środa, 11 maja 2011

Andrzej "Andymian" Mierzyński -The Lords and the Paupers


     Płyta ta została oznaczona numerem piątym w dyskografii tego muzyka. Kolejne koncept albumy wyraźnie wskazują na to, że mamy do czynienia z twórcą, który bardzo dobrze wie, co chce przekazać słuchaczom i umie to robić. Mimo nikłego zainteresowania tym gatunkiem w naszym kraju, Andrzej Mierzyński konsekwentnie dostarcza nowych porcji swoich muzycznych pomysłów. Przykuwa uwagę ze smakiem zaprojektowana okładka i przejrzysta zawartość dwujęzycznej wkładki. Równie znakomita jest kondycja techniczna samych nagrań. Brzmią one czysto, wyraźnie i bardzo przestrzennie. Taka dbałość o szczegóły czyni kontakt z produktem przyjemnym i dostarcza pozytywnych wrażeń estetycznych. Poszczególne utwory to zazwyczaj optymistyczne kompozycje snujące się leniwie w elektroniczno-progresywnych klimatach. Słychać też czasami w pojawiających się sekwencjach nawiązania do popularnej starej niemieckiej elektroniki (utwór 5: Lament) ale u Andymiana te zapętlone zestawy powtarzających się dźwięków nie stanowią same w sobie powodu do przyspieszonego bicia serca. Są bardziej rdzeniem, na tle którego artysta opowiada swoje średniowieczne historie przy pomocy nienatrętnych solówek. Muzyka ta, podobnie jak nagrania progresywnego rocka, które lubi Andrzej, obfituje w barokowe ozdobniki i ornamenty. Jednak zdecydowanie jest to wciąż muzyka elektroniczna. Ciekawe, że znakomita większość muzyki jaką tu słychać mimo egzystencjalnych, czasami  dramatycznych tytułów, muzyka jest pogodna. Autor nie straszy nas spektakularnymi efektami. Dźwięki należą najczęściej do kategorii tych „przyjaznych dla ucha”. Zaduma nad dawnymi czasami i melancholia słyszana tu i ówdzie, staje się pretekstem do generowania nastroju przyjacielskiej pogawędki przy kominku. Wynika to zapewne z pogody ducha cechującej artystę. Pozytywne nastawienie do świata twórca przekuwa na język muzyki zarażając słuchacza optymizmem.
    Takie widzę główne przesłanie tej muzyki, a kto się z tym nie zgadza może wyzwać mnie na pojedynek mieczy... słowa ;). 


Michael Hoenig - Departure From The Northern Wasteland


   Legendarna płyta ze złotego dla elektronicznej muzyki okresu lat siedemdziesiątych. Michael Hoenig grający wcześniej w Agitation Free, pomagał Klausowi Schulze przy projekcie „Timewind”. W kwietniu 1975 roku wziął udział w koncercie Tangerine Dream w Royal Albert Hall w Londonie, a później zastąpił Baumanna przy pierwszym australijskim tournee T.D. Nagrywał również z Manuelem Gottschingiem. Michael to perfekcjonista u którego każdy kabelek i wtyczka musiały mieć swoją etykietę. Jest bardzo niezależny, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca. W 1978 r wydał solową płytę „Departure From The Northern Wasteland" Na tytułowej suicie ze stojących fraz, efektów morza i łagodnej melodii, wydobywa się galopująca sekwencja która sama w sobie jest dość monotonna - ucho skupia się bardziej na tym co dzieje się wokół niej. Stanowi ona podkład pod różne solówki, a także wprowadzane co rusz atrakcyjne zdarzenia dźwiękowe. Przez 12 minut pętla dźwięków intensywnie oddziaływuje na emocje, a potem się wycisza... w tym momencie jest chyba najciekawiej. W tle szum wody, a samotne czyste solo pogrywa tęskną melodię. 2. Hanging Garden Transfer (10:56) Hoenig lubi sekwencyjne granie z pasją. Tu jednak nie jest tak jednostajnie z podkładem. Melodie w tej kompozycji wybrzmiewają czyściej, a zapętlone basso ostinato często  samo jest niezależnym skomplikowanym układem melodycznym.  Da się zauważyć duże podobieństwo do pierwszych solowych nagrań Petera Baumana. 3 Voices Of Where (6:19) Z głośników płynie spokojny i nastrojowy utwór pięknie zagrany w klimatach Manuela Gottschinga i jego „New Age to Earth”.  Niespodziewanie w piątej minucie zamienia się w mocno odważny, wręcz awangardowy eksperyment. Michael używa tu taśm ze spreparowanym ludzkim głosem odtwarzanych na różne sposoby. Daje to efekt znalezienia się w głowie osoby cierpiącej na poważne zaburzenia percepcji słuchu. Ten niesamowity fragment nagle się urywa. Sun And Moon (4:16). Ta najbardziej optymistyczna historia grana z werwą i zapałem. Przyjazna uszom melodia (dałoby się ją wygwizdać pod nosem na spacerze), podsumowuje cały materiał. Momentami patetyczna i krzepiąca. Ucieczkę z północnej krainy wieńczy pełen sukces.

      Muzyka brzmi być może trochę archaicznie, ale taki jest jej urok. Szkoda że autorowi nie starczyło inwencji twórczej na kilka następnych płyt, niemniej ta jest świadectwem czasów, kiedy analogowe granie cieszyło się wielką popularnością, a artyści poszukiwali swojej tożsamości muzycznej poprzez eksperymentowanie z ówczesnymi elektronicznymi nowinkami.







Mark Shreeve - Embryo



    Debiutancki materiał Marka Shreeve zapisany na kasecie w 1980r zostaje wydany na płycie CD. Ciekawe posunięcie bo muzyka tam zawarta jest odmienna od jego kilku późniejszych popowych płytek. The Keeper 27:14 Pierwsza, prawie pól godzinna suita to właściwie jeden motyw, pomysł podlegający kilku nieznacznym modulacjom. Ponura i przygnębiająca jest ta embrionalna podróż, co akurat dodaje atrakcyjności temu produktowi. Wytrawny słuchacz wie bowiem że muzyka lekka łatwa i przyjemna szybko się nudzi. Alive 2:54 To lekko rozkołysany i trochę bardziej optymistyczny fragment, użyty jest jako krótki przerywnik, oddech między dwoma monumentalnymi kompozycjami, bowiem tytułowy Embryo 21:18  - dość podobny do pierwszego utworu, zawiera jednak więcej pomysłów, zmian tempa i odważniejszych eksperymentów. Pojawiają się też dynamiczne sekwencje które wraz z towarzyszącą im melodią czynią całość bardziej przystępną. Muzyka staję się łatwiejsza do zaklasyfikowania jako elektronika nagrana w stylu najlepszych płyt z lat 70. Słuchacz zatraca dystans słuchając tej pogoni pulsujących sekwencji oplatanych przez kilka melodycznych linii i daje się porwać wyobraźni artysty. Iceflakes 7:45 - Po takiej intensywnej podróży musi przyjść ukojenie i refleksja. Toteż wielu kompozytorów po bardziej zaangażowanych konstrukcjach uważa że należy zrelaksować słuchacza. W kosmicznych szumach i efektach poruszającej się wody nieśmiała melodia dopowiada kres tej historii. Całość tej muzyki odbieram jak poszukiwania świeżego powietrza w ołowianej atmosferze. Najdłuższe kompozycje miejscami monumentalne, miejscami złowieszcze nie pozostawiają słuchacza obojętnym.

            Emocje wyrażane przy pomocy elektronicznych urządzeń trafiają do odpowiednio usposobionych melomanów odbierających na specyficznych falach. Kto wie może i ty do nich należysz?




Robert Schroeder - Paradise


     Robert Schroeder, bardzo wrażliwy artysta wydał w1983r całkiem odmienną niż poprzednie płytkę. Szukał nowych środków wyrazu i to wyraźnie słychać na Paradise. Choć od tamtego czasu popłynęło sporo wody w jego Raju, zawartość płyty brzmi w dalszym ciągu bardzo nowocześnie.
     1) In Memory of Paradise 8:04 Według autora suita zaczyna się od pętli z próbką modulowanego słowa Paradise (nigdy bym się nie domyślił), gdzie pośród odgłosów ptaszków i innych rajskich zwierząt generowanych chyba wyłącznie cyfrowo, wkracza zrytmizowana syntetyczna muzyka, trochę zimna, bardzo konsekwentnie idąca do przodu. Melodia  nieśmiało kroczy jakby ledwo nadążając za rytmem. Rob próbuje regularnie ocieplić te dość sztuczne dźwięki gitarą. Zaprogramowane motywy co jakiś czas się powtarzają a główna melodia wybrzmiewa trochę sympatyczniej. I płynnie przechodzi w drugi fragment: 2) Moments 5:03 Tu ewidentnie wszystko przyspiesza, staje się głośniejsze, wyraźniejsze i bardziej.. ludzkie. Sentymentalna melodia kontrastuje z syntetycznym podkładem jednak te połączenie daje nowe, pozytywne wrażenia odsłuchowe. Bardzo głośne solo, jakby centralne miejsce tego nagrania w końcu rozpada się w przełamaniu do kompozycji. 3) Deep Dream 4:59 Uwolniony rytm pozbawiony już intensywnego motywu wiodącego, świetnie daje sobie radę z opowiadaniem historii. Powstaje niesamowite wrażenie że oto artysta zmęczony odchodzi od klawiatur a instrumenty rozpędzone grają dalej same, jakby siłą bezwładu. Wędrują od ucha do ucha w bardzo kosmicznym klimacie. Te tło w końcu schodzi o oktawę niżej. Balance 0:57 Bardzo smutno wybrzmiewa przez tą minutę i znów podnosi się do części nazwanej: Future Memories 3:34 Schroeder zatacza jakby koło. Program zgrabnie wygrywa motyw początkowy suity, nie tracąc nic z dostojeństwa i powagi chwili. W podniosłych emocjach pętla ze słowem "Paradise" zgrabnie kończy te sympatyczne elektroniczne dziełko.
    Druga strona analogowej płyty zaczynała się przebojowym Skywalker 5:02. Tę dynamiczną i wpadającą w ucho kompozycję równie dobrze mógłby zagrać J.M.Jarre. Z wielką swobodą tu sobie poczyna Robert opierając się na chwytliwej melodii okraszonej nieskomplikowanych rytmem i atrakcyjnymi stereofonicznie dodatkami. To bardzo udany pomysł na propagowanie elektronicznej muzyki poprzez takie lekkie i przyjemne utwory jak Skywalker. W kolejnej kompozycji Time Machine 8:57 wracają poważniejsze nastroje. Zdeterminowany rytm, powtarzany niczym kroki robota z filmu SF wytwarza klimat nieuchronności i zagrożenia, wygrywana melodia w podobnym tonie działa wybitnie refleksyjnie. Po szaleństwach i próbkach inwencji prawdziwe ukojenie w odmiennej strukturze. Timeless 7:17 Leśne stwory wołają do siebie nocą. Być może to raj wieczorową porą? Nie wiem.. Ale po blisko trzech minutach takich efektów pojawia się ciepła gitara w harmonii z syntetycznym akompaniamentem snując swoją stonowaną opowieść już do końca w podobnym klimacie.
       Znakomita muzyka, nowatorska jak na tamte czasy, doskonale broni się do dziś. Robert Schroeder mimo fascynacji muzyką Klausa Schulze (który notabene został kiedyś ojcem chrzestnym jego dziecka), jest na tyle zdolny aby tworzyć swoje fascynujące światy. Przenikają się w nich piękne melodie i nieszablonowe aranżacje, dostarczając wiele emocji i niezapomnianych akustycznych wrażeń.


 


Rolf Trostel - Inselmusic


     Jak często zwykłem mówić: cały urok tej muzyki to piękno w prostocie. Płytka Rolf Trostel - "Inselmusic" jest krótka i dość monotematyczna. Rozpoczyna ją "Test Tanz" 8:18 Kompozycja oparta na prostym rytmie i melodii, która w pogłosie stanowi pretekst do generowania różnych efektów akustycznych - jako jej wypadkowych - niczym w matematycznych wyliczeniach. Muzyk płynnie opowiada smutną historię, echo mu wtóruje, jednak jest to bardziej próba stworzenia szczególnej aury niż opowieści z początkiem i końcem. "Art Meta" 11:41 Po jednorodnym wstępie trochę bardziej urozmaicona struktura perkusyjna. Również i tu przewodni motyw pogwizduje refleksyjnie, aż do momentu przełamania rytmu. W siódmej minucie, ze swoistego bałaganu i chaosu, wyłania się z przegrupowania kolejna opowieść urozmaicona niewielką ilością ozdobników. W stojącej frazie wybrzmiewa temat, który niestety, gwałtownie się kończy. "Ur teil" 8:33 Z mroków nieznanego, dziwnego świata dźwięków, wydobywa się kołysana przez rytm, coraz wyraźniejsza melancholia. Klimat jest tu trochę podobny do innej urokliwej płyty - „Harmonic Ascendant” Roberta Schroedera. Bez użycia intensywnych środków wyrazu, przy pomocy tylko kilku delikatnych ścieżek, otrzymujemy bardzo sentymentalną i wzruszającą historię. Niestety i ona szybko gaśnie. Skizo 19:00 Z głośników słychać przygnębienie, muzyka płynie powoli, prowadząc słuchacza w coraz niższe pokłady melancholii. W piątej minucie autor decyduje się ożywić całość delikatnym rytmem. Czasami dominuje on będąc preludium do wprowadzenia kolejnej, jeszcze smutniejszej frakcji, której nie da rady rozebrać bez butelki wzmacniającego napoju ;). Pięknie wykorzystuje tu Rolf prosty rytm wybijany jak na bębenku, aby przejść za chwilę do kolejnej części dzieła. Znów trochę zamieszania, dźwięków wyraźnie męczących i zwieńczenie suity: rytm, melodia,  i efekty gromu. Muzyka osiąga apogeum smutku. Co jakiś czas wzmocniona głośniejszym akcentem prowadzi słuchacza przez wszystkie odcienie melancholii. Niesamowite, jak można tak dobitnie zagrać boleść przy dość dynamicznym i wyraźnym rytmie!  Zapis tych nagrań porusza mnie i zadziwia niezmienne przez wiele lat. Ciągle się zdumiewam, jak przy pomocy tak niewielu instrumentów udało się uzyskać tak wyraziste efekty. Muzyka jest niesamowicie przygnębiająca i boleściwa, ale taki właśnie jest jej urok. Przebija ją żalem tylko inna płyta tego autora: "Narrow Gate To Live".
   W kompaktowej reedycji Inselmusic dodano utwór Prophet, ale to już inna bajka.






Steve Jolliffe - Journeys out of the Body


    OOBE (ang. out of body experience, doświadczenie poza ciałem) jest to wrażenie postrzegania świata spoza własnego ciała fizycznego. Osoby uważające, że doświadczyły OOBE, twierdziły, że mogły się poruszać, dokonywać obserwacji i komunikować z innymi istotami inteligentnymi, podczas gdy ich ciała trwały w spoczynku. Steve Jolliffe we wkładce płyty wspomina o niezwykłym doświadczeniu, które przeżył w 1981 roku.  Podobno jego jaźń odbyła podróż poza ciałem. Zainspirowany eksterioryzacją nagrywa kapitalną płytę. Wiadomo... niecodzienne przeżycie pobudza do komponowania specyficznej muzyki. Swoje nieziemskie doświadczenie muzyk wyraża w czerech stosunkowo krótkich utworach. 1.Second reality 8:26 Partie fletu i fortepianu mogą sugerować lekkość świadomości uwolnionej od ciężaru ciała. Z kolei bardzo oszczędne  dźwięki generowane przez syntezator dodają wydarzeniu nadzwyczajnej aury. Artysta wprowadza krótkie monologi w niezrozumiałym języku. Pomiędzy  powtarzającą się sekwencją sześciu dźwięków jak w slalomie flet i  fortepian prowadzą byt duchowy w tę nieziemską wędrówkę. Słychać też w tle cyfrowo generowane dźwięki wiosennego ogrodu i ptaków. 2. Middle dream state 11:51 Podróż staje się coraz bardziej niezwykła. Generowane sekwencje, ciepły saksofon i odważniejsza elektronika fragmentami mocno przyspieszają, Steve lapidarnym używaniem  instrumentów znacznie potęguje wrażenie, wiele loopów wychodzi praktycznie z ciszy. Subtelnie modulowane brzmienia po kanałach wytwarzają  nastrój oczekiwania, a towarzyszące temu "ozdobniki" - klimatu niepokoju. Finał tego utworu niesie ze sobą mikrodramaturgię powtórzoną i rozbudowaną na końcu płyty. 3. Dark Lady 7:07 Tu zwraca uwagę głęboko penetrujący trzewia saksofon tenorowy, znów pojawiają się recytacje w nieznanym mistycznym narzeczu, Jolliffe opisuje spotkanie z Dark Lady, pewnie istotą z jego wizji. Klimat nadaje akustyczna gitara Richa Bruntona. Te szeptane deklamacje kojarzą się z plemiennymi szamanami i rzucanymi przez nich zaklęciami.4. Flight and returning to the body 9:16 Delikatny flet powoli  prowadzi tę wycieczkę do końcowego etapu. Przez pierwsze cztery minuty Steve buduje ciepły i optymistyczny nastrój. Sielska melodia wspomagana przez akordy gitary, fortepianu i efekty syntezatora, relaksuje uszy subtelnymi dźwiękami. Jednak końcówka oznacza powrót do ciała, krótką eksplozję sztucznie generowanych odgłosów (kapitalnie słucha się tego na słuchawkach!) zwieńczonych tonem gongu. Czas na powrót do rzeczywistości! Muzyka jest delikatna i doskonała. Znakomicie wykorzystuje ekspresję akustycznych instrumentów. Doświadczenie wyniesione z Berlińskiego Konserwatorium w połączeniu z eksploatacją elektronicznych  instrumentów dało miłe dla ucha efekty końcowe i przyczyniło się do wyrobienia stylu, który przez pewien czas cechować będzie kompozytora.
    Tego genialnego i wrażliwego twórcę należy obecnie zaliczyć do kanonu muzyki elektronicznej.



You - Electric Day



    Gdy wiele lat temu po raz pierwszy usłyszałem muzykę Udo Hantena, Ulricha Webera i Albina Meskesa byłem zachwycony tak nietypowym i atrakcyjnym graniem. Do dziś jednak zespół ten zaliczany przez niektórych do gatunku krautrocka nie jest powszechnie znany. A szkoda. Debiutancka płyta tercetu niemieckich poszukiwaczy nowych brzmień pt „Electric Day” zawierała pierwotnie 7 utworów: A1. Electric Day (5:51) To bardzo dynamiczna kompozycja w której bardzo żywiołowa gra na perkusji toczy ostrą walkę z syntezatorami o pierwszy plan. Razem tworzą niesamowitą ścianę dźwięku. Kompletne pozytywne szaleństwo. Do dziś najbardziej rozpoznawalny kawałek zespołu. A2. Magooba (6:30) W tle zaprogramowanej sekwencji gitarzysta szybko i zacięciem improwizuje trochę w stylu Manuela Gottschinga. Ciekawe ozdobniki. Całość mocno psychodeliczna. A3. Son Of A True Star (5:03) Ponownie ekspresyjna perkusja w dialogu z kilkoma warstwami syntezatorów. Chaos okazuje się być pozorny, mimo spontaniczności całość słucha się bardzo zgrabnie. A4. Sequential Spectrums Part 1 (2:01) Muzyka wybrzmiewa krótko ale niepokojąco, niczym nocny alarm w mrocznej dzielnicy. B1. Sequential Spectrums Part 2 (0:45) Co można powiedzieć o 45 sekundowym utworze? Jest to chyba tylko rozgrzewką przed kolejnym energetycznym dziełem: B2. Slow Go (11:56) Który powoli ale do przodu prze naprzód. Z łagodnego, zamyślonego wstępu przechodzi w erupcję brzmień bardziej intensywnych. Zrealizowano tu kilka ciekawych pomysłów które nie giną w ogólnej kakofonii. B3. Zero-Eighty-Four (8:36) Jako fundament tego tracka słychać monotonną, powtarzaną frazę kilku dźwięków, na której to tle dyskutują inne instrumenty. Solówki nie są z rodzaju tych jakie gra się w klubach rozrywki masowej. To co słychać z głośników jest bardzo zakręcone, niekomercyjne, czasami wręcz nieprzyjemne. Być może taka muzyka jest sposobem na opisanie świata oczami muzyków? Nie wiem, ale na pewno ta miejscami niepokojąca muzyka jest godna regularnego słuchania.
     Zespół You gra do dziś na różnych festiwalach w dalszym ciągu dostarczając nieszablonowych wrażeń.

Ashra - New Age of Earth


 Któż nie zna tej muzyki? Najbardziej doceniania płytka Manuela Göttschinga gdzie w mistrzowski sposób połączył on elektronikę sekwencyjną z jednoczesnym generowaniem ciepłych, melodyjnych motywów głównych (Sunrain, Deep Distance). Manuel udowodnił że jest wrażliwym kolorystą i świetnie radzi sobie bez pomocy muzyków towarzyszących. Ma wystarczające kwalifikacje, talent, dobre pomysły, aby nagrać i wydać znakomitą muzykę. Przypomina trochę solowe dokonania Edgara Froese z płyty "Auqa", ale jest zdecydowanie cieplejszy. Nostalgiczna, lekko dekadencka w klimacie gitara na tle pulsujących, a potem stojących pasaży dźwięków w suicie "Nightdust" jest muzycznym przeżyciem najwyższej próby. Kosmiczne fluktuacje snują się jak sentymentalną opowieść, poddany jej słuchacz szybko ulega temu urokowi. Kompozycja w stylu Klausa Schulze, pozbawiona jego maniery ekspansywnych solówek, wyważona do perfekcji. To chyba najlepsza płyta Manuela. Żelazna pozycja w każdej kolekcji miłośnika starej elektroniki.

 



 






Steve Dinsdale - On The Other Side


      Po debiutanckiej solowej płycie tego zdolnego Brytyjczyka bardzo byłem ciekawy jak będzie rozwijać się jego dalsza indywidualna kariera. Okazało się że potrafi zaskakiwać. Spodziewałem się bardzo posępnej muzyki w dekadenckich barwach, czyli niejako kontynuacji płyty New Church, ale pierwsze utwory z On The Other Side swoją lekkością kojarzą mi się z egzotyką Ultrabass czy żywiołowością Waltera Bachauera. 1. Egyptian Reggae (2.52) Dynamiczny i na pewno osobliwy fragment, tytuł jest trochę przewrotny, to nie reggae :). Muzyka kojarzy mi się z afrykańskimi nocnymi  obrzędami  i wijącymi się w tańcu szamanami. Bębny wygrywają swój tajemniczy zew, mówią niejako: Chodź, i ty musisz to zobaczyć. 2. Can Do (4.25) Niefrasobliwa, trochę wschodnia w klimacie melodyjka oparta na pętli basu i perkusji, pogodna jak starość chińskiego mędrca. 3. Pandora (3.34) Atrakcyjne stereofonicznie ostinato, przeszkadzaje i powtarzające się motywy rożnych struktur rytmicznych działają tu odświeżająco. Czuć radość tworzenia, szybko się udziela pogodny nastrój kompozycji. 4. Consequences (4.59) Podobnie jak w poprzednich utworach, na tle zbudowanej pętli różnych układów i kombinacji rytmów - otoczonych atrakcyjnymi stereofonicznie dodatkami, Steve dalej wygrywa dość proste melodie,  ale trochę poważniejsze w charakterze. Pierwsze cztery kompozycje miejscami o lekko orientalnym posmaku, stanowią rodzaj zabawy, testowania pewnych pomysłów brzmieniowych, ale też i udowodnienia wysokich umiejętności warsztatowych. Niejako reklamę swoich zawodowych kwalifikacji.  Kiedyś znani elektronicy umieszczali taki zapis na stronie A czarnego krążka aby na drugiej stronie przekazać poważniejsze przesłanie (np. P.Baumann w Romance '76).  Ucho dość szybko się z nimi oswaja i stają się pożądanym do słuchania kanonem. 5. On The Other Side I (10.09) Trzon tej kompozycji  stanowi wielce przyjemna sekwencja. Utwór najbardziej tradycyjny i .. jedyny taki na płycie. Dziesięć minut wyraźnej galopady dźwięków jest być może ukłonem w stronę konserwatywnych fanów - lub wyrazem  własnych upodobań muzyka. Motywami granymi z mellotronu wokół obsesyjnie powtarzanej pętli buduje Steve  ciekawą konstrukcję. W kilku warstwach i na paru poziomach, instrumenty pracują niby każdy na siebie, co jakiś czas jednak zbiegają się we wzajemnej harmonii. Przekaz staje się coraz bardziej zaangażowany. 6. On The Other Side II (4.38) Od tej chwili będzie już tylko coraz posępniej, tajemniczo i smutno. Pogłosy niczym z głębokiej przepaści o dość pochmurnym charakterze skromne okraszone dodatkami. Artysta jeszcze mocniej daje wyraz swojej głębokiej melancholii. 7. On The Other Side III (7.53) Stojące frazy, muzyka niczym fale cofa się i przybliża, koniec z nieznośną lekkością bytu, koncept niesie słuchacza na wyższe jakościowo poziomy empatii i zaangażowania. Materiał muzyczny zbliża się coraz bardziej do przekazu z lat 70 tych gdzie artyści starali się aby ich twórczość pobudzała do refleksji, niepokoju, zadumania. 8. On The Other Side IV (9.10) Ponownie kilka wzajemnie przenikających się motywów, tony opadają niczym krople wody ze skalnych pólek niżej, coraz niżej. Kaskady dźwięcznych brzmień raz w jednym kanale, raz w drugim powtarzają się z ustaloną regularnością, z pogłosem, aby ustąpić smutnej codzie. Przy użyciu skromnych środków zamierzony efekt zostaje osiągnięty. Kontemplacja i totalna melancholia przypieczętowuje tę płytkę swoistym piętnem.

    Steve Dinsdale przypomina mi wprawnego kucharza mieszającego składniki potrawy tak, aby uzyskać pożądany efekt końcowy. Na elektronicznej scenie gra więc bardzo zdolny kompozytor który w solowych nagraniach pokazuje trochę inną afektację, wysokiej próby wrażliwość. Być może jest on jednym z tych muzyków którzy należycie zastąpią pokolenie Edgara Froese czerpiąc to co najlepsze z dokonań poprzedników i dodając swoją bogatą wyobraźnię.


Steve Dinsdale - New Church


    Muzyk  z uznanego tria najwyraźniej zatęsknił do czasów, gdy Edgar Froese wydawał swoje najlepsze solowe płytki. Dinsdale podjął siępodobnego wyzwania. Zawartość krążka New Church z 2009 r. to zaledwie 40 minut muzyki i dziewięć krótkich kompozycji - ale jakże intrygujących. 1.Introduction. Trwający półtorej minuty "Introduction" to melodyjny motyw w klimatach kojarzącymi mi się z literaturą dekadencką. Już wiemy, że to jest niezwykła płytka.  2. New Church Part I. Z zaskoczenia w pierwszym momencie pomyślałem sobie, że to gra Edgar Froese na Epsylonie, impresja w stylizacji molotronowo-organowej i akustyczne "przeszkadzaje" żywcem z 1974 r.  Przez pierwsze dwie kompozycje muzyka płynie do uszu słuchacza jakby nieśmiało, lekko go adorując. 3. Wright on. W trzecim fragmencie, najbardziej "komercyjnym" i po pierwszym  przesłuchaniu zapadającym w pamięć, słychać wyraźną linię basu  ozdobioną drobnymi dodatkami i nieskomplikowanym rytmem. Proste,  przejrzyste figury, pod koniec biją dzwony. Odnoszę wrażenie, jakbym  jechał samochodem po autostradzie, a auto co rusz zbacza w stronę pobocza. Grające instrumenty robią wrażenie, jakby popadały w niebezpieczny rezonans. Niesamowite, jak on to zagrał? 4. New Church Part II. W motywach tytułowych - dużo kolorystyki. Stojące frazy urzekające swoją  prostotą, umiejętność tworzenia klimatu to niewątpliwa zaleta muzyka. 5. March for Peace. Perkusja i ponury motyw melodyjny, jakieś toporne bębny biją niczym gong do sąsiada piętro niżej. Dominuje smutna, smętna melodia. Ciekawe, że całość to zaledwie trzy nachodzące na siebie warstwy instrumentów pracujące ciężko jak w kamieniołomie. 6. Moorland dark. Kolejny posępny w nastroju wstęp niczym z mrocznej jaskini. I tak się  ciągnie przez całe 6 minut, zgodnie z tytułem zresztą. 7. WDR 74. Trochę przypomina mi loty z  płyty "Macula Transfer". Rozedrgane w powietrzu dźwięki krążą od ucha do ucha. Kilka ciężkich aksamitnych fraz granych w jakiejś swoistej regularności. Nie upierają się, aby tworzyć jakiś konkretny kształt - przypominają plamy dźwięków pozornie generowane bez celu. 8. Gone Mission. Wyraźniejsza melodia i perkusja. Smutna opowieść snuta przy pomocy  oszczędnych środków wyrazu. Ponownie ładnie się rozkręca w bicie  dzwonów. Słychać efekty wołania sów. Klarowność przekładu i czytelność  przesłania. Można zanucić motyw przewodni. Więcej wodotrysków. 9. New Church Part III. Stojące organowe frazy to apogeum dzieła plus ogólna melodia, pełna tęsknoty i rozmarzenia. Wyraźne ciepło bijące od tej kompozycji  pozostawia nieodparte wrażenie, ze tej muzyki jest za mało. Należy ją  zatem ponownie odsłuchać.
  Znakomita płytka stylizowana na stare dobre lata 70.

Ash Ra Tempel - Join Inn


    Trochę rozczarowany najnowszymi płytami herosów El-muzyki, coraz częściej sięgam po starsze dokonania klasyków gatunku, szukając tam głębszych artystycznych doznań. Niełatwe to zadanie czasami przynosi efekty. Na krążku "Join Inn" pierwszy rock`n`rollowy koszmarek można sobie darować, natomiast 24-minutowy "Jenseits" to jedno z lepszych dokonań Manuela Gottschinga i jego przyjaciół w ich  karierze. Spokojna, wręcz nostalgiczna opowieść deklamowana półgłosem  przez Rosi o romantycznych uniesieniach w ogrodzie, przedziela  maratońskie popisy solowe lidera grupy, basisty Hartmuta Enke i goszczącego Klausa Schulze. Rzadko się zdarza, aby improwizacje miały charakter tak spójny, a  poszczególni muzycy sobie nawzajem nie przeszkadzali. Stosunkowo  skromne instrumentarium nie czyni jednak ubogiej treści. Podniosła  muzyka ma charakter wybitnie relaksacyjny i takie też przynosi skutki. Bezmiar kosmosu oglądany wieczorem na plaży - podobne skojarzenia nasuwają się same.
   Od wydania tej płyty w 1973 roku minęło już prawie  27 lat, a piętno czasu nie dotknęło nawet trochę tej suity. Instrumenty  nie brzmią archaicznie, klimat jest niepowtarzalny, aż prosi się o  jeszcze.




Wolfram Spyra & Chris Lang - Achtundsechzig 24 Live


     Przez cały czas trwania płyty zastanawiałem się nad tym, o czym ona właściwie jest. Uznałem, że to w zasadzie nic innego, jak tylko wierne odtworzenie klimatu, jaki można usłyszeć na nagraniach drugiej połowy lat 70., np. na płytkach typu "Mirage" K.S. Po prostu dwóch ludzi zafascynowanych złotymi latami elektronicznej muzyki postanowiło podtrzymać dobrą tradycję. Nie silą się na nowatorstwo, nie przecierają nowych szlaków, jest to po prostu "stary, dobry Berlin". Przypomina to zabieg, jaki z powodzeniem stosowali już wcześniej M.Schonwalder i B.Kistenmacher. Artyści celebrują  nastrój zadumy...  Bardzo podoba mi się to, że Panowie Spyra i Lang nie skusili się na  ekspresyjne solówki, nakładające się tonami w jazgot  nie-do-zniesienia. Uniknęli tej pułapki, grając może nawet czasami zbyt spokojnie. Snują w każdym bądź razie swoją wizję nieznacznie, ale smacznie, od  czasu do czasu dając dowody, że stać ich też było na zakup trochę  nowszych płytek Mistrza Klausa typu En=trance ;).  W końcowej części kompozycji "Neunundfünfzig 49" słuchacze tego koncertu mogą się ożywić i wyjść z łagodnego transu, muzyka staje się  bardziej wyrazista i konkretna.  "Acht 39" to z kolei krótsza forma. Jest ona zdecydowanie bardziej zbliżona do tradycyjnej muzyki. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że można by przy niej zatańczyć w namiętnym uścisku.
    Podsumowując: myślę, że jak dla mnie osobiście mogłoby być więcej ikry, mniej  flegmy, ale w sumie nie jest źle.



wtorek, 10 maja 2011

Johannes Schmoelling - A Thousand Times




      Na płytę składają się krótkie, kilkuminutowe struktury, gdzie rolę głównego instrumentu odgrywa fortepian. Sentymentalne opowieści snują się spokojnie. Często gdy jest szansa na poważniejsze rozbudowanie motywu, artysta nieśmiało się wycofuje. Kompozycje zdają się być szkolnymi ćwiczeniami prezentowanymi przez umiejętnego nauczyciela. Muzyka brzmi klarownie, instrumenty się nie zagłuszają, raczej uzupełniają. Taki styl przypomina mi trochę solowe płyty Michaela Rothera - z tą różnicą, że Johannesowi brakuje charakterystycznego dla Michaela dowcipu, ale dysponuje za to szczególną umiejętnością lekkiego prowadzenia całości znamionującą dobrego rzemieślnika. W co najmniej dwóch, trzech nagraniach wyraźnie słychać cytaty z Tangramu (czyżby Johannes podobnie jak Edgar Froese miał upodobanie do poprawiania swoich starszych pomysłów?). Zazwyczaj w utworach pojawia się delikatny rytm. Dominują zgrabne melodyjki lub powtarzane zlepki kilku dźwięków. Tylko w kompozycji "Kiterunner" mamy do czynienia z próbą grania przebojowej elektroniki. Oprócz tego Johannesowi wystarczają bardziej subtelne środki.
      Muzyka ciekawa, choć brak jej czegoś, co było słyszalne na Wuivend Riet czy The Zoo Of Tranquility – wyraźnie zarysowanej idei. Da się jednak słuchać wielokrotnie, bez uczucia znużenia, jakie towarzyszy mi podczas odbioru nowych płyt DVD Mandarynek.

Geir Jenssen - Cho Oyu 8201m


        Ciekawa płyta, choć jak to zwykle bywa u Geira - dość trudna w odbiorze. Nie jest ona czymś zupełnie innym od wcześniejszych jego dokonań, a może nawet wydawać się bardziej przystępna i urozmaicona. Na pewno nie brzmi tak ponuro jak Shenzhou. Słuchając tej muzyki miałem wrażenie, że Geir ciągle gmerał przy swoim osprzęcie, a miejscowe zwierzęta głośno mu kibicowały. Towarzyszył temu odgłosy ludzkich rozmów, szkoda tylko, że nie po rosyjsku - akurat na płytach Jenssena wybitnie pasowały pogaduszki w tym języku. Wiatr szumi, psy szczekają, dzwonki dzwonią, samochody się mijają, po kanałach powtarzają się niekiedy orientalne melodyjne motywy. W sumie do niczego nie można się przyczepić. Może tylko do tego, że utwory najczęściej bardzo wyraźnie oddzielają się od siebie zamiast zlewać w jeden ciąg.

        Ta płytkę zaliczę do odmiany "ciepłego ambientu": urozmaiconej i dość wyrazistej (jak to kiedyś sobie taki termin wymyśliłem dla własnych potrzeb). Będę do niej wracać co jakiś czas, a to jest chyba najlepsza reklama.




Gert Emmens - A Boy's World


     Po blisko pół roku poszukiwań dotarłem do tej płyty. Nie powala na niej Emmens niczym nowym i nadzwyczajnym, ale daje się jej słuchać bez specjalnej przykrości. Snuje swoje senne opowieści o dość jednorodnych emocjach w sposób ściśle kontrolowany. Fragmentami takie lekko westernowe pogwizdywanie na syntezatorach a’la John Dyson. Pod koniec muzyka się zresztą lekko rozkręca. Ja to lubię przyznam szczerze. I od czasu do czasu będę do niej wracał. Nadaje się do słuchania wieczorem kiedy zmęczony po pracy nie chcę aby jakakolwiek agresja atakowała moje uszy. Podsumuję tak: lepsza niż „Tale Of The Warlock”, słabsza niż ”Darkness Falls”. Polecam dla osób mających kłopoty z psychiką, płyta nadaje się do muzykoterapii. Apogeum swojej formy Gert osiągnął chyba na "Waves of Dream" w 2004 roku. Podobała mi się też jego druga płytka „Electra” z 1999 – taka prosta i „młodzieńcza” w zamyśle. Słychać że go to bawiło. Co do nagrań w duecie - nie są gorsze od solowych, ale Heij w pojedynkę jakoś mnie nie podniecał. Widzę na jego - Emmensa - stronie internetowej że tych kolaboracji miał w sumie 13 płyt w tym kilka składanek. Więc jeszcze nie znam wszystkiego. Fajnie – to poznam :).

  W kwietniu tego roku zagrał też swój koncert na E-live, obok Dysona i paru innych muzyków. Posłuchamy tej muzyki jak wydadzą płytkę.


Radio Massacre International Rain - Falls In Grey



      "Republic" to pierwsza płytka RMI, jakiej wysłuchałem. Moje wrażenia dotyczące tych kompozycji były jak najbardziej pozytywne. Jednak następne sprawiły, że zlekceważyłem ten zespół. Ot, pomyślałem sobie, taka tam kolejna imitacja starej szkoły berlińskiej. Stan ten trwał kilka lat.
     Zmieniło się to w lutym tego roku, gdy poznałem zawartość płytki "Rain Falls In Grey". Ciekawa kompozycja tytułowa utrzymana jest w klimatach wczesnego Pink Floyd. Utwór z ujmująco wkomponowanymi partiami saksofonu, pełen napięć i chaosu charakterystycznego dla progresywnego rocka, płynnie przechodzi w kapitalny "Bett'r Day-s". To kosmiczna fantazja, w której partie basu, pięknie wyeksponowanej perkusji, gitarowych modulowanych solówek godnych Steve Hillage'a i sekwencji syntezatorów na okrasę, tworzą niezapomniany kolaż dźwięków. Dwunastominutowa perełka imponuje wyobraźnią, wrażliwością i doskonałym wyczuciem stylu muzyków. Kolejny utwór "Shut Up" jest właściwie sam w sobie mglistą dźwiękową plamą, przeładowaniem, wstępem do "Syd". Tam muzycy w blisko trzyminutowej dynamicznej improwizacji, zgodnie z deklaracją do tej płyty, oddają hołd psychodelicznemu stylowi Syda Barretta. Kompozycja "Emissary" i "Legacy" to znów dialogi gitary i saksofonu w dekadenckich nastrojach, które tak dobrze znamy chociażby z kompozycji "Echoes" Pink Floyd czy "Atom Heart Mother". Nawiązania są celowe, wyraźne i zagrane ze smakiem oraz klasą. W kończącym płytkę kawałku "Far Away" słuchamy granej niespiesznie, pełnej zadumy, gitarowej opowieści unoszonej na fali syntezatorowych fraz. Być może jest to refleksja nad pewnym okresem w muzyce, który już nie wróci, a może nad czymś więcej? Podobnie zakończył swoją płytkę "New Age of Earth" Manuel Göttsching, pozostawiając słuchaczom fantastyczne wrażenia. Czy tak też dzieje się po wysłuchaniu płyty RMI "Rain Falls In Grey" ? Owszem. Gary Houghton bardzo subtelnie gra na gitarze. Zespół, jak podaje mój translator, tworzy "cudy cyfrowego redagowania". Za znakomity pomysł uważam rozszerzenie w 2003 roku instrumentarium o akustyczne bębny i elektryczny bas. Zaproszony do sesji Martin Archer uzupełnił brzmienie grupy o nietypowe dla elektroniki instrumenty, co dodało tej muzyce specyficznego smaczku. Fascynacja psychodeliką i progresją wyszła RMI na dobre. Brzmienie stało się mniej anonimowe, ciekawsze, bardziej przyswajalne.
      Teraz można sięgać do poprzednich płytek z pokaźnej dyskografii oficjalnych płyt i cd-romów i porównywać, badać, smakować - co, jak wiadomo, należy do jednych z przyjemniejszych zajęć na tej planecie.





Clara Mondshine - Memory Metropolis






     Projekt dobrze odzwierciedla sposób komponowania tamtych czasów. Muzyka zdaje się być nagrana przy pomocy zabawek z marketu, w pośpiechu i chaotycznie. Jednocześnie rozbraja świeżością i szczerością przekazu. Już w pierwszym nagraniu "Cesar in Camerun" instrumenty walczą o prymat w uszach słuchacza. Prosta sekwencja: zwrotka - refren - zwrotka przeistacza się w orientalną, pełną zagadek opowieść, która porywa swą wartką akcją niczym przepływ przez rwące potoki i wodospady. Można tylko trzymać się mocno i otwierać buzię z podziwu. "High Moon enters Heaven" to z kolei bardzo nostalgiczny fragment, gdzie znaczący udział głosów przetworzonych bodaj przez vocoder podsuwa wyobraźni krzyki nocnych stworów. Nieokreślone te stworzenia bardzo narzekają na swój los. Czy aby nie jest to księżyc nad inną niż Ziemia planetą? Po dwóch niesamowicie cudacznych nagraniach słyszymy bardziej klasyczną kompozycję "Metasamba". Jest ona zabarwiona zdecydowanie optymistycznej i mocno kojarzy się z dokonaniami zespołu Kraftwerk. Podobnie jak w przypadku "Chipmanii" obserwujemy dialog instrumentów dla samej radości grania, bez specjalnie wyrafinowanej treści. To lekka w klimacie melodyjka, celowo odrobinę zniekształcona. Po tej lżejszej części doznań, słuchacz zostaje nagrodzony najlepszym kawałkiem deseru: psychodeliczną perełką "O Queen of Saba". Wszystko co najlepsze i pociągające w dokonaniach tego tajemniczego artysty zostało tu zawarte: niezwykły klimat, szokujące efekty dźwiękowe, zaśpiewy rodem z poradni dla słyszących inaczej. Egzotyka, groza, i dynamika różnorodnych syntezatorów mieląca się w kotle wyobraźni Waltera Bachauera alias Clary Mondshine. Huśtawka zawartych tam doznań powoduje chwilowe skręty kiszek, stawanie włosów na głowie i wędrówkę batalionu mrówek po plecach. Tego trzeba posłuchać, tego nie da się dobrze opowiedzieć. Podobne efekty osiągał Edgar Froese na swojej Macula Transfer. Płytkę dla równowagi kończy optymistycznie brzmiący "Memory Metropolis" - utwór, który zaczynając się, właściwie się już kończy będąc w sumie jednym zapętlonym motywem, melodią nagraną trochę w stylu Roberta Schroedera. Nagrania Bachauera (współprojektanta płyt Tri Atma i Jakino 7 Worlds) po wielu latach nieobecności znów stały się moją własnością. Autor tych nagrań był kompozytorem, muzykologiem, dziennikarzem i dyrektorem radia. Założył Meta Music Festival w Zachodnim Berlinie, odbywający się między 1974 i 1978r. Niestety umarł w 1989r.

   Często zastanawiałem się czy ta muzyka nie straciła przez te lata swej autentyczności i byłem ciekaw jak wypadnie konfrontacja. Okazała się tak dobra jak pamiętałem. Doskonała muzyka nie ma ostemplowanej daty ważności.





Paul Haslinger - Primitive Future


 Austriacki pionier elektroniki, o starannym wykształceniu muzycznym jest najbardziej znany ze współpracy z grupą Tangerine Dream. Jednak zamykanie jego twórczych dokonań do nagrań tylko w tym zespole byłoby błędem. Dochodzą do tego między innymi eksperymenty z zespołem Lighwave i muzyką do amerykańskich filmów, z której zresztą nie jest zbyt dumny. Najwyraźniej więc swoje solowe płyty traktuje jako odskocznię: folguje sobie robiąc to co naprawdę lubi. Taka jest też płytka "Primitive Future". Nagrał na niej zupełnie inną muzykę niż ta filmowa: miejscami dzika, jednocześnie skłaniająca do  refleksji, gorąca i trochę orientalna. Niewątpliwie wykonawcę inspirują inne kultury i starożytne cywilizacje. Takie fascynacje przyczyniły się do powstania muzyki nie najłatwiejszej w odbiorze, niepokornej ale jak sądzę, w miarę oryginalnej. Mocno akcentowane rytmy i wokalizy nie zniechęcają do słuchania. Jeśli ktoś szuka czegoś innego, to właśnie tu to znalazł. Paul dużo eksperymentuje w swoim studio, szukając nowych form muzycznego wyrazu, łącząc i miksując najróżniejsze skrajne sobie wątki. Dlatego w jego muzyce można znaleźć właściwie wszystko. Ten akustyczny eklektyzm nie tylko jest do zaakceptowania, ale może nawet pociągać odmiennością i świeżością. Czy stanowi to dobrą metodę na artystyczne spełnienie? Pewnie tak. Jest też dowodem na to, jak wiele nowego brzmienia można jeszcze wydobyć, niekoniecznie poprzez powtarzanie schematów. Zamiast tylko szokować, można samemu wnosić coś nowego.
       Ta płyta to mieszanka nie wybuchowa: współczesna cywilizacja technologiczna - vs. afrykańskie tradycje plemienne.



Sven Grunberg - Breath (Hingus)


   Trudno być oryginalnym i trzymać się kanonu. Jednak ta sztuka udała się nad podziw pewnemu estońskiemu wykonawcy. Ten intrygujący elektronik zadebiutował w 1981 roku albumem "Breath" wydanym przez rosyjską Melodię, a wznowionym w 2000 roku przez Boheme Music jako "Hingus". Nie wiem, co było główną inspiracją tych powstałych w Tallinie kompozycji, istotne jest, że do tego doszło. To wartościowe dokonanie odwołuje się do dobrych tradycji El-muzyki lat 70 tych. Mimo iż dużo w tej muzyce patosu i podniosłych wstawek tak popularnych u wczesnego Vangelisa czy Kitaro, Sven wymieszał swoje fascynacje w trochę orientalnym, lekko mrocznym tyglu, co dodało całości smaczku. Długie organowe frazy załamują się w zaskakujący sposób. Syntezatory nie służą jako instrumenty dostarczające melodię (tej jest niewiele), bardziej jako wyznaczniki nastroju. A ten - gdyby przelać go na papier, wyglądałby fragmentami jak zapis EKG mocno chorego pacjenta. Tak rzadko grali Niemcy, którzy szukali konsensusu i harmonii z kosmosem, bliżej Grunbergowi do Isao Tomity. Gwałtowne zmiany klimatów, skrajne emocje - to elementy charakterystyczne dla wszystkich zapisanych na płycie nagrań. Słychać rockowe uderzenia instrumentów na przemian z totalną melancholią. Wykorzystanie tutaj syntezatorów jako maszynek odzwierciedlających lęki i frustracje świata opanowanego przez technologię jest niesamowite. Opowieści skrywają patos i przyziemność zarazem.

       Muzyka albo się podoba albo nie, raczej nie postawia obojętnym. Wydaje się wskazana dla znudzonych bliźniaczymi dokonaniami obecnych kompozytorów, którzy wskrzeszają  ducha minionej epoki.





--

Jerzy "Juras" Gruszczyński - Medytacje Tatrzańskie


      Muzykę tego wykonawcy polecam tym wszystkim, którzy szukają w El-muzyce nieszablonowych rozwiązań, nowatorskich brzmień i... uciekają od schlebiających uchu struktur rytmicznych. Nagrania Gruszczyńskiego, pełne zadumy, są jakby próbą podsumowania życiowych doświadczeń, obserwacji i doznań muzyka ubranych w muzyczną szatę melancholii. Tatrzańskie tytuły utworów zdają się być tu tylko pretekstem do rozwinięcia głębszych tematów.  Nietrudno poddać się opisowej formie poszczególnych części albo wyobrazić sobie jazdę "Ekspresem Tatry", czy też zobaczyć wschód słońca na "Siwej Przełęczy". W niektórych fragmentach muzyka brzmi ponuro i groźnie - jak Tatry. Twórca uniknął pułapki zagęszczenia fraz i przesytu barw, delikatne plany poszczególnych instrumentów podkreślają klimat całości. Instrumentarium służy głównie do wyeksponowania uczuć i emocji. Jerzy "Juras" Gruszczyński niejako mówi: "Mógłbym głośniej i mocniej, ale po co?" Jazzowy warsztat i doświadczenie wyciskają piętno swoistego nerwu w niektórych motywach, dodając oryginalności i smaczku.

Muzyka zdecydowanie dla koneserów brzmień wyrafinowanych; doświadczonych i wyrobionych w nietypowych podróżach w krainę el-wyobraźni.

       Ta płyta zyskuje wprost proporcjonalnie do czasu odsłuchu - jest jak wino - im starsza tym lepsza.