przykład ciekawie brzmią subtelne podkłady perkusyjne. To muzyka koncepcyjna, która niektórym słuchaczom przypadnie do gustu przy drugim, trzecim przesłuchaniu. Istotną rolę stanowią też teksty Elżbiety Mierzyńskiej, wydrukowane na osobnej książeczce. Można znaleźć tam zarówno nowe wyrazy wymyślone przez rozpaloną poetycką wyobraźnię, jak i refleksje nad wyraz aktualne i przyziemne ("...kruche ciastka z GMO"). Jak zawsze, dwunasta i trzynasta  płyta w dorobku sygnowanym logo "Andymian", jest nienagannie nagrana technicznie. Jej okładki wypełnia malarstwo Miry Smerek-Bieleckiej. Cały materiał z wizualizacjami w technice fulldrome miał swoją premierę w postaci koncertów pod kopułą Olszyńskiego Planetarium. 


wtorek, 26 września 2017

Robert Schroeder D.M.O Vol.4 Harmonic Decadence



  Robert Schroeder lub Robert Schröder, to postać dobrze znana fanom muzyki elektronicznej. Autor wielu różnorodnych płyt, w tym utworów o komercyjnym charakterze (fantastyczny singiel "Skywalker / Space Detective"),  co jakiś czas wydaje starszy, niepublikowany materiał. Płyty z serii D.M.O są równie udane jak jego klasyczne publikacje. Najnowsza - "Vol.4 Harmonic Decadence" z 2017 roku, to nie tylko sentymentalna podróż do przeszłości, ale przede wszystkim kolejna dawka dobrej, relaksującej muzyki. Te zaginione, a potem odnalezione debiutanckie nagrania Roberta urzekają bowiem nieziemskim wręcz spokojem. Technicznie nie wydają się zbyt skomplikowane: dwie suity w których leniwe sekwencje przeplatają się z melodyjnymi solówkami, trochę efektów... i to chyba wszystko. Ale klimat jaki w 1978 roku powstał dzięki tej sesji wart jest uwagi. Niemiecki kompozytor posiada wyjątkową wrażliwość, którą słychać w jego podejściu do komponowania, w każdej nucie. Kontakt z tą muzyką na pewno poprawi Wam samopoczucie. Zanurzanie się w niuansach "Harmonic Decadence" przypomina trochę podziwianie pracy malarza pejzażów. Polecam kupowanie płyty na stronie Roberta Schroedera: News Music

piątek, 15 września 2017

Jean Michel Jarre - The Concerts in China

   

Pamiętam jak dziś, wracałem wtedy taksówką z podróży. Kierowca miał włączone radio. Jakaś stacja nadawała akurat fragment nowej płyty Jarre'a. I mimo iż to był początek lat 80. i dźwięki wydobywały się z głośnika średniej jakości, usłyszałem muzykę która była na wskroś nowoczesna i oryginalna. Pod każdym względem. Utwór który wtedy poznałem - „Souvenir de Chine”, okazał się reprezentatywny dla całości. Album "The Concerts in China" powalał inwencją i siłą ekspresji artysty. I mimo iż na dwóch czarnych krążkach starsze utwory mieszały się z nowymi, to do dziś uważam "Chińskie koncerty" Jarre'a za wyjątkowe dzieło, jeden z najlepszych performance jakie słyszałem. Inspiracje chińską kulturą, współpraca z lokalną orkiestrą - przyniosły piękny plon w postaci muzyki fascynującej swoją niebanalną strukturą, bogatą harmonią i dużą przestrzenią. Utwory które wtedy miały premierę, "Laser Harp", czy wspomniany na początku jedyny studyjny kawałek „Souvenir de Chine”- były od tej pory wyczekiwane przez fanów na wszystkich koncertach. Z kolei „Arpegiator”- jest dla mnie jedną z 5 najlepszych kompozycji Francuza w całej jego karierze. Długo by o tym wszystkim pisać, na dowód popularności tej muzyki powiem jeszcze, że według strony discogs.com, istnieje ponad 150 wydań tej muzyki na płytach i kasetach.
Wielki talent miał wtedy swoje spektakularne spełnienie.


wtorek, 12 września 2017

Vangelis - L'Apocalypse Des Animaux



   

     Wczesne lata 70. to bardzo ciekawy okres dla muzyki tworzonej na syntezatorach. Płyty które wtedy nagrywano były w pewnym sensie pionierskie i dziś są kanonem stylu. W 1973 roku mało jeszcze znany grecki kompozytor Vangelis wydaje na winylowym krążku skomponowaną trochę wcześniej muzykę filmową. "L'Apocalypse Des Animaux" - to wybrane fragmenty większej całości, będące tłem do dokumentalnych filmów Frédérica Rossifa. Dla tych którzy lubią tego typu obrazy informacja: film ten (epizod "de l'abeille au gorille") jest dostępny w serwisie YouTube. Sceny przedstawiające myśliwych z upodobaniem strzelających do zwierząt mogą jednak nie przypaść gustu co bardziej wrażliwym odbiorcom. Tutaj postaram się napisać kilka słów o samej muzyce. A ta warta jest uwagi. Album rozpoczyna krótki, jedyny dynamiczny na płycie temat "Generique" - czyli czołówka. Później genialny artysta proponuje słuchaczowi wysmakowane, oniryczne utwory, które swoją subtelnością doskonale zaspokajają najbardziej wymagające uszy. W każdej kolejnej odsłonie pojawiają się melodie o smutnym, lub też melancholijnym zabarwieniu. Nie jest to więc muzyka abstrakcyjna, a jednocześnie, mimo iż deklarowana jako ilustracyjna, doskonale daje się słuchać w domowym zaciszu. Mistrzowskie tworzenie klimatu w krótkich formach, operowanie skromną skalą barw, ten minimalistyczny styl autor doprowadził później do perfekcji. W utworze "Le Singe bleu" słychać delikatny motyw grany na trąbce, być może pierwowzór tematu miłosnego z Blade Runnera. Niezwykła mieszanka syntezatorowych padów i akustycznych instrumentów na długo zostawia w stanie pozytywnego zasłuchania. Znakomity solowy debiut niezwykle utalentowanego Greka!



czwartek, 18 maja 2017

Piotr Krupski, Friends - Electronic Worlds - zapowiedź






 
   Piotr Krupski, utalentowany elblążanin, klawiszowiec i cymbalista, dał się poznać jako autor kilku ciekawych elektronicznych projektów, między innymi Kombimus, Elbing 1904, czy Światło prawdy. Jego najnowsza propozycja i zarazem debiut w stajni Generator.pl przynosi szerokie spektrum kooperacji ze znanymi rodzimymi twórcami tego gatunku. We wspólnym projekcie wzięli udział Władysław Komendarek, Sławomir i Tomasz Łosowcy, Sebastian Orda-Sztark, Dieter Werner, Andrzej Mierzyński, Christian Rössle a także Dariusz Wilk. Mimo zebrania twórców penetrujących odległe czasem od siebie klimaty, płyta zaskakuje spójnością i koncepcyjnym duchem. Jej siłą są liryczny tajemniczy oniryzm, szerokie plany dźwiękowe, eklektyzm łączący różne style klasycznej muzyki elektronicznej. Atutem są też wymienione wcześniej nazwiska, które w przypadku tych najbardziej zasłużonych traktować można jako międzypokoleniowe mosty, stanowiące o ciągłości rozwoju rodzimej sceny elektronicznej. Album o wyjątkowo kontemplacyjnym charakterze, podkreślający to co w muzyce elektronicznej najbardziej lubią jej wierni słuchacze.



P.R.
za zgodą Generator.pl

Qlhead - True Self


  Nie tak dawno miałem przyjemność recenzować znakomity album Tomka Decay - Rage, a tu pojawia się jego kolejny autorski projekt: "True Self". QLHEAD wspomniał mi z wrodzoną skromnością, że jest zadowolony z nowego materiału. Tym bardziej byłem ciekaw, w jaką stronę podąża tym razem. Muzyka jest dość zróżnicowana, album zawiera osiem utworów trwających od czterech do sześciu minut każdy.  Przedział czasowy, który pozwoli każdemu przełknąć bardzo awangardowy lub mocno komercyjny muzyczny fragment. To co mi się zawsze podobało u tego wykonawcy, jest obecne na "True Self": specyficzna mieszanka brzmień dość wyrafinowanych z tymi swobodnie wpadającymi do uszu. Rozchwianych rytmów i basowych pętli. Dźwięcznych sekwencji i mrocznych padów. Ta muzyka to właściwie everything for everyone. Płytę wieńczy utwór bardzo osobisty: In the Name of the Father - poświęcony niedawno zmarłemu tacie artysty. Kompozycja trochę w stylu klasyków a'la Vangelis. Chyba najbardziej poruszająca wyobraźnię. Będąca dowodem na to, że elektroniczne instrumentarium świetnie nadaje się do budowania nie tylko finezyjnych, unikalnych akustycznych konstrukcji, ale też ciepłego nastroju.

link do albumu:
https://qlhead.bandcamp.com/album/true-self

wtorek, 18 kwietnia 2017

Contrasts by Damian Koczkodon


 
   19 lutego 2015 roku odwiedziłem mojego dobrego znajomego Łukasza w jego studio nagrań na Ursynowie. Podczas kilkugodzinnej zabawy różnymi syntezatorami, zafascynował mnie maleńki Microkorg (jakiś czas później kupiłem swój egzemplarz). Odkrywanie jego możliwości, kontrola brzmienia w czasie rzeczywistym,  różnorodność barw - te kreowanie było aktem naprawdę dużej relaksacji. Po sesji zabrałem do domu trochę zarejestrowanego materiału. Wiedziałem że ma w sobie potencjał i tak powstała suita Warsaw Relaxation



  Druga kompozycja na płycie "Contrasts" jest zupełnie inna i pochodzi z 2014 roku. Zamiast ciepłych, przyjemnych barw Microkorga, użyłem tu bardziej agresywnych dźwięków z syntezatorów wirtualnych, między innymi z Minomooga. Bipolar disorder to zapis stanu mani. Kilku moich znajomych choruje na psychozę maniakalno-depresyjną. Obserwowanie co robi z człowiekiem taka nieleczona choroba, jest przeżyciem wstrząsającym i niecodziennym. Treść suity Bipolar disorder jest próbą oddania stanów emocjonalnych jakie powstają w umyśle  chorego: gonitwy myśli, halucynacji, urojeń. Zdaję sobie sprawę, że słuchanie jego utworu nie jest dla wszystkich przyjemne, więc robicie to na własną odpowiedzialność. Może jednak spodobać się fanom brzmień lat 70.

 


Album "Contrasts"

czwartek, 16 marca 2017

Lustmord - mroczne światy Briana Williamsa


   Bez wątpienia żyjemy w dziwnych czasach.  Otaczający nas świat jest pełen paradoksów i trudnych do wyjaśnienia zjawisk.  Jednym z nich jest szczególne upodobanie niektórych ludzi do słuchania mrocznej muzyki. Dlaczego ma ona dość dużą rzeszę fanów i istnieje na nią zapotrzebowanie? Czy jest to chęć identyfikacji i opisania otaczającej rzeczywistości? Próba konwersji niepokojących informacji do bezpiecznego banku brzmień posępnych, ale w jakiś sposób atrakcyjnych? A  może to inspiracja demonicznych istot z niewidzialnej dziedziny duchowej?
   W te osobliwe zagadnienie skutecznie wpisuje się brytyjski muzyk Brian Williams,  nagrywający swoje płyty pod nazwą Lustmord. Jest autorem blisko czterdziestu projektów często określanych mianem dark ambient. Co zawiera jego dyskografia? Programowo ponure, złowieszcze i często przygnębiające utwory. Ale, patrząc na jego twórczość z dystansu, przede wszystkim - bardzo, bardzo nudne, monotonne kompozycje. Szczególnie jego pierwsze kolaże, wydane na początku na kasetach, nie wnoszą absolutnie nic ciekawego dla cokolwiek wymagającego słuchacza.   Są bardzo amatorskie i trudno mówić tu o jakiejkolwiek estetyce brzmienia, sile przekazu. Kiepskie jakościowo, bez wyczucia przestrzeni, umiejętności budowania klimatu. Tak dzieje się przez prawie 10 lat. Autor katuje słuchaczy dżwiękami pochodzących z jaskiń, kopalni, czasami emanacją "piekielnych" skowytów. W pewnym momencie jednak, lata doświadczeń przynoszą plon. Przełom u odbiorców przynosi płyta "Heresy" z 1990 roku, choć według mnie, jest nijaka. Jednak faktycznie na kolejnych wydawnictwach, coraz częściej Brian Williams wprowadza urozmaicenia i eksperymentuje w dobrym tego słowa znaczeniu, współpracuje też z innymi muzykami. Wykorzystuje szeroką bazę stereo i wreszcie zaczyna to brzmieć lepiej niż golarka z łazienki sąsiada. Poszerza też swoje biblioteki o bardziej kosmiczne barwy. Ba, pod koniec płyty "Purifying Fire" z 2000 roku słychać świetną sekwencję, tak charakterystyczną dla dobrej klasycznej muzyki elektronicznej. Bardzo ciekawy jest utwór z płyty Metavoid - "Infinite Domain" (2001 rok), zbliżony w warstwie rytmicznej do solowych nagrań Petera Gabriela. Być może to najlepszy kawałek jaki nagrał Lustmord. Duże zdziwienie może też wywołać ilość wokaliz i chorałów na albumie z 2013 roku - "The Word As Power". Czasami Brian łagodnieje, a jego muzyka bywa bardziej kompatybilna z normalnym światem. Chociaż często powiela samego siebie i mocno przynudza. Słychać to na zapisie koncertu z Krakowa (2013) słychać to również na jego ostatniej płycie z 2016 roku "Dark Matter". Więc jeśli brać jego dyskografię jako całość - słuchanie tej muzyki to strata czasu i potraktować można ją jedynie jako ciekawostkę.  


środa, 15 marca 2017

Tomasz Pauszek - Stare analogi to instrumenty z duszą


Wywiad z Tomkiem polegał na tym, że wysyłałem mu pytania, jedno po drugim, a on po prostu na nie odpisywał. Więc ciekawie to wygląda, bo kilka razy ubiega niejako moje myśli i pisze naprzód o tym co chcę go zapytać. Wiadomo - artystyczna intuicja.

 1. Nie rozmawialiśmy już ponad cztery lata, od pamiętnego koncertu na Robofescie w 2012 roku. Kończyłeś wtedy projekty Odyssey i RND, To prawie 5 lat temu.. Co się u Ciebie działo w tym czasie? 

 Tomasz Pauszek: Fakt, dużo czasu minęło od Robofestu. Zresztą to był mój ostatni dotychczas koncert. Rok po festiwalu Robofest, w 2013 roku wydałem jeszcze dwie płyty, Odyssey & We Are The Hunters oraz RND – 5 Past Future. To był pracowity rok. Wtedy już od jakiegoś czasu gdzieś z tyłu głowy trapiło mnie odczucie, że doszedłem do ściany, że osiągnąłem zamierzone cele. Uświadomiłem sobie, że nie bardzo jest już co odkryć w tych stylistykach i zrobić coś nowego, zarówno w muzyce stricte elektronicznej, jak i eksperymentalnej. Poza tym stwierdziłem, że oba projekty ze względu na swoje cechy charakterystyczne ograniczają mnie i przytłaczają. Stąd decyzja o zamknięciu obu projektów i zaczęcie wszystkiego od nowa pod swoim nazwiskiem, bez ograniczeń gatunkowych, bez przedstawiania się jako muzyk elektroniczny czy eksperymentalny. Został więc na scenie ot po prostu Tomasz Pauszek – kompozytor. I to wystarczy. To daje szerokie spektrum działania.

 2. Na Robofescie używałeś między innymi Mooga Prodigy i Korga MS-10. Czy wzbogaciłeś w międzyczasie swoje instrumentarium? Co się zmieniło w Odyssey Studio Poland? 

 T.P.: Na tym polu też zaszły zmiany. Odyssey Studio Poland zostało zamknięte razem z projektami. Przeniosłem studio do mojego domu. Jest mniejsze, ale za to bardziej przytulne, przez co też pozwala na efektywniejszą pracę. Mam wszystko co potrzeba pod ręką. Spędzam w nim naprawdę sporo czasu, więc bliskość studia jest to wielkim plusem. Co do instrumentarium, to wzbogaciłem się głównie o instrumenty wirtualne. Stare syntezatory analogowe to moja miłość i uwielbiam je wykorzystywać, ale łączenie ich z najnowszymi technologicznie rozwiązaniami daje jeszcze lepsze rezultaty. Można czerpać najlepsze z obu światów.

 3. Jakie miejsce zajmują w Twojej pracy wirtualne syntezatory, używasz ich w ogóle? 

 T. P. Tak jak wspomniałem, dzisiejsze instrumenty wirtualne dają szereg możliwości niedostępnych w instrumentach sprzętowych. To daje nam możliwość uzupełniania warstwy brzmieniowej. Rozszerzyłem mój warsztat o kolekcje instrumentów Native Instruments, Arturii i innych, czyli muzyczno-produkcyjny standard. To czego nie mogę osiągnąć na analogach, robię przy pomocy instrumentów VST. Dziś nie należy ich się wstydzić czy unikać, bo osiągnęły naprawdę wysoki poziom brzmieniowy. Mogę powiedzieć, że udział wirtualnych instrumentów zależy od pracy, którą wykonuję. Jeśli nagrywam płytę, tak jak ostatnio, to analogi są na pierwszym miejscu, uzupełniane przez resztę. Jednak praca nad utworami do bibliotek muzycznych jest inna, tam 80 procent to są syntezatory VST. Więc ostatnio sporo ich używam.

 4. Obecnie występujesz pod swoim własnym nazwiskiem. Czy ta potrzeba nadawania projektom nazw w jakiś sposób pomaga Ci się określić?

T.P.: Tak, jak wspomniałem obecnie występuję jako Tomasz Pauszek. Zwłaszcza, że działam na różnych polach, jako artysta, producent czy kompozytor muzyki do bibliotek muzycznych itd. Na początku nadawanie projektom nazw określało jednocześnie ich charakter. Opisywało jaka za tym projektem idzie stylistyka. Nazwa RND powstała od słów RANDOM, czyli od czegoś przypadkowego, to był projekt czysto eksperymentalny, gdzie muzyka miała sporo właśnie takich elementów przypadkowych. ODYSSEY natomiast jak już wielokrotnie wspominałem, to była podróż przez muzykę elektroniczną, emocje, fantazje, świat wewnętrzny, wyobrażenia. Po pewnym czasie te nazwy, połączone ściśle ze stylistyką zaczęły mnie uwierać Złapałem się na tym, że nie mogę danego materiału muzycznego wydać jako Odyssey czy RND bo nie pasuje do konwencji projektu, jest np. zbyt mało elektroniczny lub eksperymentalny. A ja chciałem mieć swobodę twórczą. Nie ma nic gorszego dla artysty jak ograniczać się w swoich dziełach. Podczas tworzenia, przemawia dusza, wyobraźnia, charakter, emocje, lęki i mnóstwo innych rzeczy. I czasami taki muzyk elektroniczny kończy z utworem hip-hopowo-metalowym czy symfonicznym. I co potem z tym zrobić? Nie da się tego wydać w ramach projektu stricte powiązanego z danym gatunkiem.

 5. Co sądzisz o rozwoju muzyki elektronicznej w Polsce w ostatnim czasie. Widzisz pozytywne akcenty?

 Pytanie jest podchwytliwe i trudne. Bo niestety dziś terminu „muzyka elektroniczna” używa się do określenia zupełnie innego gatunku niż kiedyś. Obecnie to głównie nurt taneczny, a w tej materii mam mało do powiedzenia. Jeśli jednak chodzi o klasyczną muzykę elektroniczną, to muszę powiedzieć, że niestety to gatunek bardzo niszowy i mocno nadwątlony. Tak jak mówiłem, niewiele da się jeszcze wymyślić, więc najczęściej twórcy krajowi jak i zagraniczni stosują znane od lat patenty lub kierują się w stronę mody, np. obecnie wraca moda na brzmienia lat 80-tych. To oczywiście podoba się fanom, ale nie rozwija gatunku jako takiego. Stąd zauważyłem w ostatniej dekadzie mocne zniechęcenie wielu twórców do tworzenia. Wielu moich kolegów z racji założenia rodzin, podjęcia pracy zawodowej, odeszło od tworzenia. Zostało niewielu wytrwałych, którzy próbują jeszcze wskrzesić elektronikę i chwała im za to. Sam też nie odcinam się od tego gatunku i jeszcze pewne elementy przemycam w moich nagraniach. Dobrze, że wracają nowymi płytami twórcy legendarni, jak Władysław Komendarek, Marek Biliński, Sławomir Łosowski, Krzysztof Duda czy Mikołaj Hertel. To daje nadzieję, że ludzie którzy znają tę muzykę sprzed lat, wrócą do niej i odkryją także innych wykonawców. Zauważam bowiem, że na przykład młode pokolenie kompletnie nie pamięta nas, zaczynających w latach 90-tych XX wieku. Warto na pewno promować tę muzykę i chwała Jurkowi Kordowiczowi, że z niezłomnym zapałem niesie kaganek elektronicznej oświaty.

 6. Według ,mnie, każdy nowy instrument jest wielkim źródłem inspiracji. Ty traktujesz je tylko jak narzędzia czy zachwycasz się możliwościami każdego z osobna?

 T.P.: Masz rację, nowe instrumenty dają wielkiego inspiracyjnego kopa, zarówno do tworzenia jak i generalnego działania. Mocno inspirują. Wielokrotnie w wyniku możliwości kreacyjnych danego instrumentu, rodzi się pewien rodzaj więzi czy emocjonalnego przywiązania. Z niektórymi instrumentami działa nam się lepiej i załapujemy jego filozofię od razu, a inne niestety nas do siebie zniechęcają. Tak jak ludzie. Ja od jakiegoś czasu staram się traktować instrumenty jako narzędzia pracy i kreacji. Bo do tego są stworzone i pozwalają mi uzyskać efekt, który rodzi się w mojej głowie. Ale są perełki, które nie tylko są dla mnie narzędziami, są moim oczkiem w głowie. Tak jak te wspomniane stare analogi. To instrumenty z duszą, które mimo, że posiadam je od ponad 20 lat, potrafią jeszcze zaskoczyć, zainspirować, rozgniewać czy rozbawić. To jest ich siła. Instrumenty dziś produkowane, czy to sprzętowe czy wirtualne rzadziej posiadają taką cechę, ale bywają wyjątki. Jestem na przykład pod wielkim wrażeniem możliwości syntezatorów firmy Spectrasonics czy flagowego syntezatora Arturii – MatrixBrute`a. O Moogu nie wspomnę. Rzadko mnie coś zaskakuje, ale te instrumenty to naprawdę potężne źródła inspiracji.

 7. Czy masz czas na jakieś pasje poza muzyczne? Czytasz książki, uprawiasz jakieś dyscypliny sportowe? 

T.P:  He he, dobre pytanie. Oczywiście czasu jest zawsze za mało, bo obowiązków mnóstwo. Ale tak, znajduję czas na czytanie, głównie czasopism branżowych i książek popularno-naukowych. Ze sportów to najczęściej pływam, to moja pasja, więc przynajmniej raz w tygodniu jadę na basen. Najczęściej jednak spaceruję z psem po lesie, ale to chyba nie zalicza się do sportów.

 8. Nad czym obecnie pracujesz? 

 T.P.: W tej chwili kończę prace nad nowym albumem, w sumie można powiedzieć debiutanckim, bo pierwszym pod szyldem Tomasz Pauszek. Album będzie będzie wyjątkowy, bo z udziałem bardzo wielu gości, zarówno z Polski jak i z zagranicy. Tematyka albumu też nietypowa, bo osnuta wokół brzmień Lo-Fi, czyli miękkich szumiących analogów i mellotronów, utopionych we wszelkiego rodzaju taśmowych szumach, winylowych trzaskach, czy napięciowych brumach, ale potraktowanych jako element melodyjno-rytmiczny. Więc mam nadzieję, że będzie ciekawie.
   Żeby podgrzać atmosferę, mogę uchylić rąbka tajemnicy, że na płycie znajdą się na pewno kooperacje z kilkoma legendarnymi polskimi muzykami elektronicznymi, jak również, z wyjątkowymi twórcami młodszego pokolenia. W zeszłym roku ukazał się singiel pilotujący i promujący nadchodzący album czyli utwór AIRY MONDAY, stworzony z producentem Gushito. Płyta będzie stylistycznie bardzo różna. Od właśnie takich modnych chilloutowych kawałków, do bardziej elektronicznych lub nujazzowych brzmień. Nie zabraknie tez moich solowych utworów.
   Obecnie także pracuję nad kolejnymi albumami dla jednej z renomowanych bibliotek muzycznych. To mi zajmuje sporo czasu, ale jest to miła odskocznią. W planach mam także prace nad kolejnymi dwoma albumami. Jeden to już nieco znany projekt, który założyliśmy z Jakubem Kmieciem (POLARIS, SCAMALL) i z Krzysztofem Hornem (ex Remote Spaces). Projekt nazwaliśmy Least Significant Beats. Ot takie słowotwórstwo. Choć pierwsze litery tej nazwy (LSB) pochodzą od miast, w których mieszkamy: Łódź, Stargard, Bydgoszcz. Album projektu LSB powstaje w specyficznych warunkach, na podstawie jam session, które zagraliśmy w 2012 i 2016 roku. Powstało sporo materiału, który teraz jest poddawany obróbce. Dobrze by było skończyć te prace w tym roku. Kolejny album, który mam nadzieję „stworzy się”, a może nawet ukaże w tym roku, niech zostanie na razie niespodzianką. Opowiem o nim w następnym wywiadzie, ale mogę zapewnić, że będzie to współpraca bardzo owocna i przez niektórych mocno wyczekiwana. Więc sporo pracy na ten rok. Ale ja to lubię..


sobota, 4 marca 2017

Qlhead - Decay - Rage: Original Motion Picture Soundtrack

 

   Przez szereg lat nawet najciekawszym filmom towarzyszyła zazwyczaj muzyka orkiestrowa. Jej wartość jest bezdyskusyjna, ale ustawiczna obecność w kinach na dłuższą metę mogła wydawać się nieco monotonna. Obecnie coraz częściej producenci filmowi odważnie sięgają po bardziej nowatorskie formy muzyczne. Prawdopodobnie chcą oddać w ten sposób klimat czasów, w jakich żyjemy.

    Tak też się stało w przypadku obrazu "Wściekłość" braci Węgrzynów. W tym dramacie moralnie dwuznaczny bohater przez większość ekranowego czasu biega po warszawskich ulicach, prowadząc telefoniczne rozmowy. Jak skończy się jego historia, dowiedzą się widzowie w kinach już 17 marca.

   Słuchając wykorzystanej w obrazie sądeckich filmowców elektronicznej muzyki Tomasza Kuldo (nagrywającego pod pseudonimem Qlhead), nasuwa mi się kilka refleksji. Dwanaście utworów, z których dziewięć zadebiutowało wcześniej na albumie "Decay", dobrze broni się jako samodzielny muzyczny materiał. Są one logicznie poukładane i różnorodne, jak zwykle w przypadku tego kompozytora, który w zmyślny sposób łączy ze sobą różne gatunki muzyczne wychodzące poza terminologię: ambient, IDM, czy downtempo. Gdy Qlhead gra mroczne pady, włoski na przedramieniu stają dęba, a gdy generuje tłuste bity, ręka sama sięga, aby podkręcić gałkę wzmacniacza.

    Sugestywna, choć nie zawsze łatwa w odbiorze i definicji muzyka dobrze spełnia swoje zadanie. Nadaje się nie tylko na zgrabną ilustrację filmowych zdarzeń, może być również źródłem indywidualnych doznań estetycznych wysokiej próby. W interakcji z percepcją słuchacza skutkuje powstawaniem wielu pozytywnych emocji - bo przecież temu służy dobra muzyka.





link do muzyki Tomka



wywiad



wtorek, 21 lutego 2017

Half Light - Półmrok

 


 
  Podczas gdy zespól Half Light promuje swój najnowszy album "Elektrowstrząsy", trochę przekornie wracam do ich płyty z 2014 roku pt. "Półmrok". Okładka tego wydawnictwa trafnie odzwierciedla refleksyjny charakter nagranych piosenek. Są one próbą określenia rzeczywistości z pewnego dystansu, zapisem stanów emocjonalnych, po prostu - opisaniem życia w różnych jego przejawach. Przede wszystkim zaś, wyrazem pasji jaką jest komponowanie i granie muzyki. A ta, definiowana jako electro-rock, skierowana jest do szerokiego kręgu słuchaczy. Może powtórzę znany truizm, ale od zawsze ludzie najchętniej słuchali właśnie piosenek. I tu panowie z Półmroku wychodzą (niejako na światło dzienne) naprzeciw takiemu zapotrzebowaniu. Proponują inteligentne teksty, śpiewane z nienaganną dykcją przez Krzysztofa Janiszewskiego, oprawione znakomicie zmiksowaną i soczyście brzmiącą muzyką. Cały urok gry na syntezatorach Piotra Skrzypczyka i Krzysztofa  Marciniaka na gitarze polega na intuicyjnym, wzajemnym uzupełnianiu się. Podczas gdy Cristobal czaruje słuchaczy, a może bardziej słuchaczki, czystym, w pełni zrozumiałym głosem, twórcy akompaniamentu zadbali o skuteczną, nowoczesną aranżację. Zresztą muzycy nigdy nie ukrywali swoich fascynacji, chociażby dyskografią zespołu Depeche Mode. Wiedzą co chcą przekazać i umieją to zrobić. Widać to na ich stronie internetowej,  w teledyskach. Więc chociaż nie jestem wielkim fanem piosenek i wolę ekspresję instrumentów, nie sposób zamknąć mi uszy na profesjonalne dokonania tria z Torunia.
strona zespołu 
zapowiedź płyty

niedziela, 12 lutego 2017

Tadeusz Grabowski - Światy niemożliwe

 

 
     W 2014 roku w Śląskim Planetarium premierę miał nowy spektakl pt. "Światy niemożliwe". Na stronach internetowych południowej Polski można do dziś przeczytać o autorach tego projektu i ich szlachetnym celu. Mnie jako melomana, zainteresował fakt, że autorem muzyki jest Tadeusz Grabowski, twórca pięknego albumu "Granica Snu". Jakiś czas później, dostałem od śląskiego artysty egzemplarz "Światów niemożliwych". Zafascynowany podówczas poszukiwaniem brzmień awangardowych, przesłuchałem płytę ze dwa razy i uznałem że nie mieści się ona w moim spektrum zainteresowań. Jest zbyt tradycyjna, pomyślałem i... odłożyłem ją na półkę.  W końcu postanowiłem na chwilę odetchnąć od niuansów syntezy i wrócić do świata harmonii. Płyta Tadeusza trafiła do odtwarzacza na dłużej.
   "Światy niemożliwe" to album koncepcyjny, ilustracyjny i jako taki dostosowany był pierwotnie do wizualnego przekazu. Można go jednak słuchać jako samodzielnej całości. Spięty klamrą utworów nawiązujących do misji Apollo, w pozostałych daje słuchaczowi większą swobodę interpretacji dźwiękowych zdarzeń. Oprócz wszechobecnych sampli, płyta wydaje się być zdominowana przez chóry ludzkich głosów. W końcu krtań nie bez przyczyny przez wielu uważana jest za najpiękniejszy instrument. Mamy tu więc stylizacje średniowieczne, orientalne, szamańskie i Tadeuszowi tylko wiadomo jakie jeszcze. W nagraniach brało udział prawie dwudziestu wykonawców, w tym prawdopodobnie większość chórzystów i wokalistka Claudia Grabowska, siostrzenica kompozytora, która śpiewa poprawną angielszczyzną. Więc oprócz elektroniki i chorałów, na płycie znajduje się trochę strawnego popu. Zapraszam na stronę artysty, gdzie można posłuchać fragmentów jego muzyki i kupić płytę.
Strona Tadeusza Grabowskiego
Apollo - muzyka z seansu "Światy niemożliwe" 

     Udało mi się sprowokować autora do ciekawych refleksji które pozwolił mi opublikować:

 "Z racji mojego wieku, instrumenty elektroniczne mnie niesamowicie fascynowały na początku lat 80., i śledziłem wszystkie nowości, analizowałem możliwości - wiadomo, że wtedy niewielu na nie było stać. Z biegiem czasu, nastąpił jednak regres brzmienia. Wyczerpały się możliwości koncepcyjne w instrumentach analogowych, później analogowo-cyfrowych. Producenci jedynie zdwajali głosy, dodawali reverb bądź delay, ale brzmienia źródłowe się nie zmieniały. Dlatego na początku lat 90. zainteresowałem się samplerami Kurzweil, AKAI, które oferowały nowa paletę brzmień. Kolejnym rozwinięciem stały się doskonałe brzmienia orkiestry klasycznej, do których mamy obecnie dostęp dzięki samplerom. Choć i ten rodzaj brzmienia się obecnie wyczerpuje.
Stąd wzięły się moje zmiany podejścia do muzyki elektronicznej, który Pan nazwał "zbyt tradycyjne", a one po prostu stanowią kolejne poszukiwania w tym oceanie dźwięków, który wbrew pozorom ma ograniczenia koncepcyjne (piła, trójkąt, prostokąt). Niestety, nowe instrumenty poza licznymi ułatwieniami, w sensie brzmieniowym niczego nowego nie wnoszą. Dlatego proszę mi wybaczyć moje stanowisko - ja robię muzykę elektroniczną, która może być odbierana jako tradycyjna, a ja jestem już krok dalej w poszukiwaniach".
Tadeusz Grabowski.


Tydzień temu odbyła się kolejna premiera w Planetarium Śląskim pod tytułem "Wokół księżyca", w której została wykorzystana muzyka Tadeusza Grabowskiego. Płyta ma się ukazać jeszcze w tym roku.

sobota, 11 lutego 2017

Władysław Komendarek





   
    W 1984 roku rozpadł się zespół Exodus. Wtedy chyba nikt nie przypuszczał, że jego klawiszowiec Władysław Komendarek stanie się żywą legendą polskiej muzyki rozrywkowej i rozpocznie znaczącą karierę. Nie mam tu myśli finansowych profitów, czy czołowych miejsc na listach przebojów. Chodzi mi bardziej o uznanie ze strony ludzi otwartych na ciekawą muzykę, czy zasłużone miejsce w narodowej kulturze. W 1985 roku ukazuje się debiutancka kaseta z solowymi nagraniami Władka, za jej tytuł posłużyło imię i nazwisko autora. Po latach, w 2014 roku, staraniami wytwórni GAD Records i jej szefa Michała Wilczyńskiego, zapis z kasety doczekał się reedycji kompaktowej. W środku cztery dodatkowe utwory i bogato ilustrowana książeczka. W niej, prócz fotografii autorstwa Władka, w wyborze Agnieszki Wilczyńskiej, wiele ciekawych szczegółów z życia artysty i wydarzeń towarzyszących powstawaniu muzyki. Ta zaś została pięknie zremasterowana przez  team z New Sun.
  Co można powiedzieć o pierwszych nagraniach Komendarka? W większości zrealizowane zostały przy pomocy osprzętu firmy Roland, co znacząco wpłynęło na końcowe brzmienie. Syntezatory Rolanda grają według mnie twardo i jeden Korg w zestawie nie zdołał zmiękczyć całości. Ale z drugiej strony, wczesny Komendarek grał melodyjnie i romantycznie, więc powstała z tego ciekawa wypadkowa. Szczególnie charakterystycznie brzmią podkłady perkusyjne, będące wynikiem eksperymentów Władka z rytmiką - chyba jego najlepszy znak rozpoznawczy w tamtych latach. W krótkich kompozycjach umiejętnie buduje nastrój i eksploatuje na przemian wątki dynamiczne jak i sentymentalne.  Można na chwilę się rozmarzyć. Muzyka która się nie zestarzała, dalej czeka na swoich nowych odkrywców. Polecam!
GAD Records