niedziela, 22 stycznia 2012

Tangerine Dream w Polsce 1983, 1997


   Edgar Froese przez wiele lat otrzymywał dużo życzliwych listów od polskich fanów. Zespół Tangerine Dream zdawał sobie sprawę że w Polsce, kraju leżącym na wschód od granicy DDR, jest bardzo lubiany i popularny. 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w tym trochę egzotycznym dla zachodnich Niemiec państwie stan wojenny. Jednak latem 1983 roku przyszła odwilż i zniesiono go całkowicie. Żelazna kurtyna komunizmu osłabła na tyle, że można było przyjechać tam na koncert. Tym bardziej, że właśnie sam Klaus Schulze zakończył w te lato swą trasę koncertową po Polsce i... wrócił bezpiecznie do Berlina (smile). Tak, tysiące melomanów oczekiwało tej chwili, gdy spełnią się ich marzenia. Momentu, gdy ujrzą ukochany zespół grający na scenie w otoczeniu niesamowitych urządzeń zwanych potocznie syntezatorami.



Damian Koczkodon:

    Miałem wtedy 19 lat i z prawdziwą przyjemnością skorzystałem z widowiska jakie przygotowała ta legendarna grupa. Pamiętam siarczyste mrozy jakie panowały wtedy w stolicy i długie kolejki po bilety. Zimowe spotkanie 10 grudnia 1983 roku na hali warszawskiego Torwaru z zespołem warte było jednak zniesienia wszelakich niedogodności. Po porannym zwiedzaniu miasta, zakupie kasetowego decka który potem targałem ze sobą po hali, udało mi się kupić bilet na pierwszy koncert zespołu który miał odbyć się o 18.00. Nie pamiętam już czy zaczął się on punktualnie. Z głośników popłynęła dość długa, nagrana na taśmę zapowiedź Jerzego Kordowicza który w tym czasie przebywał w Skandynawii. Po jej zakończeniu powietrze poddało się potężnej dawce dźwięków wygenerowanej przez sprzęt tria. Kiedy po latach obejrzałem specyfikację instrumentarium jakim dysponował wtedy zespół przestałem się temu dziwić. Ponad 30 urządzeń prawie wszystkich uznanych w branży marek!  Equipment. To musiało zrobić wrażenie! Agresywne akordy pierwszej kompozycji znanej potem jako "Poland" zabrzmiały niczym przemarsz zwycięskich wojsk. Od pierwszej sekundy było wiadomo że to historyczne dla  publiczności jak i samego zespołu chwile. Dynamiczna muzyka bez pardonu zaczęła rządzić w przestrzeni, wypełniając również wnętrza zafascynowanych słuchaczy. Ze specjalistycznych urządzeń wydobywały się dymy, nadając występom szczególnego charakteru. Po niespełna 12 minutach awaria prądu trochę zburzyła tę prawie niebiańską atmosferę. Konsternacja była widoczna na wszystkich twarzach. Zespół nie poddał się jednak i wznowił spektakl. Przedstawił wielobarwną muzykę, pełną kontrastów, ale i ciepła jakie grupa umiała wydobyć ze swoich instrumentów. Grano fragmenty przebojowe jak i mocno kontemplacyjne. Nowe, jak na tamte czasy, modele cyfrowych syntezatorów zachwycały swoją barwą. Grupa potrafiła zagrać z pazurem, ostro, rockowo, co być może było zasługą najmłodszego Johannesa.
  Mimo iż muzyków oddzielały od słuchaczy metalowe bariery, przez blisko dwie godziny Froese, Franke i Schmoelling utrzymywali w pozytywnym oszołomieniu, wręcz błogostanie, kilka tysięcy ludzi. Muzyce towarzyszył pokaz slajdów rzucany na złożony z dwóch części trójkątny ekran. Często widać było na nim białego ptaka w locie. Kształtem przypominał jako żywo gołębia, ale te animowane ruchy skrzydeł zdecydowanie przypominały orła; co być może było gestem zespołu w stronę polskiego godła - również okładki niedawno wydanej płyty pod tym tytułem. Jej fragment był zresztą grany na tym koncercie. Podobnie jak "Exit" czy "Hyperboera". Dużą cześć przedstawianych obrazów stanowiły zabytki architektury i piękne miejsca na naszej planecie. W pewnym momencie technicy wypuścili w górę partię balonów, które zostały rozszarpane przez słuchaczy pragnących mieć swoistą pamiątkę. Sam miałem taki przez kilka lat.. no ale to tylko kawałek gumy;). Oczywiście uczciwość nakazuje mi zanotować również,  że na Torwar niektórzy fani przyszli głównie  w celach towarzyskich i nawet w najciekawszych muzycznych momentach ciągle ktoś chodził pod sceną. Nie tak było pół roku wcześniej podczas koncertów Klausa i Rainera. Schulze i Bloss potrafili skutecznie i dosłownie posadzić publiczność na deskach i całkowicie skupić ich uwagę na sobie.  Nie wszystkie zagrane utwory były równie udane. Pamiętam występ polskiej aktorki recytującej "Kiev Mission". Niestety, to była totalna porażka. Kobieta zbyt mocno akcentowała zdania przerysowując je w sposób wręcz karykaturalny. Nie jest to wina zespołu, Edgar miał dobry pomysł, skąd jednak mógł wiedzieć że kobieta ataksją języka do muzyki "położy" ten fragment? To, co mile się słuchało w języku rosyjskim na płycie "Exit", niekoniecznie musiało być dobrze wykonane w polskim. Nie potrafię też potwierdzić legendy, czy muzycy grali w cienkich rękawiczkach, muzyka zbyt fascynowała oczy i uszy, aby zwracać uwagę na takie szczegóły. No i nie widać było tego na filmie Pawła Karpińskiego. Nie czułem też gazów łzawiących, ani nie zarejestrowałem wzrokiem brutalnych ochroniarzy, o których aktach przemocy krążą legendy... Niezależnie od drobnych potknięć, występy należy uznać za bardzo udane. Wracałem więc pełen radości piechotą na Dworzec Centralny,  mając za drogowskaz widoczny z daleka Pałac Kultury. To były czasy gdy PKP miało przepełnione wagony, a zagraniczne samochody na ulicach były rzadkością. W uszach grała mi jeszcze muzyka,  a w sercu przekonanie o dobrze spędzonym, pełnym niezwykłych wrażeń dniu.
   Zespół po powrocie do domu postanowił wydać płytę z zapisem tych koncertów. Ukazał się dwupłytowy album "Poland – The Warsaw Concert". Doskonałe brzmienie będące zasługą studyjnej, mozolnej obróbki materiału dokonanej przez Chrisa Franke i Johannesa Schmoellinga jest jednym z powodów niesamowitej popularności tej płyty. Choć nie jedynym. Odświętna atmosfera happeningu i prawdziwa radość fanów jaka płynęła z  widowni w stronę estrady miały również swój wpływ na muzyków. A zespół był w doskonałej, szczytowej formie, na jaką nie wzniósł się chyba już nigdy więcej. Ale to co słychać na płycie „Poland”, nie do końca pokrywa się z prawdziwą  muzyczną treścią wypełniającą w 1983 halę Torwaru. Ingerencja Chrisa Franke w oryginalny zapis daleko przekroczyła granice lekkich modyfikacji. Nie zdziwiłbym się gdyby prawdą okazało się przypuszczenie, że niektóre fragmenty nagrano ponownie i podłączono do reszty. Wspominam o tym, ponieważ w 2000 roku powstał projekt rekonstrukcji taśm rejestrujących muzykę z audytorium. Pewien bardzo zdolny dźwiękowiec, człowiek kryjący się pod pseudonimem 3N (pozdrawiam!), postanowił wskrzesić i uszlachetnić zawartość swoich starych kaset magnetofonowych. Z  nich to właśnie i dostarczonych dodatkowych materiałów  zrekonstruował co się dało z posiadanych zasobów. Powstał  tak zwany ‘fan-release”, dwupłytowy dokument pozwalający zapoznać się z prawdziwym brzmieniem i treścią obu warszawskich koncertów z tego grudniowego wieczoru. Oprócz nagrań znanych z oficjalnego wydawnictwa zawiera on kilka unikalnych utworów z których zrezygnowano w legalnej wersji.  Choćby z tego powodu prawdziwy fan powinien go poszukać. I na tym albumie wydanym pod tytułem: "Dreaming on Ice Stadium Evening" można wyraźnie usłyszeć że np. początkowy "Poland" był jednak  trochę inaczej grany na obu koncertach. Ostre frazy zostały w studio złagodzone. Ten rarytas jest obecnie nieosiągalny w swojej pierwotnej formie. Dlatego też cieszę się że mój egzemplarz nr 3 jest jeszcze „na chodzie”. Pięknie jest cofnąć się w czasie o prawie 30 lat i posłuchać zespołu który był kiedyś wyznacznikiem dobrej odkrywczej muzyki, tego co najlepsze w gatunku zwanym czasami rockiem elektronicznym.




Mariusz Wójcik:

    Mój mandarynkowy sen, miał się spełnić 23 kwietnia 1997 roku w dalekim od mojego miejsca zamieszkania  Zabrzu. Mój kolega podał mi numer telefonu, gdzie można było zamówić bilet na koncert  Tangerine Dream. Bardzo sceptycznie podszedłem do realizacji spełnienia mojego marzenia, bo życie czasami  weryfikuje takie plany. Ja od zawsze jestem uparty, jeśli widzę choćby iskierkę nadziei, a takową widziałem w tamtym czasie - choć z perspektywy czasu ten wyjazd był dość problemowym planem, bo przecież ja pracowałem w trybie trzyzmianowym i do tego cały czas  w rozjazdach. Kiedy dostałem potwierdzenie  od kolegi Aleksandra Zaranka,  który był wielkim fanem TD (on  również opisał swoją relacje z tego koncertu w Generator News 1997 rok - fanzin muzyki elektronicznej wydawany przez Ziemowita Poniatowskiego, obecnie Generator.pl), wówczas już na poważnie wyobrażałem sobie mój koncert marzeń. Do dalekiej Ustki służbowo wyjechałem z myślą, że jednak po przyjeździe do domu dosłownie wskoczę do samochodu mojego kolegi Aleksandra i jego żony, by spod Piły wyruszyć na mój koncert marzeń. Tak się też stało - po nieprzespanej nocy wróciłem do domu i w trybie natychmiastowym pożegnałem się z żoną i półtoraroczną wtedy  córką. Przyznam się, że po ciężkiej  nocy jazda autem do Zabrza była  dość uciążliwa ale odsłuchiwanie w aucie kaset  z muzyką Tangerine Dream  ładowało mi akumulator. Kiedy dojechaliśmy pod Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu, w ekspresowym tempie odebraliśmy z kasy zamówione bilety, tak naprawdę to wtedy byłem rzeczywiście  w 100 % pewien, że  będę na  wymarzonym koncercie. 
   Tłum fanów gromadzący się pod Domem Muzyki i Tańca imponował mi, bo nie sądziłem że tylu fanów z naszego kraju oraz z zagranicy będzie uczestniczyło w tym  mandarynkowym święcie. Jak wiadomo, mieliśmy powody do świętowania, bo ostatnia trasa  TD w Polsce to zupełnie odlegle czasy  -  grudzień 1983 rok :).
     Napięcie oczekiwania rosło z minuty na minutę, czułem w sobie narastające podniecenie, które potęgowało rozmowami z El fanami. Przed wejściem do Domu Muzyki i Tańca spotkaliśmy Ziemowita Poniatowskiego  (Generator.pl), który  prosił nas  by jego sprzęt fotograficzny na czas koncertu przechować w naszym aucie. Niestety, nie dostał pozwolenia na wykonywanie  zdjęć, trzeba było posiadać specjalną  akredytacje. Przed samym wejściem  miałem okazje przywitać się z animatorem muzyki elektronicznej w Polsce Arturem Lasoniem, z którym na przerwie koncertu zażarcie dyskutowaliśmy  :) (ale o tym później). Po wejściu na sale DMiT do dziś pamiętam dziwne uczucie narastającego napięcia, migające lampki klawiatur Edgara Froese i kolegów oraz krzątającej się ekipy technicznej TD. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie frekwencja fanów, jak się później dowiedziałem, zdecydowanie więcej fanów pojawiło się na tym Zabrzańskim koncercie, niż  dwa miesiące później w Sali Kongresowej,  na który niestety nie udało mi  się dotrzeć. Pamiętam jak z kolegą i jego żoną siedzieliśmy blisko sceny  a wokół nas pojawiła się grupa inwalidów na wózkach, naprawdę robiło się tłoczno - ale to dobrze, podskórnie wyczuwałem, że będę świadkiem historycznego koncertu TD.
        Kiedy światła wygasały nastąpiła dziwna cisza, zauważyłem muzyków, którzy już byli gotowi do odegrania swojego El muzycznego spektaklu. Edgar po lewej stronie ze swoim  zestawem syntezatorów. Jerome po środku i po prawej  Zlatco Perica, którego energia rozsadzała wręcz, oczywiście to nie cały skład TD.
    Przyznam, że dość sceptycznie podchodziłem do set listy gdyż promowany album "Goblin club"   nie przekonywał mnie i liczyłem na zdecydowanie starsze kompozycje TD i... absolutnie dostałem olśnienia kiedy to o czym skrycie marzyłem, stało się faktem już w po pierwszym zresztą znakomitym utworze  "Waterborn"  z albumu "Oasis", który  przepięknie wybrzmiał wtedy w Zabrzu! Cudowna sekwencja  okraszona spontaniczną partia gitary Zlatco Pericy. Później było  jeszcze ciekawiej, bo  fragment utworu "Poland"  oraz "Siliver scale" , "Exit",  "Stratosfear"  czy też  fantastyczny   fragment  z albumu "Underwater sunlight"  -   wywołały u mnie dreszcze podniecenia  a przy ”Silver scale"  pamiętam, wstałem z łzami w oczach i biłem  gromkie oklaski! Zresztą ta pierwsza cześć koncertu to  była swoista set lista  moich marzeń, aczkolwiek zabrakło wielu pięknych tematów z dekady lat 70. czy 80.,  to i tak byłem usatysfakcjonowany tą mandarynkową muzyką. Koniec części pierwszej dobiega  końca i chwila na ostudzenie  emocji, już po kilku minutach spotykają się fani TD by relacjonować na gorąco ta pierwszą część. Mile wspominam tą piękną, przyjacielską atmosferę entuzjastycznych dyskusji. Jak pamiętam, udało mi się zdobyć piękny plakat promujący tournée TD  "Goblins Club", przyznam zakup był  perfidnie przemyślany, bowiem sądziłem, że uda mi się zdobyć autograf Edgara Froese - tak jednak się nie stało.
       Muszę dodać, że w gronie dyskutantów obok wspomnianego Artura Lasonia (szefa klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej  - współpracownika  Polskie Radio PR II oraz Polskie Radio PR III (biografie Tangerine Dream i Klausa Schulze końcówka lat 80) oraz jednego z największych animatorów wówczas El muzyki w Polsce. Był również Ziemowit Poniatowski   wówczas fanzin Generator news oraz szef Fanklubu  Tangerine Dream  Tangram  - Sławomir Więckowski itd., itd. Tak więc pamiętam, to było swoiste spotkanie na szczycie kochających nie tylko TD ale w ogóle muzykę elektroniczną. Moja  dyskusja z Arturem Lasoniem była na tyle intensywna, iż spóźniliśmy się kilka minut na drugą część, a konkretnie na tą perkusyjną cześć,   cała druga część w większości składała się z wydanego w tym czasie albumu „Goblin Clubs".  Zresztą   o dziwo, znakomicie wypadły wersje  ze studyjnego albumu  "Rockoon",  gdzie  Zlatco Perica popisywał się żarliwymi solówkami gitarowymi, wręcz eksplodował  metalową furią za co otrzymał gromkie brawa. Bardzo ciekawie w drugiej części koncertu wypadły projekcje wideo, w tle można było obejrzeć  fragment filmu "Canyon Dreams"  -  naprawdę zrobiło się bardzo refleksyjnie, muzyka niezwykle działała na wyobraźnie  fanów, zrobiło się nostalgicznie i jakaś nieodgadniona fala utraty każdej upływającej minuty z legendą El muzyki kazała nam absorbować wszystkie zmysły  aby zostało to na długie lata. Kiedy się zaczynały bisy a w Zabrzu  a były trzy, wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami  wyjątkowego spektaklu, który został powtórzony  dwa miesiące później tj, 13 czerwca 1997 roku w Warszawskiej Sali Kongresowej  i jak doniósł mi kolega później -  to ten z  którym wybrałem się do Zabrza a który przybył na drugi koncert TD w Warszawie  –  atmosfera  i  frekwencja zdecydowanie  różniła się od tej z Zabrza, a mimo to bardzo żałowałem gdyż wtedy Edgar Froese spotkał się z fanami i był zdecydowanie bardziej rozmowny niż w Zabrzu. Kiedy po dwóch bisach zbliżaliśmy się do definitywnego końca tego mandarynkowego show, wielkie brawa i w ogóle bardzo entuzjastyczne przyjęcie fanów spowodowały kolejny bis chociaż myślę, że Edgar Froese z góry set listę miał przygotowaną, ale to szczegół bo na sam koniec przyznam zostałem mile zaskoczony fantastyczną wersją geniusza gitary Jimiego Hendrixa! Utwór „Purple Haze" wręcz  eksplodował feerią intensywnych świateł oraz fenomenalną partią Zlatco Pericy  -  przez chwile miałem wrażenie uczestnictwa bardziej w koncercie...  Deep Purple  ;), niż legendy muzyki elektronicznej ;). Na sam koniec Edgar podziękował polskiej publiczności za ciepłe przyjęcie  ale troszkę był zły na nie ogrzewaną sale DMi T  jakby ze złości wymachiwał ręką, zresztą dość sarkastycznie to ujął … przybywam do WAS ... i znowu zimno ;). Tak, Edgar miał rację, bo 23 kwietnia sala Domu Muzyki i Tańca rzeczywiście nie była ogrzewana, choć przyznam szczerze, że od niesamowitych emocji było przynajmniej w moim przypadku bardzo gorąco ;).
   Czekaliśmy uparcie dalej na Edgara, niestety menadżer TD wyszedł i oznajmia nam, że maestro Froese przeprasza nas ale nie może wyjść, no cóż pamiętam moją reakcję – bierzcie ze sobą plakaty i biegiem pod busa, gdzie muzycy TD odpoczywali po koncercie. Podbiegliśmy, ale  okazało się iż Edgar, wyszedł do nas  dosłownie na chwile, zresztą faktycznie zmęczony i przeprosił ale nie będzie rozmawiał,  dopiero po kilku minutach wyszedł z busa Jerome Froese i chętnie z nami porozmawiał itd. Wtedy też stojąc przy drzwiach autokaru pierwszy i ostatni raz miałem okazje zobaczyć Monikę Froese. Drzwi się zamykają, ciepłe i serdeczne pożegnanie i… kończy się moja przygoda  z mandarynkową legendą.
 Kiedy pakowaliśmy się do auta, było już naprawdę zimno, księżyc w pełni… i naszły mnie dziwne myśli… to już naprawdę koniec??... Smutek spełnionego marzenia. Po nieprzespanej nocy, oraz po trudach jazdy do Zabrza, oraz po koncercie TD o dziwo… Nie mogłem zasnąć w aucie. To były tak wielkie emocje, że nie pozwoliły mi na spokojny sen, do dziś kiedy słucham "Tournado" czyli album TD z rejestracją tego Zabrzańskiego koncertu - zawsze wracają wspomnienia z... mandarynkowego snu AD 1997.



      Zespół Edgara Froese nagrywa i koncertuje do dziś, z jakim skutkiem - oceńcie sami, ale nam te stare widowiska zapadły głęboko do serca.