poniedziałek, 12 grudnia 2011

Robert Schröder - Harmonic Ascendant

   "Jeżeli gdziekolwiek na świecie ktoś tworzy nowożytną muzykę elektroniczną, to jest to Robert Schroeder". Tak przy okazji wydania tej płyty wyraził się Klaus Schulze. I wiedział co mówi, jako współproducent i mikser debiutanckiego longplaya Roberta Schroedera (czasami pisanego jako Schröder). Kiedy słucham tej muzyki, to myślę że romantyzm zawsze jest w cenie. Zawartość albumu "Harmonic Ascendant" z1979r. jest ułożona i podana tak subtelnie, z tak dużą dozą delikatności, że właściwie mogłaby być nagrana przez kobietę. Ale trzech mężczyzn tu grających bynajmniej nie uważam za zniewieściałych, a wrażliwość nie jest domeną wyłącznie płci pięknej. Tytułowa suita "Harmonic Ascendant" zaczyna się zdecydowanym uderzeniem w fortepian, jednak całe 22 minuty są bardzo spokojnie rozgrywaną suitą w której zachwyca powyżej wspomniana delikatność. Treść utworu nie jest nowa w pomyśle, ale w doborze i pracy instrumentów. Gitara na której przebiera palcami Udo Mattusch i fortepianowy akompaniament świetnie ze sobą współgrają. Towarzyszy im ledwo słyszalna fraza syntezatora. Potem barwy fortepianu ustępują wiolonczeli Wolfganga Tiepolda i jest to również doskonale brzmiący tandem. Po kilkunastu minutach takich zmagań, zmian nasilenia gry poszczególnych instrumentów, ostatnie osiem minut suity wykonane jest bardziej dynamicznie. Ciepła sekwencja w dolnych, basowych rejestrach jakby wybudza ze snu. Improwizacje wiolonczeli są pełne inwencji i zapału. Robert stopniowo dodaje elektronicznych ozdobników, muzyka przechodzi metamorfozy i unosi się na coraz to wyższy poziom ekspresji. Wyzwala się z ograniczeń formuły i pływa, pływa ... schodząc równie subtelnie do momentu swojego końca. Po tej znamiennej podróży było do przewidzenia że pozostałe dwa utwory będą lekko stonowane (przynajmniej w pierwszych minutach). I tak się dzieje, emocje są odrobinę mniejsze, ale muzyka równie interesująca. W obu kompozycjach słychać głos przetworzony przez vocoder. "Future Passing By" na początku jest wyciszona, bez spektakularnych harmonicznych uniesień pod same szczyty wyobraźni. Oczywiście i tu melodia kołysze się rozkosznie a stopniowo dochodzą nowe elementy układanki. "The Day After X" to muzyka jaka później zostanie doprowadzone przez Schroedera do perfekcji: soczyste sekwencje, wyraziste solówki, mocne i zdecydowane. Dobra elektronika. Na swojej pierwszej płycie Robert Schroeder utrwalił wiele pięknych momentów które są ciepło wspominane przez fanów. Podczas jej przeżywania olśniła mnie pewna myśl  a'la Freud. W elektronicznych suitach typu Harmonic Ascendant, mających swój początek, rozwinięcie i kulminację we wzniosłym finale, muzycy często nieświadomie naśladują przebieg akta miłosnego, jednego z najpiękniejszych darów Bożych. Mimowolnie starają się go odtworzyć i powtórzyć w innej, muzycznej formie. 
   Ale to oczywiście tylko teoria.



niedziela, 11 grudnia 2011

Rolf Trostel – Narrow Gate To Life


    Student teologii marzący o byciu pastorem, pod wpływem lektury Biblii tworzy wspaniałą muzykę. Jesienią 1983r Rolf Trostel zagrał znaczący koncert w hiszpańskiej katedrze St. Pere de Galligants, w Geronie. Fragment końcowy tej 45. minutowej sesji obejrzeć można instalując umieszczony na płycie plik multimedialny oznaczony jako track 1. "Narrow Gate To Life" wydany na kompaktowym krążku w 1995r. do dziś nic nie traci ze swojego uroku. Pięcioczęściowa suita inspirowana biblijną księgą Hioba, jest czymś więcej niż zapisem muzycznych emocji. To swoiste studium nad sensem ludzkiego życia, przeżywanego realnego cierpienia, wyrażone przy pomocy sztucznie generowanych, syntetycznych dźwięków. Tematyka bliska każdemu człowiekowi, bo któż obecnie jest wolny od bólu i egzystencjalnych rozterek? Rolf Trostel swoje teologiczno-muzyczne rozważania realizuje bardzo subtelnie. Blisko trzynastu minutowe intro jest niczym powolne zanurzanie w otchłani samotności. Muzyka oparta na wielokrotnie powtarzanych brzmieniach, krąży w mnogich odbiciach. Czasami nie wiadomo, czy to jest skutkiem doskonałej akustyki katedry, czy też efektów płynących z syntezatora. Niesamowite są te dźwięki, będące efektem głębokich refleksji Rolfa. "Part 2 Hiobs Leiden" oparta jest na rozdziałach 6 i 7 skarg Hiobowych. "I oby tak Bóg zechciał mnie zmiażdżyć, oby uwolnił swą rękę i mnie odciął!" Udręka zgorzkniałego człowieka jest sugestywnie zobrazowana przez stonowane, długo brzmiące fale dźwiękowe. Stan poniżenia który trzeba cierpliwie znosić. Ale ulgę przynosi świadomość, że jest jednak nadzieja na sprawiedliwość. Dlatego "Part 3 Hoffnung Auf Gerechtigkeit" brzmi już bardziej optymistycznie. Hiob nabiera siły aby odpowiedzieć swoim adwersarzom: "Sami się bójcie z powodu miecza (...) abyście wiedzieli, że istnieje sędzia". W warstwie muzycznej pojawiają się dzwonki i melodia - która choć smutna, to niesie chwilową pociechę. Czas próby jednak trwa. W "Part 4 Tore Der Finsterniss", ponownie przeważa przygnębienie. Hiob narzeka: "Wołam do ciebie o pomoc, lecz ty mi nie odpowiadasz". Boleść Hioba ciąży mu coraz bardziej, a mroczna muzyka doskonale to odzwierciedla. Jak przewlekła choroba, stojące akordy powracają w regularnych odstępach, niczym mgła która nie chce opaść. Treścią "Part 5 Gottes Gnade" jest tryumf wiary i pomnożone Boże błogosławieństwa. Ale muzyka nie odzwierciedla precyzyjnie treści 42. rozdziału Księgi Hioba. Jest bardzo minorowa i nawet delikatna sekwencja rozjaśniająca koniec cierpień, nie czyni tego dobitnie. Pozostaje przemożna melancholia i zaduma nad istotą bytu. Trostela interpretacja świętej księgi nie satysfakcjonuje więc mnie do końca. Wybiórczo traktuje istotne wątki, pomija pewne kluczowe zagadnienia. Po prostu: koncentrowanie się tylko na smutnej części ludzkiego życia i eksponowanie wyłącznie jego negatywnych fragmentów, jest półprawdą.
    Dlatego, owszem, płyta "Narrow Gate To Life" jest dla mnie wspaniałą muzyczną impresją, ale wolę jej słuchać w oderwaniu od teologicznych dociekań i sugestii kompozytora.
 

sobota, 10 grudnia 2011

Dariusz Pielaciński aka Daro Hadar -Trzeba zrozumieć istotę muzyki elektronicznej


Dariusz Pielaciński aka Daro Hadar muzyk multi-elektroniczny.

- Termin El-muzyka Ci nie leży, jak ją więc definiujesz?

D.P.: Space music.

- Czy wśród muzyków grających space music przyjaźnisz się z kim szczególnie?

D. P.: Tak, szczególnie ze wszystkimi z którymi kiedykolwiek grałem na scenie.

- Czy utrzymujesz się z grania muzyki, a jeśli nie, jak godzisz te pasję z resztą spraw?

D.P.: Dobre pytanie. I tak i nie, to kwestia zrozumienia czego oczekujemy i co chcemy osiągnąć. Jestem na etapie poszukiwania pracy. Muzyka z kolei, daje mi dodatkowy dochód do renty socjalnej, a renta jest głodowa.

- Jednym wystarczy nagranie kilku utworów, innym płyty, innym zorganizowanie koncertu. Jaka jest Twoja wizja? Kiedyś chciałeś zrobić widowisko multimedialne w centrum Paryża.

D.P.: Za darmo?

- A tego to nie wiem.

D.P.: No właśnie, to jest pasja i zawsze będzie pasja, niezależnie od tego czy będę na tym zarabiał czy nie.

- Ok. Jak ona determinuje Twoje życie, ile czasu Ci zabiera?

D.P.: Jest taka przypowieść:
Pewna dama podchodzi do Rubinsteina po koncercie i mówi:
- Ach, oddałabym życie żeby grać na fortepianie tak jak Pan...
Na to Rubinstein odpowiada:
- Właśnie tak zrobiłem.

Jeżeli nie jesteś w stanie poświęcić życia swojej pasji, pozostaniesz tylko zwykłym rzemieślnikiem.

- Mieszkasz w stolicy, dużym mieście, gdzie jest paru innych kolegów parających się El-muzyką. Spotykacie się na piwie, jammujecie, planujecie jakieś koncerty, czy to nie ma znaczenia?

D. P.: Prędzej zagrasz koncert w małym mieście niż w stolicy. El-muzyka, choć nie uznaje tej nazwy, ponieważ kojarzy się bardziej z disco polo, muzyka elektroniczna przechodzi pewne ewolucje. Trzeba zrozumieć istotę muzyki elektronicznej, a nie próbować na siłę ją zaszufladkować, jak to zrobiono w Polsce. Nigdzie na świecie nie jest znany gatunek muzyki określany jako El-muzyka, a takie metropolie jak Warszawa nie lubią czegoś, co tak naprawdę nigdy nie istniało w znaczeniu międzynarodowym, poza tym Warszawa lubi rock i zabawę. Jeżeli elektronika - to musi być w najlepszym wykonaniu lub odpowiednie bity. Jak powiem ze gram El-muzykę, to wszyscy robią kwaśne miny, albo mówią ze to bardzo niszowe. Electro, downtempo, ambient, to już jest prędzej przyswajalne.

- Czy po albumie "Future Eye" (2004) wydałeś coś jeszcze, czy satysfakcjonuje Cię fakt że Twoja muzyka krąży po Internecie i to wystarczy.

D.P.: Oczywiście ze nie, ale od czegoś trzeba zacząć a inaczej nie ma możliwości dotarcia do słuchacza w sposób bezpośredni jak przez Internet, tutaj masz możliwość wyboru. W 2006 roku ukazała się "Magia życia" a dwa lata później "Intymność". "Intimacy" była puszczana w Holandii i w Anglii.  Jedną z moich płyt posiada J.M.Jarre i prezentował ją w swoim radio.

- (Właśnie się dowiedziałem że J.M.Jarre ma swoją stację radiową). Interesujesz się filozofią, psychologią, jak uważasz - w jakim kierunku zmierza muzyka.. Czy granie z laptopa zastąpi klasyczne instrumenty, czy to przejściowa moda?

D.P.: Nic nie zastąpi klasycznych instrumentów, przynajmniej strunowych, zbyt skomplikowany algorytm.

- Czego słuchasz w wolnej chwili?

D.P.: Klasyki i wszystkiego po trochu, nie mam określonych preferencji, jak jest dobry metal to też posłucham.

- Na czym teraz grasz?

D.P.: Jeżeli chodzi o instrumentarium to Korg N5ex i laptop z całą masą wtyczek VST i sterownik midi M-Audio, oraz czasem używam Wii od Nitendo jako sterownika midi. Planuję zakup gitary, to jednak instrument niezbędny w pracy kompozytora.

- Piszesz sztuki teatralne, ktoś już jakąś wystawił, czy to tylko do szuflady?

D.P.: Nie, sztuki były wstawiane w kilku teatrach.

- Jaka tematyka?

D.P.: Ludzka, ukryte marzenia, pragnienia, troski, decyzje, to co nas otacza.

- Powiedziałeś kiedyś że nie lubisz okazywania litości, dalej tak uważasz?

D.P.: Tak, litość to pewna forma upokorzenia.

- Myślę że to zależy od kontekstu sprawy, ale OK. Podobno lubisz poezję, czy zdarzyło Ci się skomponować muzykę pod wpływem jakiegoś wiersza?

D.P.: Owszem, nie tylko wierszy, ale całej prozy i powieści, tak jak np. napisałem cala sztukę, łącznie z muzyką i scenografią do własnego wiersza. Wiersz był tak skomplikowany w deklamacji, że nie dało się jego przedstawić w żaden inny sposób. Następnym krokiem było umuzycznienie prozy Stanisława Lema: Future Eye.

- Czy Twoja narzeczona Monika również podziela tę pasję?

D. P.: Tak, ma dużo wspólnego z muzyką.

- To miłe że muzyka łączy ludzi...

D.P.: I nie tylko.

- Piszesz wiersze, komponujesz muzykę, jesteś fanem prozy Lema.. co jeszcze warto o Tobie wiedzieć?

D. P.: Jestem grafikiem i informatykiem.

- I znasz kilka języków. Nad czym teraz pracujesz?


D. P.: Ostatnio siedzę nad nowym materiałem, roboczy tytuł "Earth!". Tym razem podjąłem temat: Ziemia, i jej istnienie, historia i życie, przyszłość, przeszłość i teraźniejszość, będzie trochę downtempo, electro, ambientu i space.

- Ostatnie pytanie Darku: Co lubisz, co kochasz, czego nienawidzisz.

D.P.: Lubię gotować, kocham piękno Sztuki, nienawidzę głupoty.

Dziękuję Ci za wywiad.

D.P.: Ja również dziękuję.
Link do strony artysty http://www.facebook.com/darohadar?sk=wall

Klaus Schulze: Dreams - deluxe edition



     Dziwna muzyka. Klaus Schulze nagrywając płytę "Dreams" w 1986 roku wyraźnie walczył z jakąś niemocą. Słychać to w pewnym stopniu we wszystkich kompozycjach. Już dynamiczny akord zaczynający krążek - "A Classical Move", od trzech lat powtarzany na innych płytach, wskazuje że artysta nie znalazł dla siebie nowych środków wyrazu. Oczywiście, składanie dzieła z wielokrotnie eksploatowanych elementów nie musi być naganne, jest po prostu słyszalne i pobudza do różnych, nie zawsze optymistycznych refleksji. Tworząc te kilka nastrojowych utworów, Schulze nie unika dalszych retrospektywnych podróży i auto zapożyczeń, jednak ich wymienianie nie byłoby dobrym pomysłem. Skupiając się na muzyce miejscami mrocznej, być może dekadenckiej, nie można odmówić Klausowi umiejętności tworzenia specyficznego, gęstego jak angielska mgła klimatu. "Five to Four" delikatnie nawiązuje do orientalnej kultury Japonii. Dominują pozornie chaotyczne dialogi kilku elektronicznych instrumentów z fortepianem. Może podobać się tu biegłość z jaką muzyk porusza się po klawiaturze (być może jest to Andreas Grosser, wymieniony na okładce jako grający na tym instrumencie), niczym zaawansowany pianista na klasycznym koncercie. Tytułowy "Dreams" przywodzi mi ma myśl celebrowanie wydarzenia które nie nastąpi. Rytmiczna struktura budzi dalekie skojarzenia z utworem "Fyt" z pierwszej płyty "It'll End in Tears" zespołu This Mortal Coil. Monotonny pochód perkusyjny przy którym wspiera muzyka Ulli Schober, jest jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów tej płyty Klausa Schulze. Płynnie przechodzi w "Flexible" - krótką impresję która brzmi jak odrzut z wcześniejszej płyty mistrza - Inter*Face. Konstrukcja jest prosta, przebojowo efektowna. Najdłuższa suita "Klaustrophony" 24:27, kończąca pierwsze wydanie albumu jest poetyckim podsumowaniem wydawnictwa. Smutne rozważania nad sensem życia i miłości próbuje wyjaśnić bohaterowi utworu w sennym marzeniu mężczyzna z brodą. Jednak bardziej szczegółowe tłumaczenie angielskiej poezji miejscami kojarzącej mi się z objawieniami biblijnych proroków zostawiam lingwistom. Szybko można się przyzwyczaić do zawodzącego głosu Iana Wilkinsona, który zgrabnie trzyma się konwencji. Dodatek na deluxe edition z 2006r. to równie długa kompozycja "Constellation Andromeda" 23:52.  Typowe dla tego artysty: długi wstęp, rozkołysane, pływające frazy i zdecydowanie bardziej pozytywne niż w poprzednich utworach klimaty przewijają się do końca. Bonus z 2003r. nie zaskakuje więc niczym nadzwyczajnym, ale trzyma równy poziom. 
    Płyta ta, wyjątkowo melancholijna, ma do dziś swoich wiernych słuchaczy.



czwartek, 8 grudnia 2011

Tangerine Dream - Phaedra


    Gdybym miał wybrać najlepszy album zespołu Tangerine Dream miałbym pewien problem, ale płyta Phaedra od lat jest w ścisłej czołówce moich faworytów do tego tytułu. O wyjątkowości tego dzieła (43 rożne wydania!) wspominał sam Edgar Froese mówiąc że to był pierwszy album zespołu przy nagraniu którego użyto sprzętowych sekwencerów. I ponoć pierwszy tego typu w muzyce rockowej. Łatwo się jednak mogły one rozstroić w trakcie grania co być może było kłopotliwe dla artystów, ale dodawało całości pewnego uroku. Zespół tworzący do tej pory kosmiczne abstrakcje o mało namacalnej formie i nieprzejrzystej fakturze, zwraca się w stronę wyrazistej, obrazowej i dynamicznej muzyki. Dobrym tego przykładem jest tytułowa suita. Już w jej drugiej minucie muzycy poddają pojawiającą się sekwencję dźwięków totalnej obróbce. W studio mieli między innymi 3 syntezatory VSC-3 z  trzema osobnymi oscylatorami każdy. Mogli do woli regulować częstotliwość i kształt ostinata. Kto by na ich miejscu oparł się pokusie tak zróżnicowanego modulowania dźwięku? Jego transformacji, opóźnianiu, dodawaniu pogłosu.... Być może czuli się artystycznie spełnieni kontrolując te dźwiękowe tworzywo, nadając mu co rusz zmienny kształt. Jakby nie było, suita Phaedra wręcz wciska w fotel rozmachem, wizją i intryguje atmosferą tajemniczości. Chyba dla odpoczynku umieszczono kolejny utwór: "Mysterious Semblance At The Strand Of Nightmares". Łagodny i pastelowy, ujmuje on delikatnością i piękną grą Froesego na mellotronie. Właściwie śmiało ten majstersztyk mógłby znaleźć się na jego pierwszej solowej płycie "Aqua". Równie intrygujący jest kolejny "Movements Of A Visionary". Tu znów słychać arpeggia i wciągające pulsacje, tym razem w trochę egzotycznym tonie. Obrazowa,  działająca na refleksję kompozycja, kończy się trochę za szybko. "Sequent C" trwająca dwie minuty jest wymyślonym przez Baumanna zakończeniem historii jakby niedokończonym, zostawiającym słuchacza w zawieszeniu i niepewności. 
    Podsumowując: zespół był u szczytu swojej formy, w pełni zintegrowany we wspólnym odkrywaniu nowych dla ówczesnej sztuki muzycznej szlaków. I taki na płycie "Phaedra" z 1974r. zostanie, niezależnie od nowych wersji płyty i interpretacji proponowanych ostatnio przez Tangerine Dream.


Alan Silvestri - Predator - Original Motion Picture Soundtrack




    Alan Silvestri jest znanym i cenionym autorem wielu, blisko 80. filmowych soundtracków. Najwięcej inwencji i pomysłowości wykazał tworząc ścieżkę dźwiękową do filmu "Predator". Ten widowiskowy obraz z 1987r o zmaganiach komandosów z Obcym, kręcony w meksykańskiej dżungli, szybko zyskał status kultowego. Jest to zasługą nie tylko charyzmatycznego odtwórcy głównej roli Arnolda Schwarzeneggera, czy też ciekawego scenariusza, ale i sugestywnej, dopasowanej do scenerii muzyki amerykańskiego kompozytora. Wśród sporej orkiestry znalazło się miejsce dla ośmiu perkusistów oraz  pięciu muzyków grających na syntezatorach:  Douglasa Fischera, Ralpha Griersona, Randy Kerbera, Randy Waldmana, Richarda Marvina. W połączeniu z klasyczną orkiestrą ich gra dała ciekawy efekt końcowy: stworzenie klimatu zagrożenia, prawie namacalnej obecności czającego się potwora. Wykorzystanie do tego celu efektów akustycznych kojarzących się z gęstą i nieprzyjazną przyrodą zasługuje na  najwyższe uznanie. Alan dopracował do perfekcji motywy słyszalne śladowo w innych swoich filmach: wojskowe werble i pozostałe akcesoria perkusyjne na których muzycy grają z rozmachem a jednocześnie w sposób bardzo zdyscyplinowany. Znakomicie podkreśla to determinację bohaterów widzianych na ekranie, ich wolę zwycięstwa i chęć przetrwania. Pozostałe instrumenty, szczególnie głośny fortepian i sekcja dęta, idealnie grają w kluczowych scenach filmu.
    Rzadko zdarza się usłyszeć tak zwartą i dopracowaną ścieżkę dźwiękową. Potwierdzeniem tego jest kilka wydań nieoficjalnych z tą muzyką, które funkcjonują wśród fanów obok późnego, oficjalnego wydania Varese Sarabande z 2003r.






 

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Artemiy Artemiev - Cold


    Drugiej solowej płyty rosyjskiego kompozytora Artemiya Artemieva "Cold" z 1995r. słucha się przyjemnie i... z pewnym zdziwieniem. Należy ona do typu nagrań które w rozsądny sposób łączą przystępną treść z ambicjami przekazania głębszych wartości. Choć tytuł płyty, poszczególnych utworów i okładka sugeruje raczej mroźną zawartość, strumień emocji z początku nie wydaje się być taki zimny. Cały projekt można podzielić na dwie części. Przez pierwsze 50 minut, od zaczynającej płytę kompozycji "Waiting for the Winter" muzyka Artemiya prezentuje się prawie optymistycznie. Oczywiście, słychać też odgłosy mogące kojarzyć się z lodem, chłodem i mrozem (Freezing), ale mieszczą się one w pewnej konwencji pozornego straszenia. Długo brzmiące struktury nie są monotonne, a po blisko 40 minutach stojących pasaży dźwięków, pojawia się nawet delikatny rytm i efekty beztroskiego gwizdania (Sudden Awakenineg). Znakomite relaksacje na tle perkusji przeplatane są tu dialogami i odgłosami tłuczonego szkła. Świetna muzyka! Aby tytuł nie był przewrotnym żartem, ten sielski nastrój przerywa "Vadjra" (Tibet song) który dość dobrze oddaje surowy klimat niedostępnych gór. Podobnie "Transition to the Winter Time" - pogłębia coraz bardziej posępną atmosferę. Słychać jeszcze więcej dźwięków wymagających zdecydowanie wyrobionego odbiorcy. Ta zmiana nastroju być może wynika z tego że że autor zaczął nagrywać płytę jesienią a ukończył w zimę (uśmiech). Tytułowy "Cold" choć dość urozmaicony, jest tajemniczy i mroczny. Czy obrazuje stan izolacji i przygnębienia? Niech słuchacze ocenią to sami. Utwór ten zapowiada elektroakustyczne fascynacje Artemieva które w przyszłości zdominują jego kolejne płyty. Muzykę trudniejszą w odbiorze, skierowaną do innego typu słuchaczy. Takich, którzy szukają brzmień wykraczających poza miłą uszom harmonię i nowych dźwięków, innych niż te tworzące klasyczne melodie.
   Polecam tę muzykę, bo ma w sobie ten dziwny urok który nakazuje do niej regularnie wracać.



niedziela, 27 listopada 2011

George S. Clinton – Mortal Kombat - Original Motion Picture Score


    Filmy kręcone na podstawie gier czy komiksów rzadko kiedy niosą ze sobą głębsze treści. Nikt tym się zbytnio nie przejmuje, bo nie tego się po nich oczekuje. Mortal Kombat jest takim typowym produktem dla oczu. Ale nie do końca. Nie wart byłby mojego czasu, gdyby nie kilka szczegółów go wyróżniających. Od czasów "Wejścia Smoka" i filmów z J.C. van Damme nie widziałem tak sugestywnie nakręconych scen walki. Choć nie jestem zwolennikiem przemocy, nawet na ekranie, nie mogę odmówić autorom zdjęć solidnego rzemiosła. Wschodnie sztuki walki są właściwie główną treścią tej nieskomplikowanej historii a towarzyszy im bardzo mroczna muzyka. George Clinton, autor ponad 50 soundtracków, idealnie wpasował się w klimat baśniowej opowieści. Oprócz dyrygowania orkiestrą gra na syntezatorach. W sesji wzięło udział między innymi 2 perkusistów, bębniarz, gitarzysta. Materiał dodatkowo obrabiali specjaliści od efektów dźwiękowych. Ilustracja zgrabnie podkreśla istotne wątki filmu. Czy to licznych pojedynków czy też nielicznych fragmentów refleksyjnych. Bardzo krótkie, nerwowe, dynamiczne utwory będące mieszanką ostrych rockowych gitar i egzotycznych bębnów robią odpowiednie wrażenie. Muzyka mająca podkreślać emocje sprawia wrażenie jakby sama podlegała napięciom chwili i ciśnieniu wydarzeń (choć wiadomo że to niemożliwe), była nie tylko sposobem opisu oglądanych wydarzeń, ale integralną częścią ekranowej rzeczywistości. Film widziany po raz pierwszy może być trochę przerażający. Aktorzy grający główne role są bardzo sugestywni. Zarówno zdeterminowani źli i dobrzy przywódcy (demoniczny Tagawa i zdystansowany Lambert ) jak i piękne kobiety (urocza Bridgette Wilson i zjawiskowa Talisa Soto). Mamy też przed oczami ciekawe lokacje i masę nieźle jak na 1995r zrobionych efektów specjalnych. Film oglądany po raz pierwszy może być lekko przerażający. W tej wersji płytowej nie umieszczono nagrań innych zespołów które można usłyszeć w tle filmu, ale niewielka to strata bo muzyka Clintona broni się sama.
    Obraz okrutny, choć całe szczęście nakręcony z dystansem, dzięki swojej dźwiękowej oprawie zyskuje na wyrazistości.


piątek, 25 listopada 2011

Krzysztof Radomski, Krzysztof Skrobowski - Echoes


     Wyznacznikiem wartości i popularności danej muzyki nie są poświęcone godziny na jej tworzenie, ani profity z niej płynące - jeżeli w ogóle można o tym mówić w przypadku mało popularnej wśród mas muzyki elektronicznej. Czasami spotkanie przyjaciół i spontaniczne wspólne granie może obfitować nadspodziewanie dobrym efektem końcowym, nawet jeśli takowy nie był brany pod uwagę. Właśnie coś takiego miało miejsce podczas sesji: Krzysztof Radomski & Krzysztof Skrobowski zarejestrowanej w 2005r. Wystarczyło dobrze się rozumieć, poczuć klimat i wydobyć z siebie pewne zasoby inwencji, aby godzina grania zaowocowała stworzeniem atrakcyjnie brzmiącej muzyki, którą później nazwali "Echoes". Oczywiście obaj muzycy nie próbowali przełamywać barier i ustanawiać nowego muzycznego kanonu, doszukiwanie się braków warsztatowych byłoby więc nie na miejscu. Swobodne improwizowanie i budowanie klimatu kosmicznej kontemplacji w stylu Manuela Göttschinga może i powinno się podobać większości fanów tego sposobu wyrażania emocji. Sugestywne pasaże modulowanych dźwięków, którym towarzyszy stonowana gra na gitarze dostarczają pozytywnych wrażeń. Podczas miłego plumkania umysł wypoczywa, a czas relaksu szybko mija. Pozostaje wrażenie przebywania w dobrej atmosferze złożonej z barw i kolaży dźwięków zdecydowanie terapeutycznych.
   Muzykę można pobrać z tej strony: http://www.epsilonpages.net/index.php?menu=7



Cliff Martinez – Solaris: Original Motion Picture Score


   Jaki jest przepis na dobrą muzykę filmową? Nie wiem. Ale bardziej istotne jako słuchaczowi, wydaje mi się po prostu taką znaleźć. I cieszyć się nią przez długie jesienno-zimowe wieczory. Oprawa dźwiękowa do filmu "Solaris" z 2002r. wyróżnia się spośród innych tego produkcji na plus. Przede wszystkim ma swój klimat. Cliff Martinez przy pomocy subtelnych środków wyrazu sprawia, że przez cały czas trwania muzyki wisi w powietrzu specyficzna atmosfera. Jest ona przesycona niepokojem, pełna tajemnic i niedopowiedzeń. Taka jak treść somnambulicznego filmu Stevena Soderbergha. Obrazom oglądanym z ekranu towarzyszy więc muzyka znakomicie je uzupełniająca. Jest ona właściwie integralną częścią filmu (bez niej obraz by wiele stracił), znakomicie egzystując również poza nim. Choć na okładce płyty wymieniono kilkadziesiąt nazwisk solistów grających na tradycyjnych instrumentach będących na wyposażeniu orkiestry, nie jest ta orkiestra zniewalającym składnikiem całości. To właśnie czyni ten soundtrack wyjątkowym i atrakcyjnym. Zamiast pochodów tradycyjnie rozumianej amerykańskiej symfoniki, tak popularnej w nijakich i bezbarwnych muzycznych podkładach stosowanych w setkach filmów, mamy do czynienia z eteryczną muzyką, którą można (o ile komuś to potrzebne) zaklasyfikować jako ciepły ambient. Miękki i wyrafinowany. Muzyczne tworzywo inteligentnie przeobrażone przez wrażliwego artystę zostanie w pamięci na dłużej szukającym w muzyce głębi i smaczków.
   Popularność tych nagrań doprowadziła nawet do nieoficjalnego wydania płyty w Rosji.





czwartek, 24 listopada 2011

Dawid Gillner Omnibrain - Omnibrain


    W maju 2011r młody polski muzyk Dawid Gillner publikuje na Jamendo projekt pt. "Omnibrain". Dostępna tam muzyka jest plonem fascynacji Dawida klasyczną elektroniką sekwencyjną, zwaną też niekiedy Szkołą Berlińską. Zawartość pięciu utworów mocno przypomina najbardziej spektakularne fragmenty niemieckich pionierów energicznych loopów z połowy lat 70. ubiegłego stulecia. Kompozycje te w założeniu autora miały być celowo monotonne i trochę hipnotyczne. I tak właśnie jest. Ta programowa powtarzalność ma wprowadzać słuchacza w pewien rodzaj pozytywnego transu, a zakręcone arpeggia dostarczyć sprawdzonych, dobrze odbieranych emocji. Nie wiem na ile niewielkie urozmaicenie treści utworów jest zamierzone, a na ile ma ukryć brak ewentualnych umiejętności, co byłoby naturalne u początkującego kompozytora. Faktem jest że tego typu granie jest od lat powielanym kanonem, rodzajem łącznika co najmniej dwóch pokoleń entuzjastów syntezatorów. Nie da się też ukryć że kręcenie przełącznikami oscylatora, gałkami zmiany częstotliwości i regulacja poszczególnych filtrów może fascynować przez wiele miesięcy i inspirować do dalszych eksperymentów. To wszystko słychać w tej muzyce, nie do końca oryginalnej, ale jednak intrygującej na tyle, aby skupić na sobie uwagę melomanów. Dawid Gillner deklarował poważniejsze eksperymenty i badania ambitniejszych obszarów muzycznego spektrum. Niestety niespodziewana śmierć muzyka zakończyła spekulacje co do dalszego jego rozwoju.
           Zostały utwory dostępne w Internecie http://www.jamendo.com/en/artist/Omnibrain, które dają się lubić i będą go przypominać.





poniedziałek, 21 listopada 2011

Krzysztof Radomski - Nadchodzi era nieograniczonego streamingu

Krzysztof Radomski - kompozytor z Kowar, fascynujący się wieloma odmianami muzyki elektronicznej. Autor kilku płyt z przystępną elektroniką jak i bardziej ambitną formą dźwiękowego wyrazu.

1) Twoja strona internetowa ma ciekawy tytuł: "Epsilon Pages". Skąd taki pomysł?

K.R.:To nawiązanie do tytułu mojego pierwszego albumu wydanego jako Protonic Storm. Z racji tego, że wówczas wydawało mi się, że zajmować się będę tylko muzyką spacesynth, tak zostało.

2) Zaczynałeś od grania muzyki trance, goa, space. To dość dynamiczne i optymistyczne formy. Odnoszę wrażenie że dobrze Ci się je grało. Po kilku latach decydujesz się realizować bardziej ambitne projekty. Jak do tego doszło?

K.R.: Nieprzebrane są zasoby Internetu... a nieograniczony dostęp do treści nawet niezbyt legalnych (a w zasadzie wcale) ma też swoje plusy - pozwala na nasiąknięcie klimatami, o których istnieniu do dziś bym nie wiedział, gdybym dostępu do tego źródła nie miał. Dziś już nie ściągam muzyki z internetu, ale miałem swój okres szaleństwa. Kolekcjonowanie absurdalnych ilości mp3 odchodzi do lamusa - nadchodzi era nieograniczonego streamingu. Dobrze, że wytwórnie zdały sobie sprawę, że nie wygrają z P2P, ale już wracam do tematu. Myślę, że wpływ na to miała też pewnego rodzaju euforia spowodowana "sukcesem" (zabawnie to teraz dla mnie brzmi) w postaci własnego, fizycznego albumu wydanego przez prawdziwy label. Człowiek myśli, że jest niepowstrzymany, gdy dać mu wiarę w siebie, zaczyna szukać nowych wyzwań dla swoich umiejętności, a szuka póki nie dotrze do granic swojego talentu. Tak było ze mną - gdy spacesynth trochę mnie znużył, gdy okazał się niewystarczającym wyzwaniem, a równocześnie odkryłem rejony muzyki elektronicznej daleko wykraczające poza muzykę melodyjną, zadziałało to na mnie jak płachta na byka. Przełomem była płyta "Substrata" Biosphere'a - pamiętam, że przy pierwszym odsłuchu, gdy te klimaty były dla mnie zupełnie obce, pomyślałem "Co to niby ma być? Gdzie jest beat?" i mp3 poszło w kąt twardego dysku. Jakiś czas później niezidentyfikowana melodia zaczęła mnie dręczyć i kołatać po głowie; wiedziałem , że gdzieś mam album, z którego ona pochodzi, i po jakiś czasie grzebania w końcu odnalazłem - to była "Poa Alpina". Tym razem przesłuchałem cały album w niewymówionym olśnieniu, a całe moje pojęcie na temat muzyki uległo momentalnemu przedefiniowaniu. No i się zaczęło - najpierw rzuciłem się na gatunek ambient jak pies na świeżą kość. Potem zacząłem grzebać w muzyce eksperymentalnej, rozpocząłem też poszukiwania źródeł muzyki elektronicznej, aż dotarłem do muzyki konkretnej. To był okres, w którym szukałem muzyki skrajnie obcej, im bardziej nie pasującej do tego, co zwykły człowiek nazywa "muzyką", tym lepiej. Ocierałem się o muzykę algorytmiczną, elektroakustykę, noise, izolacjonizm, dziwadła pokroju Aube, Zbigniewa Karkowskiego, Daniela Menche, Schloss Tegal, eksperymenty Williama Basinskiego, sterylności absolutne Carstena Nicolaia czy Ryoji Ikedy. Po jakimś czasie podjąłem też próby tworzenia własnych kompozycji z niestrawnych dźwięków; na początku szło to kiepsko, ale z czasem utwory nabierały sensu na tyle, że można było z nich sklecić album. W ten sposób powstała pierwsza płyta "Fonolabe".

3) Między dwoma płytami które łączy słowo: "Fonolabe" penetrującymi rożne zakątki muzyki ambient, eksperymentalnej, wydajesz z przyjacielem Krzysztofem Skrobowskim bardzo urokliwą trzy częściową suitę - "Echoes". Już jakiś czas temu zwrócono mi na nią uwagę, mówiąc że to jest dobra muzyka. Opowiedz więc trochę szerzej o tym popularnym wśród internetowych słuchaczy zapisie.

K.R.: Popularnym? Chciałbym mieć podstawy wierzyć, iż to nie jest to jedynie kurtuazja.

4) Popularności w naszym kraju raczej nie warto mierzyć ilością otrzymanego finansowego wsparcia za pobrany plik. Napisałem że ta muzyka jest popularna, bo okazało się że gdy pokazywałem link do Echoes, moim znajomym, większość kolegów mówiła: tak, pobrałem już te nagrania - to dobra płyta.

K.R.: Nie byłem tego świadom. Oczywiście miło się tego dowiedzieć. Cóż tu opowiadać - spotkaliśmy się z Krzysztofem Skrobowskim (wówczas pracowaliśmy w tym samym miejscu) na wieczornym spotkaniu w celu wspólnego pobrzdąkania, bez planów, by cokolwiek poważnego nagrywać. Po zakończeniu okazało się, że można to (oczywiście po dodatkowej obróbce) zsumować w jedną koherentną całość. Gdybym miał się wcześniej przygotować do takiej zabawy z planem nagrania albumu, zaprogramowałbym odpowiednie barwy dla sekwencji, dobrałbym inne brzmienia perkusyjne, ale naprawdę - wszystko powstawało na poczekaniu, więc wrzucałem brzmienia, które akurat były pod ręką. W wyniku wyszło to mniej ciekawie, niż mogłoby, ale cóż - taka natura improwizacji. No, nie do końca wszystko powstało na poczekaniu - warstwa świergoczących efektów dźwiękowych została dodana później, w czasie obróbki, w celu wzbogacenia całości o bardziej kosmiczny klimat. Zauważywszy, że album się "przyjął", nawet planowaliśmy ponowne spotkanie w celu nagrania "Echoes II", ale jakoś nigdy do niego nie doszło. Nie wiem jednak, czy cokolwiek by z tego wyszło - celowa intencja mogłaby zniszczyć szczerość tak powstałego materiału.

5) Pośród różnych źródeł inspiracji wymieniasz obok siebie Lustmord, Karlheinza Stockhausena i... Koto. Dość skrajne klimaty. Czy to stara miłość, czy po prostu słuchasz wielu rzeczy nie ograniczając się do jednego nurtu?


K.R.: "Masterpieces" Koto to była pierwsza kaseta z muzyką elektroniczną, z jaką się zetknąłem - było to w okolicach roku 1988. Zawsze byłem introwertycznym dzieciakiem o skłonnościach do alienacji, nie potrafiącym znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Zawsze fascynowała mnie matematyka i programowanie. Wydaje mi się, że ludzie uważali, że ze mną jest coś nie tak. Dlatego właśnie coś tak kosmicznego jak Koto totalnie mnie zachwyciło, wiedziałem wówczas, że to jest MOJA muzyka, która pozwala oderwać się od tej rzeczywistości szarych ludzi, fascynujących się miałkimi brazylijskimi serialami i nudną piłką nożną. Koto to był klimat, z którym się identyfikowałem. A że zawsze miałem jako-takie zdolności plastyczne, lubiłem zamykać się w swoim świecie i rysować grafiki sci-fi. Koto i Laserdance idealnie się z tym uzupełniały. Po latach odkryłem, że ówczesny spacesynth był jedynie instrumentalną wersją italo-disco, ba - niektóre melodie były żywcem zerżnięte z niektórych hitów italo, czego długo nie mogłem zaakceptować. Później przestałem na to zwracać uwagę, ponieważ nie zamierzałem porzucać sentymentu do tej muzyki, a wiadomo jaką siłę ma sentyment. Do dziś lubię ten gatunek, tym bardziej, że współcześni twórcy spacesynth potrafią być zdecydowanie bardziej ambitni niż pionierzy. A co do słuchania - fakt, słucham bardzo różnych rzeczy, byleby były elektroniczne i nie posiadały nacisku na wokal. Czy to melodyjne, czy nie, czy ma dynamiczny rytm i perkusję, czy snuje się menel po dworcu PKP - łyknę wszystko. Czasem mam ochotę na Oöphoi, czasem na Cosmosisa, czasem na Klausa Schulze, a czasem na Noisię. W każdym gatunku są rodzynki, które są jak dla mnie wybitne i mógłbym ich słuchać na prawie na okrągło.

6) Często zmieniasz instrumenty? Czy Alesis Ion ze swoją polifonią, oscylatorami, filtrami LFO jest dalej dobrym narzędziem do kreowania Twojej muzyki czy masz inne, swoje przemyślenia na temat instrumentów?

K.R.: Nigdy bym nie kupił syntezatora sprzętowego. Alesis Ion jest prezentem od społeczności spacesynth.net, za który jestem im bardzo wdzięczny, ale jedynie potwierdza moje przekonanie o nieadekwatności sprzętowych syntezatorów w moim "studiu". Trochę utylizuję jego syntezę w muzyce, choć głównie używam jako klawiatury sterującej, ale generalnie trzymam się software'owych synthów, bo to po prostu moja bajka. A właściwie jednego - leciwego Z3ta+, mojego syntha z wyboru - mogę na nim zrobić wszystko co potrzebuję. A co do nowszych generacji wirtualnych syntezatorów, to od dawna nie śledzę zmian na tym polu - znudziło mi się to. Wszystkie te "rewolucyjne" VSTi to w kółko jedno i to samo, tyle, że zwiększana jest precyzja syntezy i dodawane są funkcje, których nikt nie potrzebuje. Możliwości każdego z nich są na tyle olbrzymie, że dalsze ich zwiększanie jest celowe albo dla masochistów, którzy zamiast się skupiać na muzyce, tracą czas na grzebanie w nowych funkcjach hamując swoją kreatywność, albo dla pokolenia digital-natives o zdolnościach mózgochłonnych będących poza moim zasięgiem. Nie mamy pojęcia, co nas czeka... ale znów odbiegam od tematu.



7) Spacesynth.net, to rzeczywiście ciekawa społeczność,  a  instrumentarium to temat rzeka, z którego zrobilibyśmy pewnie drugi wywiad. Ja się zastanawiam co by nagrali herosi elektronicznego rocka gdyby mieli w 1976 roku instrumenty i możliwości obróbki komputerowej dźwięku z 2011 roku. Tamten potencjał i ciekawość a dzisiejsze możliwości. No ale może to bezsensowne rozmyślania....

K.R.: Z drugiej strony ograniczenia stanowią wyzwanie. Kiedy mój ojciec kupił mi PC-ta w 1997, zaczynałem na SoundForge'u (oczywiście pirackim), mimo że to tylko edytor dźwięku, nie posiadający nic z sekwensera. Mozolnie pitchowałem sample, wklejałem je do pustego pliku opierając się o markery, i w ten sposób układałem melodie, linie perkusyjne, smyczki, itd. a następnie tak utworzone patterny miksowałem ze sobą. Nie znałem wtedy niczego lepszego. Ale to niewyobrażalne dziś dla mnie ograniczenie mnie ukształtowało. Robiłem wtedy więcej muzyki niż kiedykolwiek później, gdy już pracowałem na DAWie.
Podejrzewam, że gdyby dać mistrzom z lat 70'tych dzisiejszy sprzęt, poczuliby się nieswojo, przytłoczeni ilością wiedzy, jaką musieliby opanować, aby w ogóle ugryźć ten sprzęt. Brakowałoby im tego stopnia przejściowego pozwalającego strawić nową technologię, jak dawały pierwsze analogi o konstrukcji prostej choć żmudnej w użytkowaniu. To jak z komputerami - pierwsze komputery były prymitywne i obsługiwało się je według prostych zasad, za pomocą bardzo niewielu poleceń, ale w sposób bardzo żmudny, a pierwszymi programistami byli naukowcy o większych niż przeciętna zdolnościach intelektualnych. Dziś programistów mamy na pęczki, nie tylko dlatego, że programowanie jest bardziej dostępne, ale też dlatego, że zdolności do pochłaniania wiedzy dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków są znacznie większe niż pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatków. Ilość wiedzy generowanej przez rodzaj ludzki rośnie wykładniczo, i ktoś ją musi opanować. Osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co będą w stanie robić dzisiejsze kilkulatki za dwadzieścia, trzydzieści lat, ale obawiam się, że ówczesne narzędzia kompozycyjne będą dla mnie nie do opanowania.

8) Twoje wczesne nagrania synthpopowe znalazły się na różnych składankach, wziąłeś też udział w projekcie CES vol. VI, Tribute to Depeche Mode. Kiedyś wspierał Cię Jukke Lundqvist. Dalej korzystasz z umiejętności Krzysztofa Skrobowskiego. Wnioskuję że nie kreujesz się na samotnego, samowystarczalnego solistę, ale raczej chętnie kooperujesz z bliskimi Ci muzykami?

K.R.: Tu leży mój problem. Osiągnąłem granicę moich możliwości, robiłem już chyba każdy gatunek muzyki, jaki mnie pociągał, w związku z czym nie mam pola manewru na nowe wyzwania. Brak wyzwań powoduje znużenie, dlatego od dłuższego czasu moja produktywność spadła do około jednego, dwóch utworów rocznie. Marzę o tym, by wejść w koalicję z jakimś utalentowanym kompozytorem i w ten sposób obudzić w sobie poszukiwacza, który kiedyś mnie prowadził. Jukke Lundqvist to geniusz jak dla mnie, posiada niezwykłą wrażliwość jakże istotna dla gatunku spacesynth - umiejętność tworzenia melodii prostych, lecz potężnych w swej bezpośredniości, porażających i emocjonalnych - po prostu pięknych. Nikt na tej scenie nie może mu dorównać pod tym względem. Odkryliśmy w sobie niezwykłą kompatybilność kompozycyjną, stąd taka ilość wspólnych projektów. Mimo to współkomponowanie zdalne to nie jest to - szybkość sprzężenia zwrotnego ma w takich przypadkach znaczenie kluczowe. Ale gdy się nie ma jak się lubi... dlatego na kolejnym albumie Protonic Storm znajdzie się więcej utworów powstałych w kooperacji z tym niezwykle utalentowanym kompozytorem. Z Krzysztofem Skrobowskim dosyć dawno się nie widziałem (przeprowadził się), ale nie mogę na sto procent powiedzieć, że nigdy ze sobą nie zagramy.

9) Wiadomo że nagracie już inną muzykę, inna dojrzałość, wiedza i doświadczenie, ale skoro macie podobną wrażliwość, pomysł waszego spotkania uważam za znakomity. W notatce o sobie wspominasz że lubisz literaturę fantasy i SF. To ciekawe jak często elektroniczna muzyka i fantastyka dobrze ze sobą harmonizują i uzupełniają. Co z tej literatury szczególnie zapadło Ci w pamięć?

K.R.: Ach, Sci-Fi lubię, odkąd sięgam pamięcią. Moje ulubione książki to "Hyperion" i "Upadek Hyperiona" Dana Simmonsa, "Miasto i gwiazdy" Arthura C. Clarka oraz "Pierścień" Larry'ego Nivena. Generalnie tzw. space-opera. Ale spoza tego podgatunku zachwycony byłem też "Diamentowym Wiekiem" Neila Stephensona, czy fenomenalnym "Ślepowidzeniem" Petera Wattsa - ta ostatnia naprawdę wykręca mózg na lewą stronę - jedna z tych książek, która umysłom analitycznym tak daje do myślenia, że trudno się skupić na fabule.

Fantasy czytuję znacznie mniej. Wstyd się przyznać, ale nie przeczytałem nawet "Władcy Pierścieni"... może kiedyś to nadrobię, ale chwilowo mam szereg lektur (SF) w kolejce. Wolę kupować książki niż muzykę. W końcu z ekonomicznego punktu widzenia jest to inwestycja dużo bardziej uzasadniona.

10) Nie przejmuj się ja też jej nie przeczytałem całej, utknąłem gdzieś w połowie trylogii. Za to pochłonąłem właściwie wszystkie książki P. K. Dicka.. Czytałeś jego Ubika?

K.R.: Ubik jest właśnie w kolejce! Nie mogłem się powstrzymać, gdy niedawno wyszło jego wznowienie. Ale oczywiście czytałem inne powieści Dicka. Specyficzne i niełatwe.

11) Miałeś już okazję koncertować u siebie w Kowarach lub gdzieś dalej?


K.R.: Nigdy nie koncertowałem. Nie potrafię nawet grać na klawiszach, choć chciałbym się kiedyś nauczyć, brakuje mi jednak zapału i chyba też trochę warunków do nauki. Ale raz wystąpiłem - wydarzyło się to na imprezie z cyklu Moondalla, utrzymanej w klimatach goa i psytrance (swojego czasu największej tego typu w Polsce) - ale mój występ ograniczył się przedstawienia z płyt CD swojej twórczości, choć nie tylko transowej.

12) Nad czym teraz pracujesz, czy stawiasz sobie wyraźne muzyczne cele, czy zdajesz się na intuicję?

K.R.: Staram się ukończyć trzeci album Protonic Storma, ale z powodów opisanych powyżej, idzie mi to jak krew z nosa. Potem będzie można umrzeć.

- Potem nagrasz wiele nowych płyt, bo okaże się że paru geniuszy znów pchnęło rozumienie muzyki na nowe tory i stali się inspiracją dla innych muzyków w dalszych ich poszukiwaniach.  I tym optymistycznym akcentem dziękuję za wywiad.


K.R.: Życzyłbym sobie tego. Ale jak będzie, to zobaczymy.
Link do strony Krzysztofa: http://www.epsilonpages.net/ 

niedziela, 20 listopada 2011

Kevin Bassinson – Cyborg - Original Soundtrack



    Muzyka filmowa  jest materiałem użytkowym podległym ekranowej treści. Jako taka jest ona zazwyczaj ograniczona nie tylko wyobraźnią i inwencją autora, ale przede wszystkim charakterem oglądanych obrazów. Służebna rola dźwiękowej oprawy skutkuje więc często tworzeniem milionów godzin nijakiej, bezbarwnej i szablonowej muzyki. Artyści zarzynają niemiłosiernie te same orkiestrowe wzorce myśląc że to się na pewno spodoba widzom. Dlatego raczej nie przepadam za muzyką filmową. Czasami jednak twórcom udaje im się choć trochę wyjść poza schemat i na rynku pojawia się muzyka z charakterem. Takie właśnie swoiste piętno rozpoznawalności słychać w dziele z 1989r  "Cyborg - Original Soundtrack"  którego autorem jest Kevin Bassinson. Film nie jest z gatunku tych co dostają Oskary, więc krytycy szybko zaklasyfikowali go do produktów klasy B przynoszących zyski w wypożyczalniach wideo. Nie będę z tym polemizował, skoro scenariusz napisano w jeden weekend a  film nakręcono w 24 dni. A jednak, choć postapokaliptyczne kino może razić co bardziej wybrednych koneserów (mi się podoba), nie jest to powodem do skreślania towarzyszącej jej muzyki. Ta autorstwa Kevina jest nie tylko rozpoznawalna, ale nagrana ze szczególnym nerwem i wyczuciem chwili. Idealnie pasuje do scen w których walczą bohaterowie o gitarowych imionach (reżyser Albert Pyun wykazał się tu niezłym dowcipem), zmagań Rickenbackera (Jean-Claude Van Damme) na krzyżu, czy jego retrospektywnych refleksji. Słychać nie raz charakterystyczne cięcia niedokończonych melodii i wznoszenie ich na wyższe interwały, melodyczne dysonanse ale i motywy tradycyjnie tkliwe. Ta doprowadzona do perfekcji dźwiękowa opisowość cierpiącego na przemoc świata jest kawałkiem całkiem przyzwoitego muzycznego warsztatu.
    Dzięki temu film jak i muzyka pozostaną w pamięci zarówno miłośnikom kina akcji jak i słuchaczom elektronicznej muzyki. 




piątek, 18 listopada 2011

Ennio Morricone – Original Score: Mission To Mars


    Podobno fantastyka starzeje się najszybciej. Być może tak się dzieje w wielu przypadkach, ale ten obraz z 2000r - Mission To Mars - jest szlachetnym wyjątkiem od tej reguły. Według mnie film Briana De Palmy swój urok i fakt że zostaje doceniona i pamiętana przez fanów zawdzięcza między innymi doskonale skomponowanej i dopasowanej muzyce Ennio Morricone. Sugestywną grę aktorów (dla mnie najlepsza rola Gary Sinise'a w jego dorobku) każdy grymas twarzy, gest czy ruch, po mistrzowsku podkreśla odpowiednio dobrany akord. Słychać zwiewne motywy, delikatne sekwencje elektronicznych przebiegów i solowe partie klasycznych instrumentów. Miłośnikom syntezatorów polecam chociażby ciekawe efekty w utworze "And Afterwards?", oraz długo brzmiące organowe frazy w "Towards the unknown". Autor muzyki z wyczuciem wszystkie je dawkuje kiedy trzeba potęgując efekty widoczne na ekranie. Często tak się dzieje, że w jednej kompozycji słychać całą gamę uczuć: od porażającej grozy do euforii. Dużo na tej płycie jest momentów sentymentalnych i melodii zdecydowanie romantycznych. Ale w żadnym wypadku muzyka nie ociera się o kicz. Drobne smaczki i akustyczne subtelności towarzyszą zarówno scenom radości jak i śmierci bliskich. Obejrzyj sobie drogi czytelniku fragment w której Connie Nielsen traci ukochanego granego przez Tima Robbinsa bez podkładu dźwiękowego. Scena ta traci dużo ze swojej mocy oddziaływania gdy nie słychać akompaniamentu Morricone. I tak jest w całym filmie. Absolutne mistrzostwo słyszalne jest w retrospektywnym finale filmu, gdzie przed oczami bohatera przebiega całe jego dotychczasowe życie. Optymizm jaki bije z tej muzyki pomieszany z głęboką refleksją tworzy niepowtarzalną mieszankę. I choć scena w której obcy pokazuje bohaterom ewolucyjny rozwój życia na Ziemi jest dla mnie nie do przyjęcia, nie przeszkadza mi rozkoszować się bogactwem barw z muzycznej palety Ennio.
     Ta muzyka zapada głęboko do serca i pozostaje tam już na zawsze. Gdy jej słucham, dociera do mnie fakt że właśnie dlatego między innymi warto żyć -  aby poznawać tak mocno przenikającą duszę sztukę, jaką jest także muzyka do tego filmu.




środa, 16 listopada 2011

Konrad Kucz - Kolaboracje dają twórczego kopa


Konrad Kucz - artysta grafik oraz instrumentalista i kompozytor specjalizujący się w muzyce elektronicznej. Tworzy muzykę rozrywkową, poważną oraz filmową.
 
  1) Od lat jesteś znany jako autor spokojnych nagrań w klimacie ambient, swobodnie poruszasz się w stylistyce tradycyjnej Szkoły Berlińskiej, nie boisz się też współpracy z innymi muzykami, wokalistkami (Futro, Kozak, Kulka, Steczkowska, Kożuchowska). Czym  tłumaczysz tę artystyczną różnorodność?

K.K: Zawężanie horyzontów poprzez skupianie się na jednej artystycznej dziedzinie nie jest dla mnie twórcze. Paradoksalnie jest to też mój problem ponieważ nie potrafię się samookreślić stylistycznie, choć podobno jestem rozpoznawalny. W dzisiejszych czasach jest to o tyle niedobre że środowiskowo jestem niczyj. A to powoduje że nie jestem zapraszany personalnie na festiwale, przeglądy, sam muszę o to zabiegać. Medialnie postrzegany jestem jako FUTRO, NOVIKA, KULKA. Jest jeszcze jeden aspekt, nigdy nie sądziłem że muzyka stanie się moim zawodem wykonywanym, żyję z produkcji muzycznych. Nie ukrywam że się w tym odnalazłem, i to wbrew losowym ograniczeniom. Poznałem wielu ciekawych i zdolnych ludzi. Kontakt z nimi bywa niezmiernie inspirujący. Właśnie dlatego wzorem dla mnie zawsze pozostaną muzyczne kolaboracje Briana Eno.


Wyobraźmy sobie że masz dobry pomysł, ale jakoś czujesz że własna realizacja nie satysfakcjonuje Cię do końca. Jest jakiś niedosyt, niezadowolenie. Wtedy kontakt z twórczą osobowością powoduje że ten dobry pomysł zaczyna nabierać blasku, potrafi się rozbudować, zmienić. Tak było przy wspólnej pracy z Bogdanem Kondrackim i Gabą Kulką. Takie kolaboracje dają też dystans do tego co robię sam. Słucham uważnie opinii innych.

  2) Pamiętam Twój występ z Remote Spaces sprzed wielu lat, to było bardzo ciekawe przeżycie słuchanie tych nagrań. Czy można usłyszeć Cię teraz gdzieś na żywo?

K.K: Jak wspomniałem, z chwilą kiedy zniknęły festiwale typu ZEF jako wykonawca muzyki elektronicznej nie koncertuję. Powodów jest wiele. Z pewnością klasyka elektroniczna przestała mnie interesować. Myślę że w tym zakresie powiedziałem chyba wszystko. Takim zwieńczeniem mojej epoki el-muzyki jest Generatorowa płyta. Otóż kilka lat temu nabyłem ARP'a ODYSSEY'a na którym nagrałem RAILROAD PATH'S. Wszystkie sekwencje realizowałem na tym instrumencie. Jak słucham płyt Klausa Schulze to odnajduję jego brzmienia. Okazuje się że nie trzeba mieć od razu BIG MOOGa żeby osiągnąć piękne sekwencerowe "mięsa". Twierdzę jednak że ten instrument jak i wiele innych analogowych, stworzony jest do takiego właśnie grania. Nie odnajduję już jego estetyki w moich obecnych preferencjach artystycznych.

 3) Twoje płyty mają dobre recenzje na Zachodzie. Jak doszło do tego że można kupić Twoją muzykę w Anglii?

K.K: Doprawdy? Nic o tym nie wiem. Choć jedną recenzję czytałem, a dotyczyła RAILROADS PATHS.

 4) Z jakich nagrań jesteś najbardziej dumny?

K.K: Oczywiście że z ostatnich jeszcze nie wydanych. Pytasz zapewne o te związane z elektroniką? Myślę że przez te dwadzieścia kilka lat z kilku płyt jestem z pewnością zadowolony. Bardzo lubię BABIE LATO, WRZOSOWISKA i TATRA. Niestety, te wszystkie pierwsze produkcje bardzo źle brzmią technicznie. Wówczas gdybym miał taki sprzęt jak teraz i determinację żeby wszystko robić porządnie i profesjonalnie, może udałoby się tą muzykę jakoś wypromować za granicą. Choć może się mylę, i nie są to na tyle dobre propozycje, trudno mi dziś o dystans. Myślę że Ziemkowa LITANIA zamknęła definitywnie pewną medytacyjną estetykę którą uprawiałem przez ubiegłe dekady.

  5) W Internecie w kliku miejscach można przeczytać taką Twoją wypowiedź "Staram się promować w Polsce muzykę minimal ambient", dalej to robisz? Możesz podzielić się swoimi odczuciami co do tego typu muzyki?

K.K: To jest wypowiedź sprzed 20 lat. Wówczas niewielu u nas grało w tym stylu. Wydawało mi się że skoro ja robię coś z pogranicza tego stylu to ją promuję. Pamiętam takie wydawnictwo dwu kasetowe Konikiewicza "Muzyka Nowej Przestrzeni". To był czysty ambient zrealizowany zdaje się tylko na jednym syntezatorze. Świetna rzecz. Szkoda że kompletnie zapomniana. Dzisiaj technologia daje wszystko "na tacy". Te tzw. gotowce, brzmienia, sample, wszystko dziś można kupić na CD. Resztę wystarczy skleić w komputerze. To musiało zabić tę muzykę. Oczywiście w tej skrajnej opinii jestem niesprawiedliwy, bo jednak co jakiś czas słyszę fajne produkcje ambient. Ale to są skromne wyjątki. Ta muzyka stała się schematyczna stylistycznie, estetycznie i ideowo.

 6) Często dajesz wyraz swojemu upodobaniu do starych analogowych syntezatorów. Obecnie coraz częściej muzycy korzystają z wirtualnych symulatorów i klasycznej klawiatury. Co Ty o tym myślisz?

K.K: Stare analogi zawsze miały niepowtarzalny dźwięk. Brzmiały miękko i ludzko. Dziś zbytnio postrzega się te zagadnienia dźwięku optyką komputera. Pozwólmy dźwiękom analogowym pozostać analogowymi. Te wirtualne odpowiedniki brzmią wg. mnie fatalnie, twardo, plastikowo, stają się parodią syntezatorów analogowych. Natomiast zdecydowanie stałem się zwolennikiem całej koncepcji wirtualnej w komputerze. Praca w moim ulubionym programie LOGIC z jego bankiem brzmień cyfrowych daje komfort technologiczny - żadnych kabelków, przełączników itp. Zgrywanie, miksowanie praktycznie stało się bezstratne. Ostatnio absolutnie zafascynowany jestem programem EAST/WEST. Jakość akustycznych brzmień orkiestry symfonicznej i chóru (także efekty wokalne) jest prawie nie odróżnienia. Jestem w tej chwili na etapie realizowania się w świecie brzmień akustycznych. W sumie grupa POPOL VUH poza pierwszą płytą w ogóle nie używała syntezatorów, a mimo to zespół ten jest wynoszony słusznie na piedestał przez miłośników muzyki elektronicznej. Tak więc to chyba naturalna kolei rzeczy, że po 20 latach kręcenia gałami mam ochotę na coś kompletnie innego.

  7) Kolejny cytat: "Muzyka grupy Nemesis i jej członka Konrada Kucza została wykorzystana w przedstawieniu teatralnym Teatru Academia".  Skomponowałeś również muzykę do reklam, czołówek ale też filmów dokumentalnych: "Bezprizorni", "Aripol". To przypadek że Twoja muzyka "pasuje" do tematyki społecznej, czy po prostu dobrze rozumiesz  zagadnienie?

K.K: To przypadek. To prace zlecone, co nie znaczy że traktuje je inaczej. Te formy są bardzo trudne, ponieważ wolność artysty jest nieco zawężona o sugestie zamawiającego któremu trzeba bezwzględnie się podporządkować.

  8) Na Twojej stronie internetowej można obejrzeć ponad dwadzieścia prac graficznych. Nie zdziwiła mnie ich tematyka tylko dosyć mroczny ton. Czy to wyraz artystycznych niepokojów? Co chcesz przez przez nie powiedzieć?

K.K: Moja konserwatywna natura odbiera współczesny świat jako pełen realnych zagrożeń, a sztuka zawsze ilustrowała stan duchowy artysty.


  9) Właściwie to jesteś już weteranem polskiej muzyki elektronicznej, czy zgodzisz się ze mną że widać pewne ożywienie w małym do tej pory środowisku?



K.K: No właśnie. Zacząłem to dostrzegać że już się robię stary ramol. Może dlatego tak rozglądam się stylistycznie żeby nie zostać zaszufladkowany jako klasyk, co czasem ma złe konotacje. A ożywienie środowiskowe to optymistyczny sygnał. Młodzi robią niesamowite rzeczy, może nie zawsze oryginalne, ale produkcyjnie rewelacyjne.


 10) Nad czym teraz pracujesz, jakie masz plany na najbliższe miesiące?


K.K.: Te wspomniane kolaboracje dają takiego twórczego kopa. Płyta KUCZ/KULKA zaowocowała masą nowych i ciekawych kontaktów z muzykami.

1. W marcu Requiem Records wydaje mi taki dziwny eksperyment na zwielokrotnioną perkusję i wiolonczelistę. To będzie połączenie muzyki współczesnej z hałaśliwym rockiem progresywnym i industrialem.

2. Jeszcze w grudniu powinna pojawić się nowa płyta NEMEZIS. To z kolei podobny pomysł ale zrealizowany dosłownie. Dokonaliśmy swego rodzaju adaptacji fragmentów muzyki Pawła Mykietyna (gwiazda muzyki współczesnej) z brzmieniami industrialnej elektroniki. Projekt już wzbudza ogromne zainteresowanie. 2 grudnia gramy ten materiał w Gdańsku na festiwalu C3 w kościele św. Jana, a w marcu w Poznaniu. Pod koniec przyszłego roku prawdopodobnie pojedziemy do Nowego Yorku na Dni Kultury Polskiej.

3. 4 grudnia zapraszam do Wrocławia na FESTIWAL AMBIENTALNY. Zagram 40 minutową suitę z zastosowaniem wspomnianego programu orkiestry symfonicznej i wiolonczelistę Mateusza Kwiatkowskiego. Zadowoleni powinni być miłośnicy muzyki współczesnej, Messiaena i Arvo Parta.

4. Na przyszły rok EMI POLSKA wydaje projekt KUCZ/KLAKE. Występuję tu głównie jako producent piosenek Bartka Ujazdowskiego "Klake'a" a także jako współkompozytor. Polecam tą pozycję miłośnikom chilloutu i ambientu, relaksujących spokojnych piosenek na elektronikę i wirtualny kwartet smyczkowy.

5. W niedalekiej przyszłości mam nadzieje ukończyć dawno już rozpoczęty projekt z KAROLINĄ KOZAK.  Tak więc dzieje się niezmiernie dużo.

 Dziękuję za odpowiedzi.


poniedziałek, 14 listopada 2011

John Carpenter - Halloween: The Best Of John Carpenter



    Amerykanin John Carpenter wyreżyserował około dwudziestu filmów, głównie horrorów i obrazów z gatunku science-fiction.
O ile te pierwsze prócz remake'u The Thing z 1982r. nie są warte mojego czasu, to do jego fantastycznych produkcji czuję do dziś pewną dozę sentymentu. Jest tam pokazana ciekawa wersja alternatywnej przyszłości (Escape from New York), wizyta obcych na naszej planecie (Starman, They Live), a wizualnym odczuciom przy konsumpcji filmu towarzyszy ciekawa oprawa dźwiękowa. Reżyser komponujący muzykę do swoich filmów nie jest zapewne wyjątkiem, ale sam ten fakt potwierdza talent i wszechstronność autora. Tym bardziej sprawa jest godna uwagi że Carpenter często gra rozrywkową muzykę elektroniczną w jej sterylnej postaci. Zazwyczaj uboga instrumentalnie, z wyraźnie zaznaczonym głównym motywem i akompaniamentem robi dobre wrażenie. Ta ascetyczność tworzywa działa na korzyść emocji które powstają podczas projekcji filmu. Schludne, zdyscyplinowane solówki towarzyszące działaniom bohaterów akcji zapadają w pamięć. Zmyślnie ułożona składanka spięta niczym klamrą motywami z Assault On Precinct 13 słucha się znakomicie. Nawet melodie z horrorów, gatunku którego programowo nie szanuję, brzmią tu ciekawie. Krótkie kompozycje zanim na dobre się rozwiną już się kończą, więc nie ma mowy o znużeniu. A gdy muzyka wybrzmiewa dłużej, też jest tego warta. Przykładem jest motyw z filmu Gwiezdny przybysz pełen ornamentów, nasycony bogactwem barw - jeden z moich ulubionych. Trudno też zapomnieć tematy końcowe z filmów "Ucieczka z Nowego Jorku" czy "Coś". Ciekawe że Ennio Morricone jako oficjalny autor tej akurat muzyki utrzymał podobną, Carpenterowską stylistykę. Jak nic - spotkali się w studio, a John niewymieniany w czołówce, jest współautorem dźwiękowego projektu. Wracając do głównego tematu, muzyczna oprawa wymienionych filmów stała się integralną częścią wizji tego reżysera. Zawsze uważałem że muzyka do filmów o przyszłości powinna być nagrywana na syntezatorach.
    John Carpenter jest jednym z nielicznych reżyserów który trafił tu w mój gust. Pośród masy mdłych orkiestracji, podobnych jedna do drugiej, dokonania Johna Carpentera dalej brzmią świeżo i atrakcyjnie. Choć dość proste w konstrukcji - mają swój styl i klasę.






sobota, 12 listopada 2011

Klaus Schulze - Big Japan European Version



    Czego należy się spodziewać po tym bardzo ładnie wydanym koncercie? The Crystal Returns 38:03 Po krótkim intro, z nie tak mrocznych czeluści wypływają motywy jakie pamiętamy ze starej płyty Mirage.  Wyraźnie jest to słyszalne, ale zagrane w trochę inny, elegancki sposób, więc nie jest to tylko kopia starej płyty. W tle znanej sekwencji, brzmi trochę nieśmiały falowy pomruk. Schulze wygrywa to wdzięcznie i stylowo. Mamy ciepłe, stojące frazy łagodnie i długo wybrzmiewające. Smutna melodia zaczyna snuć swą opowieść w charakterystyczny dla Klausa melancholijny sposób… Po tym długim, trwającym około ośmiu minut intro wchodzi lekki rytm, ciekawie rozłożony w stereo, a szybko go doganiająca basowa sekwencja wypełnia uszy swoistym „mięsem”.  Mistrz robi to w intrygujący, nie nachalny sposób, zintegrowane tło co jakiś czas wybija się do pierwszego planu. Niby nic nowego, ale ma to dużo uroku. Co jakiś czas rytm się nasila, wiodące motywy melodyczne zostają ciągle w tyle i tylko współpracują z pulsującym, oddolnym sekwencerem. Nie jak to kiedyś bywało z zakręconymi solówkami np. na Body Love II gdzie były dość intensywne i Klaus się w nich spełniał. Tu tak nie jest. Schulze jest ostatnimi laty dużo bardziej subtelny w dobieraniu środków wyrazu (być może w wyniku spotkania Lisy Gerrard?). Powstaje przez to chwilami wrażenie jakby muzyk bał się zmącić taki przyjemy klimat czymś ostrzejszym. Po następnych ośmiu minutach, aby wariacje rytmiczne nie były zbyt nachalne znów słyszymy delikatne, rozmarzone motywy… Ostatnie sześć minut tej długiej suity to powrót galopującego po kanałach dialogu perkusji z pętlą niskich częstotliwości i jakże by inaczej - mocno modulowanego solo które choć stylizowane na improwizację jest dość dobrze kontrolowane w harmonii z resztą instrumentów. Suita kończy się dość gwałtownie, krótkim ozdobnikiem w stylu nagrań z lat osiemdziesiątych. Sequencers Are Beautiful 39:00 Wstęp to imitacja dźwięków z dużej fabryki gdzie maszyny uporczywie powtarzają cykle produkcyjne (Terminator szuka Kyle'a). W końcu po dojściu do wyższych partii i podniesieniu napięcia ustępują trochę prymitywnemu rytmowi z wplątanym samplem ludzkiego głosu mówiącego regularnie coś w rodzaju: czik-e,  czik-e, albo jakoś podobnie. Po dziesięciu minutach Klaus na szczęście zmienia nastrój, usłyszeć można pompatyczne przełamania i do uszu dociera jakby rapsod: rozważania w tonie podniosłym, smutnym i trochę żałobnym. Muzyka ożywia się na trzynaście minut przed końcem, gdzie powracają te same elementy: samplowane czik-e i taka sama „niezgrabna”  perkusja z otaczającym ją basso continuo. Kompozycję kończą pełne dysonansów poszukiwania podobne w niektórych miejscach do fragmentów z „Dziękuję Poland” zakończone oklaskami. 2 CD La Joyeuse Apocalypse 46:35 Zaczęta grubą kreską kompozycja w której monumentalizm gra pierwsze skrzypce. Dodatki, trochę efekciarstwa po kanałach i wchodzi podobna perkusja plus sample głosu ludzkiego identyczne jak w "Sequencers Are Beautiful". Ważniejsze wydają się jednak inne dźwięki, te będące jakby na drugim planie. Przypominają mi one pewne fragmenty z płyty którą w swoim czasie bardzo często słuchałem: „Dig it”.  Gra perkusji staje się głośniejsza, również inne instrumenty słychać wyraźniej. Później jednak znów zejdą na dalszy plan i za jakiś czas wrócą z większa dynamiką. Publiczność klaszcze a Klaus z zadowoleniem mówi parę słów bodajże o pięknie sekwencji w elektronicznej muzyce. W tym momencie bardziej liczyła się chyba wizualna strona koncertu :).
     Na jednym z fragmentów filmu widać moment gdy maestro odchodzi od klawiatur które dalej grają zaprogramowane procesy... Nareszcie rytm zanika w połowie utworu, trochę eksperymentów (na gitarze?) szumów i stojących fal. Po raz pierwszy słyszę zupełnie nowe dźwięki u Klausa, niewiele ale są. Ooo.. Znów mamy powracające, po raz już kolejny sample głosowe, tę samą wersję basu i perkusji. Po co? Według mnie utwór mógłby się już skończyć. A tymczasem różne solówki próbują urozmaicić ten refren. Ale czy prezentowane gotowce co rusz powtarzane, są tak bardzo atrakcyjne dla ucha? W końcu maestro lituje się i rytm odpływa. Kompozycja się kończy w łagodny i sympatyczny sposób. Nippon Benefit 14:10 Początek to trochę klimatów rodem z klasztoru i znów dysharmonia. Ciągi dźwięków jakie teraz chyżo pomykają od ucha do ucha, to też debiut na tej płycie. Urządzenia nadające delikatny rytm całości grają subtelnie i z pewną dozą optymizmu. Do końca strawna, bez perkusji da się szybko polubić.The Deductive Approach 12:12 Efekty testujące wytrzymałość uszu nie pozostawiają wątpliwości: Klaus dysponuje dobrym sprzętem stereo. Pojawia się znów czik-e sampl ludzkiego głosu, tym razem z trochę inaczej zaprogramowaną perkusją. Wędrujące, modulowane zapętlenie kojarzy mi się z pewnym egzotycznym nagraniem Ultrabass. Dużo tu smaczków i dodatków. Już myślałem że cała kompozycja jest nagrana bardziej dla pokazania możliwości sprzętu i warsztatu wykonawcy ale na koniec Klaus nie zapomniał zagrać w podniosłym nastroju.
    Podsumowanie: Na pierwszej płytce jest bardzo dobry utwór: „The Crystal Return”, na drugiej sympatyczne obie krótkie kompozycje. Jednak - jak na tyle muzyki - mało jest nowych pomysłów, a za dużo tych samych powtórzeń. Klaus jest świetnym muzykiem, tylko czasami zbyt na serio bierze sporą pojemność kompaktowego nośnika.  Najpierw zetknąłem się z kopią bootlegową zgraną z koncertu bez przeróbek. Był tam bardzo fajny, zabawny fragment z vocoderem. Szkoda że Klaus to wyciął. Nie oglądałem  jeszcze całej zawartości DVD, ale na teledysku promującym płytę który jest na stronie artysty, widać że gra na gitarze. Nie słychać tego aż tak dobitnie, to pewnie bonus bez większego znaczenia. Mam wrażenie ze materiał dodatkowo był obrabiany w studio i nie jest identyczny z tym nagranym z publiczności. Oglądając filmy na YouTube te wrażenie pozostaje. No, chyba że płyty audio to mix dwóch różnych koncertów bo o nich wspomniano na okładce. Cóż, takie jest prawo twórcy. A podeszły wiek nakazuje łagodniej spojrzeć na wysiłki Mistrza.
    Po około dziesięciu przesłuchaniach wydawnictwo w skali: słaba, średnia, dobra, bardzo dobra i znakomita - oceniam na "dobrą".







Artemiy Artemiev - The Warning



       Rosyjski muzyk Artemiy Artemiev jest barwną postacią na muzycznej scenie w swoim kraju. Syn pioniera elektronicznych nagrań Edwarda, przyglądając się pracy ojca w studio, sam szybko ulega fascynacji procesem tworzenia i obróbki dźwięków. Jest pracowitym człowiekiem - jak podaje sam Artemiy - w ciągu niewielu lat nagrywa 53 ścieżki dźwiękowe do filmów, sześciu seriali, słuchowiska radiowego i reklam TV. Nie potrafię wypowiedzieć się na temat jakości tych produkcji ale sama ilość nakazuje mieć szacunek dla tytana pracy. Dlatego przystępując do przesłuchania jego pierwszej płyty, miałem wrażenie że to będzie nieszablonowe przeżycie. Zresztą, już dawno odkryłem zasadę że po debiutanckich solowych nagraniach muzyków związanych ze sceną elektroniczną można się spodziewać dużo ciekawych wrażeń.  Pierwotnie wydana na analogowym placku zawierała 11 utworów, we wznowieniu na CD autor potraktował materiał bardziej całościowo redukując dzieło do dwóch tytułów. Te podsumowanie obejmuje koło 4 lat poszukiwań. Słuchając kolejnych nagrań nie sposób odmówić artyście wyobraźni.Artemiy chętnie używa dźwięków natury i otoczenia jako ozdobników w czym przypomina mi innych wykonawców typu Piotr Krzyżanowski czy Geir Jenssen. Prawie każda kompozycja ma swoje znaczniki początku i końca. Są to czasami odgłosy ulicy, konia, wozu, ludzkich działań czy mechanicznych urządzeń codziennego użytku. Overture na przykład rozpoczynają i kończą głosy tłumu, a fundament tworzy basowa sekwencja którą wspiera perkusja. Całości narzuca ton wyraźna optymistyczna melodia.W Down By The River na tle strumienia leniwie sączącej się wody solo opowiada swoją smutną historię pełną zadumy i lekkiej melancholii. Ładnie wybrzmiewa fortepian a po kanałach słychać ludzki głos i jego echo. Z kolei dość krótka kompozycja Tybet pozwala puścić wodze wyobraźni w podróży po tym egzotycznym kraju. Remeniscences rozpoczyna się wybuchem, wyciem syreny i dość atrakcyjną elektroniką która świetnie nadaje się jako tło filmu sensacyjnego. Koniec utworu to zapis wyjścia z widowiska pełnego zadowolonych widzów. E Cosi A Poco A Poco – kompozycja barokowego twórcy - to wyraz fascynacji autora muzyką klasyczną. Jawi mi się jako twór trochę koturnowy i średnio pasujący do całości. Road To Nowhere – rzeczywiście samochody co jakiś czas przejeżdżają od jednego ucha do drugiego. W tej części płyty słyszymy dość przyjemną melodię, mieszczącą się w standardach popularnej muzyki elektronicznej.The Warning - jak sam tytuł sugeruje, utwór powinien charakteryzować pewien niepokój. Faktycznie jest dość zakręconą kompozycją wygwizdaną na koniec. Co autor miał na myśli? Seaside Walk: bardzo ciepły saksofon któremu towarzyszy w tle sekwencja, razem z kosmicznym poszumem swobodnie płyną przed siebie. Mocno urokliwy temat zakończony w nietypowy sposób: ktoś wsiada do samochodu, trzaska drzwiami i odjazd…A Tale Told By Night - płaczące dziecko być może zapowiadałoby negatywne emocje, ale nie – motyw główny, podobnie jak poprzedni utwór, pociąga swoim klimatem: lekko mrocznym, tajemniczym i w sumie przyjemnym.Ferir Quel Petto i Finale lekko pompatyczna o dłuższych wybrzmieniach końcówka tej płyty to kolejna kompozycja Claudio Monteverdi, tym razem bardziej mi się podoba. Wybuchy i dźwięki pozytywki kończą tę wartościową płytę. Urozmaicona, pełna pomysłów, a jednoczenie posiadająca cechy dobrej, asymilującej w umysłach słuchaczy, przyjaznej elektroniki. Są odczuwalne momenty gdy niespokojna rosyjska dusza dominuje nad tworzywem odciskając nad nim niezatarte piętno. Artemiy pokazał imponującą próbkę swojego talentu, który umiejętnie wyraża przy pomocy takiej dojrzałej muzyki...
    I tak też się dzieje podczas odsłuchu płyty ‘The Warning” Artemiy’a Artemieva.