sobota, 28 kwietnia 2012

Redshift - Redshift




 Pojawienie się tej płyty w 1996 roku wywołało niemały szum wśród fanów. Co jest tak intrygującego w pierwszym albumie Redshift? Oto pojawiają się na nim reminiscencje ulubionych brzmień i dynamicznych sekwencji jakie znali miłośnicy muzyki elektronicznej, chociażby tych z płyt "Rubycon" Tangerine Dream - ale nie tylko. Mięsiste, basowe ostinato, czy mellotronowe zawodzenia nie mogły i nie mogą pozostawić obojętnymi poszukiwaczy analogowych muzycznych struktur. Główny pomysłodawca projektu - Mark Shreeve - postanowił wskrzesić lekko archaiczne, ale ciągle pożądane barwy jakie wydaje potężny Moog Modular 3C, w wersji z mocno rozszerzonym sekwencerem. Odgłosy jakie wydaje, naprawdę robią wrażenie i wgniatają w fotel, a jeśli meloman dysponuje dobrymi zestawami głośników, mogą one mu poruszyć szyby i przylepić jelita do okrężnicy (smile). Zestaw starych, klasycznych już syntezatorów użytych na tej płycie jest oczywiście większy i pasjonaci tematu mogą przeczytać ich specyfikację np. na stronie http://www.discogs.com/Redshift-Redshift/release/531133. Ciekawy zabieg zastosował Mark pod koniec płyty.... Na kilkanaście minut przed końcem zaserwował słuchaczom 9 minut prawie idealnej ciszy. Niektórzy twierdzą że jest tam słyszalne bicie serca.... Ostatnie trzy minuty podrywają z foteli śpiochów ostrą frazą (w drugim wydaniu płyty ten fragment dostał osobną nazwę "Blueshift Cont"). Uprzedzam o tym tych, którzy nie słuchali jeszcze tych nagrań, w trosce o ich uszy i serca (smile). Zapału i świeżego ujęcia tematu starczyło Markowi na jeszcze co najmniej dwie kolejne, doskonałe płyty. I na nich posłuchać można kaskad soczystych, wibrujących efektów, będących skutkiem kręcenia gałkami analogowych maszyn. Nie dziwię się więc, że ta debiutancka płyta Redshift osiąga kosmiczne ceny na Allegro i Ebay'u. Widocznie muzyka jest tego warta.


Peter Gabriel - Up


 
  Lubię muzykę z sensem. Koncepcyjny album "Up" jaki Peter Brian Gabriel wydał w 2002 roku, należy właśnie do tej kategorii. Uwielbiam tę lekko mroczną melancholię którą Peter często eksponuje. Oczywiście, zaznaczam że te parę słów tu wklepanych jest całkowicie subiektywne, bo moim zdaniem, Peter jest po prostu the best (smile). Siła ekspresji pierwszego wokalisty Genesis nie ma sobie równych pośród innych znanych "zdzieraczy gardeł". Wiedziałem to już wiele lat temu, gdy słuchałem jak z przejęciem śpiewał "Visions Of Angels' na albumie "Trespass". Do dziś zresztą kocham tę muzykę - młodzieńczą, trochę naiwną, ale za to szczerą. "Up" jest dziełem bardziej dojrzałym i dopracowanym niż stare projekty Gabriela. Nie zmieniła się za to siła wyrazu bijąca z sugestywnych piosenek uznanego artysty. I to niezależnie czy śpiewa przygnębiający "Darkness" czy bardziej pogodny w przekazie, bijący szczególnym optymizmem "More Than This". Oczywiście nie samym wokalem urzeka Peter na tej płycie. Piękna stereofonia nasycona dźwiękami  na przemian to pełnymi niepokoju, to kojącymi, czy intrygującymi, tworzy świetne tło do wydarzeń opowiadanych przez tego wrażliwego wokalistę. Logiczny ciąg motywów po mistrzowsku ułożony w przystępne pasmo skojarzeń pociąga do siebie przemożną siłą. Peter mimo swoich lat ciągle udowadnia że jest artystą z "najwyższej półki". Emocje jakie wywołuje, zostawiają piętno na dłużnej niż  67 minut czasu trwania muzyki. Nie bądź wobec nich obojętny, bo w świecie upadających wartości i standardów, ta muzyka zachowuje swój potencjał. I to niezależnie czy nazwiesz ją ambitnym popem czy rockiem progresywnym. 





niedziela, 22 kwietnia 2012

Ron Boots - Acoustic Shadows



  Od lat posiadam wiele płytek Boots’a ale jakoś nie mogłem zrozumieć co takiego niezwykłego mój kolega Bart słyszy w jego muzyce ;). Jednak dziś rzuciłem na tackę płytkę „Acoustic Shadows” z 2006 roku i zawartość faktycznie dość mocno mnie zauroczyła. Pomysł ciekawy (poczytałem na Groove co nieco, przecież od tego jest Internet). Zaskoczyła mnie duża dynamika utworów, klimat i przyzwoita różnorodność. Słychać że gość wiedział co chce nagrać i zrobił to pewnie. Jak zgrabnie sobie radzi i udowadnia że potrafi grać głośno ale z wdziękiem (The Battle of the Somme). Mimo iż niektóre utwory dzielą ustne zapowiedzi i mono deklamacje, całość nie rwie się, tylko prze do przodu z fantazją. Kompozycja „Desolate Fields” kojarzy mi się lekko z Schonwalderem, ale bez tej maniery Mario i nudy w stylu „zagram wam dwudziestominutową suitę, gdzie się nic nie dzieje”. Boots jest po prostu rozważny i romantyczny ;). Sample wybuchów i odgłosów wojny jakie słychać kilka razy nie są natarczywe. W momencie gdy płyta się kończy - trochę żal - a to najlepszy znak że mamy do czynienia z muzyką wysokiej próby. Całość nie powala na kolana szczególnie wyrafinowanymi strukturami, nie odkrywamy tu nowego gatunku w muzyce. Ron gra w sposób znany i powszechnie akceptowany przez fanów gatunku. Istnieje zapotrzebowanie na takie granie - są fani - są i muzycy. I bardzo dobrze.
2009-04-27, 23:07


sobota, 21 kwietnia 2012

Brunette Models - Impressions of whispers


  Na przełomie wieków, a może trochę później, dotarła do mnie płyta Piotra Krzyżanowskiego "Impresje szeptów". Byłem nią zachwycony i w jakiś sposób dumny, że oto nasi rodacy potrafią nagrywać tak eteryczną, a jednocześnie, paradoksalnie, silnie działającą na refleksję muzykę. Po jakimś czasie (nie zawsze śledziłem uważnie muzyczny rynek) okazało się, że Piotr występuje obecnie pod pseudonimem Brunette Models, a płyta dostała uniwersalnie brzmiący tytuł "Impressions of whispers". Całe szczęście te odejście od polskiego nazewnictwa dotknęło tylko warstwy formalnej projektu, a nie samej muzyki. Ta uważam, dalej jest najwyższych lotów i lepiej  reprezentowałaby polski dorobek artystyczny w świecie, niż jakiś koszmar pt. "Wiedźmin II". Niezależnie od tych pozamuzycznych, kosmopolitycznych rozważań, omawianej muzyce Piotra warto poświęcić odpowiednią porcję uwagi. Rzadko bowiem udaje się w praktyce, tak wyważona mieszanka liryzmu, niedopowiedzenia czy grania na subtelnościach. Słuszne proporcje między odcinkami dźwięków bardziej intensywnych, a wykorzystywaniem w kompozycji ciszy. Chociaż większość nagrań zabarwiona jest silną melancholią, to przy jej słuchaniu osiągany jest efekt satysfakcjonującej relaksacji. Być może dzieje się to na skutek użycia ciekawych sampli typu odgłosy ptaków, czy męsko - damskich dialogów? Nie wiem na pewno w jaki sposób muzyk to robi, ale za istotny uważam fakt że osiąga cel. A jest nim pewne uzależnienie słuchacza. Ma tu zastosowanie zasada P.T.O. - "Please Turn Over", czyli lekko anachroniczna zachęta do ponownego odtworzenia dysku. I zdarza mi się spędzić przy tej muzyce cały wieczór, kilkakrotnie odtwarzając ją ponownie. Świetnie się słucha "Impressions..." na słuchawkach. Nie chodzi mi tym razem o wychwycenie technicznych niuansów, stereofonicznych bajerów, choć tych też nie brakuje, co o porządne zanurzenie się  w niezwykły klimat całości. Obok Marcina Bocińskiego który niestety, ostatnio woli robić zdjęcia niż nagrywać nowe płyty, jawi mi się Krzyżanowski jako najciekawszy polski przedstawiciel ciepłego ambientu. A jednak Piotr obok zwolenników ma również przeciwników. Wnioskuję mimo wszystko, że to zdrowy objaw, bo nie ma nic gorszego dla artysty, niż obojętność audytorium wobec jego osoby. 



piątek, 20 kwietnia 2012

Klaus Schulze - Body Love


  Są płyty o których po prostu się nie zapomina i napisać wypada. Nie z tytułu jakiejś poprawności, co po prostu wyrazu uznania dla artysty. Płyta Body Love z 1977 roku jest dość typowa dla tej bardzo dobrej dekady Klausa Schulze. O okolicznościach powstania i przeznaczeniu tej muzyki napisano dużo. Jest na niej długa suita i trochę krótsze dwa utwory, plus druga, długa kompozycja "Lasse Braun" - dodana z okazji reedycji w 2005 roku. Kiedy obecnie, po wielu latach słucham tej płyty ponownie, dochodzę do wniosku że najbardziej udaną na płycie propozycją autora jest  P.T.O. Charakterystyczna dla mistrza porcja swobodnie rozwijającej się muzyki, która po czterech minutach delikatnego, kosmiczno-medytacyjnego wstępu, nabiera "rumieńców", bardziej określonego wyrazu. Z pomiędzy starannie skalkulowanych efektów, niczym syrena z morza, wyłania się przyjemna dla uszu sekwencja. Pomysłem na to nagranie było pewnie doprowadzenie słuchacza do stanu euforii. Za pomocą wielu przenikających się motywów, co rusz modulowanych, zmieniających się solówek, Klaus Schulze osiąga swój cel. Nasycenie i nawarstwienie się różnych partii instrumentów, jest nawet jak na Klausa wyjątkowe. Że się perkusista Harald Großkopf w tym nie pogubił ;).  Ta pozorna kakofonia ma jednak sens. Elektroniczny trans trwa prawie pół godziny. I choć nie jestem fanem tych płaczących, przeciąganych solówek  jakie Schulze lubi masowo serwować, tu mają one jak najbardziej rację bytu. Miłe jaźni szaleństwo niestety jednak się kończy - niczym start z wygodnego legowiska w zimną (ale chyba nie do końca) czerń kosmosu. Taka zmiana tematu i tempa w ostatnich pięciu minutach będzie się przewijać w utworach K.S. przez wiele następnych lat. Co do bonus tracku "Lasse Braun" - może się on spodobać fanom. Utrzymany jest bowiem trochę w klimacie Picture Music. Są na nim różne frapujące elementy układanki, zaangażowane solówki, niemniej, ale jak to często w dodatkach z Revisited Records bywa, nie bardzo widać w nim jakąś przewodnią myśl. Zawsze to jednak nowy, nieznany "stary" Klaus. Krótkie Stardancer i Blanche to właściwie kompozycje jednego motywu, choć wiem że i one mają swoich miłośników.  I ciągle zdobywają nowych, bo muzyka elektroniczna z lat 70.  ma swój powab i szyk.



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Craig Padilla – Genesis


 Craig Padilla mieszka w USA i nagrywa jak sam określa "muzyczne pejzaże dla ciała i umysłu". Jest kompozytorem muzyki filmowej, przystępnego ambientu, a często również klasycznej elektroniki sekwencyjnej. Inspiracje niejednokrotnie czerpie z pięknego otoczenia okolic Coeur d'Alene w Idaho, północnej Kalifornii gdzie mieszka wraz z piękną żoną i dziećmi. Muzykę do płyty Genesis nagrywał w czasie oczekiwania na urodziny pierwszego dziecka. Był wtedy, co mnie nie dziwi, głęboko przejęty cyklicznością ludzkiego życia i ta wrażliwość znalazła odbicie w tworzonych wtedy utworach. Rozpoczynająca nagrany w 2004 roku album tytułowa suita "Genesis" to sekwencyjna pasja która na pewno spodoba się miłośnikom elektronicznego mainstreamu. Ma w sobie ten ogień i emocje jakie wyzwalają kolejne harmoniczne wznoszenia. Po prostu - mega pozytywny, melodyjny trans. Pozostałe trzy utwory  będą stanowić większe wyzwanie dla początkującego fana, ale trudno nie polubić takiej pastelowej muzyki. Jest w niej nie tylko rozmarzenie, głębia kosmosu, ale, co szczególnie warte odnotowania - przede wszystkim wspaniale zagospodarowana przestrzeń pełna zwiewnych i pociągających ku sobie brzmień. Pojawiają się również przebiegi i arpeggia, ale bardziej jako ożywiające klimat tło. Muzyka z utworu "Ascension" na pewno spodoba się fanom mniej komercyjnego J.M.Jarre'a. Craig Padilla umie odświeżyć klasyczną formę i nadać jej ponownie atrakcyjny image. Często używa oryginalnych analogowych syntezatorów, co bez trudno wychwyci bardziej wprawne ucho. W jego muzyce ciągle się coś dzieje, pozbawiona jest maniery minimalizmu który cechuje niektórych amerykańskich muzyków grających ambient.  Dobra oferta dla tych  słuchaczy, którzy chcą odpocząć przy muzyce, ale niekoniecznie przy niej usnąć (smile).






niedziela, 15 kwietnia 2012

Hipgnosis - Sky Is The Limit


 
  Tę muzykę polecił mi kiedyś Marek Jaworski z Krakowa, jak się potem okazało - "przyjaciel zespołu od zawsze". Dopóki nie usłyszałem po polsku tekstu "Nie lubię nienawiści", nawet przez chwilę nie wątpiłem że słucham dobrej, zachodniej kapeli. Wrzuciłem sobie wave'a płyty Hipgnosis - "Sky Is The Limit" z 2006 roku   na telefon komórkowy i zadowolony, co rusz do niej powracałem, słuchając w drodze do pracy i z niej wracając. Do dziś się cieszę tą muzyką i daje mi ona radość. Co takiego niezwykłego jest w twórczości krakowskiej grupy Hipgnosis?  Myślę że unikalne połączenie kilku składników: Przede wszystkim KUL - wokalistka o ciekawym głosie, brzmiącym bardzo, bardzo ciepło i zmysłowo.  Bez niej ta grupa byłaby już czymś innym. Gdy słucham jej śpiewu, ciągle muszę przypominać sobie że mam już żonę i nowej nie szukam, tylko piszę recenzję. Tak to działa (smile). Intrygujące użycie syntezatorów - niby słucham gry na tych instrumentach od przynajmniej 1977 roku i nic nie powinno mnie zdziwić, a jednak.  Lider grupy, SsaweQ, dysponuje nie tylko umiejętnością wydobywania właściwych dźwięków, to się dzieje chyba na poziomie intuicyjnym, ale też doskonałym, artystycznym smakiem. Zresztą, nie on jeden, bo według opisu na okładce, do klawiatur i elektroniki przyznają się w sumie trzej panowie. Oczywiscie muzycy skromnie przypisują znaczącą rolę Łukaszowi Goryckiemu odpowiedzialnemu za ostateczny montaż. Jeśli dodać do tego nienaganną grę na perkusji i gitary, otrzymujemy frapującą mieszankę progresywnego rocka, elektroniki, prog-metalu i pewnie kilku innych gatunków (w trzecim utworze "Mantra" słyszę solówki których nie powstydziłby się sam Pat Metheny).  Mimo takiego rodzajowego eklektyzmu płyta wydaje się nadzwyczaj spójna. Oczywiście, byłem trochę zdziwiony ostrością i dynamiką "Force Hit", a potem wspomnianym polskim tekstem, głosem i generowanymi efektami na "Ummadellic". Pozytywnie zdziwiony. Ta muzyka nie pozwoli zasnąć. Bardzo emocjonalna gra i osobiste teksty to przecież największe zalety muzyki rockowej. Mam szacunek dla zespołu  wydającego tak przemyślany materiał, któremu najwyraźniej upływający czas nie szkodzi. Teraz oswajam się z ich najnowszą płytą pt. "Relusion". Jest to całkiem inny projekt. Czyli progress trwa nieustająco, a zespół dużo koncertuje i pisze ciąg dalszy swojej historii.  



sobota, 14 kwietnia 2012

Klaus Schulze – Body Love Vol.2


 Czasami zdarza się, że pod wpływem zajęć dość prozaicznych, choć bez wątpienia przyjemnych, powstaje twórczość doprawdy nieziemska. W 1997 roku Klaus Schulze wydaje część drugą muzyki filmowej do obrazów Lasse Brauna. Filmów kręconych na fali pozornego wyzwolenia seksualnego, traktujących cielesną miłość w sposób mało wyrafinowany, powiedzmy sobie szczerze, na poziomie rejestracji pracy tartaku. Skupię się więc na samej muzyce. Druga połowa lat 70. to był bardzo dobry okres w życiu niemieckiego kompozytora i niezależnie od źródła inspiracji, Klaus publikował znakomitą muzykę. Płytę wydano jak dotąd trzynaście razy, pod trzema różnymi tytułami "Body Love vol.2,"  "Body Love - Additions To The Original Soundtrack", lub "Moogetique". Umieszczono na niej trzy utwory, a w reedycji z  2007 roku dodano bonus track "Buddy Laugh" (A Rock'N'Roll Bolero) nagrany - co wyraźnie słychać - w podobnym przedziale czasowym. Body Love vol.2  jest godna uwagi przede wszystkim ze względu na piękną, blisko półgodzinną suitę "Nowhere - Now Here". Ta prawdziwy opus magnum sztuki  celebracji  w wykonaniu Klausa. Dziełko, które czyni go w jakimś sensie nieśmiertelnym dla fanów. Ten uzdolniony Niemiec bardzo umiejętnie buduje nastrój, wprowadza kolejne frazy, instrumenty i melodie, prowadząc je do dynamicznej kulminacji. To jedno zdanie jest oczywiście zbyt ubogie w treści, aby w pełni oddać bogactwo odczuć słuchacza który zachwyca się  poszczególnymi elementami układanki i wyjątkowo subtelną grą na perkusji.  Przez pierwsze 15 minut czas wydaje się stać w miejscu, a nostalgiczna  opowieść snuta przez mistrza syntezatorów może stać się powodem do wielu wzruszeń. Wspaniale rozłożone stereofonicznie efekty, stonowane solówki idealnie zgrane z bębnami Haralda Grosskopfa, czynią ten fragment niesamowicie sugestywnym. Unosząca muzyka w końcu, w połowie suity, ulega przesileniu i totalnemu emocjonalnemu wzmocnieniu. To, co słychać teraz z głośników, to prawdziwa ekstaza. Premia dla cierpliwego słuchacza. Elektroniczny świergot tworzony przez kręcenie gałkami częstotliwości, pozorny chaos z którego, niczym z  głębi oceanu wyłania się szalona maszyna - Élan vital. Zabudowanie przestrzeni jakie proponuje tu Klaus Schulze, mało kogo zostawi obojętnym. Wypełniona przez zdyscyplinowaną, aczkolwiek pełną inwencji perkusję, atrakcyjne dialogi stereofonicznych bajerów i obsesyjne motywy grane na kilku klawiaturach, wszystko to pędzi przed siebie w opętańczym tańcu. Kiedyś zastanawiałem się, czy ta kompozycja powinna tak się zakończyć, jak gdyby na jednej emocjonalnej fali nakręconej do granic wytrzymałości uszu. Od jakiegoś czasu myślę, że z tego typu artystycznymi wizjami się nie dyskutuje, albo się je akceptuje albo... nie. Po tak intensywnych doznaniach, Klaus proponuje powtórkę z bliźniaczej płyty - utwór "Stardancer II" odrobinę inny miks znanej już kompozycji. Zabieg o tyle kontrowersyjny co... nieszkodliwy. "Moogetique" - ten tytuł powstał z połączenia dwóch wyrazów i należy go rozumieć jako "Patetyczny Moog". Rozmarzona, pozbawiona spektakularnych efektów opowieść, którą można traktować jako odpoczynek od pełnych emocji poprzednich ścieżek. Kończący album wspomniany "Buddy Laugh (A Rock'N'Roll Bolero)" jest bardziej różnorodny. Doskonale brzmiący, stara się połączyć różne style i klimaty. Jest to ciekawa i "poprawnie" skonstruowaną struktura, choć brak jej wyraźnie sprecyzowanej myśli przewodniej. Ale może moja opinia jest  tendencyjna?  Czas pokaże.
P.S. Celowo zamieściłem jako okładkę jej drugą stronę. Tę główną, eksploatującą kobiece wdzięki przecież już znacie...



David Sylvian - Approaching Silence


 David Sylvian  (David Batt) to ceniony angielski kompozytor i wokalista. Znany jest ze wspólnych dokonań z zespołem Japan, japońskim instrumentalistą Ryūichi Sakamoto, czy takimi legendami rocka jak Holger Czukay lub Robert Fripp. Ten ostatni wsparł go na  solowej płycie "Approaching Silence" z 1999 roku, będącej udaną próbą wypowiedzi Sylviana w gatunku ambient, stanowiącą pamiątkę po dwóch multimedialnych instalacjach. David tym razem nie udziela się jako wokalista. Nagrał wyjątkowo spokojną muzykę, której niuanse doceniać można najlepiej przy odtwarzaniu przez dobre słuchawki. Dwie ponad półgodzinne suity połączone są krótkim pomostem "Epiphany" - kompilacją kilku atrakcyjnych sampli: różnojęzycznych podniosłych wypowiedzi, gongów, śpiewów rytualnych, czy odgłosu jadącego pociągu (moim zdaniem najlepsza krótka wypowiedź w tego typu muzyce). Obie opasłe kompozycje grają jednak na subtelniejszych odczuciach. Pierwsza to surowa, minimalistyczna "The Beekeeper's Apprentice". Skomponowana wspólnie z Frankiem Perry grającym sporadycznie na gongach i dzwonach, wymaga od słuchacza pewnej uwagi. Niewielkie zmiany w muzycznej tkance, powtarzane co rusz motywy, obsesyjnie powracające i krążące gdzieś na granicy rejestracji umysłu, to zabiegi może nie nowatorskie, ale ciągle lubiane i skutecznie określające atmosferę nagrania. Klimatu przesyconego lekkim niepokojem... Kompozycja tytułowa "Approaching Silence" jest przystępniejsza w odbiorze i trochę bardziej określona. Jako pewnego rodzaju indeksy służą tu momenty przełamania wyrażane przez głośniejszą pracę gongu, wspieranego silniejszym akcentem powłóczystych syntezatorów. Przypomina mi to chwilowe otwarcie śluzy, przepustu wodnego pozwalającego na wypływ większego strumienia wody. Między tymi znacznikami Sylvian wplata regularnie ciche dialogi, monologi, krążące pomiędzy głośnikami różnorakie efekty dźwiękowe. Przypływy i odpływy tych wrażeń, pogłębiane przez frippetronics, sporadyczne zmodyfikowane orientalne głosy,  wprowadzają słuchacza w stan pozytywnej relaksacji. Właśnie w tym widzę największą zaletę tej szczególnej muzyki. Niełatwo jest stworzyć dzieło które składa się z tak ulotnych elementów, a zostawi trwałe wrażenie.  Davidowi Sylvianowi to się udało.


czwartek, 12 kwietnia 2012

Roedelius – Pink, Blue And Amber


  Hans-Joachim Roedelius urodzony w Berlinie jesienią 1934 roku, jest jednym z najstarszych czynnych zawodowo muzyków kojarzonych z muzyką eksperymentalną i elektroniczną. Współzałożyciel zespołów Kluster i Harmonia, kooperował przez lata z wieloma bardziej lub mniej znanymi muzykami jak Brian Eno, Tim Story czy niedawno zmarłym Conradem Schnitzlerem. 78 letni kompozytor jest więc postacią nie tylko legendarną, ale chociażby z historycznego aspektu - wartą bliższego poznania. Tworzy muzykę niekiedy trudną w odbiorze, niekiedy lżejszą, szukając coraz to nowych środków wyrazu. Choć nagrał wiele płyt w oparciu o syntezatory, opanował też biegle grę na fortepianie. Udowodnił to po raz kolejny wydając w 2012 roku krążek "Plays Piano". Zresztą, zawsze lubił wydawać albumy które mienią się barwami klasycznego instrumentarium. Do takich należy projekt Pink, Blue And Amber z 1996 roku. To 10 stonowanych utworów, w których  oprócz instrumentów klawiszowych słychać ludzki głos, elektryczną gitarę, flet, wiolonczelę, nostalgiczny saksofon czy orientalny rodzaj japońskiej cytry "koto". Leniwie płynie sobie ta muzyka, niczym górski strumyk. Bez agresji, ekstrawaganckich popisów, wszechobecna zaduma i refleksja tworzona przez grono zaprzyjaźnionych muzyków wypełniają słuchaczowi blisko godzinę.  Partie fortepianu idealnie uzupełniają się z pozostałymi wiodącymi elementami muzycznej układanki, lub stosownie ustępują im miejsca. Ciekawie to brzmi w kompozycji tytułowej, gdzie pełny melancholii fortepian prowadzi dialog z fletem, żeńskim głosem i skrzypcami.  Ale nie tylko. Cała ta płyta to jeden klimat, monolit ujęty w karby specyficznych brzmień. Mimo iż nie zawiera ani jednej serii dynamicznych sekwencji z arpeggiatora, to dla melomana z otwartym umysłem "Pink, Blue And Amber" będzie źródłem wielu pozytywnych wzruszeń.  








Steve Roach - Structures From Silence


  "Zawieszenie, intymność, cisza". Tak dość trafnie opisano na okładce zawartość tej płyty. Steve Roach swój trzeci album "Structures From Silence" opublikował w 1984 roku. I chociaż później wydał bardzo dużo płyt, tą pozycją pozyskał sobie wielu zwolenników. Ciekawe, że w mimo iż niewiele się  na niej dzieje, to robi duże wrażenie. Ten pozorny paradoks łatwo wytłumaczyć. Jedną z charakterystycznych cech muzyki ambient jest tworzenie klimatu. Nie musi ona zawierać spektakularnych solówek, wymyślnych ozdobników, czy dynamicznych zwrotów akcji. Te niezbędne składniki muzyki rockowej nie mają tu odniesienia. Muzyka ambient celuje wyżej. Za pomocą środków wyrazu mniej spektakularnych, aczkolwiek bardziej wyrafinowanych, wprowadza słuchacza w stan wręcz metafizyczny. I taka jest płyta "Structures From Silence". To jakby nocna podróż do innego wymiaru. Spokojne, wręcz leniwie płynące dźwięki, unoszą ich odbiorcę w świat totalnej relaksacji, sennego rozmarzenia które trwa, i trwa, i trwa... Czy to już dzień? Cisza odgrywa tu tak samo ważną rolę jak dźwięki. A te pieszczą uszy ciepłymi barwami. Muzyka wlewa się delikatnie do uszu, odchodzi i wraca... I to jest piękne! Oczywiście, Wasze doznania wynikające ze słuchania albumu Roacha będą na pewno również subiektywne, indywidualne i być może bardziej zróżnicowane. Ale  zwiewność, pewna poetyckość zawarta w treści, to uniwersalne określenia które chyba dość dobrze oddają oniryczny charakter tego dzieła. Tytułowa suita na pół godziny pozwoli zapomnieć o kłopotach dnia codziennego. Świat tajemnic nie odkrytych do końca, wciąż czeka na swoich badaczy... Muzykoterapia najwyższej próby!      






środa, 11 kwietnia 2012

Adelbert Von Deyen - Atmosphere


 Adelbert Von Deyen jest autorem kilkunastu płyt, ale żadna z nich nie jest chyba tak znana i lubiana jak Atmosphere z 1980 roku. Podobać może się już sama okładka. Oficjalne źródła mówią, że została zaprojektowana przez Urs Amanna, odpowiedzialnego również za oprawę graficzną pierwszych pięciu solowych albumów Klausa Schulze (któż ich nie zna?). Jednak przeglądając obrazy namalowane przez Adelberta na jego internetowej stronie można dość do wniosku, że autorem tych grafik może być sam Von Deyen. Samotna, pusta łódka nad brzegiem bezkresnego oceanu i zachodząc słońce (?) przysłonięte przez chmury (?), które kojarzą bardziej mi się z burzą piaskową - sugerują klimaty melancholijne. Samą muzykę z Atmosphere podobnie można powiązać z impresjonistyczną ilustracją. Dwa pierwsze dynamiczne utwory (fajna jest ta perkusja Zabba Lindnera!), mogą jeszcze oddziaływać na spontaniczne emocje, ale pozostałe części tytułowej suity zdecydowanie pobudzają refleksję. Wylewająca się z głośników wszechobecna nostalgia jest bardzo sugestywna. Słychać hipnotyczne pasaże tworzone przez niesamowicie długo brzmiące fale dźwiękowe i zmiany częstotliwości generowanych dźwięków poprzez kręcenie gałkami potencjometrów. Te niby proste technicznie zabiegi budują jednak szczególny nastrój. Słuchacz popada w rodzaj pozytywnego, nieszkodliwego transu doprawionego szczyptą smutku i pompatyczności. Oczywiście nie jest to specjalnie oryginalna twórczość, ale szanując inteligencję czytelnika, jemu pozostawię dowolność skojarzeń. Siła przekazu tej muzyki jest nade wszystko godna uwagi, niezależnie od łatwego zidentyfikowania źródła inspiracji.  Po prostu jedna z moich ulubionych płyt lat 70. Polecam wszystkim romantykom!










poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Klaus Schulze – Dig It Deluxe Edition Set


"The song... The sound... Analogue is dead... Digital is an automat... One bit for you, one byte for me... What's it like?... It's alright".

  Pierwsze wydanie płyty Dig It Klausa Schulze miałem okazję poznać w 1981 roku. Miało to miejsce w pewnej uroczej wsi, gdzie w domu dobrego kumpla do woli mogłem się rozkoszować tą muzyką z winylowego krążka, oraz dziwnymi zdjęciami zdobiącymi dużą okładkę.  Miałem wtedy 17 lat, naokoło ludzi stresował stan wojenny, a moje uszy i serce zaczynała opanowywać nowa pasja którą wtedy nazywano: rock elektroniczny. Z Klausem Schulze nie było tak łatwo i nie od razu mi się spodobał. Męczyłem jego inne płyty jakieś dwa lata zanim nastąpiła ta szczególna przemiana i akceptacja wizji niemieckiego kompozytora. Płyta  Dig It oraz Trancefer dokonały transformacji mojego gustu. Od tej pory bardzo ceniłem Klausa za jego konsekwencję w wydawaniu kolejnych niekomercyjnych projektów. Za to, że jest artystą niepokornym i nie wahał się tworzyć ambitnej muzyki, która zmuszała do podążania za autorem w jego akustyczne światy - na jego zasadach.  Teraz, po latach, materiał z tej płyty oceniam jako niezbyt wyrafinowany, zbyt dosłowny i mało złożony. Ale dalej kocham wszystkie utwory! Te pozorne zimno wylewające się ze wszystkich fragmentów ciągle urzeka. Szczególnie  godna uwagi wydaje mi się suita "Synthasy" która w okresie największej fascynacji musiała być odtwarzana trzy razy pod rząd (smile). Mało jest muzyki do której podchodziłbym z równym uczuciem. Ale, zgodnie z tekstem jaki słuchać dziś w wielu reklamach - ona jest tego warta (smile).

Bonus track "Esoteric Goody" trwa blisko pół godziny i jest typową suitą kontemplacyjną: bez rytmu, wyraźnego początku i końca. O rozmytych konturach, trochę podobny do "Dune". Podobno pochodzi z oryginalnej sesji Dig It.

W reedycji z  2005 roku dołożono nie tylko długi utwór "Esoteric Goody", ale też płytę DVD z koncertem "Linzer Stahlsinfonie". Ten materiał zarejestrowano 8 września 1980 w Austrii. Zapis koncertu różni się od studyjnej płyty klimatem. O ile muzyka z "Dig It" będąca wyrazem fascynacji cyfrową technologią stanowi dość krótką, zwartą ideowo całość, o tyle nagrania z Linzu to godzinna sesja kilku powiązanych ze sobą pomysłów. Oczywiście - podporządkowanych idei wyświetlanej na ekranie. Obecnie fascynacja Klausa procesami technologicznymi zachodzącymi w hucie stali może wydawać się trochę archaiczna. Ale 32 lata wcześniej była jak najbardziej na miejscu. Pomiędzy ujęciami z walcowni i pieca hutniczego, słuchacze i widzowie spektaklu oglądają migawki z lotu ptaka. Zdjęcia pokazujące miasta zmienione przez ciężki przemysł są być może ostrzeżeniem przed uwikłaniem się ludzkości w industrializację. Niezależnie od proporcji fascynacji i obaw artysty związanych z technologią, muzyka z "Linzer Stahlsinfonie" może się podobać. Choć emocje rozwijane są powoli, a jakość obrazu i dźwięku (zgranego z lekko zleżałej kasety VHS) pozostawia trochę do życzenia, jest to stary, dobry Klaus Schulze. Fan z upodobaniem będzie nie tylko słuchał ale i oglądał Mistrza obsługującego instrumenty, oraz podziwiał zaangażowanie spoconego perkusisty Freda Severloha. Szybko skojarzy pewne fragmenty z innymi współczesnymi koncertowi nagraniami i będzie się rozkoszować programowanymi rytmami (między 16 a 30 minutą). Jak to u Klausa, celebrowanie nastroju jest doprowadzone prawie do absurdu i przypomina podróż po rzece Amazonce  - która jak wiemy do najkrótszych nie należy (smile). Schulze nie żałuje swoich charakterystycznych solówek które zgrabnie wykonuje mimo krępującego kasku i maski spawalniczej na głowie. Trochę przydługie zakończenie i uhonorowanie kilku pracowników odlewni żeliwa Voest-Alpine których ciężka praca była dla Klausa inspiracją. W sumie ciekawy kawałek historii muzyki.  


sobota, 7 kwietnia 2012

Tomasz Szymański Nerious - Staram się iść w jakość, a nie ilość


Tomasz Szymański "Nerious" - polski kompozytor muzyki elektronicznej rodem z Bydgoszczy. Jego ciekawe płyty można poznać odwiedzając platformę wolnej muzyki - Jamendo.

D.K. Może na początku wyjaśnij skąd wziął się Twój pseudonim artystyczny – Nerious. Czy te słowo coś oznacza?

T.S.: Ner od Nero. To taki program do nagrywania płyt. Z kolei -ious to taka łacińska końcówka, która ładnie ozdabia cały pseudonim. Cała tajemnica. Myślałem nad tym, z tego co pamiętam, całą godzinę :).

D.K:.W portfolio podkreślasz swoją krótką przygodę z zespołem Endorphine. Czy ta współpraca zmotywowała Cię do solowej działalności?

T.S.: Generalnie zawsze działałem solo. Chciałem spróbować czegoś nowego przez współpracę z chłopakami. Na początku wszystko fajnie. Ciekawe doświadczenie - coś współtworzyć przez internet. Jednak ja miałem swoją wizję, a ktoś z zespołu inną. Za bardzo nasze gusta muzyczne się chyba różniły. Sama forma współpracy też mi po czasie przestała odpowiadać. Stwierdziłem, że pojedyncze utwory w duecie raz kiedyś to lepszy pomysł i odszedłem z zespołu. Niemniej jednak dużo z tej przygody wyniosłem.

D.K.: Przez ostatnie 6 lat skomponowałeś materiał na co najmniej 9 płyt. Odnoszę wrażenie że to nie koniec i chcesz uczynić z tworzenia muzyki główną życiową pasję. Skąd czerpiesz do tego siły?

T.S.: Kiedyś komponowałem znacznie częściej. Obecnie muszę mieć silne natchnienie, więc jest tego nieco mniej. Jednak myślę, że za to moja muzyka jest bardziej przemyślana. Bardziej staram się iść w jakość a nie ilość. Teraz pracuję, to też gorzej z czasem. Masz jednak rację - to nie koniec. Oj nie :). To wychodzi po prostu z zewnątrz. Z głębi. To raczej potrzeba twórcza. Chciałem jeszcze dodać, że mam coś jeszcze nie wydanego, muszę wrzucić w wolnej chwili tylko do sieci. Ponadto powstaje już kolejny materiał.

D:K.: Jednym z pierwszych Twoich opublikowanych projektów na Jamendo jest muzyka z płyty „Pejzaże”. Obok albumów „Wolne drogi” i „Powiew skrzydeł” należy ona do moich ulubionych Twoich wydawnictw. Czy „Pejzaże” to był owoc wieloletnich refleksji, czy raczej bardziej spontaniczny odruch?

T.S.: Zawsze lubiłem obrazy prezentujące różne pejzaże takie jak łąki, jeziora, wioski, góry. Bardzo mnie uspokajają, kiedy na nie spoglądam. Chciałem wyrazić w muzyczny sposób co czuję. Miałem koncepcje w głowie i materiał powstał w rok.

D.K.: Zaskoczyłeś mnie pozytywnie płytą „Two Souls” – fikcyjnym soundtrackiem do gry. To chyba najbardziej rockowa muzyka z całej Twojej dyskografii. Zresztą jest na niej wiele różnych motywów, również filmowych. Gitara Dariusza Malkiewicza i Twój akompaniament tworzą coś nowego… Naprawdę grałeś z zacięciem w Starcrafta?

T.S.: Tak. Grałem, ale szybko mi się znudziło. Nie mam głowy do strategii. Sama gra i jej świat jednak na tyle mnie zaciekawił, że chciałem coś do tego włożyć od siebie. Ten projekt był dość odważny, bo jednak inspirowany czymś już istniejącym. Gdyby nie Darek, to by nic z tego nie wyszło. Uparłem się, że ma być gitara, bo inaczej nie było by tego klimatu z gry.

D.K.: Słuchając kolejnych Twoich płyt łatwo zauważyć że stawiasz sobie za cel penetrowanie różnych technik kompozytorskich, masz ambicję zaskakiwać słuchaczy co raz czymś nowym... A może ma to związek z tym że podjąłeś lekcje gry na fortepianie i to się dzieje niejako samo z siebie?

T.S.: Z tymi technikami kompozytorskimi to może raz kiedyś spróbuje coś z harmonii klasycznej. Jednak uważam, że bardziej eksperymentuję z „poziomą budową utworu”. Czyli słuchaczowi wydaje się, że utwór będzie „jakiś” i będzie taki do końca, a tu nagle mała niespodzianka. Nagle zmieniam tonacje, klimat czy tempo, które jest dwa razy szybsze, czy nawet zupełnie samą koncepcję gatunkową mimo że to ten sam utwór itd. Ja lubię zaskakiwać. Szczególnie sam siebie :).

D.K: Na płycie „Powiew skrzydeł” ocierasz się w warstwie instrumentalnej o elementy charakterystyczne dla muzyki klasycznej, symfonicznej. Zgrabnie łączysz to z El-popem. Podoba mi się ten pomysł. Na Jamendo ta muzyka ma też pozytywne komentarze. Słychać na tej płycie w dwóch utworach śpiew i Agnieszki Czajkowskiej a ostatnim utworze „Fulfilment” śpiewa Avell. Jak udało Ci się pozyskać je do współpracy?

T.S.: Z Avell poznałem się na portalu (już nieistniejącym) Open Music z tego co pamiętam. I jakiś czas trochę wymienialiśmy się poglądami. Mieliśmy jeden wspólny utwór Shishigama. Możliwe, że gdzieś w necie jest dostępny. Teraz Avell zrobiła swoją nowsza wersje tegoż kawałka. Fulfilment to moja kompozycja a tekst i śpiew Avell. Byłem zaskoczony pozytywnie, że znalazła się w tym słodkim klimacie. Utwór udany moim zdaniem. Jej muzyka jest nieco inna jednak od mojej. Z kolei Agnieszkę poznałem przez kolegę. Jednak z tego co wiem wyjechała do Ameryki i kontakt się urwał. Szkoda, gdyż poczułem pewną muzyczną więź.

D.K.: „When We Were Young” i „InterZein - Little Bad” jakoś “nie pasują mi” do Ciebie. Czy to była muzyka na zamówienie czy po prostu postanowiłeś się sprawdzić w techno, a może zdominował Cię kolega "Shape" czyli Witek?

T.S.: Nie. To ja go namówiłem, aby zrobić album w stylu electro. Miałem jakąś taką chęć na tą surowa muzykę, a Witek mnie jakby w to wprowadził. Zgodził się na album po moich namowach i mamy efekt. Dobrze mi się z nim współpracowało. Swoją drogą, muszę się odezwać do niego :). When We Were Young to miała być taka odskocznia, a właściwie powrót do młodzieńczych fascynacji muzyką trance. Właściwie nic dodać nic ująć. Ze mną jest tak, że jeżeli mam na dany gatunek ochotę, to się w niego bawię. Traktuję to jak zabawę, a nie jakieś poszukiwanie twórcze siebie na siłę.

D.K.: Jednym z ostatnich Twoich sukcesów jest muzyka do filmu „Rodzinna Opowieść”. Choć jest jej czasowo niewiele, to skomponowanie motywu głównego i fragmentów charakterystycznych zawsze jest formą pewnej nobilitacji. Marzy o tym wielu artystów. Co dało ci te doświadczenie?

T.S.: Z tak krótkim czasem prawdę mówiąc niewiele z tego wyniosłem :). Więcej nie potrzeba było materiału. Fajnie jak ktoś prosi o skomponowanie muzyki do danego obrazu. Jak byłem młodszy to pamiętam, że moim marzeniem było zostać kompozytorem filmowym. Teraz jednak z perspektywy czasu mam takie wrażenie, że chyba by mnie to ograniczało. Nie mniej, jeżeli kiedyś wyjdzie jakiś projekt - to pewnie nie odmówię.

D.K.: Jaki procent w Twojej muzyce stanowią sample, czego obecnie używasz do grania i zapisywania swojej muzyki?

T.S.: Ableton live plus różne wtyczki vst. Sampli używam mniej aniżeli syntezatorów. Lubię czasem samplować swój głos. Robię to jednak w taki sposób, aby to nie przypominało głosu, a jakiś instrument perkusyjny czy efekt dźwiękowy. Mój ulubiony syntezator to Synth1. Lubię też serię STS H.G Fortune.

D.K.: Na swojej stronie wymieniasz jako ulubionych kilku muzyków klasycznych. Jakie dzieło szczególnie cenisz z tego gatunku?

T.S.: Na pewno suitę „Peer Gynt” Edwarda Griega. Niezwykle barwną instrumentację prezentuje „Szeherezada” Korsakowa. Lubię impresjonizm i tu weźmy „Pawana dla zmarłej Infantki” Ravela.

D.K.: Poza muzyką rozpowszechniasz darmowe kursy mailingowe które pomagają rozładować stres…. Jak rozumiem, wypróbowałeś ich skuteczność na sobie?

T.S.: Oj tak. Łapię wiedzę na ten temat, bo bywam impulsywny. Czasem warto się tą wiedzą podzielić.

D.K.: Jakie masz muzyczne plany na przyszłość, czy grałeś już przed żywą publicznością?

Przed publiką grałem dwa razy na imprezie „Elektroniczny Woodstock” w Kruszwicy. Bardzo dobrze ją wspominam. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale mam takie marzenie zrobić jakieś porządne show przed publiką. Bynajmniej nie taką jak Jarre Michel :).

D.K.: Dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów na muzycznej niwie.

T.S.: Dziękuję również i Pozdrawiam Ciepło.
http://www.jamendo.com/pl/artist/nerious


Peter Frohmader – Cycle Of Eternity


  Peter Frohmader nie zajmuje czołowych miejsc na żadnych zestawieniach kultowych formacji muzycznych. I wcale się nie dziwię. Ten niemiecki kompozytor tworzy projekty które kierowane są do specyficznego grona słuchaczy. Takich melomanów, którzy znajdują przyjemność w słuchaniu dość niepokojącej i trudnej w odbiorze muzyki. Najbardziej znany jest Frohmader z wydawnictwa zatytułowanego "Nekropolis - Musik Aus Dem Schattenreich" z 1980 roku, co w wolnym tłumaczeniu można odczytać jako "Muzyka z Imperium Cieni". Rzecz sama w sobie dość przerażająca, co sugeruje chociażby pełna czaszek okładka. Ciekaw jednak byłem, czy Peter nagrywając ponad dwadzieścia płyt, będzie uparcie trzymał się swoich mrocznych, cmentarnych inspiracji. Przesłuchując jego kolejne albumy pełne dźwięków niesamowitych, czasami przyprawiających o "gęsią skórkę", natrafiłem na  Cycle Of Eternity - płytę nagraną w latach 1991-92 a wydaną w 1994 roku. Jest ona  w swojej treści zbliżona do bardziej strawnej muzyki elektronicznej niż starsze nagrania  Frohmadera. Autor zrezygnował na niej z estetyki brzydoty, z wiernego odtwarzania klimatów cokolwiek upiornych a i swoją okładkę (bo jest też zapalonym grafikiem) sprowadził do strawnego dla szerszego audytorium standardu. Oczywiście, nie jest to bynajmniej sielska twórczość i przez cały czas trwania tego zapisu głównym bohaterem akcji jest niepokój. Duże wrażenie robi sprawność z jaką zrealizowano te nagrania. Zarówno od strony brzmienia, jak i inwencji twórczej. Można pozazdrościć muzykowi biegłości we wprowadzaniu kolejnych pomysłów i skutecznej ich realizacji. Profesjonalizm wyczuwalny w każdej nucie, utwory skrzące się od dziwnych pomysłów i nietypowych barw, jasne jest, że ten człowiek robi to co lubi. Nie dziwi więc fakt, że trochę później doszło do spotkania i nagrań z innym poszukiwaczem nieszablonowych środków wyrazu - Artemiyem Artemievem. Wracając jednak do nagrań z Cycle of Eternty - obok muzycznych zdarzeń niespotykanych, płyta ta zawiera wiele akcentów tak lubianych przez miłośników muzyki elektronicznej: powtarzalność fraz, harmoniczne - choć krótkie uniesienia i pełną paletę syntetycznych brzmień. Polecam dla tych którzy szukają nowych muzycznych wrażeń. Wiecej o autorze i jego pasji na stronie muzyka:
http://www.peterfrohmader.de/
http://www.amazings.com/industry/nekrop.html#FROHMADER


środa, 4 kwietnia 2012

Nerious - Powiew Skrzydeł


   Tomasz Szymański jest jednym z ciekawszych polskich el-muzyków publikujących swoje utwory na Jamendo. Przybrawszy pseudonim Nerious wydał wystarczająco dużo płyt, aby można było wyrobić sobie zdanie o jego muzyce. Do ciekawszych dokonań zaliczam album pt. Powiew Skrzydeł z sugestywną okładką autorstwa Marka Kwiatkowskiego. Oczywiście, mój wybór jest jak najbardziej subiektywny. Zazwyczaj najpierw stwierdzamy że coś nam się podoba, a potem - jeśli trzeba - dochodzimy dlaczego. W przypadku Neriuosa uznałem za konieczne kilkoma zdaniami zaznaczyć jego istnienie na rodzimym rynku. Powiew Skrzydeł ujął mnie bowiem swoją delikatnością, a jednocześnie twórczą swobodą. Dużo tu brzmień klasycznych, stylizowanych na symfoniczne, orkiestrowe instrumentarium. Te wycofanie elektroniki na dalszy plan nie zaszkodziło dziełu. Przeciwnie, muzyka staje się jak gdyby uszlachetniona, wyrafinowana i ponadczasowa. Oczywiście, słychać też dużo ozdobników, efektów i sampli rodem z cyfrowej rzeczywistości. Tworzy to ładny koktajl z klasyczną fakturą. Łagodne motywy grane w barwach fortepianu czy delikatny saksofon dodają muzyce uroku. Czy to piękny odgłos gołąbka w "Pigeon Crash", czy orientalne gongi i chórki w "The Day When I Had To leave Home" - zawsze brzmi to zgrabnie i przyjemnie dla uszu. Cały projekt robi wrażenie dobrze przygotowanego, a kobiece wokalizy są wręcz kapitalnie. I nie jest tu istotne, czy deklamują uznaną poezję czy całkiem nieznaną, lub czy zaśpiewane są idealną angielszczyzną czy tylko poprawną - liczy się klimat jaki one tworzą. A ten jest jednym z najlepszych atutów wydawnictwa. Łatwo można uznać że to muzyka filmowa, tak przesycona jest tą charakterystyczną dla oprawy kinowej ilustracyjnością. Jeszcze nie raz wrócę do muzyki Neriousa, bo jest ona tego warta. Polecam!



http://www.jamendo.com/pl/album/72802


Pieter Nooten - I love music as long as its authentic


English version below

Pieter Nooten – holenderski kompozytor, wokalista i klawiszowiec, związany początkowo z grupą Clan of Xymox. Autor kliku ciekawych solowych płyt.

D.K.: Gdzie teraz mieszkasz, w Holandii czy Wielkiej Brytanii?

P.N.: Mieszkam w Amsterdamie. Urodziłem się na południu Holandii, ale przeniosłem się do stolicy gdy miałem 22 lata.

D.K.: W zespole Clan of Xymox grałeś na instrumentach klawiszowych i byłeś współtwórcą większości utworów. Do dziś ich stare nagrania są bardzo lubiane. Wtedy odpowiadała Ci rockowa ekspresja, dynamika i moc. Jednak kolejne Twoje nagrania, z Brookiem i te solowe, są coraz bardziej subtelne. Czym to tłumaczysz?

P.N.: Nigdy nie byłem tylko fanem popu. Interesowałem się też muzyką eksperymentalną w stylu Tuxedo Moon, Eyeless In Gaza, This Heat czy twórczością Davida Sylviana. Ich muzyka miała na mnie wpływ równolegle do oferty mainstreamowej. Po dwóch pierwszych albumach Clan Of Xymox, gdy pracowałem z Michaelem Brookiem przy "Sleeps With The Fishes", moja miłość do muzyki instrumentalnej, ambientu ogromnie się zwiększyła.

D.K.: Rozumiem dlaczego postanowiłeś odsunąć się od świata biznesu i wydawać płyty sporadycznie. Powiedz co jest bodźcem do tego że jednak jesteś obecny, choć rzadko ale nagrywasz i publikujesz swoją muzykę?

P.N.: Nic na to nie poradzę. Komponowanie utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach. Te ponad 10 lat kiedy nic nie napisałem, było najtrudniejszym okresem w moim życiu. Spodziewaj się więc więcej płyt w przyszłości.

D.K.: Michael Brook - czy masz nim kontakt? Jest jeszcze szansa na kolejną tak piękną płytę jak "Sleeps With The Fishes"?

P.N.: Kilka lat temu Michael skontaktował się ze mną w tej kwestii. Od tego czasu jednak sprzedaż płyt CD załamała się i z tego powodu Michael nie chce już wydawać płyt, tylko skoncentrować się nad swoją karierą kompozytora muzyki filmowej. Nigdy potem nie pojawiła się z jego strony podobna oferta.

D.K.: Chciałem Ci powiedzieć w imieniu swoim i pewnie wielu fanów, że to jest bardzo miłe że dalej można Cię słuchać. Grasz subtelną muzykę kierowaną do ludzi wrażliwych. Lubię jej słuchać na słuchawkach. Powiedz dlaczego akurat wybrałeś syntezatory do wyrażenia swojej ekspresji?

P.N.: Zawsze miałem w sobie odrobinę multiinstrumentalisty, który potrafi zagrać na czymkolwiek na podstawowym poziomie. Klawiatury i komputery pozwalają grać praktycznie na każdym instrumencie o ile jest dobrze zsamplowany! Komponowanie oparte o sample daje dostęp do ogromnego świata możliwości.

D.K.: Czytałem w jednym z wywiadów że nie ze wszystkich fragmentów płyty "Ourspace" byłeś równie zadowolony, myślę że to równy materiał pokazujący próbkę Twoich możliwości. No i ten Twój charakterystyczny głos. Pasuje do muzyki. 

P.N.: Niezbyt lubię "Ourspace" dlatego, że nie miałem odpowiednio dużo czasu i sprzętu, aby płyta zabrzmiała tak, jak bym sobie tego życzył. Z kilku utworów jednak wciąż jestem zadowolony.

D.K.: Do nagrania ostatniej, doskonałej płyty "Here Is Why" zaprosiłeś: Yvette Winkler, Kristin Oppenheim, Susan Bauszat. Trzy wokalistki niczym trzy wisienki w torcie. Utwory z udziałem wokalu uważam za wyróżniające się na tej płycie. Np. "Darkened Haven" Amazing! Możesz przybliżyć kulisty współpracy z tymi Paniami?

P.N.: Znalazłem je wszystkie na MySpace! Skontaktowałem się z nimi, ponieważ byłem pod wielkim wrażeniem ich wokalnego brzmienia.

D.K.: Okładkę do "Here.." stworzył polski grafik Jacek Czerniak.  Masz jeszcze jakieś inne polskie doświadczenia?

P.N.: Clan Of Xymox grał koncert w Warszawie w 1985 roku. Cieszyłem się bardzo z pobytu tam i poznanych ludzi!

D.K.: Występujesz czasami na żywo, czy wystarczy Ci docierać do ludzi na płytach?

P.N.:Tak, gram na żywo. Na Facebooku znajdziesz zdjęcia i zapisy video z tych wydarzeń.

D.K.: Czego słuchasz w domu prócz Bacha?

P.N.: Ha ha! Dobre pytanie! Musze powiedzieć, że kiedy zobaczyłem koncert islandczyków z Sigur Ross byłem pod wielkim wrażeniem. Kocham muzykę tak długo, dopóki jest autentyczna. Nie znoszę zespołów, które kopiują muzykę z przeszłości albo bazują na stereotypach. Sztuka i muzyka popularna potrzebują rozwoju. Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy uważają się za postępowych promują muzykę, która jest bardzo konserwatywna, jak tych wszystkich gitarowych kapel, które w swojej twórczości kopiują kolekcję płytową tatusiów.

D.K.: "Here Is Why" jest do pory chyba twoim najlepszym dziełem.. Delikatna niczym podgardle jakie zwierzę wystawia silniejszemu przeciwnikowi aby pozbawić go chęci walki. Czy masz jakieś muzyczne plany na najbliższe miesiące?

P.N.: W maju tego roku pojawi się nowa płyta. Wydana znowu w labelu Rocket Girl.

Dziękuję za wywiad i czekam na Twoją nową muzykę!

P.N.: Dziękuję! Pozdrowienia z Amsterdamu i powodzenia w prowadzeniu Twojego bloga i strony internetowej!



----
English version:

1. Where do you live now - Netherland or Britain?

P.N.: I live in Amsterdam. I was born in the south of Holland but moved to Amsterdam when i was about 22.

2. You was Clan Of Xymon keyboardist and composer the majority of its
tracks. They are still loved today. In those time you preferred a rock
expression, dynamic and the power. You current works, solo and with Mr
Brook, are more gentle and subtle. How can you explain that?

P.N.: I was never much of a pop music fan. I did enjoy the more experimental acts like Tuxedo Moon, Eyeless In Gaza, This Heat and David Sylvian. I guess I was influenced by their music AND mainstream pop music at the same time. But after the first two albums for Xymox, when I worked with Michael Brook on "Sleeps with the fishes' my love for instrumental, ambient music got an enormous boost.

3. I understant that you stand back of the world of bussiness and decided to release your albums occasionally. What is a stimulus to the fact that you are still active, though rarely, but you record and publish your music?

P.N.: I can't help it! Composing keeps me sane. For more then ten years i did not write a note of music and those were the most difficult years of my life! Expect more albums in the future.

4. Do you still in contact with Michael Brook? Is there a chance for another beautifull album like "Sleeps With The Fishes"?

P.N.: Actually a few years ago Michael contacted me suggesting to produce a follow up. But right at that period cd sales totally collapsed. Also and because of that Michael suddenly did not feel like releasing albums anymore and concentrated fully on his career as film composer. He never got back to that offer again.


5. Me and lots of fans would like to tell you that it is a great thing that you are still active and we all can listen to your music. It is very subtle and directed to sensitive people. I like to listen to it using my headphones. Please tell me, why did you choose keyboards to express your fellings?

P.N.: I have always been a bit of a multi instrumentalist, being able to play any instrument to a very basic level. Keyboards and computers allow you to control just about any instrument available, as long as it's well sampled! Sample based composing offers a very, very rich world of possibilities.

6. I have read in some of interview that not all the fragments of "Ourspace" album you like the same. I think that it is a good portrait of your musical abbilities. Your characteristic voice fits the music perfectly. 

P.N.: I am not that happy with Ourspace because i did not have time or equipment available to make it sound the way i wanted it to sound. But i am pleased with some of the tracks.

7. You invited Yvette Winkler, Kristin Oppenheim and Susan Bauszat to help you with recording your perfect "Here Is Why" album. Three women singers are like three cherrys on the cake. The tracks with their singing differ from another on this album (eg. amazing "Darkened Heaven"). Can you explain a bit how it came to work with these ladies?

P.N.: I found them on myspace! I picked them because i was very impressed by their vocal sound.

8. The cover for "Here..." was created by Polish artist Jacek Czerniak.  Have you got some other Polish experiences?

P.N.: Xymox played warsaw way back in 85 or something. I enjoyed the place and the people a lot!

9. Do you play live sometime or you preffer to get to the people releasing only CDs?

P.N.: I do play live. There are some pictures and videos on Facebook.

10. What do you listen to in your home except J.S. Bach?

P.N.: Haha. Good question. I must say i once watched a live show of the islandic band Sigur Ross and was very impressed!  I just cannot stand bands that copy music from the past or deliver nothing but old clichés. Art and pop music especially need to develop. I do not understand why people who consider themselves progressive and hip, promote music that is reactionary and conservative, like all those guitar bands that copy their daddy's record collection.

11. "Here Is Why" is probably the best of your albums so far. It is delicate like an animal jowl exhibited to a stronger opponent in order to deprive him of his desire to fight. Do you have any musical plans for the coming months?

P.N.: In may there is a new album out! Again on the rocketgirl label.

I wish you good luck and thanks for the interview.

P.N.: Thanks, greets from Amsterdam and good luck with your blog/website!



wtorek, 3 kwietnia 2012

Richard Pinhas – Iceland



  Richard Pinhas to postać fascynująca. Z wykształcenia profesor, z pasji - akustyczny eksperymentator. Miłośnik literatury SF, sam też tworzy swoje fantastyczne, muzyczne światy. Omawiana poniżej jego płyta Iceland, to udana próba stworzenia ambientowych tekstur i mroźnych pasaży, manifestów elektrycznej gitary trochę w stylu Roberta Frippa, oraz paru dynamicznych, elektronicznych przerywników. Takim doborem składników trafia do kilku grup muzycznych entuzjastów. Iceland nagrał Pinhas pierwotnie w 1979 roku jako swój trzeci solowy album. Jest to inna muzyka niż rejestracje zespołu Heldon, zresztą prawie każde kolejne nagranie Pinhasa zaskakuje swoim nowatorstwem i odmiennością od wcześniejszych projektów. Zastanawiałem się, jak mu się to udaje i doszedłem do wniosku że odpowiedź na to pytanie nie jest trudna: to po prostu niesamowicie zdolny człowiek. Ma w sobie wystarczająco dużo energii, aby co jakiś czas wykrzesać nowy, porywający album. Na Iceland, zgodnie z wiele sugerującym tytułem i okładką, mamy do czynienia z dużą ilością muzyki zimnej, ale nie odpychającej. Richard ją umiejętnie doprawia szeptami, sapaniami (Iceland part 2 i 3), lub oddziela od siebie krótkimi, rewelacyjnymi wstawkami (Indicatif Radio, Short Transition). Kreuje rzeczywistości nieco apokaliptyczne i mroczne, ale pociągające ku sobie w przemożny sposób. Jest to trochę podobne w klimacie do "Eskimo" The Residents, a i miłośnicy gitarowych popisów znajdą coś dla siebie  (The Last Kings of Thule). Jako bonus tematyczny dołożona została do płyty koncertowa, długa suita "Winter music" - jednostajna, minimalistyczna wizja  lodowych krajobrazów zagrana na Polymoogu. Ale i ten landscape Pinhas ubarwia na swój sposób. Długo brzmiące frazy, niczym wolno poruszające się gęste chmury, otulają szczelnie słuchacza. Zabierają go daleko od  jego przyziemnej rzeczywistości, w krainę refleksji i zadumania.