czwartek, 9 sierpnia 2012

Kayanis - Nowa rzeczywistość to wyzwanie dla naszej kreatywności



Lubomir Jędrasik "Kayanis" - polski twórca muzyki elektronicznej, rocka neoprogresywnego, symfonicznego, kompozytor, autor tekstów, multiinstrumentalista urodzony w Słupsku. Człowiek charyzmatyczny, utalentowany w wielu dziedzinach,  konsekwentnie wprowadza w życie swoje plany. Oprócz tego, ciekawie opowiada o sobie i swoich pasjach.



D.K.: W informacjach z Wikipedii można przeczytać o Twoim solowym debiucie "1994 Oczekiwanie". Nie znam tego materiału. Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Kayanis: Każdy musi jakoś debiutować… To bardzo młodzieńcza praca, pełna niedoskonałości. Chciałbym mieć obecnie choć cień tej pewności siebie, jaka towarzyszyła mi wówczas, podczas nagrywania i promowania dwóch pierwszych płyt, bo mniej – więcej te same uwagi odnoszą się i do kolejnej, „Machines and Dreams”. Dziś do rzeczy które publikuję podchodzę o wiele bardziej wybiórczo, nie wiem, czy do Szanownej Publiczności dociera 5% tego, co sobie w studio rzeźbię, pewnie nawet mniej. Wtedy było inaczej – mój kosz na śmieci był wówczas prawie cały czas pusty, a procent jego zapełnienia jest podobno wyznacznikiem jakości kompozytora. Zapewniam Cię, że dziś się on (rzecz jasna wirtualnie) przesypuje ;).
A „Oczekiwanie” nawet nie wisi na mojej „ścianie próżności” w studio, na której znajduje się kolekcja płyt, w których powstaniu brałem udział – zarówno autorskich, jak i tych zleconych. Nie ma się czym chwalić.

D.K.: Płyta Machines and Dreams z 1998r zawierała kilka chwytliwych piosenek, a także kompozycje bardziej złożone. Czy tytuł ma jakieś konkretne odniesienie, czy jest abstrakcyjny? Ten album wydaje mi się ważny, bo przetarł drogę Ci drogę do szerszego grona słuchaczy.

K.: Jakiś-tam sens starałem się w tym tytule przemycić, te czasy były prologiem do szaleńczego rozwoju technologii, jaki obserwujemy dziś. Paradoksalnie, mimo bycia wówczas tzw. elektronikiem, nie byłem jakimś szczególnym pasjonatem technologii muzycznej, traktowałem ją jako niezbędne ułatwienie pracy, ale nie cel sam w sobie. Zawsze nudziły mnie śmiertelnie te quasi-techniczne dysputy o sprawności przesyłania sysexów i pojemności pamięci sekwencerów, w jakich z prawdziwymi wypiekami na twarzach uczestniczyli koledzy. To elementarz, coś, co musisz opanować aby robić muzykę na jakimś-tam poziomie, ale żeby o tym rozmawiać… co to, to nie. Langweilig! :). Czyli było to takie „Czucie i wiara silniej mówi do mnie..”, na jakie było wówczas mnie stać. Maszyny maszynami, jasna sprawa, rozwój, ułatwienie a sny, marzenia – nieosiągalne przestrzenie wyobraźni, które wszystko determinują. Tak wówczas myślałem. Dziś jednak jest znów inaczej, innego wymiaru ten tytuł chyba nabrał – machiny osiągnęły zdolności kreacji rzeczywistości abstrakcyjnej, przewyższające pewnie wiele nietrenowanych umysłów, zatem po pierwsze wieszcz się mylił, po drugie – ta nowa rzeczywistość to wyzwanie dla naszej kreatywności, nie dać się przegonić krzemowi.

Ten album rzeczywiście pozwolił dotrzeć tu i ówdzie, bo znajdowało się na nim to wściekłe „Arecibo”, chyba najbardziej popowy utwór, jaki udostępniłem. Choć instrumentalny, przebił popularnością wszystkie późniejsze piosenki. Był i teledysk, i wizyty w TV, rozgłośniach radiowych, szkołach, no prawie że w zakładach pracy… :). To miłe doświadczenia dla dwudziestoparolatka. Dają potrzebną wówczas bezczelność, wiarę we własną wyjątkowość, bez której nic nie zdziałasz. Dziś to bez znaczenia.

Tego albumu dotyczy też pewne nieporozumienie – nie ma na nim ani jednej piosenki! Śpiewaliśmy sporo na koncertach go promujących, ale na płycie – żadnego wokalu! Jakieś sample etnicznych przyśpiewek, ale to tyle!

D.K.: Na przełomie XX I XXI wieku niektórzy przyrównywali Twoją muzykę do twórczości Mike Oldfielda. Czy w tamtym czasie był to dla Ciebie komplement czy irytujące porównanie?

K.: To przestroga dla obecnej młodzieży muzycznej. Nie wiedziałem wówczas o tym, (a powinienem, byłem przecież już wykształconym pedagogiem!) że ludzki umysł działa na zasadzie szufladek. Każde nowe zjawisko stara się wpasować w znaną sobie już przegródkę. Nagraliśmy tylko jeden utwór odnoszący się jakoś-tam, nawet nie zbyt przesadnie, do twórczości Oldfielda, nawet trochę dla żartu opracowaliśmy i zastosowaliśmy podczas nagrania z Andrzejem Czajkowskim nieco odmienną metodę vibrata gitarowego, która bardzo zbliżała brzmienie naszych gitar do tego znanego z prac Oldfielda… No i poszło. Ten jeden utwór sprawił, że nad odczepieniem tej łaty musiałem się później solidnie napracować! Utwór zresztą był słaby i nie powinien był się w ogóle ukazać. Później, na złość i na przekór czepialskim, graliśmy na koncertach „Moonlight Shadow”, z komentarzem „Aby zadać kłam krążącym pogłoskom…” Niewielu odbierało żarcik, część krytyki znowu jęczała o tym Oldfieldzie…

D.K.: W roku 2000 do Kwidzyna zjechała grupa Twoich fanów, wyglądało na to że w pewnych regionach kraju miałeś już ustaloną renomę?

K.: Tak, to się zdarzało.

Byłeś współorganizatorem festiwali KOMP w 2000 i 2001 roku. Było to w jakimś sensie dla Ciebie pożyteczne w sensie praktycznym?

K.: Nie. Nic mi to nie „dało”, jeżeli o to pytasz. To był pomysł pełnego energii Marka Szulena, ja miałem wówczas już trochę doświadczenia w tzw. produkcji scenicznej, zatem chętnie się w to zaangażowałem. Fajne doświadczenie, choć również naznaczone błędami nadmiernego młodzieńczego entuzjazmu i idealizmu ;).

D.K.: Od "Machines" do "Synesthesis" minęły tylko trzy lata, a te płyty mocno się różnią. Czyżby pomysł na takie zwarte, a jednocześnie monumentalne dzieło jak "Synesthesis" kiełkował znacznie dłużej i wcześniej chodził Ci po głowie?

K.: Nie, wszystko wydarzyło się właśnie w ciągu tych trzech lat. Dla w miarę sprawnego kompozytora urzeźbienie takiej płyty jak „Synesthesis” nie jest jakimś szczególnym wyzwaniem, a ja się w tych latach właśnie takim w miarę sprawnym twórcą stawałem… Choć cierpi ten materiał z powodu pewnych niedostatków realizacyjnych, wynikających z naszych ówczesnych ograniczeń budżetowych i braku doświadczenia w produkcjach o tej skali złożoności. Porwaliśmy się na produkcję płyty o światowym rozmachu, budując wszystko – włącznie ze studiem - od podstaw. Dziś to wydaje się wręcz niewiarygodne. Sensownym byłoby nagranie tej płyty jeszcze raz, od początku, z obecnym doświadczeniem i możliwościami. Ale nie sądzę, aby kiedykolwiek chciało mi się to zrobić. Zainteresowanie tym materiałem jest wciąż spore, zatem już wkrótce znajdzie się on ponownie w dystrybucji, jednakże jedynie w wersji elektronicznej, na kayanis.bandcamp.com. Choć dodam do niego jakiś „komentarz odautorski”, wyjaśniający okoliczności i warunki jego powstania.

D.K.: O ile płyta "Machines" była pozycją dość rozrywkową i optymistyczną, to od 2001 roku Twoja muzyka jest nie tylko bardziej złożona, ale jakby też poważniejsza. Sugeruje to również tytuł kolejnego projektu: Where Abandoned Pelicans Die. Jak to wytłumaczysz?

K.: Tytułu tłumaczyć nie zamierzam, lubię pozostawiać takie interpretacje inwencji Słuchaczy. A co do „poważnienia” mojej muzyki, to cóż – wydaje mi się, iż mam coraz więcej do powiedzenia, w coraz to gęstszych strukturach muzycznych. Poza tym, będąc dalekim od nadmiernie transcendentalnego pojmowania świata uważam, iż w działalności artystycznej sprzeciwianie się naturalnemu, wyznaczonemu przez „niewiadomoco” kierunkowi rozwoju wypadków jest jeżeli nie niemożliwe, to co najmniej mocno uciążliwe. Doświadczyłem tego wielokrotnie, rzeczy idą swoim torem, a twoim zadaniem jest jedynie ten tor wyczuć pod stopami. Zatem, jeżeli mogę cokolwiek komukolwiek radzić – rób to, co się samo „chce” robić, co idzie gładko i bez nadmiernych komplikacji. Jasne, że czasami trzeba pod prąd, ale gdy pod nogi leci kłoda za kłodą – zła ścieżka. Przykład z mojego podwórka z ostatnich lat – na przełomie lat 2009/2010 napisałem płytę „Mundane”, to dziesięć piosenek, w mojej ocenie naprawdę niezłych, posiadających zarówno walory artystyczne jak i pewną potencjalną wartość komercyjną. Projekt doprowadzony jest do przedostatniej fazy produkcji – brakuje tylko kilku elementów. I od dwóch lat nic. Każda próba dokończenia tego przedsięwzięcia kończy się jakąś katastrofą, na różnych poziomach. W takich sytuacjach najlepiej jest po prostu zająć się czymś innym, do rzeczy porzuconych powracając przy sprzyjających okolicznościach. Zatem odpowiadając expressis verbis na Twoje pytanie – nie w pełni kontrolujemy to, co robimy, choć czasami możemy odnosić takie wrażenie. „Poważnienie” mojej muzyki nie musi być moim wyborem. Tak po prostu wychodzi.

D.K.: Masz bardzo profesjonalną stronę www: www.kayanis.com z której dużo można się o Tobie dowiedzieć.

K.: Tak, to dzieło sympatyka mojego przedsięwzięcia, Jacka Juskowiaka, grafiki zaś są autorstwa Mirka Drozda, www.tse60.com Obserwuję, iż ostatnio wiele zespołów odpuszcza sobie tworzenie strony WWW na rzecz profili na portalach społecznościowych czy też stricte handlowych. Ja uważam, iż dobrze jest mieć własną, osobistą stronę WWW. To część całego przedsięwzięcia, istotna artystycznie.

D.K.: Zawodowo zajmujesz się nie tylko tworzeniem muzyki, ale również tłumaczeniem tekstów mających znamiona dzieła artystycznego. Dochodzę do wniosku, że robiąc takie rzeczy, samemu trzeba być poetą, posiadać nie tylko wiedzę filologiczną, ale też szerokie horyzonty i... chyba też pewną dozę empatii. Co o tym myślisz?

K.: Słowo jest dla mnie inną, ale nie zbyt różną emanacją tego samego zjawiska, jakim jest dźwięk. Choć cenię muzykę bardziej za jej abstrakcyjność, to dosłowność i celność słowa też mają swój niepowtarzalny urok. Podobnie jak prąd elektryczny i magnetyzm to ta sama siła, słowo i muzyka oddziałują na ludzi podobnie, odpowiednio – można zaryzykować stwierdzenie, że słowo ma siłę prądu, a muzyka to magnetyzm... Obracanie się w miarę swobodne w obu tych światach jest dla mnie spełnieniem wszystkich dziecięcych marzeń. Nigdy nie umiałem wybrać, czy wolałbym być sławnym poetą, czy wybitnym kompozytorem… ;). A na poważnie – uwielbiam przeskakiwać między tymi światami, choć oba są piekielnie wymagające, jeżeli ma się choć mgliste pojęcie o ludzkich dokonaniach w tych przestrzeniach.

D.K.: Zastanawia mnie jedna rzecz. Na swoich płytach grasz na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Te instrumenty często grają tło. Dużo ekspresyjnych solówek wykonują zaproszeni gitarzyści. Na swojej stronie piszesz: "Moje powyższe pasje i zainteresowania uzupełnia ostatnia, ale nie najmniej ważna z nich - dźwięk, jego kreacja i realizacja". Czy czujesz się więc może bardziej demiurgiem, kompozytorem niż instrumentalistą i z tego czerpiesz największą satysfakcję?

K.: Zdecydowanie tak właśnie jest. To kolejny przykład na to, o czym mówiłem wcześniej, że każdy ma swój tor, swoją ścieżkę… Nie popadając w nadmierny samokrytycyzm, grać w końcu umiem, ale kiedyś wkładałem dziesiątki godzin tygodniowo w poprawę własnej techniki i rezultaty były… tylko trochę lepsze od obecnych, gdy do sprawy podchodzę dużo mniej frasobliwie. Wolę pracę nad przymiotami intelektu, wyobraźnią, warsztatem kompozytora i aranżera niż grać wielogodzinne wprawki pianistyczne. I tak nie będę Możdżerem :). Są jednak ludzie, którzy mają niesłychaną „lekkość instrumentalną”, uwielbiam korzystać z ich talentów. Potrafią oni wnieść do utworu nieprawdopodobnie dużo, nawet rzeczy, których wcale bym się nie spodziewał. I bardzo dobrze, z takiej synergii rodzą się czasem prawdziwe cuda. Realizacja dźwięku to moje najświeższe hobby, robię to już profesjonalnie, ale tylko w niektórych obszarach muzycznych. Głównie „około klasycznych” i ilustracyjnych. Są rzeczy (piosenki, bardziej rockowe fragmenty produkcji), które muszę oddawać do „zewnętrznego” miksu, bo brakuje mi jeszcze narzędzi (przede wszystkim tych w głowie) do ich zrealizowania na poziomie, jakiego od swoich produkcji oczekuję.

Z drugiej jednak strony, przy mojej metodzie pracy to ja nagrywam 99% wszystkich partii, własnoręcznie ;). Moja muzyka powstaje za pomocą komputera, ale każdy dźwięk, każda nutka, nawet muśnięcie trójkąta w takcie 315 musi zostać przez kogoś zagrane… Lubię, gdy to jestem ja sam.

D.K.: Where Abandoned Pelicans Die choć zawiera piosenki, mniej przypomina muzykę rockową, a bardziej suitę symfoniczną. Momentami podniosłą i czasami smutną. Czy powoli odchodzisz od estetyki rocka, czy to chwilowe eksperymenty?

K.: Jak mówiłem wcześniej – przecież nie w pełni sam o tym decyduję… Poza tym nigdy nie byłem rockmanem. Lubię korzystać z pełnego wachlarza stylistycznego jaki mam do dyspozycji, lubię ślizgać się pomiędzy gatunkami, brać z nich to, co mi w danej sytuacji najbardziej odpowiada.

WAPD jest taka, jaką chciała być. Pracowałem nad tym materiałem ładnych kilka lat, rzecz jasna z przerwami, a on sam podpowiadał mi, czym chce się stać… Chwilę trwało, zanim to zrozumiałem, wcześniej toczyłem jakieś nierówne pojedynki z materią o niechcący się rozwinąć temat, czy nie pasujące rozwiązanie formalne… Dziś ukończyłbym taką płytę w kilka miesięcy. Człowiek naprawdę uczy się całe życie!

D.K.: Ostatnio dajesz mniej koncertów i wcale się nie dziwię. Biorąc pod uwagę charakter Twojej muzyki musi to być bardzo pracochłonne zajęcie...

K.: Tak, pracochłonne i zniechęcające. Szczególnie – tego aspektu nie da się tu uniknąć – finansowo. Poświęcając tę ilość czasu, jakiej wymaga przygotowanie dobrego koncertu - w standardzie, jaki wypracowaliśmy - na dowolne inne zajęcie, można po prostu zarobić więcej. A będąc dorosłym człowiekiem, odpowiedzialnym za rodzinę i dom, nie można o tym nie myśleć. Wszyscy mamy do dyspozycji ograniczoną ilość czasu i należy nauczyć się nim gospodarować. Ponadto, mając do wyboru wielomiesięczne użeranie się z rzeczywistością za kwoty, które nie są w stanie nic zmienić, a sobotnie lody na deptaku z rodziną, zgadnijcie co wybieram… :). Choć ostatnio próbuję robić coś w kierunku dostosowania koncertów do oczekiwań krajowego rynku. Zobaczymy, co z tego będzie.

D.K.: W przygotowaniu nowa płyta?

K.: By to jedna! ;). Mam „rozgrzebane” trzy materiały. Ostatnio jeden zaczyna puszczać do mnie oko, że może byśmy coś razem… :). Może coś z tego będzie, nauczyłem się już nie składać przedwczesnych deklaracji, nawet gdy brakuje tylko pół taktu – można na te kilka nutek czekać i lata całe…

D.K.: Od kwietnia działa serwis Bandcamp umożliwiający legalny zakup Twojej muzyki. Tak robi wielu uznanych muzyków. Od września opublikujesz "Synesthesis". To dobra wiadomość dla nowego typu odbiorcy nie mającego sentymentu do tradycyjnych nośników...

K.: Tak, bandcamp to świetny pomysł. Sam kupuję tam muzykę, ostatnio np. świetny, doskonały polski „projekt” UL – KR. A nośnik nie ma już znaczenia, z serwisu bandcamp można pobierać i nie skompresowane pliki, jeżeli ktoś naprawdę słyszy w samochodzie różnicę pomiędzy mp3 320 kbps a wave… Jeżeli dla mojego pokolenia, ludzi, którzy pierwszą swoją płytę kupili jeszcze w formie winylowego krążka (notabene: polski Exodus „Supernowa”, genialne!) fakt braku fizycznego nośnika jest jak najbardziej do zaakceptowania, losy płyty CD wydają się przypieczętowane. Zresztą i tak przyszłość jest najprawdopodobniej w strumieniowym przesyle danych, a nie w zapychaniu sobie nimi telefonu czy czegoś-tam. Kolejną płytę wydam prawie na pewno wyłącznie w formie pliku, nie zaniedbując jednakże ani okładki, ani innych wizualnych doznań. Będzie po prostu taniej, dla obu stron tej zabawy.

D.K.: Powiedz czy masz czas na jakieś pasje o których nie napisałeś na swojej WWW, typu: łowienie rybek, wspinaczki itp, czyli jaki jest Kayanis prywatnie?

K.: Ależ oczywiście, że mam. Szczególnie ostatnio, kiedy kilka beznadziejnie pochłaniających czasowo przedsięwzięć sobie odpuściłem. Rzecz jasna, słucham muzyki i czytam książki ;). Ale to jakby trochę cześć pracy, natomiast rzeczą niezwiązaną w żaden sposób z pracą, na która z radością tracę czas, jest przede wszystkim motoryzacja - uwielbiam samochody, należę nawet do jednego z internetowych klubów miłośników marki. A najświeższa sprawa to caravaning. Na razie tylko teoretycznie, ale w najbliższej przyszłości planujemy zakup przyczepki i wielotygodniowe podróże po Europie. Sprawę mamy przerobioną w wydaniu namiotowym, kapitalna sprawa, taki powrót do nastoletniości, (ci z Twoich P.T. Czytelników którzy bywali w Piszu pod koniec lat osiemdziesiątych wiedzą, o czym mowa!) tylko w wydaniu Hi-Tech A.D. 2000+ ;).
Mam tylko wewnętrzny problem z internetowym środowiskiem miłośników campingu i caravaningu, bo ci ludzie na samochód mówią „holownik”, co dla mnie jest nie do przyjęcia! ;) :) :).

D.K.: O jakie kwestie nie zapytałem, a warto byłoby je przybliżyć czytelnikom?

K.: I tak nieźle Ci się tu wyspowiadałem… A z rzeczy najważniejszych: żonaty, jedna córa, mieszkam pod Warszawą.

-----

D.K.: Dziękuję za wywiad i życzę powodzenia w dalszej publicznej, artystycznej działalności!

K.: Dziękuję i załączam pozdrowienia dla Twoich Czytelników.

strona artysty: http://www.kayanis.com/