Co kilka lat, niejako odpoczywając od klasycznych elektronicznych kompozycji, zataczam kolo, wracając do moich ulubionych płyt z progresywnym rockiem. "Drama" nagrana przez zespól Yes w 1980 roku, jest dość nietypowym albumem supergrupy. Nagrali ją w unikalnym składzie. Bez bardzo znanych członków jak Jon Anderson czy Rick Wakeman. Zastąpili ich utalentowani muzycy The Baggles - Geoff Downes grający na klawiszach i wokalista Trevor Horn, całkiem zgrabnie naśladujący styl Andersona. Choć zmiany personalne były w Yes dość częste, ta modyfikacja wydaje mi się wyjątkowo udana. Jak gdyby świeża krew pomogła muzykom wydobyć z siebie to, co najlepsze. Wydano pierwotnie sześć dynamicznych kompozycji które zadziwiają swoim rozmachem. Nie wiem co bardziej podziwiać: spektakularne solówki jakie tworzy Steve Howe; perfekcyjny bas Chrisa Squire'a, czy wirtuozerię Geoffa Downesa... Niesamowite zgranie wszystkich uczestników sesji słychać dobrze zarówno w tych podstawowych fragmentach, w bonus trackach dołączonych do późniejszych wydań, czy na udanej trasy koncertowej. Ciekawe są dokumenty ze wspomnianego tournee dostępne na YouTube. "Into The Lens" szybko spodobał się prezenterom radiowej III ki, i przez wiele lat jego fragment stanowił podstawowy przerywnik odtwarzany podczas listy przebojów. Jeśli dołożyć do tego ciekawe teksty, chociażby z "Machine Messiah" - trudno przejść obok tej muzyki obojętnie. Rządzi tu werwa, maestria w połączeniu z atrakcyjnym brzmieniem i pomysłowością. Jedna z tych płyt, które nigdy się nie starzeją.
czwartek, 28 czerwca 2012
środa, 27 czerwca 2012
Emerson, Lake & Palmer – Trilogy
Druga polowa lat 70. Początki mojej muzycznej pasji. Wizyta u przyjaciela, na gramofonie Bernard kreci się czarny winyl ELP Trilogy z 1972 roku. Dobrze nagrzany wzmacniacz Kleopatry i słuchawki klasy Hi Fi. Wspólnie wsłuchujemy się w zawartość płyty, pełnej kontrastów, dysonansów i ... niesamowitej mocy. Koturnowe wstawki, atakowanie słuchacza kakofonią, falami brzmień cokolwiek agresywnych i na przemian... delikatnych. Te odżywcze amplitudy dostarczają wrażeń niebanalnych, a ich skala jest szeroka, typowa dla ówczesnej rockowej maniery. Ogień prawdziwy tryska czasami spod palców tych trzech sympatycznych panów. Choć od wydania tej muzyki minęło już 40 lat, dalej mnie on zachwyca. Gdy dawno temu poznawałem tę muzykę; nie wnikałem w jej techniczne niuanse, nie wiedziałem wtedy że te wirtuozerskie solówki Keitha Emersona wykonywane są na Moogu, a The Sherriff zawiera przekleństwo perkusisty Carla Palmera. Liczyła się witalność płynąca z każdej minuty krążka, tworzenie niesamowitych historii, akustycznych perełek. To obok Brian Salad Surgery; chyba najbardziej dopracowana płyta tercetu. Godna polecenia każdemu koneserowi.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Genesis - Trespass
Szczerość emocji jest głównym czynnikiem który pociąga mnie ku tej pięknej muzyce. No i cudowny głos Petera Gabriela, rzecz jasna. Płyta Trespass z 1970 roku, pierwszy ważny album Genesis, powala siłą ekspresji. Jeśli brać pod uwagę późniejsze standardy, jest fatalnie nagrany technicznie. Nie stanowi to jednak problemu dla prawdziwych fanów, którzy poddając się misternie splecionym opowieściom, skupia się bardziej na treści, zawartości utworów, niż na niuansach tłoczenia czy stanu studia w którym nagrano te piosenki. Dźwięki, choć mam czasami wrażenie ze wychodzą z beczki czy studni, ułożono obok siebie według pewnej wizji. Peter śpiewa jakby świat miał za chwile się zawalić, a jego koledzy uparli się, że ich instrumenty dorównają mocą i natężeniem ekwilibrystycznym popisom wokalisty i flecisty. Te pojedynki doprowadzili później do perfekcji. Na Trespass podoba mi się właściwie wszystko w każdej sekundzie, a szczególnie wzrusza historia zabarwionej na czerwono White Mountain, u podnóża której dochodzi do dramatycznej walki toczonej przed dumne zwierzęta. Zresztą... Moc talentu Gabriela nadaje duże znaczenie jego słowom i gdy śpiewa ze chce pić, chciałoby się poszukać go z butelką... Dopóki żyję, ta ciepła muzyka będzie mi towarzyszyć i unosić, unosić, unosić ...
jak ja nie lubię tej francuskiej klawiatury ech...
niedziela, 10 czerwca 2012
Manuel Göttsching - Die Mulde
W 2005 roku Manuel podarował melomanom kolejną perełkę ze swojego studia. Chociaż główna zawartość "Die Mulde" jak i kończąca ją suita "HP Litte Cry" nie zaskakuje niczym nadzwyczaj nowatorskim, to słucha się tego doskonale. Muzyk bazuje na tworzeniu odpowiedniego klimatu przy pomocy dość dziwnych,chwilami może nawet topornych dźwięków. Te celowe działania skutkują efektami zaskakująco pozytywnymi dla ucha i organizmu słuchacza. Göttsching - twórca doskonałych relaksacji, wręcz transowych seansów, hipnotyzuje długimi strumieniami monotonnych, zapętlonych akustycznych form. Idealna pozycja do słuchania tej muzyki to leżenie na wznak z zamkniętymi oczami, lub w ciemności. Taka konsumpcja sączącej się leniwie ze słuchawek kompozycji, przypomina odrealnioną podróż w innym wymiarze. Odcina niepotrzebne zmysły i uruchamia wyobraźnię. Obrazy jakie wywoła muzyka z "Die Mulde", w każdym przypadku mogą być inne, zależy to od indywidualnych predyspozycji odbiorcy i jego wrażliwości. Dla mnie jest dość intymnym przeżyciem. Niemniej, jestem pewien że uniwersalność emocji proponowana przez Manuela, jest do zaakceptowania przez więcej niż tylko wąską grupę zwolenników jego dokonań. Takie słuchanie kojarzy mi się z czytaniem wciągających książek. Szkoda tylko, że ta pasjonująca muzyka mająca swoje spełnienie w część Zerfluss, w końcu cichnie... Wspomniany na początku deser "Litte Cry" bardzo się różni od pierwszych 40 minut płyty. Niektórzy nawet uważają że jest niepotrzebny. Ale po jakimś czasie i ta muzyka, luźne gitarowe wtręty, może przypaść do gustu. Tym bardziej że jest dziełem znakomitego instrumentalisty, który jak mało kto udowadnia swoją sprawność i subtelność.
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Anne Clark - Unstill Life
Miałem poważny problem z wyborem pierwszej płyty Anne do recenzowania, bo właściwe podobają mi się wszystkie jej nagrania. Płyta Anne Clark - Unstill Life z 1991 roku, jest siódmą dużą płytą w jej dyskografii. Ta angielska poetka i autorka wielu oryginalnych piosenek, zdobyła uznanie swoją dość ekscentryczną twórczością wśród publiczności bardziej wymagającej,niż bezkrytyczni przeżuwacze popu ;). Wiersze, mające korzenie w niespokojnych czasach punk rocka (ale zdecydowanie bardziej dojrzałe), i doskonała oprawa instrumentalna bazująca w dużej mierze na wykorzystaniu brzmień syntetycznych, tworzą nową jakość w muzyce rozrywkowej. Poezja Anne Clark nie traci nawet przy prymitywnym tłumaczeniu przy pomocy Google translatora. Jej treścią jest obserwacja otaczającego świata, jego szczególnych przejawów, niepokój oraz inne, osobiste stany ducha autorki. Ciekawe że brzmienie kontrabasu, skrzypiec, wiolonczeli i elektroniczny akompaniament znakomicie podkreślają charakter wypowiadanych słów. I to zarówno, gdy przepełniają ją negatywne emocje (pierwsze kompozycje), jak i wtedy, gdy swoim silnym, bardzo sugestywnym wokalem przekazuje treści zdecydowanie optymistyczne. Jednym z najbardziej porywającym jest "Empty me", czy "Abuse" gdzie Clark wprowadza monodeklamację ze szczególną ekspresją. Na "Unstill Life" towarzyszy artystce kilku mniej znanych mi instrumentalistów. Ale wykonali razem z liderką, kawał dobrej roboty. To ten rodzaj muzyki, która długo się nie nudzi.
piątek, 1 czerwca 2012
De Coy: Śpiew klasyczny to moja miłość i niezrealizowane powołanie
Kasia Rakowska jest piosenkarką w zespole Fading Colours. Zwrócił na nią moją uwagę Mariusz Wójcik, który ma nosa do dobrej muzyki. Postanowiłem więc rzucić okiem na jej profil na Facebooku. Ładna kobieta, pomyślałem, i dałem sobie trochę czasu na oswojenie z dokonaniami Fading Colours. Okazało się, że Mariusz miał rację, muzyka zespołu, jak i solowe nagrania De Coy, są naprawdę warte uwagi. Zadałem więc Kasi De Coy trochę pytań:
D.K.: Używasz scenicznego pseudonimu De Coy. Angielski przymiotnik "Coy" oznacza między innymi: skromny, nieskory, cichy, nieśmiały. Czy któreś z tych określeń pasuje do Ciebie, czy to przypadek?
De Coy: Nazwa "De Coy" na nic logicznego przetłumaczyć się nie da. Zwłaszcza, ze owo: "coy" poprzedza nic nie znaczące: "de". Nie jestem - wbrew pozorom - ani nieśmiała, ani cicha, ani nawet skromna... Żadne z tych określeń do mnie nie pasuje.
D.K.: Tak też i sobie myślałem w cichości ducha, ale wolałem się upewnić :). Fading Colours - zespół w którym śpiewasz, wpisywany jest w konwencję rocka gotyckiego, dark wave czy też muzyki alternatywnej. Co zadecydowało że "odnalazłaś" się w tych, a nie innych klimatach?
De Coy: Absolutny przypadek zadecydował o tym, ze zaczęłam wyrażać się poprzez tę konwencję. Zanim powstał "Fading Colours", a wcześniej " Bruno the questionable" nie miałam wiele wspólnego z tymi stylami. Owszem, sporadycznie słuchałam audycji nieznanego mi jeszcze osobiście Tomka Beksińskiego, ale bez większej atencji. Moim żywiołem był jazz i muzyka klasyczna. Od dziewiątego roku życia występowałam z zespołem na scenie. Nie można wiec powiedzieć, ze byłam zupełną nowicjuszką, ale moja inicjacja wokalna, muzyczna, miała zupełnie inne źródła....
D.K.: Twój mąż Krzysztof Rakowski i jego brat Leszek, są głównym organizatorem Castle Party, dużego festiwalu na którym oprócz Waszego zespołu gościło już mnóstwo wykonawców, również tych szerzej znanych: Clan of Xymox, Anne Clark czy nasz Riverside. Koncerty odbywają się nieprzerwanie od 2003 roku. Mam w związku z tym kilka pytań. Interesuje mnie pewien fenomen psychologiczny z nim związany. Przyjeżdża na niego sporo młodych ludzi, cokolwiek dziwnie ubranych. Jak uważasz, czy jest to poza, chęć bycia częścią jakiejś społeczności, subkultury, wyrażenia pewnych wspólnych idei? Jaka jest Wasza publiczność?
De Coy: Przede wszystkim należy sprostować: moim byłym mężem był Leszek Rakowski, a nie Krzysztof, który jest głównym pomysłodawcą i organizatorem CP. Nasza publiczność przede wszystkim rekrutuje się z kręgów słuchaczy muzyki niezależnej, alternatywnej, czy jak ja tam zwał. Niekoniecznie jest to ta grupa ludzi, którą zwykło się określać mianem Gotów. Szczerze mówiąc, zawsze dziwiło mnie określanie tego, co gramy, mianem gotyku. Myślę, że takie błędne nazewnictwo wzięło się stad, iż naszym pierwszym recenzentem, a zarazem popularyzatorem w Polsce, stal się Tomasz Beksiński; autor audycji zawierających sporą dawkę tego rodzaju klimatów.
D.K.: Porozmawiajmy trochę o samej muzyce. Każda kolejna płyta Fading Colours jest trochę inna. Bardzo to miłe, bo widać że zespół się rozwija i nie jest nudno. I'm scared of... zawiera cover Depeche Mode "Clean". Trochę mnie to zaskoczyło, nie wiem czemu, ale wykonanie jest świetne, więc nie myśl że się czepiam. Jedną z piosenek zagrała też Anne Clark. Fascynująca artystka, uwielbiam jej płytę "Unstill Life" Jak doszło do tej sesji?
De Coy: "Unstill Life" jest też moją ukochaną płytą... Współpraca z Anne Clark to efekt naszej wzajemnej fascynacji, sympatii i po prostu znajomości na gruncie prywatnym. Anne bez zbędnych ceregieli nagrała z nami jeden utwór. Była to z jej strony prosta uprzejmość i chęć pomocy nam w promowaniu płyty. Bardzo jesteśmy jej za to wdzięczni. Kontakt z Anne utrzymuję do dzisiaj.
D.K.: W waszej muzyce jest coraz mniej rockowych gitar, a coraz więcej syntezatorów, co mi się oczywiście podoba. Jednocześnie mam wrażenie, że brzmienie zespołu choć trochę już inne, nic nie traci na mocy. Jakiej muzyki słuchasz z mężem, gdy nie nagrywacie swojej?
De Coy: Nie mam już męża... A jeśli chodzi o słuchanie muzyki, to słucham jej głównie w aucie. To jest tak, jak w tym powiedzeniu, ze "szewc bez butów chodzi" ... słucham niewiele. Jeśli już, to jest to muzyka z lat 90., czasami, jak mam nastrój to psychodelic trance, stara Patti Smith, Pj Harvey, czasem Adele, Amy... Nic szczególnego. Jeśli mnie coś zafascynuje, słucham tego na okrągło aż do znudzenia...
D.K.: To tak jak ja :). W roku 2004 wydajesz swoją solową płytę "Pleasure For Nothing" która jak mi się wydaje, programowo zawiera łagodniejszy materiał. Możesz powiedzieć o niej trochę więcej, oraz o współpracy z Rudolfem Świerczyńskim?
De Coy: Dlaczego programowo? Akurat przy tej płycie niczego nie planowaliśmy, ani nie zakładaliśmy. Wszystko, ale to absolutnie wszystko z mojej strony było improwizacją i tym samym olbrzymią dla mnie frajdą. Z Rudolfem trochę się rozjechaliśmy. On został w Warszawie, a ja wyjechałam do Bielska. Ale wiem, ze przyjdzie taki moment, kiedy powiemy sobie: teraz! I nagramy kolejną płytę. To tylko kwestia mobilizacji.
D.K.: Niezależność od dużych wytwórni i zobowiązań pozwala na swobodę w planowaniu i nagrywaniu. Czym można wyjaśnić (jeśli wypada zadać mi takie pytanie) blisko sześcioletnią przerwę w działalności wydawniczej zespołu?
De Coy: Blisko 10 letnia przerwę :-). W tzw. międzyczasie wydałam płytę solową pod szyldem De Coy. Ta przerwa, to efekt podpisania kontraktu z małą niezależną firmą, a co za tym idzie, bardzo nienapiętej atmosfery współpracy. Mówiąc kolokwialnie: zwykłego lenistwa i braku zewnętrznego ciśnienia i dyscypliny.
D.K.: O.K. W 2009 Fading Colours powraca na rynek z płytą - (I had to) Come. Dużo syntezatorów i... pojawia się męski wokal w takich dziwnych pomrukach. Fajna płyta: nowe brzmienia, dynamika, mocne basy, dużo kombinacji. Pracy w studio pewnie było nad nią co niemiara. Odnoszę wrażenie, że został materiał dopasowany do występów live... Zgodzisz się z opinią że jest na nim sporo ciężkiego transu?
De Coy: Tak. Trans to nasze właściwe oblicze, jeśli chodzi o współczesny FC. Następna płyta jednak będzie zupełnie inna....
D.K.: Co ma oznaczać lampa na okładce płyty "Come"?
De Coy: Wolałabym tego tematu nie poruszać. Niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie. O takie niedomówienie nam chodziło...
D.K.: Na YouTobe są Wasze teledyski live z 2010 roku gdzie z niesamowitą ekspresją śpiewasz "Lorelei" (Lublin, klub Graffiti, 9.03.2010). To piosenka z I'm scared of... Czyżby najlepiej odbierany utwór zespołu?
De Coy: Trudno powiedzieć. Nie należy do moich ulubionych. Wole "Eveline", "Colours" czy "Clean" wspomnianego DM... Na pewno jest dynamiczny i melodyjny, oraz dość łatwy do zaśpiewania :-).
D.K.: Mówił Ci ktoś może już, że masz "operowy" głos i powinnaś się przekwalifikować? ;)
De Coy: Mam momentami taką klasyczną manierę ze względu na to, ze ten gatunek muzyki wiele lat wcześniej, a także w trakcie trwania zespołu, uprawiałam. Występowałam również w zielonogórskim kabarecie ;-). Śpiew klasyczny to moja miłość i niezrealizowane powołanie. Musiałam w pewnym momencie dokonać trudnego wyboru: zespół albo śpiew klasyczny. Nie da się z powodzeniem uprawiać jednego i drugiego. Po wielu latach zrezygnowałam z klasyki na rzecz zespołu.
D.K.: Czym zajmujesz się gdy nie śpiewasz i nie słuchasz muzyki? Masz czas na inne pasje? Może czytasz książki albo uskuteczniasz wycieczki do egzotycznych krajów?
De Coy: Jestem normalną, przeciętną osobą. Mam dwoje dzieci... Lubię czasem pojechać jeepem w góry i upaprać się w błocie. Bywa, że nurkuję, bądź próbuję innych ekstremalnych form spędzania wolnego czasu. Czytam, podróżuję, oglądam filmy. Od roku moja pasją jest bieganie.
D.K.: Hmm... Moją pasją od paru lat jest myślenie o bieganiu ;). Czy możesz zdradzić moim czytelnikom, czego można się spodziewać w tym roku na Castle Party? Kogo planujecie zaprosić?
De Coy: To pytanie do Krzysztofa, on się tym zajmuje.
D.K.: Rozumiem. Czego można się spodziewać po Tobie i zespole w przyszłości? Macie jakieś plany co do nowych nagrań?
De Coy: Mamy w planach nagranie kolejnej płyty. Ale póki co, nie mamy jasno określonych terminów. Zresztą wszystkie objęte warunkami umowy dawno przekroczyliśmy :-). Daniel, mój partner w zespole, ma w tej chwili inne priorytety, a ja cierpliwie czekam, aż poukłada swoje sprawy. Jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze mogę powiedzieć: kończymy tę przygodę! I nic takiego się nie stanie....
D.K.: Życzę wszystkiego dobrego i dziękuję za wywiad.
De Coy: Ja również.
środa, 30 maja 2012
Ashra - Blackouts
Czasami chciałbym cofnąć się w czasie i obejrzeć moich ulubionych muzyków podczas tworzenia swoich najlepszych płyt. Do takich zaliczam album Ashra - Blackouts z 1977 roku. Manuel Göttsching był wtedy w znakomitej formie. Świetnie sobie radził w studio, programując sekwencje i wplatając w nie typowe, będące jego znakiem rozpoznawczym, gitarowe improwizacje. Kompozycje mają mocno transowy charakter, oparty na nieustannych powtórzeniach motywów. Muzyka stopniowo unosi się wyżej i wyżej... Tak sobie czasami myślę, że Manu powinien ubezpieczyć swoje palce, jak np. znane modelki nogi ;). Bo prawdziwy skarb ma w tych rękach, którymi wyczarowuje piękne pasaże i bardzo ciepłe barwy z dostępnego mu w tym czasie instrumentarium. Malowanie dźwiękiem trwa przez cały czas trwania muzyki, a jej rockowy charakter nie przysłania cennych niuansów jakie wychwyci uważny meloman. Piękne utwory pieszczą uszy pastelową elektroniką. Gitarowa improwizacja w tytułowym Blackouts, wywołuje ciarki biegnące po plecach. Najdłuższa suita Lotus 1-4, przez błogie sześć minut koi nerwy przyzwoitą relaksacją, aż nabiera trochę złowieszczego charakteru. Następuje jednak niesamowite, lekko schizofreniczne przełamanie - totalny odjazd, przy którym jedynym słusznym posunięciem wydaje się być podkręcenie gałki głośności na maksimum. Można mieć wrażenie stania między dwoma torami na których mijają się pociągi :). Potem jednak wygrywa pozytywna strona artysty. I do końca suity raczy on już fanów cudowną impresją w tworzeniu których jest mistrzem. Po przesłuchaniu tej muzyki da się odczuć dużą poprawę samopoczucia. Naładowany pozytywnymi wibracjami odbiorca może teraz lepiej stawić czoła problemom dnia codziennego. Niezwykła muzykoterapia!
wtorek, 29 maja 2012
De Coy - Pleasure For Nothing
"Pleasure For Nothing" (2004) to tytuł pierwszej, i jak na razie jedynej solowej płyty wokalistki zespołu Fading Colours. Katarzyna Rakowska, znana bardziej jako De Coy, wyraźnie odcina się na niej od swoich wcześniejszych, rockowych dokonań. Chociaż okładka płyty może wyglądać deko prowokująco, zawartość muzyczna do takich nie należy. To dziesięć utworów, w tym dziewięć piosenek, które toczą się leniwie z głośników. Mogą one stanowić idealne tło do towarzyskich barowych pogawędek, jak również do relaksacji po naprawdę wyjątkowo złym dniu. Ta użytkowość nie deprecjonuje wartości artystycznej omawianego materiału. Wiele tu melodeklamacji, miejsca dla samej muzyki i klimatu jaki ona tworzy. Brak ostrych i spektakularnych popisów wokalnych, może trochę rozczarować zwolenników dynamicznych zwrotów akcji, ale spodoba się koneserom nagrań bardziej refleksyjnych. Oczywiście, prawie wszędzie są obecne rytmy cyfrowej perkusji, trochę ożywiające tempo, ale to na pewno nie dark wave, czy gotyk. Ciekawe, że osoba dysponująca tak wyrazistym, mocnym, głosem jak De Coy, potrafi pokazać zupełnie "inną twarz" i śpiewać oraz szeptać wysublimowane subtelności. Ten specyficzny romantyzm dobrze współgra z syntezatorową oprawą. Na końcu prawdziwa instrumentalna perełka: "Something" która ma tylko jedną wadę - za szybko się kończy. Jak wiele dobrych w życiu spraw :).
niedziela, 27 maja 2012
King Crimson – Lizard
Pewnie bym nigdy nie zainteresował się płytą King Crimson – Lizard, gdybym jej nie słuchał u któregoś ze znajomych. Ta wydana w 1970 roku płyta, właściwie nie miała szans mi się spodobać, ze względu na dużą ilość wstawek instrumentów, kojarzonych wtedy przeze mnie z ciężko strawnym jazzem. Ale później zrozumiałem dlaczego szybko mnie wciągnęła i przez wiele lat fascynowała. Stało się dzięki geniuszowi lidera King Crimson. Robert Fripp tworząc zawartość tego krążka, okazał się prawdziwym mistrzem w łączeniu muzycznych stylów, nadając im nową jakość i ciekawą formę. Recenzenci z lat 80. wspominali, że wyciskał on z muzyków wszystkie ich żywotne soki, zmuszając do dania z siebie tego, co mieli najlepsze. Możliwe, że tak było, bo zawartość "Lizard" to w istocie tygiel nurtów i wymieszanych ze sobą w słusznych proporcjach różnych form. Wyrafinowanych skrajności, gwałtownych zmian tematu, popisów Roberta na melotronie, a zarazem łagodnych partii fletu Mela Collinsa. Agresywnych dialogów instrumentów dętych po kanałach i Bóg wie czego jeszcze. Napisano już o tym wiele. Regularnie wracam do jej zawartości, jako do klasyki dobrej muzyki.
sobota, 26 maja 2012
Joy Division - Closer
Od ponad 30 lat tysiące ludzi zachwyca się tą muzyką. Płyta Joy Division - "Closer" z 1980 roku doczekała się co najmniej 80 różnych edycji. A przecież nie jest to bynajmniej słodka, popowa breja. Kiedy próbuję sobie wytłumaczyć ten fenomen, dochodzę do wniosku, że dzieje się tak na skutek splotu kilku różnych czynników. Na pewno ważny okazał się fenomenalny głos Iana Curtisa, idealnie wyrażający szeroką gamę uczuć, głównie z grupy tych przygnębiających. Również post-punkowa, ascetyczna muzyka, doskonale zmiksowana w studio, zgrabnie korelująca z charyzmatycznym głosem lidera, w niezwykły sposób uzupełnia przekaz. Przez tę prostotę, dźwiękowy minimalizm, bardzo ładnie słychać wszystkie partie syntezatora. Jest to co prawda dodatek do całości, ale... dla mnie, obok pisarskich płodów Iana, chyba najważniejszy. Bo przecież ekscytowanie się czyjąś frustracją, wchłanianie posępnych, negatywnych emocji, może być dobre na chwilę, dla młodzieńca w podobnej sytuacji. Ale dojrzałość oznacza lepszą wiedzę, a ta odrzuca stany beznadziejności umysłu. Oczywiście, "Closer" jest unikalnym produktem ludzi utalentowanych, a niebanalne teksty Curtisa mogą przypaść do gustu. Płyta ma dobrze skonstruowany scenariusz i najlepiej się jej słucha w proponowanej przez wydawcę kolejności. Dopieszczono na niej każdą nutę, a nawet końce i początki kolejnych wątków układają się w logiczną całość. Wyrazisty bas, fantastycznie kontrolowana perkusja i te wspomniane wcześniej syntetyczne wstawki, tworzą niesamowitą przestrzeń. To zadziwiające jak ciężka choroba, poczucie porażki, może skutkować krótką, ale znaczącą erupcją talentu. W pewnym sensie, jak mawiają poeci, płytą tą, Ian w jakiś sposób pokonał śmierć - skoro kolejne pokolenia do niej wracają i się fascynują. W całej tej historii nie podobają mi się jednak dwie rzeczy - fakt że Ian Curis zdradzał swoją żonę i to, w jaki sposób zakończył swoje życie.
piątek, 25 maja 2012
Joerg Strawe - Legend Of The Wolves
Bardzo sympatyczny album koncepcyjny. Joerg Strawe nagrywając "Legend Of The Wolves" w 1991 roku, miał jasne i czytelne przesłanie: zwrócić uwagę świata na ginący gatunek tytułowych ssaków. Te tajemnicze zwierzęta od zawsze interesowały człowieka, inspirując go do stworzenia wielu mitów i legend (ba, Turcy i Mongołowie uważali siebie nawet za potomków szarego wilka!). Logiczną, wręcz nieuniknioną konsekwencją takich historii, było skomponowanie na ten zwierzęcy temat muzyki. Grający na syntezatorach Strawe, będący również zawodowym fotografem, wykorzystał specyficzne możliwości tych instrumentów, ich barwy i brzmienia, aby stworzyć o wilkach barwną, akustyczną historię. Dziki, często bardzo groźny w bezpośrednim kontakcie Canis Lupus, był często nienawidzony, ale też otaczany czcią i szacunkiem przez wiele starożytnych kultur. Wydaje mi się, że utwory Joerga, trafnie oddają te emocje. Oglądając piękną okładkę autorstwa Bertholda Rodda i słuchając tej wartościowej muzyki, łatwo poddać się klimatowi chwili. Wyobrazić sobie sposób życia tych pięknych i inteligentnych zwierząt, ich stadne, wspólne polowania. Sporo kompozycji z płyty "Legend Of The Wolves" opartych jest na wyrazistych sekwencjach i rytmach. Prawdziwą przyjemnością jest wchłanianie ich, obserwowanie jak autor wprowadza je w coraz to w innej konfiguracji. Chociaż unikam ostatnio w swoich recenzjach porównań, ta przejrzystość wiodących tematów, czasami kojarzy mi się, choć daleko, z muzyką filmową Johna Carpentera. Wracając do opowieści o wilkach, Joerg Strawe skonstruował do niej misterną końcówkę. Przejmujący jest Legend Of The Wolves Part 5: "This Is Still My Land"- esencja klimatu niepokoju, i kolejny: "Vanishing Packs (The Death Of The Last Wolf)" - jak się domyślam, będący ilustracją zagłady gatunku. Te mroczne emanacje, artysta łagodzi bardziej optymistycznym tematem końcowym "Wolves Will Always Remain In Our Minds". Fantastyczna, elektroniczna muzyka! To co młode i stare wilki lubią najbardziej ;).
Nie zgadzam się jednak z jej smutnym epilogiem. Nawet gdyby ludzki egoizm doprowadził do wyniszczenia tego wspaniałego gatunku, dobry Stwórca we właściwym czasie ponownie odtworzy świat wilków na ziemi. I wtedy ponownie zastanawiać się będziemy, dlaczego wyją one do księżyca?
strona muzyka: http://joerg.strawe.de/Nie zgadzam się jednak z jej smutnym epilogiem. Nawet gdyby ludzki egoizm doprowadził do wyniszczenia tego wspaniałego gatunku, dobry Stwórca we właściwym czasie ponownie odtworzy świat wilków na ziemi. I wtedy ponownie zastanawiać się będziemy, dlaczego wyją one do księżyca?
wtorek, 22 maja 2012
Klaus Schulze - Silver Edition Volume 3 - Was War Vor Der Zeit (Konzerte)
W 1993 roku Klaus Schulze zrobił fanom wielką niespodziankę wydając 10 płytowy box Silver Edition. Limitowana edycja 2000 szt. miała ponumerowane egzemplarze i była podpisana osobiście przez artystę czarnym markerem. Zawierała ona przekrój nieopublikowanych nagrań z lat 70., 80., i początku 90. Później, niczym z rogu obfitości, wysypały się następne obszerne składanki: Historic Edition (również 10 płyt) i Jubilee Edition (25 płyt). W końcu, bogatsza jeszcze o 5 krążków, w 2000 roku ukazała się potężna, 50 płytowa retrospekcja tych wcześniejszych zestawów, znana jako Ultimate Edition. Ta ogromna porcja muzyki u ortodoksyjnych fanów wzbudziła niemałe kontrowersje, ponieważ mieściła w sobie właściwie wszystkie lata działalności Klausa, gdzie co jakiś czas zmieniały się instrumenty i podejście do muzyki samego kompozytora. Jakby w ramach odpowiedzi na tę różnorodność gustów, omawiane nagrania ukazują się obecnie w kolejności chronologicznej jako sety z serii "La Vie Electronique". Ale cofając się do pierwszych wrażeń, trudno nie pamiętać uczucia radości, jakie towarzyszyło wielu wielbicielom muzyki niemieckiego elektronika przy odkrywaniu nieznanych wcześniej perełek. Dla mnie osobiście, jedną z nich jest Silver Edition Volume 3 - Was War Vor Der Zeit (Konzerte). Dobry technicznie zapis koncertów Schulzego z połowy lat 70. - okresu przez wielu melomanów uważanego za najciekawszy w dyskografii Klausa. I faktycznie, od początku pierwszego, półgodzinnego utworu "Nostalgic Echo" można zorientować się że Schulze tworzy na scenie coś w rodzaju misterium na syntezatory. Charakterystyczne celebrowanie nastroju, inteligentne wprowadzanie kolejnych instrumentów, tak - nie ma wątpliwości, że niemiecki wirtuoz miał wtedy bardzo konkretną wizję tego, co chciał zagrać i potrafił ją zrealizować. Urzekające jest też brzmienie analogowych maszyn jakie wydobywa się z głośników. Gdy w ósmej minucie "Nostalgicznego Echa", po zakończeniu części pt. "The Creation of Eve", pojawia się delikatna sekwencja, wiadomo już, że Klaus zaprasza słuchaczy w niecodzienną podróż. Wysublimowane arpeggia, pastelowe motywy i zrównoważone solówki, pięknie przenikają się na wielu płaszczyznach, a mistrz ceremonii zmieniając ich częstotliwość, barwę i tempo dostarcza doprawdy, unikalnych wrażeń. Wyrafinowany scenariusz przewiduje załamania struktur, chaos, momenty grozy i romantycznych uniesień. Podniosła muzyka będąca najlepszą wizytówką artysty. Podobne odczucia mam przy słuchaniu "Titanische Tage". Choć ta historia nie ma już tak wydumanego początku i zaczyna się wyrazistym ostinato, to skala uniesień i temperatura emocji jest również wysoka, jednak inaczej rozłożona w czasie. Ten ascetyczny podkład i kosmiczne melodie jakie wydobywają się z trochę archaicznych dziś instrumentów, zniewalają mocą swojego oddziaływania. Kończący album Die "Lebendige Spur" jest utworem najkrótszym, za to najbardziej dynamicznym. Dużo się nim dzieje, stereofoniczna scena momentami przeładowana jest mnogością efektów, a improwizacje mocno orgiastyczne :). Te szalone modulacje są jak podróż w inny wymiar. Przyznam że słuchanie takiej muzyki jest zajęciem dużo przyjemniejszym niż oglądanie nawet najpiękniejszych obrazów w TV. Sprzyja egzystencjalnym rozmyślaniom i pozbawia złego nastawienia. Poznanie jej, jest bez wątpienia jedną z lepszych rzeczy, jakie mogą się w życiu zdarzyć. Jakby to powiedział Jerzy Kordowicz i Mariusz Wójcik - wyostrza zmysły.
poniedziałek, 21 maja 2012
Michael Stearns - The Lost World
Jak łatwo się domyślić, natchnieniem do powstania tej muzyki, była znana książka Artura Conan Doyle'a - The Lost World. Płytę pod tym samym tytułem, nagrał Michael Stearns w 1995 roku. Jest ona efektem osobistych podróży autora po południowej części Wenezueli - El Mundo Perdido, którą odbył w 1984 roku. Zainspirowany obrazami jakie widział, oraz dźwiękami jakie słyszał i nagrał w tamtym regionie, wydaje intrygujący, przemawiający do wyobraźni album. Utwory te nie zawsze są sielankowe. Chociaż zazwyczaj Stearns gra dość przystępny ambient, na TLW usłyszeć można, prócz kilku wyraźnych melodii (np. Lost World Theme Vocals – kapitalny wokal Keri Rusthoi), sporo dźwięków tła: trzasku palącego się ogniska, ludzkich rozmów w sercu wioski, czy nawet ... odgłosów głodnych dinozaurów (Maripak: The Last Pterodactyl). Scenariusz akcji ułożony jest w taki sposób, że słuchacz mimowolnie oczekuje następujących po sobie kolejnych wydarzeń z lekkim napięciem (St. Francis). Pewne niedomówienia, celebrowanie nastroju, to mocne atuty tej sesji. Kompozytor pozwala odbiorcy samemu dopisać pewne wątki do tej muzycznej historii. Granie ciszą, budowanie klimatu nieodgadnionej tajemnicy, używanie nieznanych orientalnych instrumentów - to dodatkowe zalety tej muzyki. Michael Stearns - uzdolniony amerykański miłośnik natury, autor muzyki do dokumentalnych filmów, wydał sporo dobrej muzyki do której warto regularnie powracać.
niedziela, 20 maja 2012
Tomita – The Planets
Każdy naród ma geniuszy, którzy zyskują sławę dzięki swoim nieprzeciętnym talentom. W Japonii, kraju bardzo pracowitych ludzi, jest ich wielu. Jeden z nich nazywa się Isao Tomita - to kompozytor sławny ze swoich transkrypcji dzieł muzyki poważnej na instrumenty elektroniczne. Choć nagrywa i wydaje płyty po dziś dzień, najbardziej jest znany z kilku projektów powstałych w latach 70. Wizje jakie realizuje, potrafią być oszałamiające, a materiał podstawowy pretekstem do bardzo zaawansowanej penetracji dźwiękowej tkanki. Paradoksalnie - podstawowe dzieło jakie przetwarza Tomita, później często wypada blado w konfrontacji z transkrypcją Japończyka. Wydana po raz pierwszy w 1976 roku płyta "Planets" według Gustava Holsta spowodowała sprzeciw krewnych kompozytora muzyki poważnej i wycofanie 30 tysięcy płyt z punktów sprzedaży. Rodzina angielskiego muzyka doszła do wniosku, że Tomita zbyt swobodnie obszedł się z uznanym dziełem. Nie rozumieli, że na tym właśnie polegał wspomniany na początku geniusz Isao. Swoją pracą odpowiadał on niejako na pytanie: jak mógłby autor stworzyć swoją muzykę, gdyby żył 50 lat później, oraz: co można wydobyć ze szkieletu kompozycji dysponując innym, nowocześniejszym instrumentarium i... równie dużym talentem. Jakby mało było kłopotów, okazało się, że w tym samym czasie nad swoją transkrypcją pracował niezależnie inny muzyk - Patrick Gleeson, co spowodowało lekką konsternację w ich rodzimych wytwórniach płytowych. Jednak, mimo tych kłopotów, ludzkość ma możliwość cieszyć się tą muzyką od lat bez specjalnych przeszkód. A naprawdę jest czym! Tematy z "Planet" w wykonaniu uzdolnionego skośnookiego wirtuoza, są dziełem wyjątkowym. Imponują rozmachem, wyobraźnią, i perfekcyjnym doborem środków muzycznego przekazu. Niesamowite, jak rozwój syntezatorów (między innymi Mooga, ulubionego instrumentu Tomity) zbiegł się w czasie z okresem największego rozwoju talentu Isao! To zaowocowało po prostu piękną muzyką, która wcale się nie starzeje. Potrafi on na poszczególnych utworach, jak mało kto, połączyć monumentalizm i kolorystykę z... pewną dawką humoru. Kosmiczne motywy stają się pretekstem do głębszych refleksji nad urodą wszechświata, a pastelowe impresje co rusz wydobywane z nieujarzmionej wyobraźni artysty, skutkują miłym od nich uzależnieniem. Płyta, co jest również godne uwagi, doczekała się wielu edycji, miksu w Dolby Surround jak i wersji kwadrofonicznej. Klasyka, którą każdy powinien poznać. Bez takiej muzyki, życie byłoby znacznie uboższe.
sobota, 19 maja 2012
Klaus Schulze, Ernst Fuchs, Rainer Bloss - Aphrica
Pewnym paradoksem jest fakt, że właśnie opisuję płytę, o której autorzy najchętniej by zapomnieli. Ale nie zawsze tak było. Gdy troje przyjaciół zebrało się razem, aby nagrać blisko 39 minut muzyki, mieli z pewnością lepsze co do niej nastawienie. Klaus Schulze, Ernst Fuchs, Rainer Bloss "Aphrica" - to album nagrany jesienią 1983 roku w Hambühren a wydany i... wycofany w 1984 roku. Na ten temat krąży kilka teorii, według mnie niuanse finansowe miały też pewnie niebagatelne znaczenie. Na szczęście, prócz jednej legalnej klasycznej winylowej wersji, przyjaciele z Korei Południowej zadbali o wytłoczenie dwóch wydań kompaktowych, przy okazji przestawiając kolejność ścieżek ;). Na oficjalnej stronie Klausa można przeczytać na ten temat: "Gênant/ peinlich/ ridiculous. Will never be released again. Occasionally appearing CDs are illegal stuff from Far East". Bardzo konkretna negacja. Ale ja nie byłbym tak surowy dla tego materiału. Fakt, że zawiera kalki z innych płyt nagranych w latach 80., jednak jeśli wsiąść pod uwagę, że Schulze nigdy później nie wrócił do takiego grania, staje się Aphrica w jakimś sensie cenną pamiątką. Trudno coś zarzucić warstwie instrumentalnej granej przez Klausa i Rainera. Wprowadzają np. rytmy i solówki jednoznacznie kojarzone z płytą "Dziekuje Poland". Jeśli tam podobały się rzeszom słuchaczy, dlaczego tu miałoby być inaczej? Wprawne ucho konesera wychwyci więcej tego typu niuansów (np. podkład perkusyjny z płyty Angst). Zawodzący głos malarza Ernsta Fuchsa na pewno nie dorównuje operowej elicie, ale odpowiednio nakręca atmosferę, sugerując transcendentalne odniesienia. Przeczytałem krótką notkę na Wikipedii o Fuchsie, i obejrzałem jego prace. Przestaję się dziwić Klausowi, że postanowił zaprosić austriackiego artystę, również twórcę okładki, do tej sesji. To człowiek z wizją, i choć Bóg mu poskąpił pięknego głosu, nadrabia to szczerym uczuciem, ekspresją i zaangażowaniem. Szkoda że inne czynniki niż miłość do sztuki, spowodowały zaniechanie oficjalnej dystrybucji. Ale fani pamiętają.
piątek, 18 maja 2012
Jean-Luc Ponty - Individual Choice
Taka muzyka to czysta rozkosz. Jean-Luc Ponty nie dość, że jest utalentowanym skrzypkiem, to na dodatek ma upodobanie w grze na syntezatorach. Sposób w jaki łączy te techniki, powoduje czasami powstawanie biegnących po plecach dreszczy. Płytę "Individual Choice" Luc nagrał w 1983 roku. Przyznam, że kilka lat wcześniej zachwycałem się jego inną, świetną płytą "Live" z 1979 roku. Zawierała ona udaną kompilację koncertowych wersji nagrań "Aurora" i "Imaginary Voyage", a kończyły ją popisy pt. "No Strings Attached" i "Egocentric Molecules" - dosłownie powalające inwencją z nóg. Myślałem że to opus magnum artysty i Ponty mnie już niczym szczególnym nie zaskoczy. Jednak album "Individual Choice", ponownie wzbudził mój aplauz dla jego dokonań. I nie przeszkadzało mi w sumie, że to muzyk jazzowy, który romansuje z elektroniką. Bo fuzja gatunków w jego wykonaniu, to nie tylko prawdziwy techniczny majstersztyk, ale również pewna konsekwentnie realizowana artystyczna wizja. Już pierwsza kompozycja "Computer Incantations For World Peace" zapowiada niebanalne odsłuchowe wrażenia. Obsesyjna pętla modulowanych dźwięków na której, jak na fali, wprowadza Francuz swoje wirtuozerskie, smyczkowe improwizacje, faktycznie może pozytywnie zniewolić jaźń słuchacza. Kolejny utwór "Z dala od utartych ścieżek", bardziej tradycyjny niż by sugerował tytuł, wprowadza kapitalną perkusję Rayforda Griffina, dialogi instrumentów na obu kanałach dobrze separowanej stereofonii, no i obowiązkową obecność lidera. Oba nagrania stanowczo za szybko się kończą. Po mocno zaangażowanych tytułach, Jean proponuje "In Spiritual Love" - trochę mniej ogniste emocje, w swobodnym, bliższym jazzowej stylistce rytmie. Ale... oczywiście, co dla mnie istotne, mocno otulone w elektroniczną otoczkę. Drugą stronę czarnego longplaya otwiera krótka impresja pt. "Eulogy To Oscar Romero". Piękny, spokojny utwór, któremu nie dano szansy zbyt długo trwać, a szkoda. Później znów daje znać o sobie zamiłowanie autora do tworzenia delikatnych sekwencji... i mocno romantycznych akcentów. Subtelności nie zabraknie już do końca płyty, a zakręconych opowieści na syntezatory i instrument smyczkowy ciąg dalszy jest na tytułowej ścieżce. Zapis kończy wręcz konserwatywna "In Spite Of All". Rzecz bardziej dla miłośników jazzu niż elektroniki. Bardzo chętnie wracam do płyt tego płodnego, ciekawego muzyka, bo ten styl grania szybko się nie nudzi. Pasja, ekspresja i... odpowiednia dawka syntetycznych barw. Czegóż chcieć więcej?
czwartek, 17 maja 2012
Steve Hillage – For To Next / And Not Or
Steve Hillage to niesamowity gość. Autor wielu ciekawych płyt jak: "Fish Rising", "L", "Rainbow Dome Musick", czy omawiana dziś "For To Next / And Not Or" z 1982 roku. Ciekawe, ilu spytam się znajomych, to każdy z nich ceni Steve'a za inną płytę. Bo i rozpiętość praktykowanych stylów przez tego angielskiego muzyka jest imponująca. Dobrze czuje się grając muzykę elektroniczną, space rocka, rock progresywny, psychodelię czy ambient. "For To Next / And Not Or" to połączenie dwóch krótszych płyt o wiadomych tytułach. Na materiał składają się w pierwszej połowie żywe piosenki śpiewane z wielką inwencją i swobodą, godną Davida Bowie. Zwracają uwagę energiczne rytmy i kapitalny akompaniament kobiecych chórków. Masa elektronicznych ozdobników pięknie osadzonych na kanałach, spodoba się zwolennikom wyrazistej stereofonii. Udane synt-popowe numery do dziś brzmią zadziwiająco świeżo. Sam mistrz dysponuje niesamowitą energią, którą tak wyraźnie słychać z głośników. Rockowa ekspresja godna pozazdroszczenia! Polecam szczególnie utwór "Kamikaze Eyes". Bardzo optymistyczny. Później Steve Hillage oszałamia swą grą na gitarze... jak on to robi? Miałem okazję oglądać materiał wideo z innej płyty i pamiętam ten szelmowski uśmiech Steve'a, gdy wykręcał swoje genialne solówki, tu ujęte w karby elektronicznych rytmów. Ale żadne ograniczenia nie są w stanie stłumić tej energii z jaką działa Hillage. Podobnie dzieje się, gdy autor proponuje instrumentalne kompozycje. Rozmach, finezja i inteligencja, cechują każdą sekundę muzyki. Szkoda czasu na opisywanie wrażeń, koniecznie posłuchajcie tej płyty, a zrozumiecie dlaczego mnie zachwyca!
VIVA80 - o blog dos anos 80: STEVE HILLAGE - "Kamikaze Eyes"
środa, 16 maja 2012
Mike Oldfield - Platinum
Gdy na rynku muzycznym w 1979 roku ukazała się płyta Mike Oldfielda "Platinum", uznani rodzimi krytycy wspominali o kryzysie rocka i samego Mike'a. Ale przyznam, że nie bardzo się tym przejmowałem, bo słuchając tej muzyki czułem tylko radość. Mając 15 lat odkrywałem takie wspaniałe, emocjonalne płyty i nie w głowie mi było szukać u muzyka słabości. Więc może ta subiektywna ocena 10 na 10, jaką do dziś wystawiam "Platynie", ma swoje korzenie w bezkrytycznym postrzeganiu młodego człowieka? A może po prostu tym krytykom tak się zdawało? Nie podejrzewali, co się będzie działo złego z muzyką 30 lat później. Płyta "Platinum" zaczyna się bardzo ciekawą tytułową suitą koncepcyjną, która choć faktycznie zawiera w sobie zapożyczony motyw P. Glassa, to jest po prostu genialnie złożona w całość! To nie jest oczywiście tylko zasługa samego Mike'a. Miał do dyspozycji grupę oddanych przyjaciół, muzyków (najbardziej znany jest chyba Pierre Moerlin - drums, vibraphone) którzy pomogli stworzyć mu unikalne, klarowne, rockowe brzmienie. Właśnie ten smaczek powoduje, że muzyka z tego albumu jest tak żywotna i wartościowa. Właściwie całe 20 minut to są różne solówki umiejętnie przerzucane z instrumentu na instrument, najczęściej poprzez zmianę różnie brzmiących gitar. Przypomina to trochę regularne dorzucanie paliwa do pieca który wybucha w końcowym, ekstatycznym momencie trwania utworu. Jest to tak przemyślnie skonstruowane, że podoba mi się nawet sekcja dęta, której zazwyczaj nie trawię, czy jakieś śmieszne dziwolągi słowne wydobywane z ust uczestników sesji. Jeszcze parę lat temu słuchanie tego zapisu było tak ekscytujące, że skończyło ono się upadkiem kolumny w sklepie, w którym wówczas pracowałem. Dostała ona po prostu "nóg" od mocnych basów z Part 2 (skoro grało tam trzech basistów...) i spadła ze swojego miejsca nad drzwiami. Dobrze że nie było wtedy żadnych klientów :). Mam te kolumny po dziś dzień i jedna, z naprawianym od upadku rogiem, przypomina mi tę zabawną historię. Ech... Słuchałem suity "Platinum" dziesiątki razy, zawsze z wielkim wzruszeniem i zawsze za głośno. Myślę, że wielu fanów mnie zrozumie. Szczególnie lubię powtarzać Part 4 wykończoną orgiastyczną, nieziemską grą gitary i pięknym chórem. Często się zastanawiam, czy nie jest to jedno z najpiękniejszych doznań jakie mi się w życiu trafiło. Część drugą analogowego czarnego krążka zaczyna "Woodhenge", aspirująca do naprawdę ambitnej muzyki. Nawet jak Mike'a, który lubił odkrywać nowe brzmienia, to dość awangardowy, akustyczny kawałek z pięknymi fragmentami vibraphonu i marimby. Później jest urocza piosenka "Sally" (w późniejszych wydaniach zmieniono tytuł na "Into Wonderland"), utrzymana w klimacie lat 30. XX wieku, znów zawiera te dziwaczne akompaniujące wokalizy z omawianej suity i kończy się sympatycznie "szczytując" w górę, aby przejść w quasi koncertowy "Punkadiddle". I tu emocje szybko sięgają zenitu, pozostawiając słuchacza w pozytywnym oszołomieniu. W porównaniu do tych wzruszeń, końcowa piosenka "I Got Rhythm" George Gershwina może wydawać się anemiczna. Ale po tylu uniesieniach, jest to idealne zakończenie... Słuchałem potem paru wersji koncertowych "Platinum", jednak żadna tak naprawdę nie spodobała mi się równie mocno, jak oryginał. Czego nie mogę powiedzieć o udanych wersjach koncertowych Ommadawn. Ale o tym może innym razem.
wtorek, 15 maja 2012
Trans-X – Living On Video
To było zupełne szaleństwo lat 80. Muzyki zespołu Trans-X z płyty "Living On Video" (1983) należało słuchać bardzo głośno. Tylko wtedy niesamowita, pozytywna energia zawarta w piosenkach tego synth-popowej grupy mogła dotrzeć do każdej komórki ciała. Muzyka wybitnie działająca na emocje, jak mało która, prowokowała członki do tańca... Brzmienie które można było nazwać "plastikowym", powstało przy użyciu bardzo popularnych wtedy syntezatorów typu: Roland Jupiter, CSQ 600, TR-808, Korg Vocoder, Oberheim OB8, czy Elka Synthex. No i do tego charakterystyczne bębny Simmonsa. Zespoły typu Soft Cell, Human League, nagminnie je na swoich płytach wykorzystywały. Trans-X wyróżniał się spośród nich nie tylko melodyjnością ale i przebojowością. Wyraźne naśladownictwo stylistyki Kraftwerk w tytułowym, bardzo popularnym teledysku "Living On Video" nikomu nie przeszkadzało. Młodzieńczy głos Pascala Languiranda i zmysłowe dialogi Laurie Gill w stylu sex telefonu, teraz wywołują uśmiech na twarzy, ale w 1983 roku wyobraźnia pracowała trochę żywiej (smile). Muzyka dyskotek, podobna do tej, jaką można posłuchać w pierwszym filmie "Terminator". Kobiety ubierające się w lateksy, koniecznie z przesadnym makijażem. To skojarzenia nieodłączne z tą płytą i klimatem połowy lat 80. Ta twórczość niosła ze sobą olbrzymie pokłady siły i optymizmu. Dziś, gdy słucham jej na słuchawkach, nogi dalej same poruszają się w jej rytm :). Jak w... transie. Oczywiście gdybym odtwarzał ją codziennie, pewnie szybko by się znudziła... Ale i taka emanacja co jakiś czas jest potrzebna - daje radość życia. Trochę szkoda tej nowo-romantycznej muzyki z przed blisko 30 lat. Dużo lepszego popu, niż to, co teraz proponują nam różne dziwne zespoły.
poniedziałek, 14 maja 2012
Robert Schroeder – Cream
Omawiana dziś płyta ma bardzo apetyczną okładkę. Robert Schroeder album zatytułowany "Cream" wydał w październiku 2010 roku. To świadectwo jego niemalejącej weny i doskonałej formy. Chociaż niektórzy fani kręcą nosem, że obecnie Robert gra coś w rodzaju niezobowiązującej muzyki tła, zamiast mocno zaangażowanej elektroniki. Uważam jednak, że w takim razie, jest to nobilitacja dla takiej muzyki (smile). A już na poważnie - to otaczający świat wymusza zmiany na każdym z ludzi i artysta który płodziłby ciągle takie same płyty, stałby w miejscu. W zmieniającą się rzeczywistość XX1 wieku, muzyka Schroedera wpisuje się całkiem zgrabnie. Pozbawiona skrajnych emocji, wirtuozerskich popisów, imponujących wariacji, jest idealną ofertą dla słuchaczy szukających wyciszenia i ukojenia nerwów. Nie ma obawy że spowoduje senność, no... chyba że ten potrzebny, zdrowy sen :). Chociaż ilość kremu widocznego na okładce mogłaby spowodować niestrawność, muzyczne uniesienia dawkowane są w rozsądnych proporcjach. Są tu delikatne hipnotyczne sekwencje, efekty wplatania ludzkiego głosu i dodatki charakterystyczne dla tego muzyka. Lekkość, z jaką Schroeder tworzy te kompozycje zasługuje na uwagę i najwyższe uznanie. Profesjonalista taki jak on, po prostu nie może grać złej muzyki. Polecam!!!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)















t











