wtorek, 21 sierpnia 2012

Koncert pt.: „Zagrajmy na rzecz poszkodowanych w gminie Cekcyn” – 18 sierpnia 2012 r.



"Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim".


 Wszyscy kojarzą doskonale autora tych słów. Idealistyczne przesłanie Czesława Niemena dobrze znają również osoby związane z projektem „Zagrajmy na rzecz poszkodowanych w gminie Cekcyn”. Spora grupa wrażliwych osób z zapałem podjęła się szlachetnej inicjatywy: pomocy poszkodowanym w gminie Cekcyn, poprzez organizację dużego koncertu połączonego z licytacją płyt, książek, oraz wszystkiego co dałoby się w tym jakże wzniosłym celu spieniężyć. Ponieważ nie każdy korzysta czy lubi Facebooka, postanowiłem wkleić szczegóły tego przedsięwzięcia:

<<<>>>
14 lipca 2012 roku w regionie kujawsko-pomorskim i pomorskim doszło do tragedii. Około godziny 17:00 oczom mieszkańców gminy Cekcyn, Tuchola oraz okolic ukazał się złowrogi widok. Lej wychodzący z chmur dotknął ziemi, niszczył wszystko co spotkał na swojej drodze. Potężny wiatr zrywał dachy z domów, przewracał samochody, łamał drzewa, odebrał jedno życie ludzkie. W wyniku trąb powietrznych rannych zostało 10 osób, ponad 100 rodzin zostało pozbawionych dachów nad głową, niektórzy potracili całe dobytki, ich domy zostały zrównane z ziemią. 400 ha lasów zostało zniszczonych, wiatr łamał 70 letnie sosny jak zapałki. Zniszczone zostały domy, szkoły, pola, lasy. Gmina Cekcyn jest jedną z najbardziej poszkodowanych gmin. Państwo zapewniło poszkodowanym zapomogę: jednorazowo do 6 tys. złotych. Czym jest 6 tys. zł, kiedy nie ma się nic? Kiedy z domu pozostaje sterta gruzów? Odbudowa dobytku zajmie dużo czasu oraz przede wszystkim mnóstwo pieniędzy.
Właśnie dlatego pomóżmy mieszkańcom gminy Cekcyn, Tuchola i okolicom. Twórcy i słuchacze muzyki elektronicznej, łączmy się! Wspólnie pomóżmy ofiarom trąb powietrznych! Stwórzmy wspólnie wspaniały koncert, zagrajmy dla Cekcyna! Muzyka łagodzi obyczaje, niech zatem załagodzi ból spowodowany tragedią. Zagrajmy na rzecz poszkodowanych w Cekcynie i okolicach, Razem dla Cekcyna!

Koncert pt.: „Zagrajmy na rzecz poszkodowanych w gminie Cekcyn” – 18 sierpnia 2012 r. (sobota), hala widowiskowo-sportowa w Cekcynie, godz. 14:00.

Cel koncertu:
- pomoc finansowo i rzeczowa dla ludzi, którzy ucierpieli w tornado 14 sierpnia br. w gminie Cekcyn. „Potężny wiatr zrywał dachy z domów, przewracał samochody, łamał drzewa, odebrał jedno życie ludzkie. W wyniku trąb powietrznych rannych zostało 10 osób, ponad 100 rodzin zostało pozbawionych dachów nad głową, niektórzy potracili całe dobytki, ich domy zostały zrównane z ziemią. 400 ha lasów zostało zniszczonych, wiatr łamał 70 letnie sosny jak zapałki. Zniszczone zostały domy, szkoły, pola, lasy.”

Główny organizator koncertu:
- Stowarzyszenie Wspierania Kultury Muzycznej „Talent” w Cekcynie

Współorganizator:
- Senator RP – p. Andrzej Kobiak

Patronat muzyczny:
- ROLAND POLSKA i CAKEWALK BY ROLAND

Patronat medialny:
- Tygodnik Tucholski

Sponsorzy:
- Senator RP – p. Andrzej Kobiak sponsoruje organizację koncertu oraz z diet senatorskich zakupi 50 000 sadzonek drzew na odbudowę lasów.

Ofiarodawcy:
- Patronat muzyczny Roland Polska i Cakewalk by Roland (Warszawa)
- Starostwo Powiatowe w Gnieźnie – Pan Starosta Dariusz Pilak (Gniezno)
- TVK Satpol – Pan Jan Kaczkowski i Pan Jerzy Siudeja (Gniezno)
- Portal internetowy „moje - gniezno.pl” Pan redaktor Andrzej Bukowski (Gniezno)
- Portal internetowy „informacje lokalne.pl’’ Pan redaktor Karol Soberski (Gniezno)
- ProRadio Pan redaktor Jarosław Mikołajczyk (Gniezno)
- Studio Reklamy „Prestage” Pan Piotr Kuleczka (Gniezno)
- Pani Dominika Długosz – grafika do identyfikatorów oraz okładki płyt „The Arthurian Legends”
“Soliders of Heaven” oraz “Poema Musique”
- Pani Izabela Łaniecka - wsparcie logistyczne i transport (Gniezno)
- „Blue Technika”, Janusz Jóźwiak i Piotr Bogajewski - wsparcie techniczne koncertu (Gniezno)
- pkt.pl z Warszawy oddział Poznań - Piotr Szymczak
- Polska Tygodniówka ( Irlandia NEAR FM ) - Tomasz Wybranowski
- Firma AudiotechPro - Anna Domańska
- Firma Sound Project - Adam Pawłowski
- "Delikatesy" - Czesława Syczyło i Tadeusz Syczyło ( Cekcyn )
- Sklep Ogólnospożywczy - Ewa Iglińska (Cekcyn)
- Sklep Ogólnospożywczy - Andrzej Sworowski (Iwiec)
- Sklep Spożywczy - Mirosława Suchomska (Wielkie Budziska)
- Minimarket - Ewa Czubak (Krzywogoniec)
- Orkiestra "Campanella" - Anna, Magdalena i Adam Filipscy (Cekcyn)
- Tygodnik Tucholski - Łukasz Zep
- Sklep Spożywczo - Wędliniarsko - Przemysłowy - Wiesława Kęsik (ZDROJE)
- Handel Wielobranżowy - Teresa Balińska (Krzywogoniec)
-Sklep Ogólnospożywczy - Andżelika Schröder - Zalesie Królewskie
- Robert Kanaan
- Marcin Chmara
- Adam Bórkowski
- Łukasz Sobczak
- Michał Kitowski
- Jarosław Starybrat
- Piotr Lewandowski
- Elżbieta i Krzysztof Gołębiewscy
- Ania Sójkowska
- Jakub Fijak
- Krzysztof Malinowski
- Dariusz Wilk,
- Piotr Lewandowicz,
- Elżbieta i
Andrzej Mierzyńscy,
- Stefan Łuczak
- Łukasz Dyakowski,
- Maciej Braciszewski,
- Mariusz Wójcik,
- Andrzej Kobiak,
- Wawrzyniec Lempka,
- Remigiusz Mierzicki,
- Aleksander Lasocki,
- Elżbieta Gołębiewska,
- Jarek Świerczyński,
- Muzeum w Wałbrzychu,
- Barbara Malinowska,
- Anna Ryszkowska,
- "Tygodnik Tucholski",
- Elżbieta Kotras,
- Marek Manowski,
- Zbigniew Podolak,
- Zbigniew Werner.


Każdy z występujących artystów jest sponsorem. Wiele osób przeznacza swoje najcenniejsze płyty na aukcję, która odbędzie się podczas koncertu. Najbardziej zaangażowali się finansowo w organizację koncertu: Marcin Chmara, Adam Bórkowski, Maciej Braciszewski i Adam Filipski.

Wykonawcy:
1) Adam Bórkowski - Mr Smok
2) Marcin Chmara i Marcin Grzella - Electronic Revival
3) Maciej Braciszewski
4) Piotr Dygasiewicz - Operators
5) Robert Kanaan
6) Łukasz Sobczak Soundwalker
7) Alexander Lasocki
8) Jakub Fijak
9) Ania Sójkowska
10) Bogumił Lepa – MuzaOla i Bogumił Lepa
11) Michał Fatum Kitowski
12) Dariusz Pielaciński
13) Dariusz Wilk
14) Jan Duks, Stanisław Zalewski, Kacper Prill i Daniel Kempa - One Apple a Day
15) Łukasz Dyakowski
16) Piotr Lewandowski
17) Marek Manowski

Kolejność występów poszczególnych artystów niżej.

Media:
1) PRORADIO - Jarosław Jarek Mixer Mikołajczyk
2) EL-STACJA - Marek Kwiatkowski
3) Portal internetowy mooza.pl - Marek Kwiatkowski
4) Portal internetowy el-dorado.strefa.pl - Wawrzek Lempka
5) Portal internetowy informacjelokalne.pl - Karol Soberski
6) Portal internetowy moje-gniezno.pl - Andrzej Bukowski
7) Music Center Poznań - Robert Pawełczak i Przemysław Barełkowski
8) ravenprodesign.com - pomoc w produkcji spotów video
9) Polska Tygodniówka (Irlandia, NEAR FM) – Tomasz Wybranowski
10) Tygodnik Tucholski – Łukasz Zep
11) Estrada i Studio – Wojciech Chabinka
12) Radio Świnoujście – Robert Zakrzewski
13) Serwis Muzyczno-Teledyskowy klipon.pl - Szymon Kozłowski
14) Polonijna Platforma Radiowa fala.fm - Kinga i Marcin Talagowie
15) Portal internetowy poświęcony muzyce elektronicznej phaedra.pl.
16) Polskie Radio "PIK" - Marcin Dorociński

Podczas koncertu można będzie kupić cenne przedmioty na aukcji, np. płyty z autografami, biżuterię, publikacje, plakaty itp. Można ofiarować wszelkie dary rzeczowe, czyli naczynia, pościel, koce itp. Będzie specjalnie zorganizowane stanowisko z płytami CD naszych artystów.
Będzie można kupić kiełbaskę z grilla, flaki, grochówkę, „smocze zraziki”, kawę, herbatę, domowe ciasto.

WOLONTARIUSZE

1) Magdalena Filipska
2) Anna Bendlin - Mindykowska
3) Katarzyna Kosecka
4) Aleksandra Fryca
5) Joanna Przygoda
6) Iza Łaniecka
7) Anna Martko
8) Ewelina Skrodzka
9) Anna Majrowska
10) Anna Wojnerowicz
11) Emilia Napiątek
12) Monika Górska
13) Kinga Galińska
14) Anna Muller
15) Martyna Meirowska
16) Zofia Przygoda
17) Dominika Lipkowska
18) Michalina Manowska
19) Aleksandra Lepa
20) Adrian Śpica
21) Łukasz Chmara
22) Michał Barwik
23) Karol Ryszkowski
24) Stanisław Zalewski
25) Marcin Stępień
26) Michał Malinowski
27) Łukasz Zwara
28) Szymon Duks
29) Wojciech Wojnerowicz

Specjalne konto dla poszkodowanych.
Komitet "Pomoc dla poszkodowanych przez trąbę powietrzną"
ul. Szkolna 2 89-511 Cekcyn
nr konta 76 8144 0005 2016 0160 0546 0001
zbiórka trwa od 16 lipca do 30 września

Ramowa rozpiska koncertu charytatywnego w Cekcynie – 18.08.2012 r.
Każdy wykonawca ma około 25 minut na swój występ, pomiędzy występami odbywać się będą aukcje, ale to sprawa losowa w zależności od ustawień prowadzących. Przewidywana jest jedna - dwie licytacje główne pomiędzy godzinami 19-21 - oczywiście o tyle, co będzie trwała aukcja o tyle opóźnią się koncerty po aukcji.

14.00 – początek

1. Ania Sójkowska
2. Piotr Lewandowski
3. Michał Fatum Kitowski
4. Łukasz Sobczak Soundwalker
5. Dariusz Pielaciński
6. One Apple a Day
7. Maciej Braciszewski
8. Jakub Fijak
9. Bogumił Łepa – MuzaOla i Bogumił Lepa
10. Dariusz Wilk
11. Robert Kanaan
12. Electronic Revival
13. Piotr Dygasiewicz - Operators
14. Alexander Lasocki
15. Łukasz Dyakowski
16. Adam Bórkowski – Mr Smok
17. Marek Manowski

Oświadczenie do wypełnienia dla osób przekazujących dary na aukcję do pobrania tu:
http://www.sendspace.pl/file/a09843b37343ed87763fd5a
Wypełniony i podpisany formularz należy odesłać pod adres:
Anna Filipska, ul. Graniczna 7/1, 89 - 511 Cekcyn
lub w przypadku obecności podczas koncertu przekazać organizatorom.





 Tyle oficjalnych danych. Nie wiem jakim sposobem, ale ja również zostałem zaproszony przez organizatorów ;). Chętnie skorzystałem z okazji aby posłuchać muzyki, poznać osobiście mojego internetowego kamrata Mariusza Wójcika i wiele innych osób, oraz poczuć atmosferę tej doprawdy niezwykłej inicjatywy. Po raz kolejny skorzystałem z uprzejmości Jacka Drążkowskiego, który zawsze chętnie zabiera mnie samochodem na takie koncerty. W trakcie jazdy delektowaliśmy się wiadomo, el-muzyką. Z pewną dozą nieśmiałości wysiadałem z samochodu przed halą widowiskowo - sportową. Jednak szeroko otwarte ramiona Adama Bórkowskiego, Ani Filipskiej (co za kobieta, wulkan dobroczynności) i kilku innych miłych osób, rozpędziły moje obawy. Było to ok. 14.30. Kolejne 24h upłynęły jak w pięknym śnie! W najśmielszych wizjach nie marzyłem o tak relaksującym weekendzie. Najpierw postanowiłem porozmawiać spokojnie z Mariuszem. Udaliśmy się do hotelu, gdzie przy odrobinie zimnego napoju, znaleźliśmy wspólną płaszczyznę i nastroiliśmy swoje umysły na identyczne fale. Po tych zabiegach integracyjnych, trafiliśmy ponownie na miejsce koncertów. Niestety, właśnie skończył się występ Ani Sójkowskiej, ale wiedziałem, że z tą miłą kobietką jeszcze zdążę pogłębić (w stosownej mierze) zażyłości ;).  Będąc dalej w pozytywnym oszołomieniu, w pewnym momencie znalazłem się z Mariuszem w jadłodajni serwującej obiad. Tu w końcu spotkałem Anię Sójkowską i Jakuba Fijaka, z którymi sobie miło pogawędziłem. Pstryknęliśmy sobie na podwórku kilka fotek. Podczas tej fotograficznej sesji moje stare oczy dostrzegły Aleksandra Lasockiego i Laurę Lewicką. Stanowili tak sympatyczną parę, że pomyślałem sobie że dobrze będzie dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Nie musiałem długo czekać. Ale najpierw z niekłamaną przyjemnością posłuchałem muzyki Dariusza Pielacińskiego. (W głowie kołatała mi myśl, że trzeba będzie uzupełnić wiedzę o ("przegapionych" wykonawcach). Darek grał naprawdę od serca, z uczuciem i słychać było to jego muzyce. Potem serdecznie przywitał mnie Jarek Starybrat. I nie pamiętam już jak ale uścisnąłem ręce Marcinowi Melce. Tyle emocji, musiałem to ochłodzić jakimś zimnym płynem. W trakcie konsumpcji poznałem kolejne wybitne osobistości: Roberta Kanaana i Marka Manowskiego. Na swoją komórkę nagrałem z każdym z nich wywiad, jednak odczyt tego zapisu zajmie mi trochę czasu. Byłem pod wielkim wrażeniem skromnosci i erudycji obu muzyków. Atak na wszystkie zmysły trwał dalej. Poprosiłem do stolika Magdę Filipską, która z wielką pewnością siebie opowiadała, jak od dziecka słuchała Vangelisa i Oldfielda, a teraz jest dyrygentką. Bardzo żałowałem że nie zarejestrowałem ciągu jej zwierzeń, były one tak logiczne pookładane! No nic, nadrobimy, jeśli Magda i czas pozwolą. Zamieniłem też po kilka zdań z Łukaszem Sobczakiem "Soundwalkerem" i Bogumiłem Łepą. Byliśmy tym wszystkim tak z Mariuszem zafascynowani, że jeszcze do 3 w nocy wymienialiśmy wrażenia. Kilka razy koło mnie przechodził Maciej Braciszewski, ale już nie miałem sił go angażować w dłuższe monologi. Posłuchałem za to koncertu Dariusza Wilka. Wiedząc że pamięć mam już ulotną, pstrykałem ciągle fotki. Dzięki temu nie ma chaosu i jest trochę pamiątek ;). Przyszedł czas na koncert Roberta Kananna. Niesamowity! Robert zagrał ostro i dynamicznie, tłumacząc mi potem, że chciał, aby to było trochę inne niż co zazwyczaj gra. I zapewne mu się to udało. Jestem ciągle pod wrażeniem i czekam na zapis audio z tej sesji :). Znów parę ciekawych fotek i koncert Electronic Revival oraz Piotra Dygasiewicza - Operators. W końcu ruszyła aukcja przedmiotów. Byłem miło zaskoczony słysząc kwoty jakie padały od szczodrych darczyńców. Nic dziwnego że uzbierało się tego w sumie ponad  8 tyś zł. W którym momencie dał koncert Alexander Lasocki. Podobała mi się jego inwencja i styl, co zaowocowało jak już wiecie wywiadem. Po nim wystąpił ze swoim repertuarem Łukasz Dyakowski i choć nie była to muzyka elektroniczna, to widać było że wszyscy się dobrze czują w jego gitarowych klimatach. Adam Bórkowski był pewnie jednym z najbardziej oczekiwanych wykonawców. Nie mogę się nadziwić jak znalazł do tego siły, będąc cały czas duszą towarzystwa. Nikomu też nie przeszkadzało że trochę sypał mu się sprzęt. Sprzęt dotknięty przez awarię ;). To były miłe chwile, ale chyba najciekawszy koncert dał występujący jako ostatni Marek Manowski. Brak mi słów, aby opisać te cudowne dźwięki wylewające się z głośników. Gęsta muzyka, jak mało która nasycona ciepłem. Idealna na tę porę. I tu zauważyłem ciekawy szczegół techniczny. O ile na dole hali ktoś mógłby czepiać się o lekkie dudnienie, to znikało ono, gdy muzyki słuchało się z siedzeń dwa metry wyżej.  Na zakończenie duże zdjęcie pamiątkowe i ostatni chętni na zakupy korzystali z oferty na stoliku. Muzycy powoli pakowali swoje zabawki a wielu wolontariuszy sprzątało pomieszczenia. To był niesamowity dzień. Doskonale przemyślany  i zrealizowany logistycznie. Przez cały czas trwania imprezy nie brakowało jedzenia ani picia. Jak w dużej, zgodnej rodzinie,  wszyscy czuli się i zachowali niczym bracia i siostry. Ten pociągający klimat jest pewnie magnesem który powoduje że co roku każdy kto już raz był w Cekcynie będzie tam wracał. Ania Filipska jeszcze przed wyjazdem powiedziała mi że zakocham się w Cekcynie. Ciekawe, skąd ona to wiedziała? ;). Około 1.30 wróciliśmy do hotelu. W luksusowych warunkach nowego obiektu, miło gadaliśmy do trzeciej w nocy. Następnego dnia po pokrzepiającym śniadaniu, odwiedziłem z Jackiem okolice lokalnego jeziora, napawając oczy pięknymi widokami. Był jeszcze czas na spotkanie z kilkoma muzykami i kawę u Ani Filipskiej. Niesamowita kobieta! Niespożyta energia, wielkie pokłady dobroczynności, które były też obecne u wszystkich pozostałych wolontariuszy. Niemożliwe byłoby przejść koło tego obojętnie. Wydawało się, że tego weekendu nad Cekcynem unosił się duch serdeczności, radości, życzliwości i dobroci. Dziękuję wszystkim którzy się do tego przyczynili. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz. A wszystkich muzyków których nie udało mi się posłuchać, zapraszam do korespondencji.



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Alexander Lasocki - Nie chcę być postrzegany tylko i wyłącznie jako DJ



Podczas koncertu pt.: „Zagrajmy na rzecz poszkodowanych w gminie Cekcyn” 18 sierpnia 2012r.,  w hali widowiskowo-sportowej w Cekcynie, zagrał - między innymi - Alexander Lasocki. 
Obserwowałem jego zachowanie na scenie. Widać było, że sprawiało mu radość miksowanie muzyki, a publiczność bardzo spontanicznie reagowała na wszelkie dynamiczne akcenty i zmiany w zawartości seta. Z osoby Olka emanowało szczęście, łatwo było zauważyć że czuje się spełniony. Ciekawy był też fragment wokalny z udziałem Laury Lewickiej.  Postanowiłem z Alexandrem porozmawiać.
 
Damian Koczkodon: Widzę, że się dobrze czujesz na scenie :).

Alexander Lasocki: Bardzo dobrze się czuje na scenie [:D]. Zwłaszcza jak wiem, że ludzie mnie na tej scenie akceptują i bawią się razem ze mną. Może to się wydawać dziwne, ale szczerze mówiąc nie lubię chodzić na imprezy do klubów. Stojąc na parkiecie nie umiem się bawić (no chyba, że się odpowiednio do tego przygotuję [;)] [;)] ), ale nie widzę siebie na parkiecie. Jak znajomym uda się mnie raz na "ruski rok" wyciągnąć na balety, to zwykle siedzę albo stoję obok i popijam sobie. Ja za to najlepiej bawię się za "heblami" [:D]. Jeżeli miałbym iść do klubu tańczyć, to niee.... Ale grać - jak najbardziej, wtedy czuje się swojsko tak jakoś naturalniej.

D.K.: Czego lubisz sluchać jak nie grasz?

A.L.: Jak nie gram? Z tym graniem to też jest różnica, bo ja słucham sobie tego, co chciałbym zagrać najbardziej, ale wiadomo, że nie wszędzie można grać to co się chce. DJ musi być elastyczny. W dzisiejszych czasach elastyczność polega głównie na byciu na bieżąco z listami przebojów... Eska, RMF Maxx itd. itp.

D.K.: Więc jesteś na bieżąco...

A.L.: Ostatnio nie [:D]



D.K: Powiedz mi, skąd ta pasja grania, widzę jak Cię to pozytywnie kręci.

A.L.: Pasja weszła mi w krew stopniowo, nawet nie wiem kiedy. Na początku to było wręcz zmuszanie mnie do grania. Jak zaczynałem się uczyć grać na keyboardzie, uczył mnie nauczyciel ze szczecińskiego Pałacu Młodzieży - p. Czesław Lewicki, były filharmonista.  Grał tam na kontrabasie, jego wiedza, jaką mi przekazał była wręcz teraz powiem niezbędna. Właśnie sobie policzyłem, że gram już 15 lat, on uczył mnie przez pierwsze 12.

D.K.: Nie żartuj, to ile masz lat?

A.L.: 19

D.K.: Cudowne dziecko ;)

A.L.: W wieku 4 lat dostałem pod choinkę "od świętego mikołaja" instrument [;).]. Pamiętam, że wróciłem wtedy z jakiegoś koncertu rockowego z mamą. Szukałem uparcie w tym swoim keyboardziku czegoś podobnego do tego, co słyszałem na koncercie i przyciskałem każdy guzik, przy okazji ze 2 razy resetując system :). No, ale mniejsza z tym, nic się nie stało [:D]. Potem, po miesiącu, mama przyprowadziła właśnie nauczyciela no i uczył mnie na początku. Jakieś 'hej sokoły', 'bal u weteranów', coś tam jeszcze, podstawy podstaw. I potem trudniejsze rzeczy: polki, tanga, czardasze, pojechałem na parę konkursów. O dziwo, większość z nich skończyłem na podium, a jak nie na podium to z jakimś wyróżnieniem.  W sumie stwierdziłem, że to nie jest to, co chcę robić do końca [:D] - tanga i polki, to raczej nie to.

W międzyczasie zaraziłem sięJarre'm no i z była dłuuga przygoda. Zaraziłem się nim w momencie jak obejrzałem w telewizji z rodzinką koncert Jarre'a w stoczni, w Gdańsku [:)].  Potem, zacząłem próbować to grać. Jak już jakiegoś motywu się nauczyłem, to próbowałem wręcz zrobić taki rytm jaki zrobił on.
Stałem się coverowcem, dążyłem wręcz do tego, żeby robić repliki [:D]. Ale kopiowanie, nawet idealne przy nie wiadomo jakim poświęceniu to tez nie to. W międzyczasie zaraziłem się też ostro Kraftwerk.

Mieli bardziej wyraźne rytmy, czego u Jarre'a było trochę mniej. "Aerodynamik", albo "Tour De France", no i powtórka z rozrywki covery itd., ale po drodze pojawił się Cekcyn i festiwal. A stało się to tak, że ojciec namówił mnie na syntezator, żeby przerzucić się z keyboarda na syntezator. No i w sklepie muzycznym poznałem Remiego Mierzickiego. Był tam konsultantem, pracował tam :). I okazało się, że on też ma taki syntezator, jaki my mieliśmy na oku. Nawet go potem przywiózł specjalnie, żebym mógł tego troche skubnąć: Korg Triton Extreme 61 - jeszcze go mam [:D] [:D]. No i potem on mnie prowadził przez to wszystko. Obsługa, jakieś tam podstawy tworzenia utworków. Próbowałem różnych rzeczy i powoli przestawiałem się z "samograjów" na syntezatory, stacje robocze i jak zacząłem tworzyć, to tu zaczęła sie chyba pasja. A zacząłem tak na prawdę tworzyć po tym, jak Remi zaprosił mnie do Cekcyna na The Day Of Electronic Music. Akurat tam grał, przy okazji posłuchałem tych co tam grali. no i stwierdziłem, że to jest mój cel - zagrać na takiej scenie.

D.K.: Pierwszy z edycji The Day?

A.L.: To chyba byłą druga, moment... Remi grał w piątek w domu kultury, Smoku chyba grał nawet wtedy w sobotę, nie pamiętam. Marcin Chmara miał jeszcze długie włosy [:D] [:D]. No i ja wróciłem po festiwalu, to się zawziąłem. Ale tworzyłem, tworzyłem i żaden mój utwór mi, jaki zrobiłem, to mi się nie podobał, no ale czasem tam gdzieś je grałem... Prawdziwa pasja zaczęła się wtedy, gdy w 2009 roku pojechałem na Global Gathering, do Gdańska. Nie, moment 2011 chyba, momencik [:D]... Tak, 2011 na stadionie żużlowym i zaraziłem się tam Arminem Van Buurenem, Markusem Schulzem. Potem, poprzez nich odsłuchałem na necie innych: Ferrego Corstena, W&W, Aly & Fila, itd. Obejrzałem DVD "Armin Only" "Mirage" i "Imagine", i jak zobaczyłem to: jeden człowiek, meeeega scena, ręce na bok i tłumy ludzi przed sobą - to jest to! Kiedyś na sieci znalazłem zdjęcie DJ-a, który miał ręce wyciągnięte do góry w czerwonym świetle, a przed nim były tysiące ludzi. Jak zobaczyłem te DVD z Arminem, to sobie przypomniałem i powiedziałem sobie, że też taki chce być. W tym momencie doszedłem w końcu, jaki styl chce grać, tak to błądziłem. Potem zagrałem w Mogilnie, pierwszy taki w sumie koncert w postaci setu, ale nie był to do końca taki prawdziwy set. Potem, pierwszy raz zagrałem w klubie i to takim potężnym, podczas obozu sportowego w Sypniewie. To samo co w Mogilnie, ludziom się podobało. Myślałem że mi łzy polecą, a taki pierwszy soczysty set zagralem tydzień temu też w Sypniewie i też w tym klubie razem z kolegą każdy grał swój set, tyllu ludzi przyszło, że szok! Wszyscy tak się dobrze bawili, ja też.  Wtedy dopiero miałem pierwszą okazję i ją wykorzystałem. Kiedy wszedł moment spokojny i podniosły, w jednym z utworów rozłożyłem ręce i podniosłem głowę do góry, usłyszałem pozytywną reakcję ludzi i ręce do góry, jak na tym obrazku - powiedziałem sobie w myślach "udało się". "Ale to dopiero początek".

D.K.: Pięknie,  a jakie masz plany co do swojego rozwoju?

A.L.: No więc plany mam takie, żeby "na tym obrazku" pojawiła się moja postać, ale czasem się zastanawiam, czy nie za dużo mi się marzy [:)]. Żeby tak jak do tej pory robić swoje.

D.K.: Będziesz coś zmieniał w swojej muzyce?

A L.: Tego to nawet ja nie wiem [:D]. Jeszcze ponad rok temu nie wiedziałem, że kompletnie zmienię swój styl muzyczny, no, taki żywioł!

D.K.: Powiedz mi jeszcze jak poznałeś Laurę?  Gdzie się spotkaliście?



A. L.: No więc spotkaliśmy się na wspólnym występie Pałacu Młodzieży w Szczecińskiej galerii. Ja grałem, a ona razem z wokalistkami pod kierunkiem innego nauczyciela śpiewała. Potem mój brat, który też w tej pracowni się uczy, pojechał z nimi na warsztaty. Ot tak, dałem mu na płytce dwa swoje podkłady które zrobiłem wtedy. Pomyślałem, że może ktoś będzie chciał do nich zaśpiewać, no i Laura zakochała się w jednym z podkładów i tak powstał "Pointless". W sumie to zrobiliśmy na razie 2 wspólne kawałki. Tak sobie pomyślałem, że w końcu może by go gdzieś zagrać A potem, w międzyczasie, jak zabrałem się za trance, powstał też ten utwór, który zaprezentowaliśmy w Cekcynie.

D.K.:  Twoja muzyka, to był właściwie jeden długi set?

A.L.: Taki typowo trance'owy nowy?

D.K.: Tak.

A.L.: Pierwszy typowy autorski set DJ-ski podkreślam że autorski, bo taki zwykły, to już grałem wcześniej :).

D.K.: Kto cie najwięcej wspiera? Rodzice, koledzy?

A.L.: Nie lubię pytań typu "kto najwięcej" :), bo trudno jest powiedzieć. Mam grono przyjaciół i znajomych którzy mnie wspierają i duchowo i bezpośrednio, no i oczywiście rodzina.

D.K.: Na jakim sprzęcie pracujesz?

A.L.: Obecnie gram na typowo DJ-skim. W "domowym studiu" [;)] tworzę, ale gram na DJ-skim
Są to obecnie dwa playery multimedialne i mixer DJski

D.K.: Uważasz się za ... DJ-a, który idzie za swoją pasją?

A. L.: Nie chcę być postrzegany tylko i wyłącznie jako DJ, bo DJ jako DJ, nie tworzy nic swojego.
A ja chciałbym jeszcze tworzyć, co w sumie robię. Chciałbym być producentem muzycznym, który gra swoje utwory jako DJ. [:)].

D.K.: Rozumiem. I będziesz grał na kolejnych koncertach... To miłe, jutro opublikuję ten wywiad.

A.L.: Oki, cieszę się, że mogłem pomóc :). Ja jeszcze nigdy nikomu tyle nie opowiadałem.

D.K.:  Serdeczności.












piątek, 17 sierpnia 2012

Klaus Schulze - Angst


 Angst z 1984 roku jest nietypową płytą w dyskografii cenionego artysty. Klaus Schulze nagrywając muzykę do tytułowego filmu, wykorzystał sporo elementów, które w lekko zmienionej formie ukazały się, lub za chwilę powtórzyły na jego innych płytach z tego okresu. Fani bez trudu je odnajdują. Skoro materiał ten służył jako tło filmowych wydarzeń, zabieg auto-powielania jest zrozumiały. Kompozycje te, inaczej zmiksowane niż ich pierwowzory, robią czasami wrażenie "suchych", przefiltrowanych pod obraz motywów. Gdy przeczytałem trochę informacji o samym filmie, przestało mnie to dziwić. Jednak epatowanie się losem seryjnego zabójcy i badanie niuansów tego typu kinowych historii nie leży w moim charakterze, więc mam nadzieję, że czytelnik zrozumie i wybaczy, gdy skupię się na samej muzyce.  Pierwotnie płyta zawierała 5 dość krótkich jak na tego artystę utworów, skromnych w formie i treści. Czasami stanowią one tylko zalążek tematów i z tego powodu płytę tę uważałem za dobrą, ale nie powalającą. Oczywiście, perfekcja wykonania i wyczuwalna swoboda modyfikowania dźwięków odcisnęła na tym materiale pewne piętno, sugerując niebanalne odczucia, jakoby odgórnie szufladkując ten zestaw nagrań, do tych wzbudzających sympatię. Ale reedycja z 2005 roku  dodatkowo przyniosła ze sobą półgodzinny bonus, w postaci wieloczęściowej kompozycji "Silent Survivor". I ten materiał podnosi wartość wydawnictwa na jeszcze wyższy poziom. Prawdę, mówiąc menadżer Klausa, KDM, nie zawsze miał dobrą rękę do tych "gratisów" i czasami zastanawiałem się, co brał pod uwagę prócz ilości sprzedanego towaru. Tym razem jednak przyznaję, że wydobył na powierzchnię prawdziwą perełkę. Zgrabne, często rytmiczne frazy, umiejętnie połączył Schulze w sobie tylko wiadomy sposób, tak że ich słuchanie sprawia niesamowitą przyjemność.  Malkontenci mogą się spierać, że to też są jakieś odrzuty z sesji Audentity. Jednak cała suita brzmi wystarczająco świeżo, aby usprawiedliwić zakup reedycji. Dodatkowo, w dołączonej książeczce, jest dużo informacji o filmowej muzyce Klausa. Nie będzie więc ta pozycja rozczarowaniem dla kolekcjonerów. Polecam!


środa, 15 sierpnia 2012

Niemen - Katharsis


  Długo się wahałem przed napisaniem recenzji płyty Niemena. Jakby nie było, jest to już postać legendarna. Stawia mu się w naszym kraju pomniki, jego pseudonimem nazywa się ronda, wybija monety z jego wizerunkiem i pisze o nim książki. Cóż można dodać wobec tak  licznych wyrazów doceniania?  Pomnikom się nie kłaniam, ale z brązu ich też nie mam zamiaru odzierać. Obiektywnie przyznać muszę, że  Czesław Niemen był artystą nietuzinkowym, co dobrze słychać w jego muzyce np. na płycie "Katharsis" z 1976 roku. Muzyka elektroniczna na niej zawarta jest dość wyrazista i nasycona wieloma atrakcyjnymi dodatkami. Może niezbyt strawna dla przypadkowego słuchacza, dla konesera gatunku będzie stanowić źródło miłych doznań. Oczywiście, nie każdemu musi odpowiadać śpiew Niemena, lekko jazzujący, czasami w "średniowiecznej" manierze  i pełen ekspresji.  "Katharsis" jednak warto dać szansę chociażby ze względu na wykorzystane instrumentarium. Minimoog, Mellotron i Synthi EMS, to sprzęty dziś przez wielu uważane za "kultowe". I nie chodzi mi o sam fakt, że Niemen akurat na nich grał, tylko to jak zagrał. Prawdopodobnie był jednym z ich pierwszych posiadaczy w naszym kraju. Wykorzystał tę szansę na swobodne badanie ich możliwości. Zaowocowało to między innymi pięknie wyeksponowanym motywem powłóczystego mellotronu w kompozycji "Fatum". Podczas gdy artysta śpiewa swoje  egzystencjalne teksty ("Z listu do M." i "Epitafium"), instrumenty klawiszowe znakomicie sprawdzają się jako tło, ale ich pełne możliwości ujawniają się, gdy gra na nich samodzielne kompozycje mające czasami dość awangardowy charakter (Pieczęć). Podoba mi się również inwencja z jaką Niemen wykorzystuje tu odgłosy tła. Podczas gdy dźwięki ulegają modyfikacji i degradacji, słychać fragment arii, nakręcaną pozytywkę, ludzi rozmawiających w miejscach publicznych. Kapitalne! Czasami słychać też na tej płycie gitarę, często rozmaite perkusyjne akcesoria. Wszystko to w znakomitej, szerokiej bazie stereo. Choć od wydania analogowej płyty minęło 36 lat, dalej dobrze się tego słucha. Jest w kosmicznej el-muzyce Niemena te "coś", co pociąga ku sobie i przyciąga niezależnie od pokolenia słuchaczy. Piękno sztuki po prostu. 



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Dead Can Dance - Anastasis


  Lubicie Dead Can Dance? Ja też ;). Dlatego, jak wielu innych fanów, poruszyła mnie jakiś czas temu wieść o reaktywacji zespołu i nowej płycie. Zastanawiałem się, co może zawierać nowy materiał duetu Lisa Gerrard - Brendan Perry. Myślałem, co takiego tym razem mogli (przy pomocy muzyków sesyjnych) nagrać. W końcu ten zespól jest legendą, jeśli chodzi o kreowanie nostalgicznego, często mrocznego klimatu, a duet Lisa & Brendan posiada nieprzeciętne głosy. Ale takie lakoniczne stwierdzenia nie oddają dobrze wielkości ich talentu. W każdym pokoleniu rodzi się jakaś ilość muzyków wyróżniających się spośród wielu im podobnych, siłą przebicia i oryginalnością. Do takich właśnie należy omawiany DCD. To nie problem zagrać tak, aby spodobać się wielu słuchaczom na chwilę. Sztuką jest poruszyć ich do tego stopnia, aby zatęsknili do zaproponowanej przez muzyków stylizacji i ekspresji. Dead Can Dance to potrafi. Blisko dziesięć wydanych płyt zawierało różne wypadkowe: kolaboracje z muzyką etniczną, zimnym new wave, śpiew Lisy przypominający gregoriańskie chóry, czy też inspiracje muzyką czarnej Afryki. Otwartość DCD na eksperymenty i nowe podejście do tworzenia, zaowocowały w końcu międzynarodową popularnością. Podbili serca wielu wrażliwych osób na całym świecie.
  Po kilku przesłuchaniach najnowszej płyty "Anastasis" (2012), dochodzę do wniosku, że to bardzo równy materiał.  Jest jakby podsumowaniem dotychczasowych poszukiwań zespołu, umiejętnym scaleniem wielu wątków, wypracowanych sposobów emitowania muzyki. Nie zawiera absolutnie nic szokującego, innego niż wcześniejsze prace ("Opium" brzmi jak fragment sesji Spiritchaser, "Return Of The She-King" też może się konkretnie kojarzyć). Stanowi doprowadzony do perfekcji kompromis dwóch wielkich osobowości, które pragną przekazać to, co mają w sobie najlepszego. Choć rozpoczynający płytę "Children Of The Sun" ma znamiona przeboju i grany jest na przedpremierowych koncertach, pozostałe kompozycje mu nie ustępują. Łagodna muzyka ludzi dojrzałych, doświadczonych, potrafiących perfekcyjnie wyrazić swoje uczucia. Jak zwykle pobudzają do refleksji nad życiem, wykonując swoje zadanie gustownie i z klasą. Podczas słuchania "Anastasis" w powietrzu unosi się mgiełka niedopowiedzianej tajemnicy, a sentymentalne melodie i ciepłe wokale otulają słuchacza płaszczem nadziei. Czegoż chcieć więcej od muzyki? Koncepcyjny album dla miłośników niebanalnych akustycznych wrażeń i jednocześnie jakby greatest hits ulubionych nastrojów. Ciekaw jestem, czy na warszawskim koncercie, który ma się odbyć 15-10-2012, godz. 18.30 w Sali Kongresowej, zespół dostarczy równie wysublimowanych emocji?

Wiecej o DCD na http://www.deadcandance.eu/news.php




piątek, 10 sierpnia 2012

Biosphere ‎– L'Incoronazione Di Poppea

  Geir Jenssen co jakiś czas wydaje nową płytę. Tym razem można ją pobrać odpłatnie w formie plików, przez coraz popularniejszy w sieci bandcamp.com. Inspiracją do projektu "Biosphere ‎– L'Incoronazione Di Poppea" (2012) jest, jak można przeczytać w sieci, opera o tej samej nazwie. Faktycznie, są momenty które zdają się to sugerować. Ale wiadomo, że to bardziej pretekst do penetracji innych muzycznych obszarów. Co więc zawiera 12 krótkich utworów z "L'Incoronazione..."? Muzykę jak to u Biosphere bywa,  programowo monotonną, dość zniekształconą i czasami tylko zbliżoną do kanonu słuchanego przez miłośników muzyki poważnej. Pewnie też i o to autorowi chodziło. Wątpię jednak, aby kogoś z tego kręgu melomanów do swojej twórczości pozyskał. Bo muzyka brzmi czasami tak, jakby jakiś sadysta mocno uszkodził operowy pierwowzór, a bezkrytyczny wielbiciel oszacował, że to się jednak da ocalić i słuchać (smile). Ostatnio odzywają się głosy krytyczne wśród niektórych fanów, którzy uważają że obecna muzyka Jenssena, to już nie to samo co kiedyś. Ciekaw jestem reakcji na tę "operową" płytę. Nie wydaje mi się, aby Mr.Biosphere zaniżał loty. To kolejna wycieczka w nieznane - nie każdy zechce tam się udać. I dobrze, bo piękno świata jest w jego różnorodności.






  

czwartek, 9 sierpnia 2012

Kayanis - Nowa rzeczywistość to wyzwanie dla naszej kreatywności



Lubomir Jędrasik "Kayanis" - polski twórca muzyki elektronicznej, rocka neoprogresywnego, symfonicznego, kompozytor, autor tekstów, multiinstrumentalista urodzony w Słupsku. Człowiek charyzmatyczny, utalentowany w wielu dziedzinach,  konsekwentnie wprowadza w życie swoje plany. Oprócz tego, ciekawie opowiada o sobie i swoich pasjach.



D.K.: W informacjach z Wikipedii można przeczytać o Twoim solowym debiucie "1994 Oczekiwanie". Nie znam tego materiału. Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Kayanis: Każdy musi jakoś debiutować… To bardzo młodzieńcza praca, pełna niedoskonałości. Chciałbym mieć obecnie choć cień tej pewności siebie, jaka towarzyszyła mi wówczas, podczas nagrywania i promowania dwóch pierwszych płyt, bo mniej – więcej te same uwagi odnoszą się i do kolejnej, „Machines and Dreams”. Dziś do rzeczy które publikuję podchodzę o wiele bardziej wybiórczo, nie wiem, czy do Szanownej Publiczności dociera 5% tego, co sobie w studio rzeźbię, pewnie nawet mniej. Wtedy było inaczej – mój kosz na śmieci był wówczas prawie cały czas pusty, a procent jego zapełnienia jest podobno wyznacznikiem jakości kompozytora. Zapewniam Cię, że dziś się on (rzecz jasna wirtualnie) przesypuje ;).
A „Oczekiwanie” nawet nie wisi na mojej „ścianie próżności” w studio, na której znajduje się kolekcja płyt, w których powstaniu brałem udział – zarówno autorskich, jak i tych zleconych. Nie ma się czym chwalić.

D.K.: Płyta Machines and Dreams z 1998r zawierała kilka chwytliwych piosenek, a także kompozycje bardziej złożone. Czy tytuł ma jakieś konkretne odniesienie, czy jest abstrakcyjny? Ten album wydaje mi się ważny, bo przetarł drogę Ci drogę do szerszego grona słuchaczy.

K.: Jakiś-tam sens starałem się w tym tytule przemycić, te czasy były prologiem do szaleńczego rozwoju technologii, jaki obserwujemy dziś. Paradoksalnie, mimo bycia wówczas tzw. elektronikiem, nie byłem jakimś szczególnym pasjonatem technologii muzycznej, traktowałem ją jako niezbędne ułatwienie pracy, ale nie cel sam w sobie. Zawsze nudziły mnie śmiertelnie te quasi-techniczne dysputy o sprawności przesyłania sysexów i pojemności pamięci sekwencerów, w jakich z prawdziwymi wypiekami na twarzach uczestniczyli koledzy. To elementarz, coś, co musisz opanować aby robić muzykę na jakimś-tam poziomie, ale żeby o tym rozmawiać… co to, to nie. Langweilig! :). Czyli było to takie „Czucie i wiara silniej mówi do mnie..”, na jakie było wówczas mnie stać. Maszyny maszynami, jasna sprawa, rozwój, ułatwienie a sny, marzenia – nieosiągalne przestrzenie wyobraźni, które wszystko determinują. Tak wówczas myślałem. Dziś jednak jest znów inaczej, innego wymiaru ten tytuł chyba nabrał – machiny osiągnęły zdolności kreacji rzeczywistości abstrakcyjnej, przewyższające pewnie wiele nietrenowanych umysłów, zatem po pierwsze wieszcz się mylił, po drugie – ta nowa rzeczywistość to wyzwanie dla naszej kreatywności, nie dać się przegonić krzemowi.

Ten album rzeczywiście pozwolił dotrzeć tu i ówdzie, bo znajdowało się na nim to wściekłe „Arecibo”, chyba najbardziej popowy utwór, jaki udostępniłem. Choć instrumentalny, przebił popularnością wszystkie późniejsze piosenki. Był i teledysk, i wizyty w TV, rozgłośniach radiowych, szkołach, no prawie że w zakładach pracy… :). To miłe doświadczenia dla dwudziestoparolatka. Dają potrzebną wówczas bezczelność, wiarę we własną wyjątkowość, bez której nic nie zdziałasz. Dziś to bez znaczenia.

Tego albumu dotyczy też pewne nieporozumienie – nie ma na nim ani jednej piosenki! Śpiewaliśmy sporo na koncertach go promujących, ale na płycie – żadnego wokalu! Jakieś sample etnicznych przyśpiewek, ale to tyle!

D.K.: Na przełomie XX I XXI wieku niektórzy przyrównywali Twoją muzykę do twórczości Mike Oldfielda. Czy w tamtym czasie był to dla Ciebie komplement czy irytujące porównanie?

K.: To przestroga dla obecnej młodzieży muzycznej. Nie wiedziałem wówczas o tym, (a powinienem, byłem przecież już wykształconym pedagogiem!) że ludzki umysł działa na zasadzie szufladek. Każde nowe zjawisko stara się wpasować w znaną sobie już przegródkę. Nagraliśmy tylko jeden utwór odnoszący się jakoś-tam, nawet nie zbyt przesadnie, do twórczości Oldfielda, nawet trochę dla żartu opracowaliśmy i zastosowaliśmy podczas nagrania z Andrzejem Czajkowskim nieco odmienną metodę vibrata gitarowego, która bardzo zbliżała brzmienie naszych gitar do tego znanego z prac Oldfielda… No i poszło. Ten jeden utwór sprawił, że nad odczepieniem tej łaty musiałem się później solidnie napracować! Utwór zresztą był słaby i nie powinien był się w ogóle ukazać. Później, na złość i na przekór czepialskim, graliśmy na koncertach „Moonlight Shadow”, z komentarzem „Aby zadać kłam krążącym pogłoskom…” Niewielu odbierało żarcik, część krytyki znowu jęczała o tym Oldfieldzie…

D.K.: W roku 2000 do Kwidzyna zjechała grupa Twoich fanów, wyglądało na to że w pewnych regionach kraju miałeś już ustaloną renomę?

K.: Tak, to się zdarzało.

Byłeś współorganizatorem festiwali KOMP w 2000 i 2001 roku. Było to w jakimś sensie dla Ciebie pożyteczne w sensie praktycznym?

K.: Nie. Nic mi to nie „dało”, jeżeli o to pytasz. To był pomysł pełnego energii Marka Szulena, ja miałem wówczas już trochę doświadczenia w tzw. produkcji scenicznej, zatem chętnie się w to zaangażowałem. Fajne doświadczenie, choć również naznaczone błędami nadmiernego młodzieńczego entuzjazmu i idealizmu ;).

D.K.: Od "Machines" do "Synesthesis" minęły tylko trzy lata, a te płyty mocno się różnią. Czyżby pomysł na takie zwarte, a jednocześnie monumentalne dzieło jak "Synesthesis" kiełkował znacznie dłużej i wcześniej chodził Ci po głowie?

K.: Nie, wszystko wydarzyło się właśnie w ciągu tych trzech lat. Dla w miarę sprawnego kompozytora urzeźbienie takiej płyty jak „Synesthesis” nie jest jakimś szczególnym wyzwaniem, a ja się w tych latach właśnie takim w miarę sprawnym twórcą stawałem… Choć cierpi ten materiał z powodu pewnych niedostatków realizacyjnych, wynikających z naszych ówczesnych ograniczeń budżetowych i braku doświadczenia w produkcjach o tej skali złożoności. Porwaliśmy się na produkcję płyty o światowym rozmachu, budując wszystko – włącznie ze studiem - od podstaw. Dziś to wydaje się wręcz niewiarygodne. Sensownym byłoby nagranie tej płyty jeszcze raz, od początku, z obecnym doświadczeniem i możliwościami. Ale nie sądzę, aby kiedykolwiek chciało mi się to zrobić. Zainteresowanie tym materiałem jest wciąż spore, zatem już wkrótce znajdzie się on ponownie w dystrybucji, jednakże jedynie w wersji elektronicznej, na kayanis.bandcamp.com. Choć dodam do niego jakiś „komentarz odautorski”, wyjaśniający okoliczności i warunki jego powstania.

D.K.: O ile płyta "Machines" była pozycją dość rozrywkową i optymistyczną, to od 2001 roku Twoja muzyka jest nie tylko bardziej złożona, ale jakby też poważniejsza. Sugeruje to również tytuł kolejnego projektu: Where Abandoned Pelicans Die. Jak to wytłumaczysz?

K.: Tytułu tłumaczyć nie zamierzam, lubię pozostawiać takie interpretacje inwencji Słuchaczy. A co do „poważnienia” mojej muzyki, to cóż – wydaje mi się, iż mam coraz więcej do powiedzenia, w coraz to gęstszych strukturach muzycznych. Poza tym, będąc dalekim od nadmiernie transcendentalnego pojmowania świata uważam, iż w działalności artystycznej sprzeciwianie się naturalnemu, wyznaczonemu przez „niewiadomoco” kierunkowi rozwoju wypadków jest jeżeli nie niemożliwe, to co najmniej mocno uciążliwe. Doświadczyłem tego wielokrotnie, rzeczy idą swoim torem, a twoim zadaniem jest jedynie ten tor wyczuć pod stopami. Zatem, jeżeli mogę cokolwiek komukolwiek radzić – rób to, co się samo „chce” robić, co idzie gładko i bez nadmiernych komplikacji. Jasne, że czasami trzeba pod prąd, ale gdy pod nogi leci kłoda za kłodą – zła ścieżka. Przykład z mojego podwórka z ostatnich lat – na przełomie lat 2009/2010 napisałem płytę „Mundane”, to dziesięć piosenek, w mojej ocenie naprawdę niezłych, posiadających zarówno walory artystyczne jak i pewną potencjalną wartość komercyjną. Projekt doprowadzony jest do przedostatniej fazy produkcji – brakuje tylko kilku elementów. I od dwóch lat nic. Każda próba dokończenia tego przedsięwzięcia kończy się jakąś katastrofą, na różnych poziomach. W takich sytuacjach najlepiej jest po prostu zająć się czymś innym, do rzeczy porzuconych powracając przy sprzyjających okolicznościach. Zatem odpowiadając expressis verbis na Twoje pytanie – nie w pełni kontrolujemy to, co robimy, choć czasami możemy odnosić takie wrażenie. „Poważnienie” mojej muzyki nie musi być moim wyborem. Tak po prostu wychodzi.

D.K.: Masz bardzo profesjonalną stronę www: www.kayanis.com z której dużo można się o Tobie dowiedzieć.

K.: Tak, to dzieło sympatyka mojego przedsięwzięcia, Jacka Juskowiaka, grafiki zaś są autorstwa Mirka Drozda, www.tse60.com Obserwuję, iż ostatnio wiele zespołów odpuszcza sobie tworzenie strony WWW na rzecz profili na portalach społecznościowych czy też stricte handlowych. Ja uważam, iż dobrze jest mieć własną, osobistą stronę WWW. To część całego przedsięwzięcia, istotna artystycznie.

D.K.: Zawodowo zajmujesz się nie tylko tworzeniem muzyki, ale również tłumaczeniem tekstów mających znamiona dzieła artystycznego. Dochodzę do wniosku, że robiąc takie rzeczy, samemu trzeba być poetą, posiadać nie tylko wiedzę filologiczną, ale też szerokie horyzonty i... chyba też pewną dozę empatii. Co o tym myślisz?

K.: Słowo jest dla mnie inną, ale nie zbyt różną emanacją tego samego zjawiska, jakim jest dźwięk. Choć cenię muzykę bardziej za jej abstrakcyjność, to dosłowność i celność słowa też mają swój niepowtarzalny urok. Podobnie jak prąd elektryczny i magnetyzm to ta sama siła, słowo i muzyka oddziałują na ludzi podobnie, odpowiednio – można zaryzykować stwierdzenie, że słowo ma siłę prądu, a muzyka to magnetyzm... Obracanie się w miarę swobodne w obu tych światach jest dla mnie spełnieniem wszystkich dziecięcych marzeń. Nigdy nie umiałem wybrać, czy wolałbym być sławnym poetą, czy wybitnym kompozytorem… ;). A na poważnie – uwielbiam przeskakiwać między tymi światami, choć oba są piekielnie wymagające, jeżeli ma się choć mgliste pojęcie o ludzkich dokonaniach w tych przestrzeniach.

D.K.: Zastanawia mnie jedna rzecz. Na swoich płytach grasz na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Te instrumenty często grają tło. Dużo ekspresyjnych solówek wykonują zaproszeni gitarzyści. Na swojej stronie piszesz: "Moje powyższe pasje i zainteresowania uzupełnia ostatnia, ale nie najmniej ważna z nich - dźwięk, jego kreacja i realizacja". Czy czujesz się więc może bardziej demiurgiem, kompozytorem niż instrumentalistą i z tego czerpiesz największą satysfakcję?

K.: Zdecydowanie tak właśnie jest. To kolejny przykład na to, o czym mówiłem wcześniej, że każdy ma swój tor, swoją ścieżkę… Nie popadając w nadmierny samokrytycyzm, grać w końcu umiem, ale kiedyś wkładałem dziesiątki godzin tygodniowo w poprawę własnej techniki i rezultaty były… tylko trochę lepsze od obecnych, gdy do sprawy podchodzę dużo mniej frasobliwie. Wolę pracę nad przymiotami intelektu, wyobraźnią, warsztatem kompozytora i aranżera niż grać wielogodzinne wprawki pianistyczne. I tak nie będę Możdżerem :). Są jednak ludzie, którzy mają niesłychaną „lekkość instrumentalną”, uwielbiam korzystać z ich talentów. Potrafią oni wnieść do utworu nieprawdopodobnie dużo, nawet rzeczy, których wcale bym się nie spodziewał. I bardzo dobrze, z takiej synergii rodzą się czasem prawdziwe cuda. Realizacja dźwięku to moje najświeższe hobby, robię to już profesjonalnie, ale tylko w niektórych obszarach muzycznych. Głównie „około klasycznych” i ilustracyjnych. Są rzeczy (piosenki, bardziej rockowe fragmenty produkcji), które muszę oddawać do „zewnętrznego” miksu, bo brakuje mi jeszcze narzędzi (przede wszystkim tych w głowie) do ich zrealizowania na poziomie, jakiego od swoich produkcji oczekuję.

Z drugiej jednak strony, przy mojej metodzie pracy to ja nagrywam 99% wszystkich partii, własnoręcznie ;). Moja muzyka powstaje za pomocą komputera, ale każdy dźwięk, każda nutka, nawet muśnięcie trójkąta w takcie 315 musi zostać przez kogoś zagrane… Lubię, gdy to jestem ja sam.

D.K.: Where Abandoned Pelicans Die choć zawiera piosenki, mniej przypomina muzykę rockową, a bardziej suitę symfoniczną. Momentami podniosłą i czasami smutną. Czy powoli odchodzisz od estetyki rocka, czy to chwilowe eksperymenty?

K.: Jak mówiłem wcześniej – przecież nie w pełni sam o tym decyduję… Poza tym nigdy nie byłem rockmanem. Lubię korzystać z pełnego wachlarza stylistycznego jaki mam do dyspozycji, lubię ślizgać się pomiędzy gatunkami, brać z nich to, co mi w danej sytuacji najbardziej odpowiada.

WAPD jest taka, jaką chciała być. Pracowałem nad tym materiałem ładnych kilka lat, rzecz jasna z przerwami, a on sam podpowiadał mi, czym chce się stać… Chwilę trwało, zanim to zrozumiałem, wcześniej toczyłem jakieś nierówne pojedynki z materią o niechcący się rozwinąć temat, czy nie pasujące rozwiązanie formalne… Dziś ukończyłbym taką płytę w kilka miesięcy. Człowiek naprawdę uczy się całe życie!

D.K.: Ostatnio dajesz mniej koncertów i wcale się nie dziwię. Biorąc pod uwagę charakter Twojej muzyki musi to być bardzo pracochłonne zajęcie...

K.: Tak, pracochłonne i zniechęcające. Szczególnie – tego aspektu nie da się tu uniknąć – finansowo. Poświęcając tę ilość czasu, jakiej wymaga przygotowanie dobrego koncertu - w standardzie, jaki wypracowaliśmy - na dowolne inne zajęcie, można po prostu zarobić więcej. A będąc dorosłym człowiekiem, odpowiedzialnym za rodzinę i dom, nie można o tym nie myśleć. Wszyscy mamy do dyspozycji ograniczoną ilość czasu i należy nauczyć się nim gospodarować. Ponadto, mając do wyboru wielomiesięczne użeranie się z rzeczywistością za kwoty, które nie są w stanie nic zmienić, a sobotnie lody na deptaku z rodziną, zgadnijcie co wybieram… :). Choć ostatnio próbuję robić coś w kierunku dostosowania koncertów do oczekiwań krajowego rynku. Zobaczymy, co z tego będzie.

D.K.: W przygotowaniu nowa płyta?

K.: By to jedna! ;). Mam „rozgrzebane” trzy materiały. Ostatnio jeden zaczyna puszczać do mnie oko, że może byśmy coś razem… :). Może coś z tego będzie, nauczyłem się już nie składać przedwczesnych deklaracji, nawet gdy brakuje tylko pół taktu – można na te kilka nutek czekać i lata całe…

D.K.: Od kwietnia działa serwis Bandcamp umożliwiający legalny zakup Twojej muzyki. Tak robi wielu uznanych muzyków. Od września opublikujesz "Synesthesis". To dobra wiadomość dla nowego typu odbiorcy nie mającego sentymentu do tradycyjnych nośników...

K.: Tak, bandcamp to świetny pomysł. Sam kupuję tam muzykę, ostatnio np. świetny, doskonały polski „projekt” UL – KR. A nośnik nie ma już znaczenia, z serwisu bandcamp można pobierać i nie skompresowane pliki, jeżeli ktoś naprawdę słyszy w samochodzie różnicę pomiędzy mp3 320 kbps a wave… Jeżeli dla mojego pokolenia, ludzi, którzy pierwszą swoją płytę kupili jeszcze w formie winylowego krążka (notabene: polski Exodus „Supernowa”, genialne!) fakt braku fizycznego nośnika jest jak najbardziej do zaakceptowania, losy płyty CD wydają się przypieczętowane. Zresztą i tak przyszłość jest najprawdopodobniej w strumieniowym przesyle danych, a nie w zapychaniu sobie nimi telefonu czy czegoś-tam. Kolejną płytę wydam prawie na pewno wyłącznie w formie pliku, nie zaniedbując jednakże ani okładki, ani innych wizualnych doznań. Będzie po prostu taniej, dla obu stron tej zabawy.

D.K.: Powiedz czy masz czas na jakieś pasje o których nie napisałeś na swojej WWW, typu: łowienie rybek, wspinaczki itp, czyli jaki jest Kayanis prywatnie?

K.: Ależ oczywiście, że mam. Szczególnie ostatnio, kiedy kilka beznadziejnie pochłaniających czasowo przedsięwzięć sobie odpuściłem. Rzecz jasna, słucham muzyki i czytam książki ;). Ale to jakby trochę cześć pracy, natomiast rzeczą niezwiązaną w żaden sposób z pracą, na która z radością tracę czas, jest przede wszystkim motoryzacja - uwielbiam samochody, należę nawet do jednego z internetowych klubów miłośników marki. A najświeższa sprawa to caravaning. Na razie tylko teoretycznie, ale w najbliższej przyszłości planujemy zakup przyczepki i wielotygodniowe podróże po Europie. Sprawę mamy przerobioną w wydaniu namiotowym, kapitalna sprawa, taki powrót do nastoletniości, (ci z Twoich P.T. Czytelników którzy bywali w Piszu pod koniec lat osiemdziesiątych wiedzą, o czym mowa!) tylko w wydaniu Hi-Tech A.D. 2000+ ;).
Mam tylko wewnętrzny problem z internetowym środowiskiem miłośników campingu i caravaningu, bo ci ludzie na samochód mówią „holownik”, co dla mnie jest nie do przyjęcia! ;) :) :).

D.K.: O jakie kwestie nie zapytałem, a warto byłoby je przybliżyć czytelnikom?

K.: I tak nieźle Ci się tu wyspowiadałem… A z rzeczy najważniejszych: żonaty, jedna córa, mieszkam pod Warszawą.

-----

D.K.: Dziękuję za wywiad i życzę powodzenia w dalszej publicznej, artystycznej działalności!

K.: Dziękuję i załączam pozdrowienia dla Twoich Czytelników.

strona artysty: http://www.kayanis.com/

środa, 8 sierpnia 2012

Insomnia - Places - rozmowa o powstawaniu i zawartości płyty

 
  Co jakiś czas wracam do słuchania płyty "Places" łódzkiego duetu Insomnia. Zamiast standardowej recenzji, poprosiłem muzyków o trochę szczegółów na temat powstania i zawartości tej płyty. Na pytania w imieniu tandemu odpowiedział Łukasz Modrzejewski, obok Adama Mańkowskiego, współautor wszystkich nagrań grupy.


D.K: Zanim pojawił się projekt Insomnia – "Shadows and Mists", wspólnie skomponowaliście album "Places". To muzyka trudniejsza w odbiorze od następującej po niej płyty i kto wie, może przez to trafia do innej grupy odbiorców? W każdym bądź razie mam wrażenie, że napracowaliście się nad nią dużo. Jak to wyglądało w rzeczywistości?


Ł.M.: Miło nam słyszeć, że jest trudniejsza w odbiorze w stosunku do swojej młodszej siostry - "Shadows and Mists", ale zapewniamy Cię, że i tak jest dużo łagodniejsza i przyswajalna, niż to co zrobiliśmy na debiucie Extreme Agony. Czy skierowana jest do innej grupy słuchaczy? Tego nie wiem, nigdy nie targetujemy naszej grupy docelowej. Jest przede wszystkim skierowana do ludzi mających otwarte uszy, dusze i serca na muzykę. W przypadku "Places" jak i do tego co było wcześniej, a także później i do tego co będzie kiedyś w przyszłości, mamy taki stosunek, że zawsze wkładamy w to co robimy siebie i cieszymy się, że możemy podzielić się cząstką siebie z kimś innym. Cieszymy się jeszcze bardziej gdy komuś to się podoba i jest to dla nas największa nagroda.
A wracając jeszcze do Twojego pytania, ten krążek jest inny i poniekąd wynika to z tego, że w tamtym czasie jakoś bardziej byliśmy przesiąknięci noisem, nieco chłodniejszymi obliczami elektroniki itd.
Poza tym ten materiał powstawał trochę dłużej, dużo się przez ten czas wydarzyło różnych rzeczy - niekoniecznie dobrych i przyjemnych. Współpracowało nam się jak zawsze dobrze, Insomnia istniała wtedy już dobrych parę lat, ja Adama znam ponad dekadę więc była to niezwykła frajda, że mogliśmy nad "Places" pracować razem.


D.K.: Wyjątkowo mroczna,  czarno-biała okładka  skojarzy mi się destrukcyjnie, coś typu upadek wież WTC  z wyeksponowanym,  odpychającym wizerunkiem jakby demonicznej twarzy..
Czy o takie asocjacje Wam chodziło?

Ł.M.: Nie do końca z WTC. Stockhausen swojego czasu określił zamach na WTC mianem największego dzieła sztuki wszechczasów. Niezmiernie cenię jego kompozycje, jego podejście do muzyki, ale niekoniecznie lubię, co więcej zgadzam się z jego opiniami - takimi jak ta wyżej.
Zdecydowanie wolę cytować Franka Zappę. Jeśli ktoś świadomie i z premedytacją celuje kilkoma tonami stali w wieżowiec zabijając przy tym tysiące ludzi, a setki raniąc jest opętanym szaleńcem i kimś kogo bez niewybrednych epitetów nie jest łatwo nazwać. Oczywiście Zachód i Ameryka nie są niewinnymi barankami bez skazy, ale to temat na osobny wywiad, toteż wróćmy do naszego albumu. Jak już wspomniałem nie ma tam kontekstów związanych z zamachami 11 września, nie ma bezpośrednich inspiracji Ameryką, chociaż Stany są niewątpliwie inspirującym miejscem. Nigdy tam nie byłem, ale chętnie bym je zwiedził i zrewidował to co sądzi o nich na przykład Jean Baudrillard. W latach 2008-2010 dość dużo podróżowałem po Polsce, po dużych miastach, miasteczkach, a często trafiałem na wsie składające się z pięciu, sześciu gospodarstw. To było niesamowite doświadczenie, spotkałem wielu ludzi i poznałem ich historie. Zafascynowały mnie te miejsca, stąd właśnie taki tytuł. Ale nie chodziło nam o jakieś konkretne miejsca, które są tu i teraz, które znamy. Każdy ma też jakieś miejsca szczególne dla siebie, miejsca w których był, jest, chciałby być, a często nawet takie w których nigdy nie będzie. Podczas tych wspomnianych podróży wykonałem mnóstwo zdjęć. To, które znalazło się na okładce zrobiłem w Krakowie i przedstawia ono tzw. "szkieletora" - nigdy nieukończony biurowiec NOT. Jego budowę rozpoczęto w 1975 roku i przez cztery lata budowy postawiono jedynie żelbetonową konstrukcję. Potem pomysłów na jego ukończenie było wiele, kilka razy chciano go zburzyć, przebudowywać, podwyższać itd. Gdy byłem ostatni raz w Krakowie był dalej w takim stanie, będę tam za dwa tygodnie na koncercie No-Man, to zobaczę co się z nim dzieje, ale nie spodziewam się, że zobaczę tam piękny i ukończony wieżowiec. Ponieważ w Krakowie praktycznie na ma żadnych wysokościowców, nie licząc wież kościołów "szkieletor" dość szczególnie wybija się ponad horyzont czym doprowadza do szału wielu mieszkańców Grodu Kraka. Co ciekawe, to udało mi się go uchwycić w szczególnym momencie, ponieważ zazwyczaj jego konstrukcja oblepiona jest masą banerów reklamowych i ciężko jest go zastać w takiej formie jaką widać na okładce. Gdy pokazałem Adamowi to zdjęcie i zaproponowałem tytuł "Places", bez wahania przystał na moją propozycję. Ponadto naszym zdaniem on świetnie oddaje formę tego krążka... mroczny, oddarty, tajemniczy... Poza tym "Places" towarzyszył multimedialny album, w którym znalazły się moje inne zdjęcia różnych miejsc. Pierwotnie chcieliśmy dołączyć te zdjęcia w formie książeczki do całego albumu, ale niestety to znacznie podnosiło koszta. Jeśli kiedyś będziemy mieli odpowiedni budżet, myślę, że wrócimy do tego pomysłu.

D.K.: track 1 Strange Beginnings of a Travelling - smutna to muzyka, ale nie do końca. Na pewno prowokuje do powstawania skojarzeń, różnych emocji. Jak w przypadku większości Waszych utworów, ciężko ją jednoznacznie zdefiniować. Domyślam się, że jest to zabieg celowy?

Ł.M.: Tak, stąd też taki nieco przekorny tytuł. Od samego początku wiedzieliśmy, że od tego utworu będzie zaczynała się podróż po naszych miejscach.

D.K.: track 2  Back to the Places from our Childhood - sporo kontrastów, niektóre fragmenty mają charakter  ilustracyjny... Czy tytuł jest abstrakcyjny, czy ma odniesienia do konkretnych wspomnień?

Ł.M.: I tak i nie jeśli chodzi o wspomnienia. Po prostu chcieliśmy jakoś wrócić do tego co było kiedyś. Stąd ten ilustracyjny charakter. A kontrasty są stąd, że po prostu jest takie dzieciństwo, które ma swoje plusy, ale ma minusy. Zrobiłem sobie kiedyś bilans i zestawiłem teraźniejszość z dzieciństwem. Ono miało niewątpliwie swój urok, ale zbyt wiele było tego przykrego, chwil których chciałoby się nie pamiętać, a nie jest łatwo je wymazać z pamięci.

D.K.: track 3 Unspoken Secrets - najbardziej niekonwencjonalny fragment płyty. Dużo modyfikacji, manipulowania przy tkance i wysiłku, aby sprowadzić tę muzykę do innego poziomu. Kojarzy mi się to z eksperymentami właściwymi dla elektroakustycznych badan dźwięku tak promowanych przez Artemiy'a Artemieva.

Ł.M.: Zgadzam się z Tobą, jest to zdecydowanie najbardziej odbiegająca stylem kompozycja na całym wydawnictwie. Nie powstała jednak przypadkowo i nie bez znaczenia jest jej umiejscowienie w porządku tracklisty - jest to centralny punkt całego albumu. To wszystko są nasze wspomnienia z okresu dzieciństwa, emocje przywoływane z przeszłości dotyczą zarówno tych pięknych jak i przykrych chwil czy zdarzeń, o czym po trosze już była mowa powyżej. Ta kompozycja to wyraz lęku, niepokoju i próba przeniesienia tego na skomplikowaną muzyczną formułę. Kiedy te dźwięki powstawały, nie myśleliśmy akurat o Artemievie, a bardziej o połamanych strukturach, które można znaleźć w twórczości Kanadyjczyka Aarona Funka (Venetian Snares). Fakt, że zwróciłeś uwagę na tego typu podobieństwo może tylko cieszyć i świadczy o tym, że indywidualne podejście do tej muzyki pozwala interpretować ją na różne sposoby.

D.K.: track 4 Unnamed Space of our Imagination. Jak słucham tej kompozycji, to przed oczami stają mi grafiki Michała Karcza. Może nadajecie na podobnych falach? Utwór jest trochę straszny...

Ł.M.: Jeśli chodzi o grafiki, to coś w tym jest. Chociaż zdecydowanie są mi bliższe prace mistrza Beksińskiego. Zarówno w pracach jednego jak i drugiego artysty można znaleźć dużo mrocznych, niepokojących przestrzeni. To samo wyczuwalne jest w eterycznym tle tej kompozycji, są tu także pierwszoplanowe klawisze wnoszące nieco światła i pozytywnych emocji. Dokładnie tak jak bywało to za dawnych lat, wszystkie niepowodzenia i porażki wydawały się końcem świata, by już po chwili stać się mało istotnym drobiazgiem przykrytym solidną warstwą radości i uśmiechu. Wszystko było o wiele prostsze i zmieniało się jak w kalejdoskopie, dziś jest zupełnie inaczej..

D.K.: track 5 A House That Does Not Really Exist:  tu wprowadziliście sporo rytmu, który co jakiś czas powraca, inspiracją do stworzenia tej kompozycji był jakiś thriller? 

Ł.M.: Pomysł z dodaniem rytmu zaproponował Adam. Jest to najdłuższa kompozycja na płycie, trwa ponad trzynaście minut. Chcieliśmy, aby to było coś na zasadzie takiej elektronicznej i różnorodnej brzmieniowo suity z motywem przewodnim, którym jest pulsujący i powracający rykoszetem rytm.

D.K.: track 6 A Moment of Life - faktycznie jest jak chwila i szybko się kończy... trochę mnie to zaskoczyło. Właściwie to są same efekty i odgłosy burzy. Taka puenta spinająca dzieło?

Ł.M.: Tak. Gdy mieliśmy zarejestrowany już cały materiał czuliśmy, że przydałaby się jakaś jakaś pointa, kropka nad "i", ale niekoniecznie w formie stricte muzycznej. Burza wydała nam się bardzo wymowna, wielu z ludzi pociąga, fascynuje, a jeszcze więcej jej się boi i odbiera jakoś negatywnie. Najważniejsze, że nikt wobec niej nie pozostaje obojętny, jest siłą natury, elementem potężnego żywiołu. No i sam tytuł...
moment życia, kilka chwil w których coś się dzieje, coś zaczyna. Obcujemy z jakąś nienazwaną materią. Rodzimy się, wychowujemy, trwa to lata i cieszymy się żeby w szczęściu i zdrowiu żyć jak najdłużej.
Każdego dnia, w każdej chwili przeżywamy takie momenty, kogoś spotykamy, ktoś się rodzi, umiera, aż my sami w jednym momencie odejdziemy z tego świata. Nasze życie składa się z momentów, podczas zarejestrowanej burzy też zapewne "coś" się wydarzyło. Słuchacz, po przesłuchaniu całej płyty może oddać się refleksji, po zatrzymaniu płyty przemyśleć różne sprawy i tak dalej. Nie chcemy tutaj niczego
narzucać, jak zawsze dajemy pełną dowolność interpretacji.

D.K.; Dalej podoba mi się w Waszej muzyce, na co już wcześniej zwracałem uwagę: jest to muzyka do wielokrotnego odsłuchania. To, że jest raczej mroczna, nie przeszkadza mi. Słodki pop pragnę jak najszybciej zapomnieć, a muzyka która wierci dziurę w duszy, pozostawia po sobie ślad...

Ł.M.: Bardzo nam jest miło i dziękujemy. Nigdy nie zależało nam na robieniu czegoś efemerycznego, cieszymy się, że nasze kompozycje trafiają do ludzi, że znalazłeś w nich coś dla siebie, radość, smutek, niepokój...

D.K.: Co warto jeszcze wiedzieć o tym okresie pracy Insomnii?

Ł.M.: Jak wiesz, jest to tak naprawdę nasza pierwsza wspólna płyta nagrana jako Insomnia. Wtedy ten projekt przeistoczył się w duet. Z Adamem świetnie się pracuje i mam nadzieję, że ma o mnie takie samo zdanie. Nigdy niczego sobie nie narzucaliśmy. Tutaj nie ma czegoś takiego, że "ty robisz to i to, a ja to i to" i ma być 50% udziałów dla każdego. Nie tędy droga, zawsze szukamy jakiś inspiracji, dzielimy się pomysłami i staramy się wyłowić najlepsze jakie w danej chwili przychodzą nam do głowy, to daje nam największą frajdę, radość tworzenia. Jakkolwiek to zabrzmi - Insomnia, ale i Extreme Agony jest jak rodzina, jak związek w którym trzeba się uzupełniać. Niejednokrotnie wydaje się, że coś jest już skończone, ale brakuje jakiegoś drobiazgu, jednego dźwięku, który trzeba naleźć, a samemu nie jest to takie łatwe. To trochę tak jakbyś miał super auto, nawet z silnikiem, ale nie miał opon i kierownicy. Daleko tym nie pojedziesz.

D.K.: Dziękuję za odpowiedzi.

Ł.M.: Cała przyjemność po mojej jak i Adama stronie. Wszystkiego dobrego!
Łukasz
 



wtorek, 7 sierpnia 2012

DigitalSimplyWorld – Getting Away From It All (EP)



  W 2006 roku, w jednej z polskich komercyjnych stacji telewizyjnych, zarejestrowano trochę zgorzkniałą wypowiedź kompozytorki Hanny Kulenty, na temat obecnej sytuacji muzyczno-wydawniczej w naszym kraju. Autorka oper, utworów orkiestrowych i muzyki elektroakustycznej, tak oceniła rodzimą kondycję twórczo-edytorską: "nie ma warsztatu, każdy może zrobić sobie płytę, może usiąść w domu przy komputerze, coś nagrać i to, jeśli ma pieniądze - wydać". Zastanawiałem się nad tą wypowiedzią, świadom faktu jak wielu młodych twórców komponuje samodzielnie na komputerze i korzysta z internetu jako środka komunikacji z odbiorcą.  Czy to przekleństwo czy błogosławieństwo? Ludzie w swojej dynamice prą do przodu, przejmują rolę dawnych agentów, sami nagrywają, reklamują i osadzają swoją muzykę w sieci. Pominięcie kosztownego łańcucha pośredników znacznie przyspiesza cały proces. Świat się zmienił i tradycyjne metody promocji idą częściowo w zapomnienie. Wystarczy niewielka grupa przyjaźnie nastawionych osób (pozdrawiam Radio Toksynę) i w ciągu kilku dni kilkaset osób może zapoznać się z premierą nowej muzyki. Niesamowite!
Takie aktywne działanie, nie pozbawione udanej autoreklamy, widać na przykładzie polskiego muzyka ukrywającego się pod pseudo DigitalSimplyWorld. Kilka dni temu wyemitował on w sieci swój najnowszy mini album "Getting Away From It All"  Oto jak sam zachęca do jego słuchania w komentarzu:

“Mikrodźwięki w postaci sygnalizatora dla osób niewidomych przewijają się jako ambientalna pulsująca, minimalistyczna melodia. Deszcz zamienia się w szum, całość drży, wibruje mocą. Klasyczna elektronika rodem ze starej szkoły berlińskiej dodaje charakteru poszukiwań w rejonach gdzie dźwięk zaczyna swoja budowę. Utwory na płycie ocierają się o jądro muzyki, kołyszą się, “wpadają do środka”, gotują się jak w wielkim zderzaczu hadronów. Muzyka jaka powstała na swój sposób hipnotyzuje, wciąga słuchacza w świat ambientalnej szamańskiej alchemii, gdzie zaciera się czas, miejsce, sens istnienia. Jest jak podróż w nieznane miejsce, a jednocześnie tak nam bliskie, otarcie się o podświadomość na jawie.”

  Właściwie moja recenzja tych trzech utworów już nie jest potrzebna, skoro Jarek sam potrafi "się sprzedać" (smile). Pomijając umiejętnie dorobioną ideologię, stwierdzam iż - oprócz pierwszych 40 sekund monofonicznego sampla kompozycji tytułowej (takie rzeczy też można nagrywać w stereo), to rzeczywiście ciekawa muzyka.  Sekwencje w "I'm Far Away" są miłym urozmaiceniem, a głosy kosmonautów i hipnotyczne rytmy w "Journey to the Unknown" dodają kompozycji pewnego swoistego smaku. Zapowiada się intrygująco.

   Pewien mędrzec powiedział kiedyś "Co zaistniało, to znowu zaistnieje, a co czyniono, to będzie znowu czynione; nie ma więc nic nowego pod słońcem. Czy istnieje coś, o czym można by powiedzieć: "Spójrz no, oto coś nowego"? Istnieje to już przez czas niezmierzony; cokolwiek powstało, istnieje od czasu przed nami".  Rzeczywiście, ciężko nagrać coś całkowicie nowego, wolnego od skojarzeń. Ale na miejscu autora wspomnianej wyżej muzyki nie przejmowałbym się zbytnio tym faktem.
 Do szczegółów realizacji nagrań, noty o wydawcy i pobrania darmowej muzyki zapraszam na poniższe strony:

http://www.nowamuzyka.pl/2012/08/01/digitalsimplyworld-nowosc-z-etalabel/

http://etalabel.bandcamp.com/album/getting-away-from-it-all

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Mike Oldfield ‎– Hergest Ridge Deluxe Edition


 Gdybym w zorganizowany sposób prowadził muzyczne notatki jakieś 30 lat temu, z myślą o szerszej publikacji, szybko znalazłyby się tam wszystkie na bieżąco wydawane płyty Mike Oldfielda.  Mój zachwyt nad jego talentem nie miał chyba granic i graniczył z uwielbieniem. No cóż, od tamtej pory minęło jednak wiele lat. Z wiekiem człowiek dojrzewa, rozumie pewne mechanizmy inaczej i nabiera dystansu. Oczywiście, Mike dalej jest jednym z moich ulubionych muzyków, a płyta "Hergest Ridge" jedną z tych, które szczególnie lubię. Dlatego z radością przyjąłem informację o specjalnym wydaniu w 2010 roku edycji deluxe, zawierającej rożne  wersje tej wspaniałej muzyki. Słuchając Hergest Ridge {Part One and Two} 2010 Stereo Mixes, rejestrując uszami zmiany detali, przypomniałem sobie narzekania krytyków z końca lat 70., którzy przed laty deprecjonowali wartość "Wrzosowisk". Twierdzili oni niejednokrotnie, iż są to popłuczyny wspaniałych "Dzwonów Rurowych" i że Oldfield jest po prostu  auto plagiatorem, kopistą jednego dzieła. Uznałem, że jest to krzywdząca opinia i traktowałem HR jako wspaniałe tło do moich kilku premierowych wydarzeń w życiu np. pierwszego spotkania z morzem. Czego by nie mówić - jest to muzyka patetyczna i pełna swoistej poezji, więc jest takich rzeczy nadaje się idealnie.  Warto tu wspomnieć, że był czas, że Mike w pewnym momencie "zepsuł" swoje dzieło. W 1976 roku Virgin wydał kilku płytowy album 'Boxed", na którym zremiksowana wersja "Wrzosowisk" po prostu mi się nie podoba. Niektórzy twierdzą, że podobnych zmian jest więcej w kolejnych wydaniach. No cóż, może i tak... Ale co można powiedzieć o najnowszej emisji?  Na Deluxe Edition w wersji audio podarowano słuchaczom aż trzy wersje Stereo Mixes 2010, Original 1974 Stereo Mixes, i Previously Unreleased 1974 Demo Recordings. Zapisz z DVD  niesie jeszcze jedną opcję: "2010 5.1 Surround Mixes". Różnią  się one  między sobą szczegółami, jednak nie w taki spektakularny sposób jak dawna wersja z Boxed. Oczywiście, "Previously Unreleased 1974 Demo Recordings" jest pozbawiony wielu ścieżek, lub zawiera alternatywne,  momentami brzmi inaczej, nie sposób temu zaprzeczyć Ale... żadna z tych wersji nie wzbudza już we mnie większych emocji. Zastanawiałem się dlaczego. Czy to wina osłuchania, zbyt częstego odtwarzania? Chyba nie. Analizując dokonania tego utalentowanego multi instrumentalisty, doszedłem do wniosku że modyfikacje suit o ekstatycznym zakończeniu, dużej dynamice, jak "Tubular Bells" i "Ommadawn" dają możliwość zbudowania atrakcyjnego klona (np. TB II, czy koncertowe wykonanie "Ommadawn"). Natomiast budowa Wrzosowisk być może jest sama w sobie pewnym ograniczeniem?  Oczywiście, to tylko moja teoria. Jakby nie patrzył, ta muzyka powinna się podobać przynajmniej przez pierwsze 30 lat. To całkiem dobry wynik.



Grzegorz Ciechowski - Wiedźmin


  Lubicie polskie filmy? Zdania są podzielone i długo można by dyskutować. Dlatego wolę pisać o muzyce. Ta jest o tyle wdzięczniejszym medium, ponieważ nawet gdy stanowi tło, jest ilustracją obrazu, może później  funkcjonować niezależnie. Pozostawia miejsce do własnej interpretacji i skojarzeń. Wyzwala różne, często pozytywne emocje. Takie uniwersalne, właściwe ludzkiej rasie reakcje, wywołuje też soundtrack Grzegorza Ciechowskiego pt. "Wiedźmin" (2001). Długo nie mogłem się zmusić do obejrzenia filmu, ale wcześniej, wielokrotnie  z przyjemnością słuchałem tej muzyki. Podobał i dalej podoba mi się kształt tego projektu, bodajże ostatniego jaki udało się Ciechowskiemu w całości dopracować. Prozę Andrzeja Sapkowskiego  prawie całkowicie zapomniałem i z przyczyn osobistych wracać do niej nie będę, więc muzykę odbieram w oderwaniu od niektórych skojarzeń. Ciekawie kreuje Grzegorz muzyczną konwencję filmowanych scen. Aby stworzyć oprawę filmowanej rzeczywistości, można było sięgnąć po różne muzyczne środki. Te zastosowane przez Ciechowskiego wydają się dość trafne, zważywszy że opisują one fikcyjny świat. Miło się słucha partii wokalnych mezzosopranistki Alicji DeRoty Węgorzewskiej, czy gitar Zbigniewa Krzywańskiego. Momenty, gdy syntezatorowa muzyka Grzegorza stanowi tylko tło, akompaniament do piosenek, nagrane są z wyczuciem i dużą kulturą. Gdy Ciechowski ma większe pole do popisu, komponuje mieszankę motywów średniowiecznych, rycerskich, z odrobiną wschodniej egzotyki. Przyjemnie się tego słucha, a przecież takie jest przeznaczenie dobrej muzyki. Niestety, w wykonaniu zmarłego lidera Republiki więcej nowej nie będzie.


niedziela, 5 sierpnia 2012

Wojciech Konikiewicz - Muzyka nowej przestrzeni


Wojciech Konikiewicz znany jest jako muzyk wszechstronny, któremu niestraszny jest jazz, muzyka ilustracyjna, elektroniczna i nie tylko. Dlatego, po prostu musiało znaleźć się dla niego  miejsce w moich notatkach. Szczegółowe dane o jego karierze, znajdziecie chociażby na tych dwóch stronach:


http://www.diapazon.pl/PelnyMuzyk.php?Id=168, http://free.art.pl/konikiewicz/index4.html.

 Tu wspomnę o jednym wydawnictwie: w 1993 roku Wojtek publikuje projekt pt. "Muzyka nowej przestrzeni". Do mnie dotarł kilka lat temu, w postaci 2 CDr, skonwertowany przez jakiegoś fana - sądząc po okładkach  - z kaset magnetofonowych. Jaką muzykę zawiera? I tu miła niespodzianka. Upraszczając maksymalnie, można powiedzieć że Konikiewicz gra tutaj ciepły ambient.  Ale jak już się nie raz przekonałem, w wykonaniu polskich muzyków, to jest często coś więcej, niż może oddać to suchy termin. Te "więcej" oznacza wrażliwość, otwarcie, świeżość spojrzenia.... "MNP" jest pewnym wyzwaniem dla mniej wyrobionego słuchacza. Pozbawiona rytmu, sekwencji, przeciętnemu odbiorcy może wydać się nużąca. Ale to pozory. Ma ona swoją głębię, wspaniały klimat i idealnie nadaje się do wieczornego, słuchawkowego odbioru.  Tajemnicza muzyka, która wyzwala obrazy w świadomości,  wprowadza w stan głębokiej relaksacji. Słuchając jej, mam wrażenie że płynę gdzieś przez inne wymiary. Niesamowite. Autor stosuje bardzo długie, wręcz stojące frazy, ściany dźwięków które wzajemnie się przenikając,  powoli, powoli wygasają. To nie jest jakaś specjalnie nowa technika przekazu, ale jakże skuteczna! Czy poddasz się urokowi tej muzyki?






Deliver ‎– Bracia Syriusza


  Wszyscy fani gatunku po czterdziestce pamiętają tę płytę. Wydał ją Digiton w 1994 roku i to od razu na CD. Stało się to w momencie gdy popyt na el-muzykę znacząco przewyższał podaż, więc silą rzeczy stała się ona wydarzeniem w wąskim środowisku wielbicieli elektronicznych brzmień. Twórczość zawarta na krążku jest dziełem duetu: Agim Dżeljilji i Piotr Makiewicz. Realizator nagrań Tomasz Kubiak, zaznaczył swój udział w ostatnim utworze "Syriusz C". Co zawiera ten nieosiągalny już w tradycyjnej sprzedaży album? Trzy rozbudowane, ciekawe kompozycje. Gdyby ktoś jednak zapytał, czy ta muzyka jest oryginalna, zaprzeczyłbym. Nagrana została bowiem dużej części w duchu płyt zespołu Tangerine Dream  "Tangram" i "Poland". Słychać to niekiedy całkiem wyraźnie. Ale czy to w jakiś sposób deprecjonuje wartość tej muzyki, lub przeszkadza w jej odbiorze? Absolutnie nie! Sprawnie zagrane i zmiksowane kolejne ścieżki (może poza zbyt szybkim wyciszeniem pierwszego utworu Syriusz A), z energetycznymi sekwencjami, pięknymi pastelowymi pasażami, bez problemu podbijają serce słuchacza. Podobają mi się ładnie wyeksponowane solówki w "Syriuszu B", powolne rozwijanie motywów i fantastycznie budowana przestrzeń. Klimat kosmicznych podróży i melancholijnych relaksacji unosi się nad całą tą produkcją. Aż szkoda, że zespół zakończył swoją karierę nagrywając tylko dwie płyty (Horor Vacui wytłoczono, ale nie trafiła do dystrybucji). Jednak, jak wspomina Agim, w wyniku "pogłębiających się różnic co do upodobań estetycznych", złej atmosfery w studiu, drogi artystów się rozeszły. Pozostała dobra muzyka, do której warto co jakiś czas wracać.  



/div>

sobota, 4 sierpnia 2012

Marek Manowski - Kamienna droga



  W roku 1994 ukazuje się na polskim rynku muzycznym kaseta magnetofonowa z muzyką Marka Manowskiego pt. "Kamienna droga".  Ten fragment cyklu nagrań X-Serwisu,  popularyzujący twórczość rodzimych wykonawców, fani el-muzyki z forum "Studio Nagrań" wspominają ciepło po dziś dzień.  I nic dziwnego, dzięki temu ówcześni poszukiwacze muzycznych, elektronicznych nowinek mieli sposobność zapoznać się z dorobkiem ciekawych, polskich kompozytorów. Marek Manowski rodem z Poznania, udzielał się w latach 90. na kilku koncertach. Najbardziej znany jest jego udział we wspólnej sesji na Targach Poznańskich z Władysławem Komendarkiem i Tomaszem Kubiakiem, zarejestrowanej później we fragmencie  jako "Infomania" (1996). Ostatnio autor ujawnił, że wraca do zawodowej aktywności, postanowiłem więc przypomnieć jego starsze dokonania.
  "Kamienna droga" na pierwszej stronie kasety zawiera "Suitę Jesienną", która składa się z sześciu części. To ilustracyjna, pastelowa i dopieszczona w detalach muzyka. Odgłosy burzy, wiatru, przypływów i odpływów zdają się odzwierciedlać zachwyt Marka nad otaczającym nas światem przyrody, ale być może są też próbą jego technicznej sprawności. Uniwersalne tytuły nasuwają popularne skojarzenia. Mimo iż trudno dopatrzyć się na "Kamiennej drodze" wypracowanego indywidualnego stylu, muzyka ta nie zawiera nachalnych zapożyczeń. Spokojne, tym razem lekko orientalne relaksacje (Mozaika barw, świateł i cieni), są również treścią trzech pozostałych utworów ze strony B kasety. Mają bardziej zdecydowaną konstrukcję i wyraźniejszą melodię. Optymistyczne motywy gładko wpływają do uszu. Fortepianowe solówki przeplatają się z perkusyjnym akompaniamentem i barwami instrumentów strunowych. Trochę patosu i romantycznych uniesień w strawnych dawkach, kończy tę ciekawą kasetę.
  Od wydania powyższej muzyki minęło 18 lat. Marek Manowski nagrał sporo nowych utworów w formie pojedynczych ścieżek czy też rozpoczętych cykli. Dostępne są na YouTube. Co z tego wyniknie w przyszłości - zobaczymy.  
Za dostarczenie muzyki dziękuję Darkowi Długołęckiemu.

czwartek, 2 sierpnia 2012

UFO 2 - Flying One Hour Space Rock


 
  Od razu na wstępie przyznaję, że nie jestem miłośnikiem zespołu UFO, a hard rocka lubię słuchać od czasu do czasu. Ale od dawna jestem wielkim fanem płyty UFO 2 - Flying One Hour Space Rock. To po prostu ponadczasowa muzyka, która ma sobie pierwiastek genialności. Mimo iż wydano ją w 1971 roku (to już 41 lat temu!), ciągle zachwyca swą prostotą i... skutecznością w docieraniu do rzesz słuchaczy. Jednocześnie ma w sobie szczególną siłę, jasność wizji, którą nie każde rockowe wydawnictwo może się pochwalić. Być może dlatego w tytule występuje ten kosmiczny odnośnik?  Tylko 2 gitary, perkusja i wokal, a tyle pomysłów! Mimo skromnego instrumentarium, muzycy potrafią przykuć uwagę na ponad 50 minut. Bardzo przyjemnie słucha się tej muzyki na słuchawkach. Można wtedy podziwiać Micka Boltona, który stara się urozmaicać swoje solówki przy pomocy wszelkich dostępnych mu wtedy technik. Wyciska ciekawe efekty ze swojej "kaczki" i wzmacniacza. Odnoszę wrażenie, że jego gitara to żywe stworzenie które wije się mu w rękach, niczym wąż na różne strony. Doskonałe zgranie się muzyków, zwieńczone wymyślnymi dialogami gitar solowej i basowej, miejsce dla stosownych wstawek perkusyjnych Andy Parkera, to niewątpliwie największe atuty tej płyty. Jeśli ktoś powie, że są to archaizmy brzmieniowe - to oświadczam: możliwe, ale są one czymś przyjemnym dla uszu. Świadectwem tego, że kiedyś muzycy rockowi mieli głowy pełne pomysłów, które chcieli przekazać światu.