środa, 8 sierpnia 2012

Insomnia - Places - rozmowa o powstawaniu i zawartości płyty

 
  Co jakiś czas wracam do słuchania płyty "Places" łódzkiego duetu Insomnia. Zamiast standardowej recenzji, poprosiłem muzyków o trochę szczegółów na temat powstania i zawartości tej płyty. Na pytania w imieniu tandemu odpowiedział Łukasz Modrzejewski, obok Adama Mańkowskiego, współautor wszystkich nagrań grupy.


D.K: Zanim pojawił się projekt Insomnia – "Shadows and Mists", wspólnie skomponowaliście album "Places". To muzyka trudniejsza w odbiorze od następującej po niej płyty i kto wie, może przez to trafia do innej grupy odbiorców? W każdym bądź razie mam wrażenie, że napracowaliście się nad nią dużo. Jak to wyglądało w rzeczywistości?


Ł.M.: Miło nam słyszeć, że jest trudniejsza w odbiorze w stosunku do swojej młodszej siostry - "Shadows and Mists", ale zapewniamy Cię, że i tak jest dużo łagodniejsza i przyswajalna, niż to co zrobiliśmy na debiucie Extreme Agony. Czy skierowana jest do innej grupy słuchaczy? Tego nie wiem, nigdy nie targetujemy naszej grupy docelowej. Jest przede wszystkim skierowana do ludzi mających otwarte uszy, dusze i serca na muzykę. W przypadku "Places" jak i do tego co było wcześniej, a także później i do tego co będzie kiedyś w przyszłości, mamy taki stosunek, że zawsze wkładamy w to co robimy siebie i cieszymy się, że możemy podzielić się cząstką siebie z kimś innym. Cieszymy się jeszcze bardziej gdy komuś to się podoba i jest to dla nas największa nagroda.
A wracając jeszcze do Twojego pytania, ten krążek jest inny i poniekąd wynika to z tego, że w tamtym czasie jakoś bardziej byliśmy przesiąknięci noisem, nieco chłodniejszymi obliczami elektroniki itd.
Poza tym ten materiał powstawał trochę dłużej, dużo się przez ten czas wydarzyło różnych rzeczy - niekoniecznie dobrych i przyjemnych. Współpracowało nam się jak zawsze dobrze, Insomnia istniała wtedy już dobrych parę lat, ja Adama znam ponad dekadę więc była to niezwykła frajda, że mogliśmy nad "Places" pracować razem.


D.K.: Wyjątkowo mroczna,  czarno-biała okładka  skojarzy mi się destrukcyjnie, coś typu upadek wież WTC  z wyeksponowanym,  odpychającym wizerunkiem jakby demonicznej twarzy..
Czy o takie asocjacje Wam chodziło?

Ł.M.: Nie do końca z WTC. Stockhausen swojego czasu określił zamach na WTC mianem największego dzieła sztuki wszechczasów. Niezmiernie cenię jego kompozycje, jego podejście do muzyki, ale niekoniecznie lubię, co więcej zgadzam się z jego opiniami - takimi jak ta wyżej.
Zdecydowanie wolę cytować Franka Zappę. Jeśli ktoś świadomie i z premedytacją celuje kilkoma tonami stali w wieżowiec zabijając przy tym tysiące ludzi, a setki raniąc jest opętanym szaleńcem i kimś kogo bez niewybrednych epitetów nie jest łatwo nazwać. Oczywiście Zachód i Ameryka nie są niewinnymi barankami bez skazy, ale to temat na osobny wywiad, toteż wróćmy do naszego albumu. Jak już wspomniałem nie ma tam kontekstów związanych z zamachami 11 września, nie ma bezpośrednich inspiracji Ameryką, chociaż Stany są niewątpliwie inspirującym miejscem. Nigdy tam nie byłem, ale chętnie bym je zwiedził i zrewidował to co sądzi o nich na przykład Jean Baudrillard. W latach 2008-2010 dość dużo podróżowałem po Polsce, po dużych miastach, miasteczkach, a często trafiałem na wsie składające się z pięciu, sześciu gospodarstw. To było niesamowite doświadczenie, spotkałem wielu ludzi i poznałem ich historie. Zafascynowały mnie te miejsca, stąd właśnie taki tytuł. Ale nie chodziło nam o jakieś konkretne miejsca, które są tu i teraz, które znamy. Każdy ma też jakieś miejsca szczególne dla siebie, miejsca w których był, jest, chciałby być, a często nawet takie w których nigdy nie będzie. Podczas tych wspomnianych podróży wykonałem mnóstwo zdjęć. To, które znalazło się na okładce zrobiłem w Krakowie i przedstawia ono tzw. "szkieletora" - nigdy nieukończony biurowiec NOT. Jego budowę rozpoczęto w 1975 roku i przez cztery lata budowy postawiono jedynie żelbetonową konstrukcję. Potem pomysłów na jego ukończenie było wiele, kilka razy chciano go zburzyć, przebudowywać, podwyższać itd. Gdy byłem ostatni raz w Krakowie był dalej w takim stanie, będę tam za dwa tygodnie na koncercie No-Man, to zobaczę co się z nim dzieje, ale nie spodziewam się, że zobaczę tam piękny i ukończony wieżowiec. Ponieważ w Krakowie praktycznie na ma żadnych wysokościowców, nie licząc wież kościołów "szkieletor" dość szczególnie wybija się ponad horyzont czym doprowadza do szału wielu mieszkańców Grodu Kraka. Co ciekawe, to udało mi się go uchwycić w szczególnym momencie, ponieważ zazwyczaj jego konstrukcja oblepiona jest masą banerów reklamowych i ciężko jest go zastać w takiej formie jaką widać na okładce. Gdy pokazałem Adamowi to zdjęcie i zaproponowałem tytuł "Places", bez wahania przystał na moją propozycję. Ponadto naszym zdaniem on świetnie oddaje formę tego krążka... mroczny, oddarty, tajemniczy... Poza tym "Places" towarzyszył multimedialny album, w którym znalazły się moje inne zdjęcia różnych miejsc. Pierwotnie chcieliśmy dołączyć te zdjęcia w formie książeczki do całego albumu, ale niestety to znacznie podnosiło koszta. Jeśli kiedyś będziemy mieli odpowiedni budżet, myślę, że wrócimy do tego pomysłu.

D.K.: track 1 Strange Beginnings of a Travelling - smutna to muzyka, ale nie do końca. Na pewno prowokuje do powstawania skojarzeń, różnych emocji. Jak w przypadku większości Waszych utworów, ciężko ją jednoznacznie zdefiniować. Domyślam się, że jest to zabieg celowy?

Ł.M.: Tak, stąd też taki nieco przekorny tytuł. Od samego początku wiedzieliśmy, że od tego utworu będzie zaczynała się podróż po naszych miejscach.

D.K.: track 2  Back to the Places from our Childhood - sporo kontrastów, niektóre fragmenty mają charakter  ilustracyjny... Czy tytuł jest abstrakcyjny, czy ma odniesienia do konkretnych wspomnień?

Ł.M.: I tak i nie jeśli chodzi o wspomnienia. Po prostu chcieliśmy jakoś wrócić do tego co było kiedyś. Stąd ten ilustracyjny charakter. A kontrasty są stąd, że po prostu jest takie dzieciństwo, które ma swoje plusy, ale ma minusy. Zrobiłem sobie kiedyś bilans i zestawiłem teraźniejszość z dzieciństwem. Ono miało niewątpliwie swój urok, ale zbyt wiele było tego przykrego, chwil których chciałoby się nie pamiętać, a nie jest łatwo je wymazać z pamięci.

D.K.: track 3 Unspoken Secrets - najbardziej niekonwencjonalny fragment płyty. Dużo modyfikacji, manipulowania przy tkance i wysiłku, aby sprowadzić tę muzykę do innego poziomu. Kojarzy mi się to z eksperymentami właściwymi dla elektroakustycznych badan dźwięku tak promowanych przez Artemiy'a Artemieva.

Ł.M.: Zgadzam się z Tobą, jest to zdecydowanie najbardziej odbiegająca stylem kompozycja na całym wydawnictwie. Nie powstała jednak przypadkowo i nie bez znaczenia jest jej umiejscowienie w porządku tracklisty - jest to centralny punkt całego albumu. To wszystko są nasze wspomnienia z okresu dzieciństwa, emocje przywoływane z przeszłości dotyczą zarówno tych pięknych jak i przykrych chwil czy zdarzeń, o czym po trosze już była mowa powyżej. Ta kompozycja to wyraz lęku, niepokoju i próba przeniesienia tego na skomplikowaną muzyczną formułę. Kiedy te dźwięki powstawały, nie myśleliśmy akurat o Artemievie, a bardziej o połamanych strukturach, które można znaleźć w twórczości Kanadyjczyka Aarona Funka (Venetian Snares). Fakt, że zwróciłeś uwagę na tego typu podobieństwo może tylko cieszyć i świadczy o tym, że indywidualne podejście do tej muzyki pozwala interpretować ją na różne sposoby.

D.K.: track 4 Unnamed Space of our Imagination. Jak słucham tej kompozycji, to przed oczami stają mi grafiki Michała Karcza. Może nadajecie na podobnych falach? Utwór jest trochę straszny...

Ł.M.: Jeśli chodzi o grafiki, to coś w tym jest. Chociaż zdecydowanie są mi bliższe prace mistrza Beksińskiego. Zarówno w pracach jednego jak i drugiego artysty można znaleźć dużo mrocznych, niepokojących przestrzeni. To samo wyczuwalne jest w eterycznym tle tej kompozycji, są tu także pierwszoplanowe klawisze wnoszące nieco światła i pozytywnych emocji. Dokładnie tak jak bywało to za dawnych lat, wszystkie niepowodzenia i porażki wydawały się końcem świata, by już po chwili stać się mało istotnym drobiazgiem przykrytym solidną warstwą radości i uśmiechu. Wszystko było o wiele prostsze i zmieniało się jak w kalejdoskopie, dziś jest zupełnie inaczej..

D.K.: track 5 A House That Does Not Really Exist:  tu wprowadziliście sporo rytmu, który co jakiś czas powraca, inspiracją do stworzenia tej kompozycji był jakiś thriller? 

Ł.M.: Pomysł z dodaniem rytmu zaproponował Adam. Jest to najdłuższa kompozycja na płycie, trwa ponad trzynaście minut. Chcieliśmy, aby to było coś na zasadzie takiej elektronicznej i różnorodnej brzmieniowo suity z motywem przewodnim, którym jest pulsujący i powracający rykoszetem rytm.

D.K.: track 6 A Moment of Life - faktycznie jest jak chwila i szybko się kończy... trochę mnie to zaskoczyło. Właściwie to są same efekty i odgłosy burzy. Taka puenta spinająca dzieło?

Ł.M.: Tak. Gdy mieliśmy zarejestrowany już cały materiał czuliśmy, że przydałaby się jakaś jakaś pointa, kropka nad "i", ale niekoniecznie w formie stricte muzycznej. Burza wydała nam się bardzo wymowna, wielu z ludzi pociąga, fascynuje, a jeszcze więcej jej się boi i odbiera jakoś negatywnie. Najważniejsze, że nikt wobec niej nie pozostaje obojętny, jest siłą natury, elementem potężnego żywiołu. No i sam tytuł...
moment życia, kilka chwil w których coś się dzieje, coś zaczyna. Obcujemy z jakąś nienazwaną materią. Rodzimy się, wychowujemy, trwa to lata i cieszymy się żeby w szczęściu i zdrowiu żyć jak najdłużej.
Każdego dnia, w każdej chwili przeżywamy takie momenty, kogoś spotykamy, ktoś się rodzi, umiera, aż my sami w jednym momencie odejdziemy z tego świata. Nasze życie składa się z momentów, podczas zarejestrowanej burzy też zapewne "coś" się wydarzyło. Słuchacz, po przesłuchaniu całej płyty może oddać się refleksji, po zatrzymaniu płyty przemyśleć różne sprawy i tak dalej. Nie chcemy tutaj niczego
narzucać, jak zawsze dajemy pełną dowolność interpretacji.

D.K.; Dalej podoba mi się w Waszej muzyce, na co już wcześniej zwracałem uwagę: jest to muzyka do wielokrotnego odsłuchania. To, że jest raczej mroczna, nie przeszkadza mi. Słodki pop pragnę jak najszybciej zapomnieć, a muzyka która wierci dziurę w duszy, pozostawia po sobie ślad...

Ł.M.: Bardzo nam jest miło i dziękujemy. Nigdy nie zależało nam na robieniu czegoś efemerycznego, cieszymy się, że nasze kompozycje trafiają do ludzi, że znalazłeś w nich coś dla siebie, radość, smutek, niepokój...

D.K.: Co warto jeszcze wiedzieć o tym okresie pracy Insomnii?

Ł.M.: Jak wiesz, jest to tak naprawdę nasza pierwsza wspólna płyta nagrana jako Insomnia. Wtedy ten projekt przeistoczył się w duet. Z Adamem świetnie się pracuje i mam nadzieję, że ma o mnie takie samo zdanie. Nigdy niczego sobie nie narzucaliśmy. Tutaj nie ma czegoś takiego, że "ty robisz to i to, a ja to i to" i ma być 50% udziałów dla każdego. Nie tędy droga, zawsze szukamy jakiś inspiracji, dzielimy się pomysłami i staramy się wyłowić najlepsze jakie w danej chwili przychodzą nam do głowy, to daje nam największą frajdę, radość tworzenia. Jakkolwiek to zabrzmi - Insomnia, ale i Extreme Agony jest jak rodzina, jak związek w którym trzeba się uzupełniać. Niejednokrotnie wydaje się, że coś jest już skończone, ale brakuje jakiegoś drobiazgu, jednego dźwięku, który trzeba naleźć, a samemu nie jest to takie łatwe. To trochę tak jakbyś miał super auto, nawet z silnikiem, ale nie miał opon i kierownicy. Daleko tym nie pojedziesz.

D.K.: Dziękuję za odpowiedzi.

Ł.M.: Cała przyjemność po mojej jak i Adama stronie. Wszystkiego dobrego!
Łukasz
 



wtorek, 7 sierpnia 2012

DigitalSimplyWorld – Getting Away From It All (EP)



  W 2006 roku, w jednej z polskich komercyjnych stacji telewizyjnych, zarejestrowano trochę zgorzkniałą wypowiedź kompozytorki Hanny Kulenty, na temat obecnej sytuacji muzyczno-wydawniczej w naszym kraju. Autorka oper, utworów orkiestrowych i muzyki elektroakustycznej, tak oceniła rodzimą kondycję twórczo-edytorską: "nie ma warsztatu, każdy może zrobić sobie płytę, może usiąść w domu przy komputerze, coś nagrać i to, jeśli ma pieniądze - wydać". Zastanawiałem się nad tą wypowiedzią, świadom faktu jak wielu młodych twórców komponuje samodzielnie na komputerze i korzysta z internetu jako środka komunikacji z odbiorcą.  Czy to przekleństwo czy błogosławieństwo? Ludzie w swojej dynamice prą do przodu, przejmują rolę dawnych agentów, sami nagrywają, reklamują i osadzają swoją muzykę w sieci. Pominięcie kosztownego łańcucha pośredników znacznie przyspiesza cały proces. Świat się zmienił i tradycyjne metody promocji idą częściowo w zapomnienie. Wystarczy niewielka grupa przyjaźnie nastawionych osób (pozdrawiam Radio Toksynę) i w ciągu kilku dni kilkaset osób może zapoznać się z premierą nowej muzyki. Niesamowite!
Takie aktywne działanie, nie pozbawione udanej autoreklamy, widać na przykładzie polskiego muzyka ukrywającego się pod pseudo DigitalSimplyWorld. Kilka dni temu wyemitował on w sieci swój najnowszy mini album "Getting Away From It All"  Oto jak sam zachęca do jego słuchania w komentarzu:

“Mikrodźwięki w postaci sygnalizatora dla osób niewidomych przewijają się jako ambientalna pulsująca, minimalistyczna melodia. Deszcz zamienia się w szum, całość drży, wibruje mocą. Klasyczna elektronika rodem ze starej szkoły berlińskiej dodaje charakteru poszukiwań w rejonach gdzie dźwięk zaczyna swoja budowę. Utwory na płycie ocierają się o jądro muzyki, kołyszą się, “wpadają do środka”, gotują się jak w wielkim zderzaczu hadronów. Muzyka jaka powstała na swój sposób hipnotyzuje, wciąga słuchacza w świat ambientalnej szamańskiej alchemii, gdzie zaciera się czas, miejsce, sens istnienia. Jest jak podróż w nieznane miejsce, a jednocześnie tak nam bliskie, otarcie się o podświadomość na jawie.”

  Właściwie moja recenzja tych trzech utworów już nie jest potrzebna, skoro Jarek sam potrafi "się sprzedać" (smile). Pomijając umiejętnie dorobioną ideologię, stwierdzam iż - oprócz pierwszych 40 sekund monofonicznego sampla kompozycji tytułowej (takie rzeczy też można nagrywać w stereo), to rzeczywiście ciekawa muzyka.  Sekwencje w "I'm Far Away" są miłym urozmaiceniem, a głosy kosmonautów i hipnotyczne rytmy w "Journey to the Unknown" dodają kompozycji pewnego swoistego smaku. Zapowiada się intrygująco.

   Pewien mędrzec powiedział kiedyś "Co zaistniało, to znowu zaistnieje, a co czyniono, to będzie znowu czynione; nie ma więc nic nowego pod słońcem. Czy istnieje coś, o czym można by powiedzieć: "Spójrz no, oto coś nowego"? Istnieje to już przez czas niezmierzony; cokolwiek powstało, istnieje od czasu przed nami".  Rzeczywiście, ciężko nagrać coś całkowicie nowego, wolnego od skojarzeń. Ale na miejscu autora wspomnianej wyżej muzyki nie przejmowałbym się zbytnio tym faktem.
 Do szczegółów realizacji nagrań, noty o wydawcy i pobrania darmowej muzyki zapraszam na poniższe strony:

http://www.nowamuzyka.pl/2012/08/01/digitalsimplyworld-nowosc-z-etalabel/

http://etalabel.bandcamp.com/album/getting-away-from-it-all

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Mike Oldfield ‎– Hergest Ridge Deluxe Edition


 Gdybym w zorganizowany sposób prowadził muzyczne notatki jakieś 30 lat temu, z myślą o szerszej publikacji, szybko znalazłyby się tam wszystkie na bieżąco wydawane płyty Mike Oldfielda.  Mój zachwyt nad jego talentem nie miał chyba granic i graniczył z uwielbieniem. No cóż, od tamtej pory minęło jednak wiele lat. Z wiekiem człowiek dojrzewa, rozumie pewne mechanizmy inaczej i nabiera dystansu. Oczywiście, Mike dalej jest jednym z moich ulubionych muzyków, a płyta "Hergest Ridge" jedną z tych, które szczególnie lubię. Dlatego z radością przyjąłem informację o specjalnym wydaniu w 2010 roku edycji deluxe, zawierającej rożne  wersje tej wspaniałej muzyki. Słuchając Hergest Ridge {Part One and Two} 2010 Stereo Mixes, rejestrując uszami zmiany detali, przypomniałem sobie narzekania krytyków z końca lat 70., którzy przed laty deprecjonowali wartość "Wrzosowisk". Twierdzili oni niejednokrotnie, iż są to popłuczyny wspaniałych "Dzwonów Rurowych" i że Oldfield jest po prostu  auto plagiatorem, kopistą jednego dzieła. Uznałem, że jest to krzywdząca opinia i traktowałem HR jako wspaniałe tło do moich kilku premierowych wydarzeń w życiu np. pierwszego spotkania z morzem. Czego by nie mówić - jest to muzyka patetyczna i pełna swoistej poezji, więc jest takich rzeczy nadaje się idealnie.  Warto tu wspomnieć, że był czas, że Mike w pewnym momencie "zepsuł" swoje dzieło. W 1976 roku Virgin wydał kilku płytowy album 'Boxed", na którym zremiksowana wersja "Wrzosowisk" po prostu mi się nie podoba. Niektórzy twierdzą, że podobnych zmian jest więcej w kolejnych wydaniach. No cóż, może i tak... Ale co można powiedzieć o najnowszej emisji?  Na Deluxe Edition w wersji audio podarowano słuchaczom aż trzy wersje Stereo Mixes 2010, Original 1974 Stereo Mixes, i Previously Unreleased 1974 Demo Recordings. Zapisz z DVD  niesie jeszcze jedną opcję: "2010 5.1 Surround Mixes". Różnią  się one  między sobą szczegółami, jednak nie w taki spektakularny sposób jak dawna wersja z Boxed. Oczywiście, "Previously Unreleased 1974 Demo Recordings" jest pozbawiony wielu ścieżek, lub zawiera alternatywne,  momentami brzmi inaczej, nie sposób temu zaprzeczyć Ale... żadna z tych wersji nie wzbudza już we mnie większych emocji. Zastanawiałem się dlaczego. Czy to wina osłuchania, zbyt częstego odtwarzania? Chyba nie. Analizując dokonania tego utalentowanego multi instrumentalisty, doszedłem do wniosku że modyfikacje suit o ekstatycznym zakończeniu, dużej dynamice, jak "Tubular Bells" i "Ommadawn" dają możliwość zbudowania atrakcyjnego klona (np. TB II, czy koncertowe wykonanie "Ommadawn"). Natomiast budowa Wrzosowisk być może jest sama w sobie pewnym ograniczeniem?  Oczywiście, to tylko moja teoria. Jakby nie patrzył, ta muzyka powinna się podobać przynajmniej przez pierwsze 30 lat. To całkiem dobry wynik.



Grzegorz Ciechowski - Wiedźmin


  Lubicie polskie filmy? Zdania są podzielone i długo można by dyskutować. Dlatego wolę pisać o muzyce. Ta jest o tyle wdzięczniejszym medium, ponieważ nawet gdy stanowi tło, jest ilustracją obrazu, może później  funkcjonować niezależnie. Pozostawia miejsce do własnej interpretacji i skojarzeń. Wyzwala różne, często pozytywne emocje. Takie uniwersalne, właściwe ludzkiej rasie reakcje, wywołuje też soundtrack Grzegorza Ciechowskiego pt. "Wiedźmin" (2001). Długo nie mogłem się zmusić do obejrzenia filmu, ale wcześniej, wielokrotnie  z przyjemnością słuchałem tej muzyki. Podobał i dalej podoba mi się kształt tego projektu, bodajże ostatniego jaki udało się Ciechowskiemu w całości dopracować. Prozę Andrzeja Sapkowskiego  prawie całkowicie zapomniałem i z przyczyn osobistych wracać do niej nie będę, więc muzykę odbieram w oderwaniu od niektórych skojarzeń. Ciekawie kreuje Grzegorz muzyczną konwencję filmowanych scen. Aby stworzyć oprawę filmowanej rzeczywistości, można było sięgnąć po różne muzyczne środki. Te zastosowane przez Ciechowskiego wydają się dość trafne, zważywszy że opisują one fikcyjny świat. Miło się słucha partii wokalnych mezzosopranistki Alicji DeRoty Węgorzewskiej, czy gitar Zbigniewa Krzywańskiego. Momenty, gdy syntezatorowa muzyka Grzegorza stanowi tylko tło, akompaniament do piosenek, nagrane są z wyczuciem i dużą kulturą. Gdy Ciechowski ma większe pole do popisu, komponuje mieszankę motywów średniowiecznych, rycerskich, z odrobiną wschodniej egzotyki. Przyjemnie się tego słucha, a przecież takie jest przeznaczenie dobrej muzyki. Niestety, w wykonaniu zmarłego lidera Republiki więcej nowej nie będzie.


niedziela, 5 sierpnia 2012

Wojciech Konikiewicz - Muzyka nowej przestrzeni


Wojciech Konikiewicz znany jest jako muzyk wszechstronny, któremu niestraszny jest jazz, muzyka ilustracyjna, elektroniczna i nie tylko. Dlatego, po prostu musiało znaleźć się dla niego  miejsce w moich notatkach. Szczegółowe dane o jego karierze, znajdziecie chociażby na tych dwóch stronach:


http://www.diapazon.pl/PelnyMuzyk.php?Id=168, http://free.art.pl/konikiewicz/index4.html.

 Tu wspomnę o jednym wydawnictwie: w 1993 roku Wojtek publikuje projekt pt. "Muzyka nowej przestrzeni". Do mnie dotarł kilka lat temu, w postaci 2 CDr, skonwertowany przez jakiegoś fana - sądząc po okładkach  - z kaset magnetofonowych. Jaką muzykę zawiera? I tu miła niespodzianka. Upraszczając maksymalnie, można powiedzieć że Konikiewicz gra tutaj ciepły ambient.  Ale jak już się nie raz przekonałem, w wykonaniu polskich muzyków, to jest często coś więcej, niż może oddać to suchy termin. Te "więcej" oznacza wrażliwość, otwarcie, świeżość spojrzenia.... "MNP" jest pewnym wyzwaniem dla mniej wyrobionego słuchacza. Pozbawiona rytmu, sekwencji, przeciętnemu odbiorcy może wydać się nużąca. Ale to pozory. Ma ona swoją głębię, wspaniały klimat i idealnie nadaje się do wieczornego, słuchawkowego odbioru.  Tajemnicza muzyka, która wyzwala obrazy w świadomości,  wprowadza w stan głębokiej relaksacji. Słuchając jej, mam wrażenie że płynę gdzieś przez inne wymiary. Niesamowite. Autor stosuje bardzo długie, wręcz stojące frazy, ściany dźwięków które wzajemnie się przenikając,  powoli, powoli wygasają. To nie jest jakaś specjalnie nowa technika przekazu, ale jakże skuteczna! Czy poddasz się urokowi tej muzyki?






Deliver ‎– Bracia Syriusza


  Wszyscy fani gatunku po czterdziestce pamiętają tę płytę. Wydał ją Digiton w 1994 roku i to od razu na CD. Stało się to w momencie gdy popyt na el-muzykę znacząco przewyższał podaż, więc silą rzeczy stała się ona wydarzeniem w wąskim środowisku wielbicieli elektronicznych brzmień. Twórczość zawarta na krążku jest dziełem duetu: Agim Dżeljilji i Piotr Makiewicz. Realizator nagrań Tomasz Kubiak, zaznaczył swój udział w ostatnim utworze "Syriusz C". Co zawiera ten nieosiągalny już w tradycyjnej sprzedaży album? Trzy rozbudowane, ciekawe kompozycje. Gdyby ktoś jednak zapytał, czy ta muzyka jest oryginalna, zaprzeczyłbym. Nagrana została bowiem dużej części w duchu płyt zespołu Tangerine Dream  "Tangram" i "Poland". Słychać to niekiedy całkiem wyraźnie. Ale czy to w jakiś sposób deprecjonuje wartość tej muzyki, lub przeszkadza w jej odbiorze? Absolutnie nie! Sprawnie zagrane i zmiksowane kolejne ścieżki (może poza zbyt szybkim wyciszeniem pierwszego utworu Syriusz A), z energetycznymi sekwencjami, pięknymi pastelowymi pasażami, bez problemu podbijają serce słuchacza. Podobają mi się ładnie wyeksponowane solówki w "Syriuszu B", powolne rozwijanie motywów i fantastycznie budowana przestrzeń. Klimat kosmicznych podróży i melancholijnych relaksacji unosi się nad całą tą produkcją. Aż szkoda, że zespół zakończył swoją karierę nagrywając tylko dwie płyty (Horor Vacui wytłoczono, ale nie trafiła do dystrybucji). Jednak, jak wspomina Agim, w wyniku "pogłębiających się różnic co do upodobań estetycznych", złej atmosfery w studiu, drogi artystów się rozeszły. Pozostała dobra muzyka, do której warto co jakiś czas wracać.  



/div>

sobota, 4 sierpnia 2012

Marek Manowski - Kamienna droga



  W roku 1994 ukazuje się na polskim rynku muzycznym kaseta magnetofonowa z muzyką Marka Manowskiego pt. "Kamienna droga".  Ten fragment cyklu nagrań X-Serwisu,  popularyzujący twórczość rodzimych wykonawców, fani el-muzyki z forum "Studio Nagrań" wspominają ciepło po dziś dzień.  I nic dziwnego, dzięki temu ówcześni poszukiwacze muzycznych, elektronicznych nowinek mieli sposobność zapoznać się z dorobkiem ciekawych, polskich kompozytorów. Marek Manowski rodem z Poznania, udzielał się w latach 90. na kilku koncertach. Najbardziej znany jest jego udział we wspólnej sesji na Targach Poznańskich z Władysławem Komendarkiem i Tomaszem Kubiakiem, zarejestrowanej później we fragmencie  jako "Infomania" (1996). Ostatnio autor ujawnił, że wraca do zawodowej aktywności, postanowiłem więc przypomnieć jego starsze dokonania.
  "Kamienna droga" na pierwszej stronie kasety zawiera "Suitę Jesienną", która składa się z sześciu części. To ilustracyjna, pastelowa i dopieszczona w detalach muzyka. Odgłosy burzy, wiatru, przypływów i odpływów zdają się odzwierciedlać zachwyt Marka nad otaczającym nas światem przyrody, ale być może są też próbą jego technicznej sprawności. Uniwersalne tytuły nasuwają popularne skojarzenia. Mimo iż trudno dopatrzyć się na "Kamiennej drodze" wypracowanego indywidualnego stylu, muzyka ta nie zawiera nachalnych zapożyczeń. Spokojne, tym razem lekko orientalne relaksacje (Mozaika barw, świateł i cieni), są również treścią trzech pozostałych utworów ze strony B kasety. Mają bardziej zdecydowaną konstrukcję i wyraźniejszą melodię. Optymistyczne motywy gładko wpływają do uszu. Fortepianowe solówki przeplatają się z perkusyjnym akompaniamentem i barwami instrumentów strunowych. Trochę patosu i romantycznych uniesień w strawnych dawkach, kończy tę ciekawą kasetę.
  Od wydania powyższej muzyki minęło 18 lat. Marek Manowski nagrał sporo nowych utworów w formie pojedynczych ścieżek czy też rozpoczętych cykli. Dostępne są na YouTube. Co z tego wyniknie w przyszłości - zobaczymy.  
Za dostarczenie muzyki dziękuję Darkowi Długołęckiemu.

czwartek, 2 sierpnia 2012

UFO 2 - Flying One Hour Space Rock


 
  Od razu na wstępie przyznaję, że nie jestem miłośnikiem zespołu UFO, a hard rocka lubię słuchać od czasu do czasu. Ale od dawna jestem wielkim fanem płyty UFO 2 - Flying One Hour Space Rock. To po prostu ponadczasowa muzyka, która ma sobie pierwiastek genialności. Mimo iż wydano ją w 1971 roku (to już 41 lat temu!), ciągle zachwyca swą prostotą i... skutecznością w docieraniu do rzesz słuchaczy. Jednocześnie ma w sobie szczególną siłę, jasność wizji, którą nie każde rockowe wydawnictwo może się pochwalić. Być może dlatego w tytule występuje ten kosmiczny odnośnik?  Tylko 2 gitary, perkusja i wokal, a tyle pomysłów! Mimo skromnego instrumentarium, muzycy potrafią przykuć uwagę na ponad 50 minut. Bardzo przyjemnie słucha się tej muzyki na słuchawkach. Można wtedy podziwiać Micka Boltona, który stara się urozmaicać swoje solówki przy pomocy wszelkich dostępnych mu wtedy technik. Wyciska ciekawe efekty ze swojej "kaczki" i wzmacniacza. Odnoszę wrażenie, że jego gitara to żywe stworzenie które wije się mu w rękach, niczym wąż na różne strony. Doskonałe zgranie się muzyków, zwieńczone wymyślnymi dialogami gitar solowej i basowej, miejsce dla stosownych wstawek perkusyjnych Andy Parkera, to niewątpliwie największe atuty tej płyty. Jeśli ktoś powie, że są to archaizmy brzmieniowe - to oświadczam: możliwe, ale są one czymś przyjemnym dla uszu. Świadectwem tego, że kiedyś muzycy rockowi mieli głowy pełne pomysłów, które chcieli przekazać światu.


poniedziałek, 30 lipca 2012

Budka Suflera - Przechodniem byłem między wami...


  Nie potrafię powiedzieć który to był rok. Pewnie początek lat 90. Przechodziłem koło księgarni mojego rodzinnego miasta Ostródy. Z jej wystawy patrzyło na mnie czarno-białe oko, otoczone czymś przypominającym zęby, niczym z kiepskiego zdjęcia rentgenowskiego. Spoglądało ono na mnie dziwnie z okładki drugiej płyty Budki Suflera. Teraz, po latach, myślę sobie że trudno było o bardziej szpetny wizualny pomysł. Widocznie jednak ówczesnym komunistycznym estetom specjalnie to nie przeszkadzało. Stałem więc przed tą wystawą w głębokim zamyśleniu. niczym zahipnotyzowany. "Budka Suflera - Przechodniem byłem między wami..."? Już to gdzieś słyszałem...  Rzeczywiście, płyta funkcjonowała na rynku od 1976 roku. Uznałem że jest mi potrzebna i wkrótce ją kupiłem. Duży, analogowy, czarny placek. W domu dokładniej obejrzałem tylną okładkę. Hm... na zdjęciach skromnie, dwóch gitarzystów, perkusista i wydzierający się wokalista w podkoszulku. Ale wiedziałem, że za minimalistyczną fasadą kryje się dobra muzyka, a z czasem doceniłem znakomite teksty. Pisane przez Adama Sikorskiego i Jana Tomasza w duchu kultowego poety C. K. Norwida, pomogły mi zrozumieć piękno poezji i moc przekazu sztuki. W warstwie muzycznej okazało się, że pozornie ubogie instrumentarium wspierane jest przez mooga i clavinet - na których grał Romuald Lipko, oraz saksofony i organy Andrzeja Szczodrowskiego. Trudno mi wyróżnić ulubioną kompozycję. Uważam wszystkie za równie wartościowe. Ta płyta po prostu nie ma słabych miejsc i jest jedną z najlepszych polskich produkcji rocka progresywnego lat 70. Posiada swój klimat, zmanierowany głos Cugowskiego idealnie interpretuje trudną, quasi XIX wieczną poezję, a muzycy towarzyszący dzielnie wypełniają  przestrzeń swoimi dźwiękami. Powstaje pełna ekspresji mieszanka rocka i jazzu. Coś, co przez lata będzie dawało słuchaczom głębsze, ponad przeciętne odczucia.


Tak, papier spłonie, a kamień zniszczy czas,
Ale myśl płomienna wciąż będzie trwać.






Klaus Schulze - La Presence D'esprit (Concert 1975)


 Był taki czas, że myślałem iż Klaus Schulze już niczym mnie nie zaskoczy. Znałem dość dobrze jego dyskografię i piękny rozdział  twórczości z połowy lat 70. uznałem za zamknięty. Ale życie przynosi miłe niespodzianki. W roku 1993 nakładem  labelu Musique Intemporelle ukazuje się 10 płytowy box Silver Edition. W tym zestawie, na płycie nr 9 pt. "Life In Extasy",  umieszczono stary, podobno koncertowy (bo publiczności nie słychać) utwór "La Presence D'esprit". Choć trwa tylko 17 minut przyznaję, że swoim pięknem uderzył mnie w środek serca. Wybaczcie te podniosłe wyznanie i pełne egzaltacji słowa, ale faktycznie tak się stało. Jeżeli prawdą jest twierdzenie, że muzyczny zestaw znaków, przez swoją niepowtarzalność nabiera cech rozpoznawalnej osobliwości, to omawiany fragment jest na to świetnym  dowodem.  Od kiedy bawię się wirtualnym modelem Minimooga wiem, że z technicznego punktu widzenia nie ma tym żadnej magii (i bardzo dobrze).  Łatwo wyobrazić mi sobie, jak podczas kreacji muzyki Klaus Schulze  modeluje strukturę dźwięków poprzez kręcenie gałkami oscylatorów, zmienia ich zakres i częstotliwość. Na starych syntezatorach z lat 70. nie było opcji zapisu ustawień potencjometrów, jak jest to teraz możliwe w wirtualnych modelach, więc umiejętne granie wymagało znajomości instrumentu i uruchomienia pokładów intuicji. Nie to jest jednak najważniejsze. Istotą sprawy jest fakt, że  37 lat temu znalazł się człowiek, który w taki, a nie inny sposób skomponował muzykę, która swoją siłą oddziaływania zachowała do dziś. "La Presence D'esprit"  (przytomność umysłu, prezencja ducha) oprócz ciekawego tytułu nad którego znaczeniem można by długo dyskutować, posiada też inne zalety. Eksploatuje pomysł  użycia jednej, długiej, modulowanej sekwencji, która poddawana jest nieustannym zmianom. Gna przed siebie w szalonym tempie. (Czy wyobraża ona nerw, puls życia, można tylko spekulować).  Oczywiście, towarzyszą temu dodatkowe efekty, tak lubiane przez fanów starej niemieckiej muzyki elektronicznej, jak świsty, szumy,  pogłosy, stereofoniczne efekty cyfrowego deszczu, itp. Wyjątkowo mało tu tradycyjnych solówek w których Klaus lubił się zatracać i... specjalnie za nimi nie tęsknię. Dynamiczna kompozycja przypominająca jazdę rollercoasterem, dobiega kresu, więc po wielu uniesieniach i harmonicznych afektacjach czas ukończyć tę niezwykłą podróż. Była trochę krótka... może znów włączę przycisk play? (smile). Omawiana dziś suita wznowiona została ostatnio w zestawie "La Vie Electronique 3" (2009).



  



niedziela, 29 lipca 2012

Tomasz Bednarczyk ‎– Let's Make Better Mistakes Tomorrow


 Tomasz Bednarczyk urodził się w 1986 roku i żyje na stałe we Wrocławiu. W poszukiwaniu informacji  o tym muzyku, znalazłem skromną notatkę na Wikipedii, ślad na MySpace, niewielką autorską stronę internetową kilka utworów na YouTube i wpis na Discogs.  Oczywiście poza wiki, wszystko po angielsku. Takie widocznie nastały czasy. Ale uparłem się, bo od pewnego czasu zauroczony jestem jego trzecią płytą "Let's Make Better Mistakes Tomorrow" (2009). Muzyka na niej zawarta najbardziej stylistycznie zbliżona jest do lekko mrocznego ambientu. Poszczególne ścieżki utrzymane są w podobnym klimacie. To, mimo szczątkowego udziału gitary (Jakub Zublewicz) plamy dźwiękowe, leniwie toczące się po kanałach... Jeśli wydaje się Wam jednak drodzy Czytelnicy, że słuchanie "Let's Make..."  może być zajęciem monotonnym, poczytajcie opinie fanów na Discogs. Ten projekt ma swoją głębię i niepostrzeżenie wciąga niczym fascynująca książka. Motywy grane na fortepianie, różne sample dobrze słyszane na słuchawkach (dziecięce pogawędki, trzaski analogowej płyty), to akcesoria znane, ale ciągle poważane wśród miłośników gatunku.  Oczywiście czysto kontemplacyjny charakter  muzyki może ograniczać audytorium, nie sądzę jednak, aby to zmartwiło autora czy melomanów. Relaksacja której dostarcza Tomasz Bednarczyk, jest wysokiej próby i nie pozostawia wrażliwego odbiorcy obojętnym. Być może jest to zasługą wsparcia Taylora Deupree, znaczącego grafika, fotografa i inżyniera dźwięku z NY? Nie wiem na pewno, ważny jest efekt końcowy: muzyka do której chce się wracać. Polecam!!






Tomasz Kubiak - Some of Random Realities


  Z odbiorem muzyki jest zupełnie inaczej niż z oglądaniem filmów. Dzieła znanych reżyserów po jakim czasie się starzeją a ich wizje  często okazują się infantylne i naiwne. Po latach stanowią tylko ciekawostkę dla upartych szperaczy. O ileż inaczej dzieje się w branży muzycznej! Dokonania kompozytorów muzyki działają na melomana w inny sposób. Nie jest on tylko konsumentem podstawionego produktu. Podczas słuchania muzyki, na skutek wchłaniania przygotowanych przez artystę struktur, uruchamia się wyobraźnia odbiorcy. Następuje swoiste sprzężenie zwrotne skutkujące wyzwoleniem się szlachetniejszych emocji niż te, które są udziałem kinowego obserwatora. Miłośnik dobrej muzyki, podczas zachwytu nad docierającymi do jego uszu dźwiękami, wpada w stan euforii. Wytwarzana przez mózg endorfina, wprawia go w błogostan. Fanom muzyki elektronicznej ten idylliczny moment nie jest obcy. Gdy tylko słuchają wykonawcy, który umiejętnie przekłada swoją artystyczną wizję na dźwięki, często dochodzi do wyżej opisanego, zachwycającego procesu.
  Jeden z takich umiejętnych kompozytorów, Tomasz Kubiak, stworzył  w 2001 roku dzieło pt. "Some of Random Realities", za które do dziś dnia jest ciepło wspominany, przez co bardziej wrażliwych konsumentów akustycznych perełek. Ta piękna muzyka świetnie broni się przed upływem czasu i dostarcza co raz to nowych, pozytywnych wrażeń. Ułożona jest na kształt wieloczęściowej suity, w której podobne tematycznie motywy przeplatają się między sobą. Dużo wątków prowadzonych jest przy pomocy długich, organopodobnych fraz. Można przez to odnieść wrażenie, że muzyka brzmi trochę archaicznie, jednocześnie jest dzięki temu dobrze rozpoznawalna. Cykl 14 kompozycji o tytułach: Overture, Hymn, Intro i Reality part 1-11, stanowi doskonały materiał ilustracyjny. Łatwo nasuwają się kosmiczne skojarzenia, a fragmenty monumentalne, pełne patosu wprowadzają w podniosły nastrój. Różnorodność dodatków nie pozwala się nudzić. Oprócz zaangażowanych solówek, perkusyjnych elementów tła, cieszą uszy co jakiś czas uruchamiane ostinata.  Talent Kubiaka ujawnia się najlepiej w miksowaniu kliku warstw dźwiękowych, które zgrabnie nakłada na siebie. Jego muzyczna opowieść o przypadkowych rzeczywistościach ma w sobie tę szczególny urok, który powoduje chęć ponownego powtórzenia całości. Śmiałość w kreowaniu spektrum wzbudza szacunek. Szkoda zatem, że po wydaniu kolejnego projektu "Out Of Environment Space" Tomasz ukrył posiadany talent i nie wydaje swojej nowej muzyki.

  

środa, 25 lipca 2012

Marek 'mRqS' Szulen: Creation – Universal Consciousness


  Marek Szulen przez wiele lat był zapalonym animatorem muzyki elektronicznej. Znany jest fanom z festiwalu KOMP w Kwidzynie, któremu dyrektorował w latach 2000-2001. To była sprawna realizacja i dobra robota, o której potem ciepło wypowiadali się koledzy z legendarnej już formacji Remote Spaces. Szulen wystąpił tam również jako muzyk, grając kilka utworów, głównie covery mistrza J.M.Jarre'a. Wziął też udział w sesji live "Piknik na krawędzi światów" obok, między innymi: Daniela Blooma, Darka Stawickiego, Tomka Bednarza, Michała Dudka, Tomka Żura. W 2002 roku wyjeżdża do Holandii, aby współuczestniczyć w nagraniu płyty zespołu Wave World. Później kilkakrotnie zapraszał na koncerty do swojego rodzinnego miasta Kwidzyna Władysława Komendarka. Około 2007 roku w Mirage Studio publikuje w Internecie nagranie o popularnym tytule "Astral Trip" (Podróż Astralna), mające stanowić narzędzie umożliwiające podróż poza ciało fizyczne. W ostatnim czasie mocno zniechęcony do realiów życia w naszym kraju, emigruje za granicę i odpoczywa od tworzenia muzyki.
  Dociekliwi poszukiwacze elektronicznych nagrań mogą znaleźć w sieci kilkanaście jego kompozycji, oraz fragmenty niedokończonej sesji "New Earth". Za godne przybliżenia uważam wydawnictwo z 2002 roku pt. "Creation – Universal Consciousness" - dedykowane istotom pochodzącym z planety Erra w gwiazdozbiorze Plejad. To druga płyta Marka Szulena na której wyraźnie słychać próby zerwania z naśladowaniem swojego francuskiego mistrza. "Creation" zawiera muzykę spokojną, totalnie relaksacyjną (dwa utwory początkowe: "Galaxis-Peace Meditation", "Asket's Dream" i długi końcowy "Astral Trip") oraz dynamiczną i rozrywkową w części środkowej ("Arp Dreams", "Space Drift", "Orgin of Mankind"). Może ta twórczość nie powala szczególną oryginalnością, ale grana jest z pasją. Ciekawe, że Marek dobrze czuje się zarówno w soczystych, dynamicznych sekwencjach oraz zakręconych solówkach, jak i w tematach typowo medytacyjnych. Te ostatnie są faktycznie godne uwagi ze względu na ich odprężający charakter. Całość to jakby dwie strony charakteru Marka pokazane w kilku kolejnych osłonach.  Trochę szkoda że Szulen nie oddał się kompozytorskiej namiętności na dłużej i nie pracuje nad nowymi projektami. Ale kto wie co przyniesie przyszłość? Poczekamy, zobaczymy.


Kayanis - Synesthesis

  Przygodę z muzyką Lubomira Jędrasika zacząłem około 1999 roku. Wtedy to, moja żona Julita namiętnie słuchała jego płyty "Machines and Dreams". Twierdziła, że jest to taki polski Mike Oldfield i naprawdę świetnie gra. Trochę sceptycznie podszedłem do tematu, więc przez następne miesiące Kayanis nie miał u mnie lekkiego pióra w internetowych komentarzach jakie wówczas pisałem. Gdy spotkaliśmy się rok później na KOMPIE 2000 którego był współorganizatorem, artysta patrzył na mnie z lekkim wyrzutem. Kiedy po latach analizuję swoje nieprofesjonalne zachowanie, dochodzę do wniosku, że u jego podłoża mogla leżeć zwykła zazdrość. Tym bardziej, że na kwidzyńskim koncercie Kayanis promieniował charyzmą, a jego żona niebanalną urodą. Bardzo się to podobało mojej kobiecie, podobnie jak mi pięknie toczone nogi trzech towarzyszących Kayanisowi wokalistek. Jednak koncentrując się na jego koncertowej muzyce, nie sposób było odmówić mu zdecydowania i rozmachu w realizacji swojej kompozytorskiej wizji. Ale widocznie wtedy nie byłem na to dobrze przygotowany. Jednak po jakimś czasie doceniłem twórczość słupskiego muzyka.
  Jeżeli jego muzykę z "Machines and Dreams" można w skali relaksacji porównać do przerwy śniadaniowej, to wydana w 2001 roku "Synesthesis" jest niczym długi weekend. Okazało się, że ambitny kompozytor ma nie tylko wystarczająco dużo weny, ale i sił by zrealizować imponujący projekt. Zawartość omawianej płyty to swoista mieszanka stylów, form muzycznych, mnogości pomysłów i niebanalnych rozwiązań. Bardzo podoba mi się dbałość o brzmienie całości jak i poszczególnych detali. Inteligentne wypełnienie muzycznej przestrzeni słychać szczególnie dobrze w cichych momentach które autor wypełnia atrakcyjnymi ozdobnikami. Jest to też pewnie zasługa odpowiedzialnego za mastering Tomasza Roguli.  Trudno jednoznacznie określić przynależność gatunkową tego dzieła, które posiada elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej czy ambitnego popu. Miłe dla uszu są pełne ekspresji gitarowe solówki Andrzeja Czajkowskiego i Mariusza Mojsiuka. Sam mistrz ceremonii  gra na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Jego największy atut, to chyba umiejętność komponowania, synergii różnych elementów układanki, i porwania do realizacji swojego celu innych, uzdolnionych muzyków.  Połączenie w zgrabną całość orkiestracji, partii chóralnych, ciężkich rockowych gitar i współcześnie brzmiących piosenek, wymaga nie tylko odpowiednich kwalifikacji ale również nietuzinkowej wyobraźni. Taką Kayanis posiada, a sądząc po następnej płycie "Where Abandoned Pelicans Die" - nieustannie ją rozwija. Ale o "Umierających pelikanach" następnym razem. Dziś zachęcam do słuchania "Synesthesis", gdyż ma ona w sobie tę moc i ogień, które to spowodują, że wasz puls życia zabije mocniej!

http://www.kayanis.com/pl/index.html



wtorek, 24 lipca 2012

Daniel Bloom ‎– Thorn



   Daniela Blooma poznałem osobiście, ale w sumie przelotnie, na jednym z koncertów K.OM.P 2000 lub 2001, organizowanych przez Marka Szulena i Kayanisa w Kwidzynie. Pamiętam też, że ktoś zrobił nam grupowe zdjęcie, które być może kiedyś odnajdę w archiwach. Wtedy wiedziałem o Bloomie tylko tyle, że jest to zdolny polski muzyk grający elektronikę i ma w dorobku fajną kasetę/płytę "Thorn".  W promocji całej serii tego typu kaset X- Serwisu, pomógł redaktor Jerzy Kordowicz, umieszczając na nich zgrabnie napisane przesłanie. "Thorn" jest rejestracją koncertu jaki dał Daniel w 1995 roku w toruńskim planetarium. Ten fonograficzny debiut urodzonego w Kwidzynie kompozytora jest nie tylko zgrabnym zbiorem różnych motywów jakie można odnaleźć na wielu innych płytach z tego typu muzyką. Bloom robi to "po swojemu" i ta właściwa jemu swoboda w komponowaniu, jest jednym z największych atutów zestawu. Znam miłośników omawianych nagrań, którzy darzą konkretne dźwiękowe ścieżki z tej płyty szczególną estymą, twierdząc że ta muzyka wywarła pozytywny wpływ na ich życie. Wcale się temu nie dziwię. Sam z upodobaniem do nich wracam. Nie kręcąc nosem na dość wąską bazę stereo, czy brak wyraźnych odgłosów publiczności, poddaję się urokowi nostalgicznych tematów i ekspresji wyrażanej przy pomocy syntezatorowych solówek. Podziwiam wyobraźnię autora w doborze sampli (niektóre przypominają dialogi kosmonautów), piękne, czyste sekwencje i ich fantastyczne, intuicyjne modulowanie. Ta umiejętność tworzenia przyjemnych, czasami wręcz romantycznych klimatów, ich płynnej transformacji, świadczy o szczególnym talencie Daniela. Nie można tego powiedzieć o wielu młodszych autorach, którzy mając czas i sprzęt, nie posiadają umiejętności kreowania oryginalnych syntetycznych światów, albo chociażby nadawania im swojego piętna. Tym bardziej doceniam twórczość Blooma, który przy pomocy skromnego wtedy instrumentarium (Korg-Poly Six, Roland Pro-E, ADS-Digital Delay 500) to potrafił.



poniedziałek, 23 lipca 2012

Kevin Braheny ‎– Galaxies


  Kevin Braheny to wrażliwy i zdolny kompozytor. Jest dobrze znany w środowisku fanów muzyki ambient z kilku solowych płyt i współpracy z innymi znanymi muzykami jak: Steve Roach, Michael Stearns, Richard Burmer czy Tim Clark. Utalentowany konstruktor modularnego syntezatora Serge, systemu Craig Huxleya, uczył potem obsługi tego ostatniego Michaela Stearnsa.  Kevin od dawna zafascynowany jest również zjawiskami paranormalnymi, postrzeganiem pozazmysłowym (ESP), uzdrawianiem i Tantrą. Jednak pozwól, szanowny czytelniku, że w tej recenzji skupię się tylko na jego muzyce. Wiele lat temu spodobała mi się jego trzecia solowa płyta Galaxies z 1988 roku i do dziś mnie porusza. Jest to wyjątkowo ciepły ambient. Autor uwielbiający tajemnice, zmyślnie ułożył program tego spektaklu. W internecie można przeczytać, że ta muzyka powstała do show wyświetlanego w planetarium, a napisanego i wyreżyserowanego przez  Timothy Ferrisa. Faktycznie nietrudno to sobie wyobrazić, ponieważ część utworów idealnie pasuje do takiego widowiska. Ułożone są według pewnej wizji: z ciszy, delikatnie nabierają mocy niczym rozwijające się płatki pięknego kwiatu, lub są jak widok z międzygalaktycznego pojazdu, na feerię zachwycających, lśniących gwiazd. Dźwięki subtelnie napływają z nieskończoności i równie delikatnie odpływają w niebyt. Łagodne pasaże i wyważone frazy sugerują kontakt z czymś niecodziennym. Tego właśnie szukam w muzyce... Dzięki temu, omawiana muzyka przekonuje do siebie pewnym zestawem unikalnych znaków - idealnie przyswajalnych przez nastawionego na sztukę odbiorcę. Kevin płytą "Galaxies" wpasował się między muzykę ambitną a jednocześnie całkiem przystępną. Złoty środek ;).



niedziela, 15 lipca 2012

Serge Blenner - Libération

English version below
   Ludzie mają różne pasje: jedni hodują w akwariach ryby kubiki, inni słuchają namiętnie muzyki. Od pewnego czasu pod czaszką kołatała mi myśl aby na swoim blogu przybliżyć postać i muzykę francuskiego kompozytora Serge Blennera. Akurat mieszkając miesiąc we Francji uznałem, że sprawa dojrzała do realizacji. Tym bardziej że, paradoks - siedząc przed francuską klawiaturą, kupiłem na polskim allegro po przystępnej cenie jego płytę "Libération" (1992). Teraz, wróciwszy do swojego kraju, od paru dni rozkoszuję się tą muzyką. Jej twórca jest osobą mniej znaną na muzycznym rynku niż np. J.M.Jarre. Na jego internetowej stronie można przeczytać, że nigdy nie zabiegał o spektakularną popularność. Nie jest też zainteresowany graniem tego co obecnie jest trendy, woli rozwijać swój osobisty styl tworzenia i komponowania. Ta godna szacunku postawa, znakomicie  przekłada się na owoce jego pracy. Wydał do tej pory 17 albumów zawierających dużo ciekawej muzyki. Jej klasyfikacja nie jest jednak taka prosta. Serge od wielu lat żyje w Niemczech i tworzy w swoim studio "Esthématique". Co może być inspiracją dla Francuza mieszkającego w sąsiednim kraju o trochę innej kulturze?  Filozofia, natura i samo życie. A ponieważ te życie w swojej dynamice zmienia się regularnie, również jego dokonania cechuje różnorodność. Na chwilę obecną nie znam jeszcze kompletnej dyskografii artysty, ale skoro wcześniej postrzegany - ku swojej satysfakcji - był jako niepokorne, łamiące wszelkie reguły "enfant terrible",  prześledzenie jego drogi będzie pewnie zajęciem fascynującym.

   Płyta "Libération" jest bardzo sugestywną wizją, dopracowaną formą, dziełem o zwartej, klarownej idei. Niesamowita swoboda z jaką Serge dobiera poszczególne fragmenty swojej układanki, buduje harmoniczne struktury poszczególnych kompozycji, bardzo mi imponuje. Lata pracy nad badaniem muzycznych niuansów, inwestowanie pieniędzy w nieustanny rozwój studia nagrań, musiało przynieść znaczące efekty. W poszczególnych utworach słychać fascynacje Blennera elementami orkiestracji i symfoniki. Gra z rozmachem, niczym potężny demiurg tworzący i niszczący światy siłą swojej zachcianki. Jak doskonały mówca, który bez zająknięcia przedstawia ważne tezy, Serge ze swadą opowiada swoje akustyczne historie. Dźwięki, podobne do stada szybkich gepardów, nieuchronnie biegną ku swojemu przeznaczeniu, zmieniając stosownie do potrzeb swoją trajektorię na drodze do celu. Ta muzyka naprawdę pobudza wyobraźnię ;). Całość ma w sobie jakieś piętno absolutu, choć jednocześnie przyprawiona jest wyważoną dawką romantyzmu. Praktyczny eklektyzm w doborze środków tylko dodaje jej uroku i smaku. Afirmacja życia wyrażona przez kombinacje generowanych elektronicznych przebiegów, modulowanych fal,  przyswajalnych dla uszu dźwięków. Album "Libération" zawiera wszystkie powyższe elementy, i jest świadectwem dobrego wykorzystania ludzkiego talentu, przełożenia umiejętności na praktyczne ich zastosowanie. Altruistyczne aspiracje Blennera dzielenia się ze światem tym co się ma najlepszego, skutkują w efekcie końcowym wrażeniem uczestnictwa w czymś pięknym i wyjątkowym - polecam.
          



   People have different passions: some breed cubic fish in their aquariums, others listen to music passionately. For some time now, my thoughts have been knocking under my skull to introduce the person and music of the French composer Serge Blenner on my blog. Just after living in France for a month, I decided that the matter was ripe for implementation. The more so because, paradoxically - sitting in front of a French keyboard, I bought his CD Libération (1992) at an affordable price on the Polish Allegro. Now, having returned to my country, I have been enjoying this music for a few days. Its creator is a person less known on the music market than, for example, J.M.Jarre. On his website you can read that he has never striven for spectacular popularity. He is also not interested in playing what is currently trendy, he prefers to develop his personal style of creating and composing. This respectable attitude perfectly translates into the fruits of his work. So far, he has released 17 albums containing a lot of interesting music. However, its classification is not so simple. Serge has been living in Germany for many years and creates in his studio "Esthématique". What could be an inspiration for a French living in a neighboring country with a slightly different culture? Philosophy, nature and life itself. And since this life changes regularly in its dynamics, its achievements are also characterized by diversity. At the moment I do not know the complete discography of the artist yet, but since he was previously perceived - to his satisfaction - as rebellious, breaking all rules "enfant terrible", tracing his path will probably be a fascinating activity.

 The album "Libération" is a very suggestive vision, a refined form, a work with a compact, clear idea. The incredible ease with which Serge selects individual pieces of his puzzle, builds the harmonic structures of individual compositions, impresses me a lot. Years of researching musical nuances, and investing money in the continuous development of the recording studio, had to bring significant results. In individual pieces you can hear Blenner's fascination with elements of orchestration and symphony. He plays on a grand scale, like a powerful demiurge creating and destroying worlds by the force of his whim. Like the perfect speaker who makes important theses without hesitation, Serge tells his acoustic stories with gusto. Sounds, similar to a herd of swift cheetahs, inevitably by run towards their destiny, changing their trajectory as needed on the way to their destination. This music really stimulates the imagination;). The whole thing has a certain mark of the absolute, although at the same time it is spiced with a balanced dose of romanticism. Practical eclecticism in the selection of means only adds to its charm and taste. Affirmation of life expressed by combinations of generated electronic waveforms, modulated waves, and sounds available to the ears. The album "Libération" contains all of the above elements, and is a testimony to the good use of human talent, translating skills into practical application. Blenner's altruistic aspirations to share with the world what he has the best result in the final impression of participating in something beautiful and unique - I recommend.

sobota, 14 lipca 2012

Important event: Manuel Göttsching again in Poland!!!

English version below:
Ekscytująca wiadomość!!!


  Legendarny niemiecki gitarzysta, wirtuoz instrumentów klawiszowych Manuel Göttsching, ponownie przyjedzie do Polski. Według informacji potwierdzonych przez samego artystę, 8 września 2012 roku zagra, czy też może trafniejsze będzie wyrażenie  - wystawi pokaz multimedialny, w Planetarium warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Spektakularną oprawę wizualną zapewni The Joshua Light Show, znany ze współpracy z takimi gwiazdami, jak Jimi Hendrix, Janis Joplin. Led Zeppelin czy Frank Zappa. Tyle z dostępnych materiałów (http://www.terazrock.pl/aktualnosci/czytaj/Manuel-G_ttsching-zagra-w-Warszawie_.html.).
Wcześniej, jak można przeczytać na stronie muzyka http://www.ashra.com/,  11 sierpnia 2012, Manuel Göttsching  będzie koncertować w Japonii w Makuhari Messe, Chiba, w ramach charytatywnej akcji Dommune's benefit concert, dla sierot które straciły swoje rodziny w trzęsieniu ziem i jego następstw w Japonii 11 marca, 2011.Wejście jest bezpłatne, a koncert można obejrzeć za pośrednictwem live stream z całego świata. 


  Wielokrotnie pisałem na moim blogu o płytach i muzyce tego znakomitego artysty, zachwycając się jego wielką wrażliwością, niesamowitym talentem i imponującym warsztatem. Dzięki takim tytułom jak: New Age of Earth, Blackouts, Dream & Desire, E-2,E-4, Die Mulde and more, na trwałe zapisał się w historii muzyki rockowej i elektronicznej. Do Warszawy nie jest daleko z żadnego miejsca w Polsce, więc przybywajcie fani na te wyjątkowe spotkanie!!!

German legendary guitarist, master of keyboards - Manuel Göttsching will come to Poland again! The artist confirmed that in September 8th he's going to play a concert at Warsaw planetarium belongs to Kopernik Science Center. It will be a great multimedia show with a spectacular visual setting created by The Joshua Light Show, known for his work with stars such as Jimi Hendrix, Janis Joplin, Led Zeppelin and Frank Zappa. Earlier in August 11th, as can be found at http://www.ashra.com/, Manuel Göttsching will be performing in Japan in Makuhari Messe, Chiba, the charity campaign "Dommune's benefit concert" for the orphans who have lost their families in the earthquake and its aftermath in Japan in March 11th 2011. The concert is for free and can be viewed via live stream from the whole world. Many times I was writing on my blog about CDs and music of this outstanding artist, admiring his great sensitivity, amazing talent and impressive skills. With the titles like: New Age of Earth, Blackouts, Dream & Desire, E-2, E-4, Die Mulde, and others, he left an indelible mark on the history of rock and electronic music. Warsaw is not far away from any place in Poland, so the fans come there to see and hear this special event.

sobota, 7 lipca 2012

Gert Emmens - An Artist's Stroke


  Czego można oczekiwać po pięknym zachodzie słońca? Choć różnią się one od siebie w różnych częściach świata kolorem nieba, krajobrazem, przejrzystością powietrza i towarzyszącemu mu krajobrazowi, każdy wie jak to będzie mniej więcej wyglądać. I ludzie od tysięcy lat podziwiają je te same widoki w innej konfiguracji.  Podobnie jest z muzyką Gerta Emmensa.  Ten kompozytor wierny jest od początku pewnej idei, którą konsekwentnie realizuje i motywom jakie eksploruje. Jego utwory  podobne są do obrazów które ukazują zatrzymany fragment rzeczywistości. "An Artist's Stroke" kontynuuje fascynacje artysty właśnie między innymi, projektami rosyjskiego malarza Jurija Pugachova. Gert podaje na tym albumie, niczym wprawny kucharz, odpowiednią porcję powłóczystych sekwencji przy których tworzeniu miał znaczny udział Ruud Heij, ciepłych melodii i łagodnych pasaży. To swoista muzyczna psychoterapia, która otacza słuchacza gamą wyszukanych molowych barw. Idealne lekarstwo na ciężki dzień pełen stresów - chyba jedno z najlepszych jakie znam. Wnikliwi fani zarejestrują pewnie również niewielki udział Cadenced Heaven. Zgrane trio pod dyrekcją wrażliwego instrumentalisty, którego jestem dalej zagorzałym zwolennikiem. Polecam dla romantyków.


środa, 4 lipca 2012

Biosphere ‎– Microgravity



  Ach te debiuty i niekłamana przyjemność z ich przeżywania, oceniania i napawania się każdym dźwiękiem! Norweski alpinista, fotograf, ale dla mnie przede wszystkim kompozytor Geir Jenssen - swoją pierwszą płytę "Microgravity" wydał w 1991 roku. Oj, to już pokolenie temu! Jej zawartość jednak nie zestarzała ani trochę (piszę to na przekór pewnym "fachowym" opiniom). Była ona jakimś novum na fali, czy też obok kilku innych wydawnictw udowadniając że w dziedzinie miksowania dźwięków nie powiedziano jeszcze wszystkiego. Bardzo szybko Jenssen stał się znany w kręgu poszukiwaczy niebanalnych muzycznych kolaży na całym świecie. Uważam że całkiem zasłużenie. Bowiem syntezatorów sprzedano już tysiące, ale naprawdę kreatywnych twórców jest  jak wszyscy wiemy - dużo mniej. Na "Microgravity" Mr. Biosphere postarał się mocno wciągnąć słuchacza w swój świat, serwując paletę tajemniczych brzmień, niekonwencjonalnych wtedy rozwiązań, ciekawych sampli i intrygujących łamańców rytmicznych. Aby całość nie była nużąca, przemiennie występują utwory o różnej dynamice. Choć autor jest Norwegiem, nie uważam jego muzyki z płyty Microgravity za specjalnie zimną. Na pewno pełną niedomówień, enigmatyczną, ale niekiedy też wręcz przebojową (Baby Satellite). I ta umiejętność trafienia w gust kilku różnych grup słuchaczy jest jednym z większych atutów utalentowanego Skandynawa. Niezwykła atmosfera jaka powstaje przy jej słuchaniu jest mi szczególnie cenna. To już część kanonu dobrej muzyki lat 90.





czwartek, 28 czerwca 2012

Yes ‎– Drama


  Co kilka lat, niejako odpoczywając od klasycznych elektronicznych kompozycji, zataczam kolo, wracając do moich ulubionych  płyt z progresywnym rockiem. "Drama" nagrana przez zespól Yes w 1980 roku, jest dość nietypowym albumem supergrupy. Nagrali ją w unikalnym składzie. Bez bardzo znanych członków jak Jon Anderson czy Rick Wakeman. Zastąpili ich utalentowani muzycy The Baggles - Geoff Downes grający na klawiszach i wokalista Trevor Horn, całkiem zgrabnie naśladujący styl Andersona. Choć zmiany personalne były w Yes dość częste, ta modyfikacja wydaje mi się wyjątkowo udana. Jak gdyby świeża krew pomogła muzykom wydobyć z siebie to, co najlepsze. Wydano pierwotnie sześć dynamicznych kompozycji które zadziwiają swoim rozmachem. Nie wiem co bardziej podziwiać: spektakularne solówki jakie tworzy Steve Howe; perfekcyjny bas Chrisa Squire'a, czy wirtuozerię Geoffa Downesa... Niesamowite zgranie wszystkich uczestników sesji słychać dobrze zarówno w tych podstawowych fragmentach, w bonus trackach dołączonych do  późniejszych wydań, czy na udanej trasy koncertowej. Ciekawe są dokumenty ze wspomnianego tournee dostępne na YouTube. "Into The Lens" szybko spodobał się prezenterom radiowej III ki, i przez wiele lat jego fragment stanowił podstawowy przerywnik odtwarzany podczas listy przebojów. Jeśli dołożyć do tego ciekawe teksty, chociażby z "Machine Messiah" - trudno przejść obok tej muzyki obojętnie. Rządzi tu werwa, maestria w połączeniu z atrakcyjnym brzmieniem i pomysłowością. Jedna z tych płyt, które nigdy się nie starzeją.  

      

środa, 27 czerwca 2012

Emerson, Lake & Palmer ‎– Trilogy



  Druga polowa lat 70. Początki mojej muzycznej pasji. Wizyta u przyjaciela, na gramofonie Bernard kreci się czarny winyl ELP Trilogy z 1972 roku. Dobrze nagrzany wzmacniacz Kleopatry i słuchawki klasy Hi Fi. Wspólnie wsłuchujemy się w zawartość płyty, pełnej kontrastów, dysonansów i ... niesamowitej mocy. Koturnowe wstawki, atakowanie słuchacza kakofonią, falami brzmień cokolwiek agresywnych i na przemian... delikatnych. Te odżywcze amplitudy dostarczają  wrażeń niebanalnych, a ich skala jest szeroka, typowa dla  ówczesnej rockowej maniery. Ogień prawdziwy tryska czasami spod palców tych trzech sympatycznych panów. Choć od wydania tej muzyki minęło już 40 lat, dalej mnie on zachwyca. Gdy  dawno temu poznawałem tę muzykę; nie wnikałem w jej techniczne niuanse, nie wiedziałem wtedy że te wirtuozerskie solówki Keitha Emersona wykonywane są na Moogu, a The Sherriff zawiera przekleństwo perkusisty Carla Palmera. Liczyła się witalność płynąca z każdej  minuty krążka, tworzenie niesamowitych historii, akustycznych perełek. To obok Brian Salad Surgery; chyba najbardziej dopracowana płyta tercetu. Godna polecenia każdemu koneserowi.


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Genesis - Trespass


  Szczerość emocji jest głównym czynnikiem który pociąga mnie ku tej pięknej muzyce. No i cudowny głos Petera Gabriela, rzecz jasna. Płyta Trespass z 1970 roku, pierwszy ważny album Genesis, powala siłą ekspresji. Jeśli brać pod uwagę późniejsze standardy, jest fatalnie nagrany technicznie.  Nie stanowi to jednak problemu dla prawdziwych fanów, którzy poddając się misternie splecionym opowieściom, skupia się bardziej na treści, zawartości utworów, niż na niuansach tłoczenia czy stanu studia w którym nagrano te piosenki. Dźwięki, choć mam czasami wrażenie ze wychodzą z beczki czy studni, ułożono obok siebie według pewnej wizji. Peter śpiewa jakby świat miał za chwile się zawalić, a jego koledzy uparli się, że ich instrumenty dorównają mocą i natężeniem ekwilibrystycznym popisom wokalisty i flecisty. Te pojedynki doprowadzili później do perfekcji. Na Trespass podoba mi się właściwie wszystko w każdej sekundzie, a szczególnie wzrusza historia zabarwionej na czerwono White Mountain, u podnóża której dochodzi do dramatycznej walki toczonej przed dumne zwierzęta. Zresztą... Moc talentu Gabriela nadaje duże znaczenie jego słowom i gdy śpiewa ze chce pić, chciałoby się poszukać go z butelką... Dopóki żyję,  ta ciepła muzyka będzie mi towarzyszyć i unosić, unosić, unosić ...

jak ja nie lubię tej francuskiej klawiatury ech...

niedziela, 10 czerwca 2012

Manuel Göttsching - Die Mulde


 W 2005 roku Manuel podarował melomanom kolejną perełkę ze swojego studia. Chociaż główna zawartość "Die Mulde" jak i kończąca ją suita "HP Litte Cry" nie zaskakuje niczym nadzwyczaj nowatorskim, to słucha się tego doskonale. Muzyk bazuje na tworzeniu odpowiedniego klimatu przy pomocy dość dziwnych,chwilami może nawet topornych dźwięków. Te celowe działania skutkują efektami zaskakująco pozytywnymi dla ucha i organizmu słuchacza. Göttsching - twórca doskonałych relaksacji, wręcz transowych seansów, hipnotyzuje długimi strumieniami monotonnych, zapętlonych akustycznych form. Idealna pozycja do słuchania tej muzyki to leżenie na wznak z zamkniętymi oczami, lub w ciemności. Taka konsumpcja sączącej się leniwie ze słuchawek kompozycji, przypomina odrealnioną podróż w innym wymiarze. Odcina niepotrzebne zmysły i uruchamia wyobraźnię. Obrazy jakie wywoła muzyka z "Die Mulde", w każdym przypadku mogą być inne, zależy to od indywidualnych predyspozycji odbiorcy i jego wrażliwości. Dla mnie jest dość intymnym przeżyciem. Niemniej, jestem pewien że uniwersalność emocji proponowana przez Manuela, jest do zaakceptowania przez więcej niż tylko wąską grupę zwolenników jego dokonań. Takie słuchanie kojarzy mi się z czytaniem wciągających książek.  Szkoda tylko, że ta pasjonująca muzyka mająca swoje spełnienie w część Zerfluss, w końcu cichnie... Wspomniany  na początku deser "Litte Cry" bardzo się różni od pierwszych 40 minut płyty. Niektórzy nawet uważają że jest niepotrzebny. Ale po jakimś czasie i ta muzyka, luźne gitarowe wtręty, może przypaść do gustu.  Tym bardziej że jest dziełem znakomitego instrumentalisty, który jak mało kto udowadnia swoją sprawność i subtelność.



poniedziałek, 4 czerwca 2012

Anne Clark - Unstill Life


  Miałem poważny problem z wyborem pierwszej płyty Anne do recenzowania, bo właściwe podobają mi się wszystkie jej nagrania. Płyta Anne Clark - Unstill Life z 1991 roku, jest siódmą dużą płytą w jej dyskografii. Ta angielska poetka i autorka wielu oryginalnych piosenek, zdobyła uznanie swoją dość ekscentryczną twórczością wśród publiczności bardziej wymagającej,niż bezkrytyczni przeżuwacze popu ;). Wiersze, mające korzenie w niespokojnych czasach punk rocka (ale zdecydowanie bardziej dojrzałe), i doskonała oprawa instrumentalna bazująca w dużej mierze na wykorzystaniu brzmień syntetycznych, tworzą nową jakość w muzyce rozrywkowej. Poezja Anne Clark nie traci nawet przy prymitywnym tłumaczeniu przy pomocy Google translatora. Jej treścią jest obserwacja otaczającego świata, jego szczególnych przejawów, niepokój oraz inne, osobiste stany ducha autorki. Ciekawe że brzmienie kontrabasu, skrzypiec, wiolonczeli i elektroniczny akompaniament znakomicie podkreślają charakter wypowiadanych słów.  I to zarówno, gdy przepełniają ją negatywne emocje (pierwsze kompozycje), jak i wtedy, gdy swoim silnym, bardzo sugestywnym wokalem przekazuje treści zdecydowanie optymistyczne. Jednym z najbardziej porywającym jest "Empty me", czy "Abuse" gdzie Clark wprowadza monodeklamację ze szczególną ekspresją. Na "Unstill Life" towarzyszy artystce kilku mniej znanych mi instrumentalistów. Ale wykonali razem z liderką, kawał dobrej roboty. To ten rodzaj muzyki, która długo się nie nudzi.


piątek, 1 czerwca 2012

De Coy: Śpiew klasyczny to moja miłość i niezrealizowane powołanie



Kasia Rakowska jest piosenkarką w zespole Fading Colours. Zwrócił na nią moją uwagę Mariusz Wójcik, który ma nosa do dobrej muzyki. Postanowiłem więc rzucić okiem na jej profil  na Facebooku. Ładna kobieta, pomyślałem, i dałem sobie trochę czasu na oswojenie z dokonaniami Fading Colours. Okazało się, że Mariusz  miał rację, muzyka zespołu, jak i solowe nagrania De Coy, są naprawdę warte uwagi. Zadałem więc Kasi De Coy trochę pytań:

D.K.: Używasz scenicznego pseudonimu De Coy. Angielski przymiotnik "Coy" oznacza między innymi: skromny, nieskory, cichy, nieśmiały. Czy któreś z tych określeń pasuje do Ciebie, czy to przypadek?

De Coy: Nazwa "De Coy" na nic logicznego przetłumaczyć się nie da. Zwłaszcza, ze owo: "coy" poprzedza nic nie znaczące: "de". Nie jestem - wbrew pozorom - ani nieśmiała, ani cicha, ani nawet skromna... Żadne z tych określeń do mnie nie pasuje.

 D.K.: Tak też i sobie myślałem w cichości ducha, ale wolałem się upewnić :). Fading Colours - zespół w którym śpiewasz, wpisywany jest w konwencję rocka gotyckiego, dark wave czy też muzyki alternatywnej. Co zadecydowało że "odnalazłaś" się w tych, a nie innych klimatach?
 
De Coy: Absolutny przypadek zadecydował o tym, ze zaczęłam wyrażać się poprzez tę konwencję. Zanim powstał "Fading Colours", a wcześniej " Bruno the questionable" nie miałam wiele wspólnego z tymi stylami. Owszem, sporadycznie słuchałam audycji nieznanego mi jeszcze osobiście Tomka Beksińskiego, ale bez większej atencji. Moim żywiołem był jazz i muzyka klasyczna. Od dziewiątego roku życia występowałam z zespołem na scenie. Nie można wiec powiedzieć, ze byłam zupełną nowicjuszką, ale moja inicjacja wokalna, muzyczna, miała zupełnie inne źródła....

D.K.: Twój mąż Krzysztof Rakowski i jego brat Leszek, są głównym organizatorem Castle Party, dużego festiwalu na którym oprócz Waszego zespołu gościło już mnóstwo wykonawców, również tych szerzej znanych: Clan of Xymox, Anne Clark czy nasz Riverside. Koncerty odbywają się nieprzerwanie od 2003 roku. Mam w związku z tym kilka pytań. Interesuje mnie pewien fenomen psychologiczny z nim związany. Przyjeżdża na niego sporo młodych ludzi, cokolwiek dziwnie ubranych. Jak uważasz, czy jest to poza, chęć bycia częścią jakiejś społeczności, subkultury, wyrażenia pewnych wspólnych idei? Jaka jest Wasza publiczność? 

De Coy: Przede wszystkim należy sprostować: moim byłym mężem był Leszek Rakowski, a nie Krzysztof, który jest głównym pomysłodawcą i organizatorem CP. Nasza publiczność przede wszystkim rekrutuje się z kręgów słuchaczy muzyki niezależnej, alternatywnej, czy jak ja tam zwał. Niekoniecznie jest to ta grupa ludzi, którą zwykło się określać mianem Gotów. Szczerze mówiąc, zawsze dziwiło mnie określanie tego, co gramy, mianem gotyku. Myślę, że takie błędne nazewnictwo wzięło się stad, iż naszym pierwszym recenzentem, a zarazem popularyzatorem w Polsce, stal się Tomasz Beksiński; autor audycji zawierających sporą dawkę tego rodzaju klimatów.



D.K.: Porozmawiajmy trochę o samej muzyce. Każda kolejna płyta Fading Colours jest trochę inna. Bardzo to miłe, bo widać że zespół się rozwija i nie jest nudno. I'm scared of... zawiera cover Depeche Mode "Clean". Trochę mnie to zaskoczyło, nie wiem czemu, ale wykonanie jest świetne, więc nie myśl że się czepiam. Jedną z piosenek zagrała też Anne Clark. Fascynująca artystka, uwielbiam jej płytę "Unstill Life" Jak doszło do tej sesji? 

De Coy: "Unstill Life" jest też moją ukochaną płytą... Współpraca z Anne Clark to efekt naszej wzajemnej fascynacji, sympatii i po prostu znajomości na gruncie prywatnym. Anne bez zbędnych ceregieli nagrała z nami jeden utwór. Była to z jej strony prosta uprzejmość i chęć pomocy nam w promowaniu płyty. Bardzo jesteśmy jej za to wdzięczni. Kontakt z Anne utrzymuję do dzisiaj.

D.K.: W waszej muzyce jest coraz mniej rockowych gitar, a coraz więcej syntezatorów, co mi się oczywiście podoba. Jednocześnie mam wrażenie, że brzmienie zespołu choć trochę już inne, nic nie traci na mocy. Jakiej muzyki słuchasz z mężem, gdy nie nagrywacie swojej?
 
De Coy: Nie mam już męża... A jeśli chodzi o słuchanie muzyki, to słucham jej głównie w aucie. To jest tak, jak w tym powiedzeniu, ze "szewc bez butów chodzi" ... słucham niewiele. Jeśli już, to jest to muzyka z lat 90., czasami, jak mam nastrój to psychodelic trance, stara Patti Smith, Pj Harvey, czasem Adele, Amy... Nic szczególnego. Jeśli mnie coś zafascynuje, słucham tego na okrągło aż do znudzenia...
 
D.K.: To tak jak ja :). W roku 2004 wydajesz swoją solową płytę "Pleasure For Nothing" która jak mi się wydaje, programowo zawiera łagodniejszy materiał. Możesz powiedzieć o niej trochę więcej, oraz o współpracy z Rudolfem Świerczyńskim?

De Coy: Dlaczego programowo? Akurat przy tej płycie niczego nie planowaliśmy, ani nie zakładaliśmy. Wszystko, ale to absolutnie wszystko z mojej strony było improwizacją i tym samym olbrzymią dla mnie frajdą. Z Rudolfem trochę się rozjechaliśmy. On został w Warszawie, a ja wyjechałam do Bielska. Ale wiem, ze przyjdzie taki moment, kiedy powiemy sobie: teraz! I nagramy kolejną płytę. To tylko kwestia mobilizacji.

D.K.: Niezależność od dużych wytwórni i zobowiązań pozwala na swobodę w planowaniu i nagrywaniu. Czym można wyjaśnić (jeśli wypada zadać mi takie pytanie)  blisko sześcioletnią przerwę w działalności wydawniczej zespołu?

De Coy: Blisko 10 letnia przerwę :-). W tzw. międzyczasie wydałam płytę solową pod szyldem De Coy. Ta przerwa, to efekt podpisania kontraktu z małą niezależną firmą,  a co za tym idzie, bardzo nienapiętej atmosfery współpracy. Mówiąc kolokwialnie: zwykłego lenistwa i braku zewnętrznego ciśnienia i dyscypliny.

D.K.: O.K. W 2009 Fading Colours powraca na rynek z płytą - (I had to) Come. Dużo syntezatorów i... pojawia się męski wokal w takich dziwnych pomrukach. Fajna płyta: nowe brzmienia, dynamika, mocne basy, dużo kombinacji. Pracy w studio pewnie było nad nią co niemiara. Odnoszę wrażenie, że został materiał dopasowany do występów live... Zgodzisz się z opinią że jest na nim sporo ciężkiego transu? 

De Coy: Tak. Trans to nasze właściwe oblicze, jeśli chodzi o współczesny FC. Następna płyta jednak będzie zupełnie inna....

D.K.: Co ma oznaczać lampa na okładce płyty "Come"?



De Coy: Wolałabym tego tematu nie poruszać. Niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie. O takie niedomówienie nam chodziło...

D.K.: Na YouTobe są Wasze teledyski live z 2010 roku gdzie z niesamowitą ekspresją śpiewasz "Lorelei" (Lublin, klub Graffiti, 9.03.2010). To piosenka z I'm scared of... Czyżby najlepiej odbierany utwór zespołu?

De Coy: Trudno powiedzieć. Nie należy do moich ulubionych. Wole "Eveline", "Colours" czy "Clean" wspomnianego DM... Na pewno jest dynamiczny i melodyjny, oraz dość łatwy do zaśpiewania :-).

D.K.: Mówił Ci ktoś może już, że masz "operowy" głos i powinnaś się przekwalifikować? ;)

De Coy: Mam momentami taką klasyczną manierę ze względu na to, ze ten gatunek muzyki wiele lat wcześniej, a także w trakcie trwania zespołu, uprawiałam. Występowałam również w zielonogórskim kabarecie ;-).  Śpiew klasyczny to moja miłość i niezrealizowane powołanie. Musiałam w pewnym momencie dokonać trudnego wyboru: zespół albo śpiew klasyczny. Nie da się z powodzeniem uprawiać jednego i drugiego. Po wielu latach zrezygnowałam z klasyki na rzecz zespołu.

D.K.: Czym zajmujesz się gdy nie śpiewasz i nie słuchasz muzyki? Masz czas na inne pasje? Może czytasz książki albo uskuteczniasz wycieczki do egzotycznych krajów?

De Coy: Jestem normalną, przeciętną osobą. Mam dwoje dzieci... Lubię czasem pojechać jeepem w góry i upaprać się w błocie. Bywa, że nurkuję,  bądź próbuję innych ekstremalnych form spędzania wolnego czasu. Czytam, podróżuję, oglądam filmy. Od roku moja pasją jest bieganie.

D.K.: Hmm... Moją pasją od paru lat jest myślenie o bieganiu ;).  Czy możesz zdradzić moim czytelnikom, czego można się spodziewać w tym roku na Castle Party? Kogo planujecie zaprosić? 

De Coy: To pytanie do Krzysztofa, on się tym zajmuje.


 D.K.: Rozumiem. Czego można się spodziewać po Tobie i zespole w przyszłości? Macie jakieś plany co do nowych nagrań?

De Coy:  Mamy w planach nagranie kolejnej płyty. Ale póki co, nie mamy jasno określonych terminów. Zresztą wszystkie objęte warunkami umowy dawno przekroczyliśmy :-). Daniel, mój partner w zespole, ma w tej chwili inne priorytety, a ja cierpliwie czekam, aż poukłada swoje sprawy. Jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze mogę powiedzieć: kończymy tę przygodę! I nic takiego się nie stanie....

D.K.: Życzę wszystkiego dobrego i dziękuję za wywiad.

De Coy: Ja również.