poniedziałek, 1 lutego 2016

Damian Koczkodon - Space Singularity

Niezmierzona otchłań kosmosu, narodzony i śmierć gwiazd, potężne i niezrozumiałe do końca procesy rządzące światem. Kompozycja "Space Singularity" to wyraz mojej fascynacji astronomią, astronautyką, nagrana w minimalistycznej manierze.

Nie ma tu lekkich melodii, jest za to dawka niepokoju, tajemniczości i zadumy nad niezwykłością przestrzeni...

   https://dikey.bandcamp.com/track/space-singularity

wtorek, 16 czerwca 2015

Vangelis - De Nuremberg à Nuremberg



      Nazwisko reżysera Fredericka Rossifa dobrze kojarzy się zwolennikom nagrań Vangelisa. Genialny grecki multiinstrumentalista pięknie ozdabiał jego dokumentalne, przyrodnicze filmy. Pod koniec życia Frederick pracował nad monumentalnym, blisko trzygodzinnym dziełem "De Nuremberg à Nuremberg".

   Obraz "Od Norymbergi do Norymbergi" opowiadający o latach 1936-1946, rozpoczyna zjazd NSDAP w Norymberdze, a kończy proces niemieckich zbrodniarzy wojennych w tym samym mieście już po wojnie. Sam reżyser nie doczekał premiery filmu. Vangelis i tym razem został poproszony o nagranie ścieżki dźwiękowej. Materiał muzyczny nie ukazał się w wersji oficjalnej i krąży po Internecie w formie bootlega. Zawartość tworzą 33 bardzo krótkie utwory. Czas ich trwania - od 16 sekund do niecałych 3 minut - nie pozwala na zbytnie rozwinięcie motywów i jest odmienny od większości dokonań muzyka. Dostosowana do specyficznej tematyki obrazów muzyka może stanowić prawdziwe wyzwanie nawet dla hard fanów Papathanassiou, przyzwyczajonych zazwyczaj do - bądź co bądź - subtelnych kolaży dźwięków. Pozytywny w treści muzycznej jest fragment "Hitler at Paris", może jeszcze "Nazi Europa"; pozostałe nawiązują klimatem do mrocznej przeszłości. Ilustracja filmowa rządzi się swoimi prawami. I tym razem muzyka została podporządkowana całkowicie treści widocznej na ekranie, stąd mnogość marszowych motywów perkusyjnych. Film jest dostępny na YouTube w kilku wersjach. Jednak opowiadanie o przemocy i zbrodniach w tak długich dawkach nie jest dla mnie zbyt strawne, więc skoncentrowałem się na dźwiękowym zapisie. Ten stanowi ciekawostkę i świadczy o elastyczności Vangelisa. Nie sądzę jednak, aby zdobył szersze zainteresowanie poza garstką wnikliwych badaczy twórczości autora.


wtorek, 18 listopada 2014

Pink Floyd - The Endless River



   Pink Floyd to dobry kawałek muzycznej historii. Zespół który w latach 70. zdobył wielką popularność i swoją muzyką sprawiał przyjemność wielu fanom. Sam pamiętam poszczególne analogowe płyty, ich okładki i niesamowite brzmienie. Jak pięknie kręciły się na dużych gramofonach,  a z zestawów hi-fi dobiegały wyrafinowane, akustyczne cudeńka. Tak, Pink Floyd to była potęga.  Ich gwiazda zaczęła blednąć po albumie "The Wall" i - szczerze mówiąc, następne ich płyty, jak i solowe projekty członków zespołu, nie wywoływały już we mnie większych emocji. Ale jeśli taka formacja wydaje coś nieznanego po latach, wzbudza to zainteresowanie. Na temat "The Endless River" szereg recenzentów wydało już wiele skrajnych opinii. Poddano wiwisekcji każdy utwór, oceniono kondycję i pobudki autorów... Niektórzy z cenzorów zapomnieli jednak, po co jest muzyka. Ma ona cieszyć serce. I ta najnowsza płyta Floydów, choć może i zawiera głównie ścinki starszej sesji "The Division Bell", stanowczo do śmieci się nie nadaje. Niesie ze sobą pewien rodzaj piękna. Mistrzowie kreowania nastroju dopisali. Relaksacyjna podróż w jaką zapraszają  Gilmour, Mason i Wright (ten ostatni jakby z zaświatów), przyniesie sporo miłych wrażeń. Nie będę zdradzał wszystkich niespodzianek, ale gdy usłyszałem głos Stephena Hawkinga - ikony świata nauki - pomyślałem: ten tu pasuje ;).  Instrumentalne perełki, jedna po drugiej, prowadzą do satysfakcjonującego finału.  Muzycy, choć w okrojonym składzie, wydobyli z próbnych zapisów wartościowe rzeczy. A że to wszystko już było? Cóż, niech ktoś sam zagra lepiej...  Album do wielokrotnego odkrywania.



niedziela, 9 listopada 2014

Tangerine Dream - Chandra



   Podtytuł albumu Tangerine Dream "Chandra" - The Phantom Ferry Part I z 2009 roku zapowiadał rychłą kontynuację pomysłu, co niedawno rzeczywiście miało miejsce. Takie marketingowe podejście świadczy o życiowej zaradności autora projektu lub jego nieujarzmionym potencjale. Co Edgar Froese proponuje słuchaczom w Part I? Dziewięć utworów inspirowanych historią SF, które mają zobrazować spotkanie istot z innego świata na powierzchni zimnej Grenlandii. Zgodnie z tą ideą, poszczególne kompozycje oddają klimat kolejnych wydarzeń; Dość zróżnicowane, od dynamicznego wstępu "Approaching Greenland At 7 pm" po całkiem spokojny, a nawet mroczny "The Unknown Is The Truth".  Froese czerpie swobodnie ze swoich wcześniejszych doświadczeń i proponuje z grubsza to samo co zawsze, tyle że w innym opakowaniu. O ile utwory nieujęte w rytmiczne klamry mogą zaciekawić, to te perkusyjne są już mniej strawne. Oczywiście zagorzałych fanów obecnego, grzecznego brzmienia T.D. to pewnie nie zniechęci. I ja nie mam takiego zamiaru. Jeżeli ktoś zaczął słuchać muzyki zespołu od płyt z lat 90., to jest to dla mnie zrozumiałe. Ja jednak oprócz 2-3 utworów z tego krążka, postaram się raczej jak najszybciej o nim zapomnieć, aby nie mieć ... chandry :).


sobota, 8 listopada 2014

Lunatic Soul - Walking On A Flashlight Beam



    Są dźwięki, których świetnie słucha się wyginając ciało w dyskotece, ale jest też i taka muzyka, która najlepiej dociera do odbiorcy wtedy, kiedy stworzy się jej do tego odpowiednie warunki. Najnowszy projekt Mariusza Dudy "Lunatic Soul - Walking On A Flashlight Beam" (2014) zdecydowanie zasługuje na pewne przygotowanie ze strony słuchacza. Należy poczekać do zachodu słońca i... zgasić światło. Gdy oczy są zamknięte, zwiększa się percepcja pozostałych zmysłów i wyostrza słuch.  Więc siedzisz lub leżysz w ciemności, a dobre słuchawki, czy też przyzwoity zestaw kolumn głośnikowych dostarczają ci niebanalnych wrażeń.  Mariusz Duda i jego przyjaciele naprawdę mocno się napracowali nad każdym utworem.  Co mnie osobiście zachwyca najbardziej - to właśnie te dopieszczone detale, ozdobniki, które rozpoczynają poszczególne utwory, lub spajają kolejne motywy rozwijającego się pomysłu. Po mistrzowsku kreuje nastrój, używając różnych, czasami egzotycznych instrumentów. Choć wielbiciele formacji "Riverside" doczekają się też bardziej rockowych emanacji,  to na całej płycie, zgodnie z autorskim przesłaniem, przeważa mroczny klimat.  I... słusznie ;). Żaden artysta nie żyje w całkowitym oderwaniu od otaczającego go świata, a polska rzeczywistość jest wyjątkowo masakryczna. Nie będzie więc specjalną niespodzianką, kiedy osobiste wynurzenia autora, przekute na minorową muzykę, spotkają się z przychylnym odbiorem tysięcy melomanów. Podoba mi się również głos Mariusza. Sposób w jaki śpiewa wskazuje, że to człowiek wrażliwy i przyjazny światu. Choć słyszymy angielski tekst, nawet ludzie nieznający tego języka, wyczuwają wszystkie subtelne emocje jakie towarzyszą przekazowi.
Spójne od pierwszej do ostatniej minuty dzieło, pozostawia słuchacza w stanie pozytywnego zachwytu. Dobre, bo polskie :).

 


środa, 5 listopada 2014

Gert Emmens, Ruud Heij - Signs


 
   Duet Gert Emmens i Ruud Heij jest już dobrze znany polskim fanom muzyki elektronicznej. Stało się tak, między innymi, dzięki kilkuletniej akcji promocyjnej, jaką prowadzi na ich rzecz Mariusz Wójcik. Oczywiście, muzyka broni się sama, ale z takim wsparciem na pewno łatwiej jest jej trafić do naszych odbiorców.  Wydany w 2014 roku album "Signs" jest jakby skokiem w nieznane. Artyści, do tej pory lubujący się raczej w wysmakowanych sekwencjach i ciepłych pasażach, postanowili nagrać bardziej mroczny materiał. Dlatego próżno tu szukać uwodzicielskich melodii i romantycznych, harmonicznych uniesień. Pięć dość długich utworów utrzymanych jest w konwencji zbliżonej do ambientu. Sporadycznie słychać fortepian, co potęguje jego chwilowe oddziaływanie, za to przeważa surowy, mroczny krajobraz - dźwięki przywodzące na myśl otchłań niezgłębionego kosmosu. Jest to zgodne z ilustracjami, które ozdabiają wydawnictwo. Akustyczne osobliwości generowane przez instrumenty wprowadzają w stan zadumy. Czas zatrzymał się w miejscu... Można poczuć się totalnie oderwanym od własnej rzeczywistości i ciała. Penetracja zimnych przestrzeni w poszukiwaniu śladu organicznego życia pozostaje do końca niewiadomą. Zdaje się być pretekstem do podróży dla umysłu gotowego uwolnić się choćby na chwilę z utartych kanonów odbioru tradycyjnych, melodyjnych struktur.  Czy zdecydujesz się wziąć w niej udział?

Vangelis - Spiral


   Rok 1977 był znaczący dla gatunku zwanego muzyką elektroniczną. Niektórzy krytycy kręcili nosem na komercjalizację, ale nie da się ukryć, że to właśnie wtedy mistrzowie klawiatur podbijali serca fanów komunikatywnością swojego przekazu, różnorodnością brzmienia i bogatą fakturą poszczególnych utworów. Jean-Michel André Jarre ze swoim "Oxygène" od grudnia 1976 roku sukcesywnie docierał poczynając od Francji do praktycznie każdego zakątka świata. Kraftwerk płytą "Trans-Europe Express" zdobywał kolejnych fanów, a Manuel Göttsching ze swoim zespołem wydaje kapitalną, dynamiczną "Blackouts".

  Czy Vangelis pozazdrościł komercyjnych sukcesów swoim kolegom? Tego nie wiem, ale zawartość albumu "Spiral" zaskakuje. Pięć różnych, niepołączonych ze sobą utworów, wysłuchanych jednym ciągiem ukazuje geniusz artysty. Każdy track ma swoją wewnętrzną dramaturgię, inne emocje, wszystkie jednak doskonale łączą przystępność dzieła z wirtuozerią wykonawczą. Tę swobodę i radość tworzenia słychać w każdej nutce. Mnogość sekwencji, perkusja, autorskie wokalizy i syntezator Yamaha CS-80 - wszystko to Vangelis wykorzystuje z naturalnym wdziękiem. Momenty melancholii przeplatane są optymizmem, którego jest zdecydowanie więcej. Pompatyczność - cecha, która na niektórych wydawnictwach greckiego muzyka jest momentami trudna do zaakceptowania, na "Spiral" jest dawkowana umiejętnie. O wielkiej popularności tego zapisu z Nemo Studios być może zadecydowały przystępne dla ucha melodie i miłe motywy, a może wszystkie zalety razem wzięte (?).
  Niezależnie od trafności takich ocen,  Evangelos Odysseas Papathanassiou płytą "Spiral" znacząco przyczynił się do popularyzacji syntezatorów i granej na nich muzyki. Do dziś dnia ma zagorzałych zwolenników swojego talentu, pilnie wyczekujących jego nowych nagrań.

sobota, 31 maja 2014

Tangerine Dream - Phaedra Farewell Tour 2014


  
    Gdy przeczytałem w tytule słowo "farewell" - pożegnanie, uświadomiłem sobie, że ta seria koncertów, może być ostatnią okazją do posłuchania na żywo i spotkania lidera legendarnej grupy Tangerine Dream. Zespołu, który przez wiele lat dostarczał słuchaczom wyrafinowanych muzycznych emocji i niebanalnych uniesień.  Blisko 70 letni Edgar Froese, wykazał dużo samozaparcia, chcąc - w tym bądź co bądź podeszłym wieku - uczestniczyć w kolejnym show. Za to należy mu się szacunek. W poniższym teledysku wymieniono daty i miejsca poszczególnych koncertów. Za kilka dni, w środę 4 czerwca, wewnątrz warszawskiej hali "Arena" na Ursynowie, polscy fani muzyki elektronicznej po raz kolejny zobaczą człowieka, który miał wielki wpływ na współczesną muzykę, będąc wzorem dla setek młodszych wykonawców. Od ciebie drogi Czytelniku tylko zależy, czy skorzystasz z tej sposobności i wzbogacisz swoją pamięć o ten historyczny moment....




poniedziałek, 28 kwietnia 2014

DigitalSimplyWorld - Cosmic Ocean First Contact

  

 
   Fabryka kolegi Jarka ze swoich wnętrzności wyemitowała w przestrzeń kolejny muzyczny produkt pt.: DigitalSimplyWorld - "Cosmic Ocean First Contact". Cóż można powiedzieć o tym projekcie?  Bydgoski kompozytor dostarcza swoim fanom muzykę raczej przewidywalną. Taki jest zresztą ambient: umowne klimaty, proste bity i dużo, dużo mroku. Chociaż początek płyty jest wyraźnie pompatyczny,  i pewnie stanowi odzwierciedlenie fascynacji DSW muzyką Vangelisa. Powiem szczerze, że tego typu propozycje nie wzbudzają we mnie od jakiegoś czasu większych emocji. Tej muzyce wyraźnie brak duszy, głębszych emocji.  Wiem że to jest celowe, i taka maniera, że można przypisać temu zgrabną filozofię (jej próbki można przeczytać na bandcampie gdzie dostępny jest omawiany materiał)...  Projekcja zimna niczym mentalność terminatora.  A kto by chciał leżeć koło stalowego cyborga? Hi Hi... No cóż, jednak każda potwora znajdzie swojego amatora, więc o zainteresowanie swoją muzyką, Jarek może być spokojny. Oceny są subiektywne. Zaznaczyć też trzeba, że sprawność rzemieślnicza: umiejętność klejenia dźwięków, miksowanie i wyczucie przestrzeni jest na poziomie profesjonalnym. Program Ableton, którego używa DSW, widocznie dodaje autorowi mocy do realizacji swoich dark vision.
PS: Ostatnio wysłałem demo mojego nowego utworu Jarkowi do oceny, stwierdził: "Spróbuj zagrać coś wesołego".  Ha, ha... No, Kosmiczny Ocean, też trudno zatańczyć.
  

środa, 16 kwietnia 2014

Cosmic Ground




  Dirk Jan Müller na co dzień jest klawiszowcem zespołu Electric Orange. Na bandcampie obiecuje ucztę dla miłośników psychodelicznej muzyki elektronicznej z lat 70. Projekt ma tytuł  "Cosmic Ground". Rzeczywiście. Wprawne ucho od razu pozna inspiracje Phaedrą, czy Rubyconem zespołu Edgara Froese. Jednak krzywdzące dla artysty byłoby twierdzenie, że jego propozycje to są kopie, czy klony powyższych tytułów, szczególnie mam na myśli utwory 3 i 4. Z ciekawostek jakie podaje autor na tej stronie, wymienić można hasło "No MIDI necessary" - miało on być pewnie magnesem dla sporej grupy fanów analogowych, soczystych brzmień. Dirk ujawnia też nazwy ponad 20 instrumentów jakimi dysponuje i tę ich moc wyraźnie słychać ;). A spis jest imponujący. Rozpoczynający album utwór" Legacy"  zawiera na początku wiele mroczności, które ustępują modulowanym basowym przebiegom. Rozpędzona maszyneria rozwija się coraz bardziej, aż do swojego spełnienia. Przydałoby się jeszcze jakieś bardziej wyrafinowane zakończanie tego 14 minutowego motywu... Kolejny pomysł to "Deadlock"  gdzie również po kilku minutach barw pełnych grozy, słuchacz dostaje solidną dawkę muzyki zapętlonej w dolnych rejestrach.. Po półgodzinnej porcji dynamicznych eskalacji i ciekawie budowanego napięcia, kolejne dwie kompozycje przynoszą więcej ukojenia.  Najdłuższy utwór, 33 minutowy "Ground" - wydaje się być dość oryginalny. Autor urozmaicił wstęp i resztę kompozycji, dodając muzyce więcej ekspresji, ale  jednocześnie zachowując towarzyszący całości klimat niepokoju, tajemnicy. I tu nie brak dźwięków pędzących niczym stado koni po łące i różnorodnych modulacji. Ale to słychać głównie na początku. Później, oprócz basowych orgii, jest okazja do przeżywania bardziej skomplikowanych emocji i ciekawszych dźwiękowych zdarzeń. Kontemplacyjna muzyka pobudzająca wyobraźnię. Podobnie jak ostatni "The Plague" gdzie ładnie gra melotron, pełna smutku urzeka swoją finezją.

poniedziałek, 3 marca 2014

Kayanis ‎– Where Abandoned Pelicans Die



    Co jakiś czas spotykam udane próby łączenia muzyki rozrywkowej, rockowej z tak zwaną muzyką poważną. Co wyróżnia pracę Kayanisa wśród innych tego typu projektów? No chociażby fakt, że to dzieło, mimo że opisane i śpiewane po angielsku, jest wynikiem pracy polskich artystów. Płyta "Where Abandoned Pelicans Die" (2007) choć kierowana do wszystkich słuchaczy, najszybciej spodoba się smakoszom i koneserom, ale każdy może podjąć to wyzwanie i bez uprzedzeń zanurzyć się w świecie dźwięków proponowanych przez urodzonego w Słupsku kompozytora. Widzę ku temu co najmniej kilka powodów: całość ma charakter koncepcyjny, dopracowany w każdym szczególe, spójny i przesycony odpowiednią dawką rozłożonych w czasie emocji. Piosenek i akcentów rockowych jest stosunkowo niewiele, natomiast słychać dużo orkiestracji, motywów melodyjnych oraz przyjaznych uszom harmonii... Autor postawił na subtelności charakterystyczne dla muzyki klasycznej. Syntezatory, na których gra Lubomir, pełnią tu rolę służebną - rolę nienarzucającego się tła. Wyraźnie natomiast podkreślono kobiece parte wokalne i solówki klasycznego instrumentarium. Jeżeli towarzyszą im gitary i perkusja, to są wzmocnieniem zbudowanego już klimatu, jego logiczną konsekwencją. Przeważające minorowe nastroje ostatecznie co jakiś czas są ocieplane... Ciekawie brzmi ten eklektyzm: elektronika, rock, chórki, trochę rozmachu i nostalgiczne skrzypce Marty Lizak. Kayanis stosunkowo rzadko wydaje płyty; za to dostępne są one na różnych platformach. Odsyłam więc do jego internetowej strony, życzę wielu uniesień, oraz  nietuzinkowych przeżyć przy słuchaniu tej ambitnej i pięknej muzyki..   


czwartek, 27 lutego 2014

Robert Fripp - Love Cannot Bear


   Każdy meloman zna to nazwisko. Robert Fripp, lider legendarnej grupy King Crimson, jest ważną i barwną postacią w świecie muzyki rockowej. Świetny gitarzysta, realizował swoje projekty z wieloma znanymi artystami. Poświęcono temu wiele artykułów, więc ciekawych takich zestawień, odsyłam do Wikipedii, lub obszernej literatury fachowej. Nie sposób też nie wspomnieć o mnogości nieoficjalnych nagrań koncertowych, krążących wśród fanów. Rzeczywiście, Fripp skutecznie realizuje się w kontakcie na żywo ze słuchaczami, prezentując nie zawsze lekką w odbiorze, ale często piękną muzykę. Do takiej pozytywnej emanacji jego talentu, należy zaliczyć niewątpliwie amerykański koncert z 2005 roku wydany na płycie "Love Cannot Bear".  Kolejna edycja z serii krajobrazowych, wyjątkowo ciepła propozycja. Pierwsze czterdzieści minut zapisu, to seria syntezatorowych padów, gęstych i jednolitych w budowie fraz. Muzyka wywołuje różne skojarzenia, unosząc słuchacza w jemu tylko znane rejony wyobraźni... Relaksacja przetykana solówkami o barwie fortepianu, pełna niedopowiedzeń i subtelności. Można mieć wrażenie zawieszenia w czasie i przestrzeni. Po tej czysto elektronicznej propozycji, Robert wyciąga gitarę i poziom emocji ulega podwyższeniu. To co ujmowało fanów King Crimson, wraca w kolejnej transformacji. Tego po prostu należy posłuchać. Prawdopodobnie Robert Fripp po to się urodził, aby cieszyć grą na swojej gitarze tysiące ludzi. Kolejnym przyjemnym akcentem jest wprowadzenie do zestawu wydobywanych dźwięków,  przekształcanego przez elektronikę ludzkiego głosu. O ile to możliwe, jest jeszcze przyjemniej. Po tych humanistycznych akcentach, końcowe ornamenty to ponownie smutna, przejmująca muzyka elektroniczna. Nostalgia wylega z każdej nutki, zostawiając słuchacza w przyjemnym zasłuchaniu.. Balsam dla duszy, nic dodać, nic ująć. Polecam!



sobota, 15 lutego 2014

Duda & Rudź - Four Incarnations



  Wydawać by się mogło, że Krzysztof Duda i Przemysław Rudź są wystarczająco znani melomanom i nie potrzebują dodatkowego wsparcia w postaci mojego komentarza... A jednak pomyślałem sobie, że w czasach, gdy odbiorca zalewany jest mnogością treści nijakich, taka ciekawa perełka jak 'Four Incarnations", może zostać szybko przykryta kolejną warstwą muzycznego szlamu.  Patrząc na sprawę z geograficznego punktu widzenia, rencontre tych dwóch panów było nieuniknione. Gdynianin Krzysztof Duda, organista, od wielu lat tworzący ciekawą muzykę elektroniczną, jest ciągle niedocenianym i zbyt mało znanym polskim  kompozytorem. Odsyłam więc czytelników do niedawno utworzonej o nim  notatki na Wikipedii. Przemek Rudź, z pochodzenia elblążanin na stałe osiadły w Gdańsku, ma w sobie dużo dynamiki, pasji i chęci tworzenia; nie tylko muzyki. Napisał kilka książek popularyzujących astronomię, przewodniki, jest urodzonym gawędziarzem wrażliwym na zło otaczającego nas świata.... Co mogło powstać w wyniku zetknięcia się talentu spolegliwego Krzyśka z renesansowymi ciągotami Przemka?



   "Four Incarnations" jest albumem koncepcyjnym, który można różnie  interpretować. A to jako etapy rozwoju larwy, albo alegorię ludzkiego życia poprzez dzieciństwo, okres dojrzewania, aż do starości. I w takim kontekście należy odbierać rozpoczynający całość długi utwór 
.  Bardzo spokojny, wręcz snujący się leniwie motyw, który przeradza się w relaksację.  I słusznie, bo okres dzieciństwa to przede wszystkim rozwój swojego ego, czysta karta młodości, którą może zapełnić na wiele różnych sposobów. Jednak dalsze nagrania zdecydowanie różnią się od wstępu.  jest już bardziej złożoną strukturą. Obok zapętlonej osobliwości, pojawia się rytm i całkiem przyjemna melodia. Gra ją oczywiście Krzysiek Duda, wlewając w nią swoiste ciepło. Natomiast powtarzalne tło podlegające niewielkim modyfikacjom jest bliskie fanom muzyki elektronicznej.  W 1984 roku na płycie "E≠mc2"  Marek Biliński w tytułowej suicie zastosował podobny pomysł. Na planie jednorodnego ciągu, pojawiają się ozdobniki niczym znaki na drodze.  Ciekawe. to trochę mroczna impresja. Pięknie wyeksponowano w niej organy, które nadają muzyce koturnowy, specyficzny  klimat. Jakby więc dla kontrastu i odpoczynku, następny   totalnie odpręża. Gitara  Rafała Szydłowskiego, wisienka na torcie,  idealnie  wplata się dialog z syntezatorem. Kapitalnie się tego słucha. Gdybyśmy  mieli Pogram III PR w starym dobrym stylu i składzie, red. Jerzy  Kordowicz zrobiłby z tego przebój. Nagrali się w nim wszyscy, dając popis ładnego stylu.  Kończący płytę
jest mi jakby znany. Mimo iż nieopublikowany na żadnym nośniku, był chyba kiedyś prezentowany w Studiu Nagrań. Dobra puenta do pomysłu przyjaciół. Mieszanka emocji, atrakcyjne brzmienia, głębia... Znowu rzec można: dobre, bo polskie ;). Kiedy spytałem Przemka, czego się nauczył od Krzyśka, powiedział:  "Czuje tę jego subtelność i pietyzm w tworzeniu aranżu, melodii; żeby nie przesadzić - złoty środek". Tak trzymać! 

środa, 9 października 2013

Klaus Schulze - Timewind


 
     Dość długo czekałem z recenzją tego bardzo lubianego albumu Klausa Schulze. Wydany w 1975 roku "Timewind" przyciągał oko spektakularną okładką i wkładką, gdzie widniały dość niesamowite i mroczne grafiki Urs Ammana. Na wielkim kartonie opakowania analogowego placka anorektyczne anioły wykonywały dziwny taniec.. Krajobraz z wewnętrznego obrazka,  rodem z horrorów, lub katastroficznych filmów SF, pobudzał wyobraźnię zanim jeszcze czarny krążek trafił na talerz gramofonu. Świetny chwyt marketingowy, tak poza nawiasem. KDM w opisie  dwupłytowego wydania z 2006 roku stwierdził, że "Timewind" jest najbardziej znaną, rozpoznawalną pozycją w dorobku artysty. I nie ma się co dziwić. Zawartość nie ustępowała opakowaniu, kreśląc przed słuchaczami odważne wizje. Światy Klausa Schulze wciskały skutecznie w fotel.  Niemiecki kompozytor zaproponował dwa długie, prawie półgodzinne spektakle, które na wiele lat przysporzyły mu gorących fanów. Co było w nich tak pociągającego? Rozmach, unikalna atmosfera? Pewnie tak. Z perspektywy prawie 40 lat, można by zlekceważyć wartość tego materiału.  Można się czepiać pewnej jednostajności, monotonni, która przez wiele minut mogła wystawić cierpliwość mniej doświadczonych słuchaczy na próbę. Ale chociaż Schulze stawiając ramy swojemu dziełu, stał się w pewnym sensie niewolnikiem jego ograniczeń,  nie można odmówić tej muzyce piękna.  Utwór "Bayreuth Return" - nawiązujący tytułem do  miasta w którym Richard Wagner wybudował Teatr Operowy, jest dość jednorodny w klimacie. Spektakularne efekty dźwiękowe,  modulowane wysokie częstotliwości testujące granice ludzkiego słuchu, moim zdaniem są emanacją siły witalnej Klausa i próbą wprowadzenia słuchacza w podziw. No cóż... W trosce o uszy zdarzało mi się słuchać tej suity z otwartymi ustami :).  Mimo niewielkich przegrupowań, BR ma swój scenariusz z opadającym i unoszącym się napięciem i zaskakującym zakończeniem, które z pewnością zniszczyło niejeden wysoko tonowy głośnik. Autor muzyki dodatkowo zwrócił uwagę melomanów na drugi utwór "Wahnfried 1883", udostępniając na okładce graficzny diagram przedstawiający nakładanie się instrumentów w trakcie trwania tej kompozycji. Jej nagranie zajęło podobno tylko dwie godziny pewnego letniego wieczoru, między 22-gą a północą. Nieźle!  Poetycka zawartość robi wrażenie do dziś....  Klaus wspiął się tu na wyżyny swoich zdolności kreowania minorowego nastroju, mniej szafując efektami, a bardziej skupiając się na wprowadzeniu słuchacza w stan pewnej melancholijnej zadumy.  Spotkać można w internecie opisy ciekawych doznań odbiorców tego utworu  z pogranicza quasi religijnej ekstazy. No, ale to inna historia. Ta, opowiedziana przy pomocy syntezatorów ARP 2600, Odyssey, Elka String i kilku innych, broni się skutecznie i bez grafomańskich popisów.  Materiał z bonus disc wydania release zawiera 3 utwory. Rozbudowaną wariację Bayreuth Return, przedstawioną tu jako "Echoes of Time" (38 minut), z dłuższym i ciekawszym wstępem, oraz dwoma krótszymi fragmentami: Solar Wind  (12:35) i Windy Times (4:57). Ciekawe to kawałki, choć w tym limicie czasowym zostawiają uczucie lekkiego niedosytu.  Przez wiele lat płytę Timwind dedykowaną Wagnerowi uważałem za najlepsze dokonanie Klausa. Potem przestałem się bawić w takie zestawienia, koncentrując się na szukaniu piękna. I chociaż ta muzyka jest chłodna niczym światło księżyca w pełni, to jej niezaprzeczalny urok trwa, trwa i trwa...




czwartek, 3 października 2013

Jean-Luc Ponty: Live



               Postać francuskiego wirtuoza elektrycznych skrzypiec, jakim jest bez wątpienia  Jean-Luc Ponty jest już na świecie dobrze znana. Komponujący co najmniej od 1963 roku, wydał wiele fascynujących płyt. Dość reprezentatywny i może jeden z lepszych, jest nagrany na żywo album "Jean-Luc Ponty: Live" wydany w 1979 roku. Materiał pochodzi z serii koncertów jakie Ponty odbył w USA rok wcześniej.  Kilka utworów znanych już z wcześniejszych płyt, zachwyca jazz-rockową witalnością, swobodą wykonania i bogactwem brzmień. Szczególne ciepło bije z melodyjnych "Imaginary Voyage: Part III", czy "Mirage".  Nie wiem co bardziej w nich podziwiać - wirtuozerię artystów, doskonałe zgranie poszczególnych muzyków, czy po prostu urzekającą konstrukcję utworów? Cały materiał jest przemyślany i zgrabnie przygotowany. Sentymentalne melodie, porywające solówki i zgrabne dynamiczne zacięcie perkusisty mieszają się w miły dla uszu feeling, potężną dawkę  pozytywnych emocji. Jean - Luc nie boi się też eksperymentów.  Proponuje słuchaczom  utwór "No Strings Attached" będący w istocie pokazówką, co można osiągnąć poprzez modyfikowanie dźwięków skrzypiec przy pomocy różnorodnych efektów i pogłosów. Przy aplauzie publiczności tworzy niesamowite akustyczne zjawiska. Impressionnant! Dynamiczny "Egocentric Molecules" będący pewnym rozwinięciem poprzednika, jest już bardziej klasyczny w formie, choć nie brakuje w nim wysokich emocji. W końcu to podsumowanie całości. Podkreślić też trzeba dużą rolę syntezatorów we wszystkich utworach. Gra na nich sam Ponty, oraz Allan Zavod. W ich programowaniu pomógł Allan Gelbard. Od strony technicznej, ta płyta to perełka. Mistrzowski mastering wydobywa moc dźwiękowych niuansów, które ucieszą nawet najbardziej wybrednych melomanów.  Pasja obok której nie wolno przejść obojętnie!

 

środa, 2 października 2013

Klaus Schulze - Dune



  W świetle większości pojawiających się obecnie płyt z tradycyjną muzyką elektroniczną, album Klausa Schulze "Dune" zdaje się być bardzo ambitnym projektem. "Wydma", wydana pierwotnie w 1979 roku, zawierała po obu stronach czarnego, analogowego krążka, dwie kompozycje: refleksyjną, tytułową pół godzinną suitę, oraz bardziej dynamiczną propozycję: "Shadows Of Ignorance". W reedycji z 2005 roku dodano bonusowy track "Le Mans". W uszach wyrobionego muzycznie słuchacza i dziś, po 35 latach, "Dune" brzmi wybornie! Zainspirowany znaną książką SF Franka Herberta, Klaus Schulze przy wypełnianiu dźwiękowej przestrzeni daje próbkę swojej dużej wrażliwości. W suicie "Dune" aż roi się od wszelakich subtelności i niedomówień. Zaproszony do współpracy wiolonczelista Wolgang Tiepold swoją grą wprowadza do utworu akcenty melancholii, niepokoju, pewnego odrealnienia... Wspólne pasaże obu muzyków, podkręcanie emocji na coraz to bardziej wyrafinowane poziomy estetycznego patosu, to chyba najbardziej wartościowe fragmenty dzieła... Zadumana muzyka dla koneserów brzmień niespokojnych, aczkolwiek głębokich w zamyśle.  
   Kolejna suita "Shadows Of Ignorance" jest popisem trzech artystów, bo do powyższych dochodzi wokalista Artur Brown. Nie znam jego wcześniejszych nagrań, ale w otoczeniu syntezatorów Klausa Schulze bez wątpienia odnalazł swoje miejsce.  Nieskomplikowana poezja autorstwa Klausa którą przyszło deklamować Arturowi ma swój urok. Na tle monotonnego, ale fascynującego, transowego beatu, głos Artura jest pełen emocji, brzmi bardzo różnorodnie. Raz deklamuje kwestie niczym nawiedzony prorok, innym razem miękko śpiewa o miłości... Towarzysząca temu wiolonczela, kilka warstw instrumentów, masa efektów - to naprawdę może się podobać. Monumentalne i trochę ekstatycznie rozważania o życiu we frapującej, akustyczno-elektronicznej oprawie są idealne na długie, jesienne wieczory.
  Dodatkowy utwór "Le Mans" niestety odstaje od powyżej opisanych. Trafiono z czasem nagrania, bo to mniej więcej ten sam okres, ale jakość techniczna nie powala. Ot, słaba taśma koncertowa.. Również eksperymenty rytmiczne znane z płyty  ...Live... nie posiadają tej siły przebicia, co studyjne zapisy.  Po prostu fragment historii.  Nie umniejsza to jednak wartości całości. "Dune" to lektura obowiązkowa dla każdego, kto twierdzi że lubi klasyczną muzykę elektroniczną.




wtorek, 1 października 2013

Władysław Komendarek - Przebudować tę prymitywną cywilizację




  Rok temu, w dniach 29-30 września 2012 roku odbył się w Pruszczu Gdańskim Festiwal Muzyki i Sztuki "Robofest". Podczas tej uczty dla miłośników muzyki elektronicznej, spotkałem wraz z moim kolegą Mariuszem Wójcikiem znanego polskiego muzyka - Władysława Komendarka.  W zacisznym pokoju hotelu "Pod Lipami" przegadaliśmy w trójkę wiele nocnych godzin. Fragmenty tego spotkania w formie wywiadu rzeki, za zgodą Władka Komendarka prezentujemy poniżej. Wywiad będący rekonstrukcją kilku plików mp3 nie ma wyraźnego początku ani końca, ale zawiera wiele ciekawych dla melomanów faktów z życia legendy polskiej muzyki. 

   Damian Koczkodon: Władku, rozmawialiśmy na temat Exodusu i tej innej płyty, która podobno (jak Jacek Ciołek mówił)  jest lepsza niż "Najpiękniejszy dzień". Jaki był tytuł tej płyty?

Władek Komendarek: Tytuł tej płyty "Nadzieje i niepokoje". Materiał zrobiony w latach  1977/78. To była nasza pierwsza taka od  serca, skomponowana suita  przez zespół…

Damian: Ten materiał wydany jest na płycie długogrającej?

  Władek: Jest to materiał wydany na płycie. Wydała to firma "Metalmind", w jednym pudełeczku 5 naszych płyt i jeszcze plus płyta DVD... Jeszcze z 10% naszego niewydanego materiału, Andrzej Puczyński ma w swoim domu. Może coś z tego będzie. Już tak 80-90% materiału jest normalnie wydanych na płytach.

Damian: Powiedz mi, bo ja sam zaczynam trochę tworzyć, w jaki sposób Ty komponujesz nową rzecz? Ja  mam  całą gamę wirtualnych syntezatorów, klawiaturę i  się do tego ograniczam. Z tego, co wiem, Ty cały czas używasz realnych instrumentów, tak? Czyli np. siadasz i grasz frazę na fortepianie i szukasz w tym natchnienia?

 Władek: Zacznę od początku, jak to się robi na dzień dzisiejszy, bo różne fazy miałem przez tyle lat twórczości i różnie to robiłem. Ale jeśli chodzi o ten czas, jak ja teraz to robię, to wygląda to następująco: podłączone są prawie wszystkie instrumenty do kolumien aktywnych, i po prostu siadam, gram cokolwiek mi do głowy przyjdzie, gram na tych instrumentach, i to wszystko jest rejestrowane w dobrej, jakości 24 bity próbkowanie 44,1khz. I co ja z tym dalej robię? Tnę na kawalki, które mi się nie podobają, wyrzucam, i robię selekcję tego wszystkiego. I później usiłuje to posklejać, ale oprócz sklejania dodaje jeszcze tak zwane "ślady", których może być około 7-8, dogrywam wokale, wiesz.. i nawet czasami robię odwrotną operację jak tradycjonaliści, tzn: najpierw nagrywam sam wokal, a do tego wokalu dostosowuje się sekcja. Czyli na odwrót. I to jest dobra metoda, bo przypadkowo takie rzecz można fajne zrobić, które nigdy nie wyjdą tradycyjną metodą. Bo kiedyś zaczynałem inaczej, jakieś tam bębenki, sekcja, później jakieś podkłady, plamy, akordy itd., i melodyjka na końcu jakaś tam, tematy, improwizacja na końcu, ale teraz stosuje metody odwrotne. Próbuje pomóc swojej inwencji nietradycyjnej, a takiej, która na dobre mi wychodzi przy twórczości. Powiem jeszcze jedną ciekawostkę: czasami stosuję odwrotne strojenie instrumentów. To znaczy: gdy na instrumencie gra się do góry klawiszami, to wiadomo, że dźwięk do góry się podnosi, a w Waldorfie, czy Accessie mogę zrobić tak, że dźwięk odwrotnie będzie: im bardziej do góry, tym bardziej na dół schodzi. A gram tradycyjnie. I wtedy przypadkowo takie fajne różne rzeczy się dzieją.

Damian: A Twój ulubiony zestaw instrumentów?

Władek: Tak... Mój ulubiony zestaw, który ma bardzo dużo możliwości, a przy pomocy Minimooga, można programować w o wiele szybszym tempie wszystko, to jest na pewno: Waldorf, to jest na pewno Access, cała seria Nordów, System 100 Rolanda, taki analog SH-101 który kiedyś raz już sprzedałem, ale po 5 latach powiedziałem: muszę to mieć, bo jednak pożałowałem… Jest dostęp do jego kreacji w każdej chwili suwakami, a po drugie mogę nim sterować przez system midi przechodząc z gniazd cv-in, gate-in, trigger- in, na taki konwerter ktory zamienia na midi system i mam taką puszkę, konwenter, która przekształca to... Nie ma problemu, SH101 napędzić współczesnymi sekwencerami, sterować…




Damian: Masz propozycje dla producentów, które warto byłoby, aby uwzględnili…

Władek: Tak jest! I marzę o tym żeby przyjaciele moi, bo ja nie jestem tak biegły w angielskim, choć techniczny trochę znam - marzę o tym, aby zaprzyjaźnieni ludzie mi pomogli, bo jednak o pewnych wadach nawet okrzyczanych instrumentów kultowych trzeba mówić, nie trzeba się bać tego. Odnośnie Minimooga Voyagera to mogę coś na ten temat powiedzieć. Krótko powiem: jest koncert o godz. 17., wiadomo, ja aparaturę przywożę 5-6 godzin wcześniej…

Mariusz Wójcik: To się wszystko musi rozgrzać….

Władek: Tak, rozglądam się po klubie gdzie jest gniazdo prądowe, jak jest gniazdo prądowe to już jestem spokojny, bo mogę to wszystko rozkładać, i od razu pod napięcie włączać wszystko. Dobrze… Zamontowałem sprzęt, i co robię? Tyko jeden z instrumentów, który posiadam wymaga strojenia, czyli Minimoog Voyager. Inne nie wymagają, jak je się włączy jest 440Hz. I jaki jest problem… Włączę Voyagera, nastroję go według tego  malutkiego elektronicznego  Korga i pięknie - jest 440hz, dobra…. Idę wyluzowany na wypoczynek przed koncertem do tak zwanej garderoby, przychodzę przed koncertem, na scenę, gram… A tu ćwierć tonu, lub ponad ćwierć tonu Minimoog nie stroi. To jest niedopuszczalne wśród profesjonalistów grających na scenie. To jest przegięcie. W studio to jeszcze przejdzie, jest czas, chociaż teraz się za studia płaci. Za godzinę ileś tam… To jak ktoś już poświęci 3 minuty na to, aby sprzęt nastroić, to już jest strata czasu. Ja strasznie nie lubię straty czasu. Dlatego kiedyś taki utwór powstał „Kupcy czasu”. Chciałbym wymyślić taką ideologię: kupujemy czas – a marnowanie czasu to jest dla mnie wielka choroba.. Coś z ludźmi jest nie tak, cywilizacja jest niedoskonała i dobrze byłoby taką ideologię wprowadzić. No, ale, co chciałem powiedzieć, – że co do Minimooga Voyagera jest taka uwaga i to powiedziałem. Przechodzimy do innych… Access – bardzo udany instrument, wszystko pięknie, nie zawiesza się, nie jest podatny na obniżanie napięć, na wyłączanie nagle, itd., - przetestowałem to, czasami mam u siebie brak napięcia, odpowiedniego 230 Volt w krótkich odcinkach czasu. Co jest czasami szkodliwe, Access podoba mi się, tylko jest jeden feler. Przy intensywnej pracy kompozytora Access mechanicznie choruje. Średnica gałek, których człowiek dotyka zmienia parametry. Po kilku latach mogą zejść nawet o 2-3 milimetry. Następuje reakcja wydzielanego tłuszczu z reki i potencjometr traci średnicę. Po kilku latach może zostać sam metal :). To nie podoba mi się w Accessie, tak nie mam zastrzeżeń, jeżeli chodzi o jego możliwości. Natomiast Waldorf ma sporo błędów. Konstrukcyjnie jest fajny przemyślany, tylko kółko, którym się parametry wybiera ma średnicę dla… 3 letniego dziecka ;). Ale to nie jest sprzedawane dla 3 letnich dzieci, tylko dla profesjonalistów.




Mariusz: To takie szczegóły, ale istotne szczegóły…

Władek: Tu jest naprawdę niedobrze. Przegięcie i producent ponosi za to odpowiedzialność, nie ja, bo mi tylko przypadkowo te błędy wychodzą przy pracy. Jak jest 300 barw zanotowanych na Waldofrie, bo Waldorf nie może więcej barw pomieścić, tylko te 300 masz, to musisz je przerzucić, jest odpowiednia metoda przez midi itd. Jak przerzucę to, to wyobraźcie sobie, że jak wpisuję barwy zrobione rok temu, następne 300 i chcę wpisać je do Waldofra, to nie wymazuje mi 20 % tych starych barw, co siedzą. Każdy inny instrument, który mam Supernowa II, Minimoog Voyager  itd.– im to nie przeszkadza, że flash jest zapełniony czy nie…

Damian: Wspominałeś, że używasz mikrofonu Rode…

Władek: Tak, całe życie kocham, to może jest taka choroba.. Kocham przetworzone głosy ludzkie, bardzo kocham melodykę robioną wokalnie. Uważam, że muzyka elektroniczna musi mieć życie. Głosy i chóry  ludzkie, to jest moja fascynacja, i każdy praktycznie mój instrument ma vocoder, każdy… Z tym, że to są różne odcienie i każdy instrument inaczej brzmi i ja to robię. I oprócz tego mam jeszcze takie małe pudełka Electro-Harmonixa, które też przetwarza w dużym stopniu glosy ludzkie Naprawdę, tych brzmień to są tysiące, i to żeby zrealizować na jednej płycie, no, to jest, co robić.

Damian: Czyli w Twoim komputerze drzemią jeszcze bardzo ciekawe pliki muzyczne i wokalne, które będą się nadawały do dalszej obróbki…

Władek: Tak jest, tak jest, tak jest… Nauczyło mnie życie, że czasami, jak człowiek ma cierpliwość, to właśnie w nocy się to robi od godziny 00, najlepiej do 3-4 nad ranem – najlepsza pora. Ale  gorzej jest jak słowiki w maju dają czad od 22  do 4 rano, tylko w maju, i wtedy praktycznie nie mogę się tak skupić dobrze, bo one mają jakiś okres godowy i to jest takie ciekawe itd...

Mariusz: Ale one chyba tak nie przeszkadzają?

Władek: Nie – przeszkadzają, bo ja nie wiem czy to z syntezatora się wydobywają czy od  słowików… Pomimo iż okna są zamknięte, to taki sound mają… ta częstotliwość taka jest, że ona dochodzi bez przeszkód…

Mariusz: A czy potrafiłeś nagrać to i wykorzystać?

Władek: Oooo. To od razu Ci powiem. Przymierzałem się do tego 7 lat, ale z lenistwa tego nie nagrałem. Natomiast w tym roku (2012) to nagrałem, i muszę Wam powiedzieć taką ciekawostkę: Najlepiej nagrywa się to od 2 w nocy do 6 rano, bo przecież obwodnicę mam niedaleko domu, to najmniejszy hałas, ale powiem Wam, co zauważyłem przy współpracy, przy w ogóle procesie nagrywania… Słowika zarejestrowałem, jednego tam zauważyłem, na czubku  drzewa siedział i dobra.. Zarejestrowałem go. I odtwarzam. Wiesz, on spokojnie sobie siedzi, widzi i słyszy co się dzieje i odtwarzam.. Z odtwarzacza leci to (tu Władek imituje ptasi świergot), a słowik to słyszy i przemieszcza się z drzewa na drugie drzewo, za trzy sekundy kolejne drzewo. Jak kończę (odczyt), to on nic nie robi, jak puszczę znowu - to znowu się przemieszcza.

Mariusz: Co to było?

Władek: A bo on szuka….

Mariusz: Dźwięków szuka?

Władek: Albo dźwięków albo.. Jakaś samica… Nie wiem. On jest zdezorientowany, on nie wie, co się dzieje. Bo sound mam dobry, to jest zawodowe próbkowanie…

Mariusz: Tak jak z pszczołami, są zakłócenia jakieś w odbiorze tych komunikatów?

Władek: Tak, tak..

Damian: I ptaszek się myli?

Władek: Tak mi się wydaje…

Damian: Chciałem poruszyć temat wczorajszych koncertów. Bo ten Wasz koncert był całkowicie spontaniczny… Przyjechałeś tu, jako gość…

Władek: Przyjechałem tu, jako gość, tak, sobie zobaczyć… Jacek Ciołek mnie zaprosił. Nigdy w takiej roli nie byłem, żaden organizator mnie nigdy na koncerty nie prosił w sensie luzu, że mogę sobie z ludźmi pogadać na luzie, bo jak ja gram koncert, to ja nie mogę sobie pogadać. Nie dla tego, że ja tępię ludzi, dziennikarzy, tylko, dlatego, że obowiązek mój jest po koncercie, bo dbam o ten sprzęt, kable… To się zwija niecałe 2 godziny, wiecie, a później mam luz, a później to kierowcę wynajmuję, to pogania mnie, że jedziemy, że jedziemy. No i tak... Nigdy czasu… A tak mogłem sobie na luzie pogadać. Żadnych stresów, żadnych kabli, żaden system MIDI mnie nie interesuje, czy jest komunikat MIDI czy nie...

Damian: I przyszedłeś wczoraj na luzie, a tu się okazje, że…

Władek:, Że wysiadłem w Pruszczu, Jacek mnie pakuje do samochodu. Jacek za 20 minut mówi mi: Ty, ja mam taki pomysł… Marcin Kulwas przyjechał sam, bo partner powiedział w ostatniej chwili, że nie będzie mógł brać udziału w tym… I tak mi nadmienił czy ja…. Wiesz, trzeba z Marcinem pogadać, nigdy w takiej roli nie byłem.. I tak krótko żeśmy z Kulwasem uzgodnili, że możemy tworzyć muzykę świeżą, na żywo, i w sumie zgodziliśmy się na to, zaakceptowaliśmy i tak pojechałem.. Naprawdę uwierzcie mi: Nic nie było ustalane, czy tonacja E-moll…itd.




Mariusz: To było fajne, nie widać było, że to improwizacja, tak do końca…

Władek: Tak, bardzo dobrze, że poruszyłeś ten temat…, O co chodzi… Wiadomo, że "jammy" to się gra, to jest improwizacja duża, szaleje ktoś tam przez 10 minut czy 15, popisuje się, jakie możliwości ma, ale nie wiem czy można to było nazwać improwizacją, bo przecież konkrety harmoniczne tam graliśmy. Naprawdę, to tak wychodzi jakby w chałupie było przygotowane. Czasami się mnie ludzie pytają; Czy Pan się czasami nie przygotował do tego koncertu w Otwocku, co pan grał… Do ostatniej chwili nie wiedziałem człowieku, co ja będę tam grał… Bo ja widziałem mury, na mnie działa światło, kolory, atmosfera działa… Jak zagrałem na próbie, żeby dźwięk ogarnąć, zbadać – Deep Purple "Dziecko w czasie", to do mnie ten organista zawodowy, co tam był mówi: Ty to będziesz grał?. Nie… ja tego nie będę grał, tylko próbę robię. Oni myśleli, że ja będę "Dziecko w czasie" grał:   (tu Władek wokalizuje znany szlagier) a ja próbę robię, ja gram inne rzeczy… Ale… Do ostatniej chwili nie wiem…




Mariusz: To jest wszechstronność….

Władek: Jak gram koncerty, często do ostatniej chwili nie wiem, co będę grał. Czasami ludzie myślą, że ja głupków z ludzi robię. A tak naprawdę, jak widzę, że atmosfera inna na Sali jest to i mózg się przestawia, normalnie repertuar się zmienia, co innego się chce robić, wiesz…

Damian: Jest ta chemia?

Władek: Tak, tak… tak jak Kukiz kiedyś powiedział, że energia idzie od ludzi do niego, ja się z tym całkowicie zgadzam, bo publika podbudowuje artystę, a artysta jeszcze bardziej się podbudowuje i to się taka dzieje.

Mariusz: Interakcja…

Władek; Wiecie, jak to się czasem dopasują dwa obwody o tej samej częstotliwości, jak ja kiedyś Steve Schroyderowi powiedziałem: Ty masz każdy klawisz pomalowany na inny kolor, jesteś lepszy ode mnie, bo pracujesz na częstotliwości 44.8, a ja na 48,6. Dlaczego? Bo ja mam tylko na jeden kolor pomalowane klawisze. 

Damian: Jeszcze chciałbym do Przemka Rudzia wrócić, bo nagraliście jedną ciekawą płytę… I Przemek jest cały czas pozytywnie nastawiony do tego i mówi, że jakby taka była kiedyś okazja, to może by ten temat pociągnąć dalej… Zresztą, widzę, że jesteś otwarty na innych muzyków…




Władek: Ja ci powiem: każda osobowość indywidualna, która ma coś do powiedzenia, to jest mile widziana. Najgorzej jak ktoś nie ma (nic) do powiedzenia, ale co będziemy o Tym mówić. Mówimy o ludziach, którzy mają otwartą głowę i nie są zahamowani w niczym... W niczym nie są zahamowani… Nie dyktuje im RFM-FM co mają grać (ogólny śmiech). Bo może być za klika lat, że mnie tam umieszczą, że ja słucham ich… To wtedy będzie bardzo ciężko... To trzeba już prawnika załatwiać, już trzeba go przygotowywać...

Damian: To się wytnie :)

Władek: Nie, niech to leci w eter, ja się tego nie (boję)...

Damian: I oto w tym chodzi, to nie ma być sztampowe: Dziennikarz przychodzi i pyta:

Mariusz: Czym Pan się inspiruje?

Damian: A ptaszki ćwierkają (ogólny śmiech)

Damian: Czy wyobrażasz sobie w życiu robić coś innego? Nie masz pasji stolarza?

Władek: Nie… Wiesz, jaką mam pasję? Przebudować tą  prymitywną cywilizację i skończyć z całym tym globalizmem, gdzie mamona jest bogiem. Ale to jest bardzo ciężki temat. Najlepiej się od tego odizolować, a mieć swoje poglądy… Kiedyś telefon dostałem stacjonarny, i jakiś człowiek mówi tak: Proszę Pana, my sprzedajemy broszurki broni itd
Ja na to: Wie Pan, ja Panu coś powiem… Pan się pomylił. Bo u nas jest rok 23386, dni mamy 781, i doba trwa 187 godzin. To nie ta planeta!
Gość delikatnie – Dziękuję, przepraszam...

Mariusz: Władku – zupełnie inną bajkę poruszę. To mnie zawsze intrygowało. Żaden z dziennikarzy specjalnie nie drążył tego tematu. Jak to było z początku? Etap szkoły, technikum na przykład. Jak to się zaczynało…, Czyli czego słuchałeś?

Władek: Od razu mówię: Mając 14 lat, wiadomo, już w Anglii to się zaczęło, rok 1962,…

Mariusz: Luxemburg?

Władek: Tak. Luxembrurg. Pamiętam takie czeskie radio lampowe Tesla, czarne, w taboreciku okrągłym stało. I pamiętam jak parę razy spadło z tymi lampami… Ja słuchałem do godziny 4 Luxemburga zawsze.. Zawsze…. Do szkoły wtedy chodziłem zmęczony, spałem i słuchałem tego Luxemburga i wiedziałem, co tam się dzieje… Beatlesi, Procol Harum… "Bielszy odcień bieli"… Jak pierwszy raz to usłyszałem to łzy mi leciały….

Mariusz: Do tej pory to kultowy kawałek…

Władek: Tak, tak. I powiedziałem, że muszę mieć te organy Hammonda, muszę mieć... Ale nie miałem… Wiecie, co zrobiłem żeby go zastąpić? Odkurzacz podłączałem do  czeskiej harmonijki ustnej, bo tam trzeba było dmuchać przez ustnik i grałem na tym. No… brzmienie harmonijki ustnej to nie jest Hammond, ale tak próbowałem grać... Ale wtedy jeszcze nic nie miałem własnego, tylko na fortepianie grałem klasycznie. Ale grałem na rytmicznej gitarze, ale fortepianu akustycznego nigdy nie było dobrze słychać, bo ja miałem całe ręce we krwi, bo ja robiłem glissanda aż krew leciała…Bardzo energicznie, szybko człowiek grał, i chciał być słyszany w kapeli, bigbitowej, ale nie dało się, bo nie było jeszcze techniki takiej, aby nagłośnić fortepian. Jakiś mikrofon miałem  piezoelektryczny malutki, który miał straszne pasmo do przenoszenia i potem na gitarze rytmicznej grałem, chciałem nawet grać solówki na gitarze, ale zrezygnowałem, bo tak wtedy pomyślałem: nie, nie nadaję się do tego, skupię się na klawiszach… Ale na rytmicznej gitarze mogłem grac w kapeli….

Mariusz: Exodus, Exodus… Jak to było z Exodusem? Pierwsza płyta… Czym właściwie się inspirowaliście, bo wtedy nie było tego za dużo?

Władek: Jak w klubach graliśmy, to Puczyński zawsze woził magnetofon i słuchaliśmy pierwszej twórczości Queen – oni inaczej wtedy grali…

Mariusz: Pierwszy to był taki okres metalowy, hard-rockowy przepraszam…

Władek: Tak, słuchaliśmy wtedy Yesów, ELP, King Crimson, jeszcze Moody Blues, ojej to jest kopalnia…. Na stronie internetowej to jest tego masa powypisywana. Z tego, co ja znałem i słuchałem. Była taka kapela brytyjska, która specjalizowała się w coverach. Bardzo ładnie im te covery wychodziły. Ona się specjalizowała w identycznym odtworzeniu tego, co ktoś zrobił. To jest moim naprawę wielka sztuka – odtworzyć Beach Boysów przebój „Vibratiions” – tak jak oryginał! Ten zespól nazywał się Barron Knights. To byli mistrzowie, nie znam drugiej takiej  grupy, co tak podrabiała dobrze w owym czasie kapele wtedy popularne.

Mariusz: Ale w Exodusie to te płyty były do siebie stylistycznie podobne, to był taki rock progresywny w słowiańskim ujęciu.. To nie było a’la Genesis, tam była słowiańskość w tej muzyce. A wy byliście bardzo oryginalni, w pewnym sensie jak na muzykę młodej generacji, pamiętajmy, że coś takiego było…

Władek: Było, było, kilka kapel na początku do tego należało… Tam były…

Mariusz: Tak, i tam były: BANK…

Władek: Mech, Kombi, Krzak

Mariusz: Cytrus, nie wiem czy pamiętasz.. Laboratorium, Ogród Wyobraźni, nie wiem czy pamiętasz?

Władek: Tak, tak, pamiętam.. Ełk..

Mariusz: RSC…

Władek: Jak ja odszedłem z Exodusu, dwóch z Ogrodu Wyobraźni zasiliło go.

Mariusz: To są zupełnie zapomniane historie, jednak wiem, że Piotr Kosiński w swojej audycji "Noc Muzycznych Pejzaży", przypomina takie płyty, rarytasy…

Władek. No… Ogród Wyobraźni to Metalmind wydał, taśmę jakąś mieli i wydali… Pomimo iż dwóch nie żyje z tej kapeli, ćpanie narkotyków itd.było…

Damian: Miałeś jakieś propozycje wskrzeszenia tego…

Władek: Ja Ci powiem – miałem dwie osoby zaprzyjaźnione, które chciały na tym zrobić jakiś tam interes. Może nie interes, tylko może….

Damian: Na bazie sentymentu?

Władek: Tak… Ale i tak muszę wznowić to.. Byłem nawet u Puczyńskiego w tamtej sprawie, przy okazji też z nim porozmawiałem o tych tematach. Andrzej dał zgodę na to, ale jeśli chodzi o grę Wojtka i Andrzeja, to nie są zainteresowani tym żeby grać. Mają swoje firmy itd. Jak tam jakieś nagranie 4 minutowe, to chętnie mogą tam sobie zagrać…




Damian: Ale do całej płyty, to trzeba się zebrać, posiedzieć…

Władek: Zebrać.. A po drugie, musi być menadżer. My mieliśmy menadżera, jaki był, taki byl i  przekręt później wymyślił zrobił, pod koniec... Ale kilka lat się pracowało, i on siedział nad tym, telefony wykonywał… Nie wyobrażam sobie, aby pięciu ludzi utrzymać, jak menadżera się nie ma…. Bo jak sam to sam, ja sobie dobiorę muzyków, perkusistę i ładnie jest. Bo człowiek nad tym panuje. A jak 5 ludzi, wokalista i wszystko, to wiesz… To naprawdę musi być menadżer, który robi trasę  itd. Były przymiarki, ale ja powiedziałem – Nie będzie człowieka poważnego do tego – chodzi o menedżerkę, organizację, to się za to w ogóle nie biorę… Chociaż sporo ludzi chce, aby się to wznowiło…

Damian: Bo Exodus to już jest jakaś legenda....

Władek; I tak by się nowe rzeczy tworzyło. Z i innymi muzykami nie ma problemu. Tylko muzykom trzeba byt zabezpieczyć… Start by był dobry. Co innego jakbyśmy od początku zaczynali, ale Exodus istniał 8 lat. Tylko wskrzeszenie i robienie nowych rzeczy. O to chodzi… Jest łatwiej, łatwiej się startuje, niż ludziom, którzy nic nie robili i od początku debiutują… Ale jak jest, tak jest, ja nie będę czekał, robię swoje. Zawsze przypominam Exodus w swoich koncertach. Ostatnio na początku daję im.. taką historyjką 10  minutową.

Damian: Wspominałeś King Crimson. Ja pamiętam koncert w Kwidzynie, parę lat temu, i tam te wstawki Crimsonowe też były… Takie bardzo ostre..

Mariusz: Podobno Epitafium w Twoim wykonaniu było… Nie słyszałem tego..



Damian: Ja słyszałem na własne uszy…

Władek: Tak, tak… z dziesięć minut to trwa…

Mariusz: Czy to jest rzeczywiście improwizacja totalna?

Władek; Nie, nie… Na YouTube jak są pokazane okładki, to końcowa faza Epitafium jest umieszczona z solówką na Nordzie

Mariusz: Chciałbym to w całości usłyszeć…

Władek: A…. W całości to na koncercie.

Mariusz: A propos King Crimson… Wyobrażasz sobie Damian, wersję „schizofrenika”...

Damian: W wykonaniu Władka (tu wybełkotałem jakiś zamiennik, ale wiedzieliśmy o co chodzi)?. Jak najbardziej….

Władek: Ja mam nagranie zawodowe.. Ja na pewno to znam…

Mariusz: Ale na klawiszach jakby to wyglądało….

Władek.. No wiesz.. Ale ja używam własnego języka.

Damian: Trzeba żyć pasją…

Władek: Pieniądze też są ważne, ale powiem Wam szczerze, mnie nic nie interesuje, mnie interesują narzędzia żeby były dobre, które w szybkim tempie zrobią dużo, i żeby tu, w głowie było dużo. To jest dla mnie najważniejsze, a to czy ja będę miał samochód za 270 dolarów  czy za 100 tysięcy funtów, mnie to w ogóle nie interesuje. Ale lubię jeździć takimi samochodami, przyjaciel z Łodzi, taki prowadzi…

Damian: Wczorajszy „Robofest” był bardzo potrzebny do integracji ludzi….

Władek: Tak, tak, dobrze mówisz…

Mariusz: Muzyków i ludzi… Takich jak my. Pasjonaci się zebrali, nieprawdopodobne iskrzenie
nastąpiło. Tego nie ma…

Damian: Bo nie ma tylu ludzi, którzy by chcieli się bawić w organizowanie tego…

Władek: Tak, tak…

Mariusz: Ale łączy nas nieprawdopodobna sprawa, taki kod, magiczny kod, który rozumiany jest tylko między nami.

Władek: Bo ktoś z boku usłyszy i nic nie zrozumie.