piątek, 27 stycznia 2012

Tangerine Dream - Encore (Live)


    Koncerty zespołu Tangerine Dream od lat wzbudzają niemałe emocje. Szczególnie te starsze, gdy trio poszukiwało nowych form artystycznego wyrazu i każda kolejna płyta była krokiem naprzód w historii muzyki elektronicznej. Utwory jakie znalazły się na płycie Encore to w założeniu fragmenty trasy koncertowej grupy po USA z 1977r. Teoretycznie, bo zamiłowanie do poprawiania rzeczywistości jakie przejawia Edgar Froese i na tym albumie znalazło swój wyraz. Za prawdziwy występ "na żywo", od początku do końca, uważana jest jedynie suita "Monolight", radiowa transmisja z Waszyngtonu. Z dużym poziomem szumów, monofoniczna, a jednak okazuje się być  zróżnicowana i atrakcyjna.  Stereofoniczne można uznać na niej dosłownie dwie chwile, 2-3 efekty przesunięcia się po głowicy taśmy matki, oraz falujące pod koniec odgłosy publiczności. Reszta kompozycji wydanych na płycie, w mniejszym lub większym stopniu została jeśli nie została nagrana ponownie w studio, to na pewno dość mocno w nim "poprawiona". Dlatego, gdy słychać oklaski czy jęki euforii dobiegające z audytorium, można się się zastanowić czy faktycznie tak wtedy reagowano. Przeważająca większość materiału z "Encore" jest mroczna. Taka jest "Cherokee Lane" zaczynająca się z długimi fragmentami stojących brzmień i mellotronowymi zawodzeniami. Na tym tle słychać sekwencję wijącą się niczym wąż, lekko zanikającą, to znów wybijającą na pierwszy plan. Gdy wreszcie w pierwszym poważniejszym przesileniu kształtuje się coś na kształt melodii, dochodzi do tego cudownego mieszania ze sobą solówek i basowych sekwencyjnych podkładów Chrisa Franke. Zwielokrotnił je przez opóźniające linie, możliwe więc że publiczność słuchając tego naprawdę wyła z zachwytu. W  każdym bądź razie, w tym cudownym, pełnym grozy zamieszaniu, wprawne ucho usłyszy we fragmentach motywy z płyty "Sorcerer" a orgia analogowych barw wypełni resztę minut utworu i pozwoli zapomnieć o porównywaniu do siebie różnych płyt (smile). Niesamowite! I ta końcówka tak zagrana, jakby sprzęt się zaciął i muzycy próbowali go doprowadzić do porządku. Później, wspomniany wcześniej "Monolight", który sprawia wrażenie utrwalonego na nagranej taśmie z innym, nie usuniętym wcześniej zapisem. A może tak słychać efekty radiowe?  Grupa po serii dziwnych dźwięków (te akustyczne zawołania usłyszeć można wiele lat później na solowych płytach Chrisa i Petera), wprowadza co najmniej dwie dość komercyjne melodie. Pierwszą na tle prostego rytmu, a drugą wyłaniającą się z pozornego chaosu i powtarzaną niczym refren. Obie przedzielone dynamicznym ostinato rodem z prawie równolegle nagrywanej, wcześniej wspomnianej muzyki filmowej. I ta suita kończy się dość dramatycznie, poszczególne syntezatory wygasają w szumach. Najdłużej słychać frazę perkusyjną a jako podsumowanie mamy dość sentymentalną muzykę na fortepianie.
   "Coldwater Canyon" - trochę byłem zdziwiony tą energią jaka rozpierała muzyków, gdzie  Edgar Froese zawzięcie "pastwi się" nad gitarą, wyciskając z niej nietypowe dźwięki. Wszystko jest tu dynamiczne, a podkłady rytmiczne i solówki rządzą. Ale nie nachalnie, bo wyraźnie słuchać  przygotowane wcześniej, lekko schizofreniczne efekty.  W końcu ten pociąg (tak może się kojarzyć rytm pod koniec utworu), osiąga swoją  docelową stację, a gitarowe przemyślenia znajdują swoje spełnienie.  Zwraca uwagę doskonałe nadążanie pozostałych instrumentów za rockowo grającym liderem. Cały album kończy niesamowity "Desert Dream" przypisywany często Baumannowi. Zachwycają hojnie użyte barwy mellotronów, którymi dysponowali wszyscy muzycy.  Ten refleksyjny fragment jest dobrym odpoczynkiem po ekstrawaganckich popisach z poprzedniej ścieżki. Minimalizm i oszczędność środków wyrazu podbija znaczenie każdej nutki. Po wstępie, basowa sekwencja podkreśla ponury klimat utworu, nasączając go odpowiednią dawką tajemnicy, a smutna melodia podtrzymuje niejasne przesłanie. Przypomina to nocną podróż po ciemnym lesie, lub niepewne błąkanie na powierzchni obcej planety. Bez rytmu, dużo dodatkowych efektów, aż wreszcie wyłania się motyw niczym z żołnierskiej elegii. Jest to bardzo smutne - a jednocześnie piękne. Ale i ta harmonia zostaje przerwana kolejną warstwą umiejętnie budowanej grozy,  z której wybija się ostatnia,  ostra pętla. Niczym potwór z głębin który ukazuje się na chwilę i znika. Niewiarygodne, jak w niespełna minucie można zawładnąć wyobraźnią słuchającego. Czy to się musi tak szybko kończyć? Myślę że te uczucie niedosytu i niedopowiedzenia pozostawiono melomanom celowo. Po wysłuchaniu całości widać jak przemyślnie ułożono całą zawartość "Encore". Ta muzyka jest świadectwem dużej inwencji supergrupy, czasów gdy spektakle  muzyczne połączone z pokazami laserów byłby czymś nowym, świeżym, a trzech przyjaciół żegnało się ze sobą w najlepszej formie - tworząc niepospolite, do dziś atrakcyjne dźwięki.