poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Klaus Schulze – Dig It Deluxe Edition Set


"The song... The sound... Analogue is dead... Digital is an automat... One bit for you, one byte for me... What's it like?... It's alright".

  Pierwsze wydanie płyty Dig It Klausa Schulze miałem okazję poznać w 1981 roku. Miało to miejsce w pewnej uroczej wsi, gdzie w domu dobrego kumpla do woli mogłem się rozkoszować tą muzyką z winylowego krążka, oraz dziwnymi zdjęciami zdobiącymi dużą okładkę.  Miałem wtedy 17 lat, naokoło ludzi stresował stan wojenny, a moje uszy i serce zaczynała opanowywać nowa pasja którą wtedy nazywano: rock elektroniczny. Z Klausem Schulze nie było tak łatwo i nie od razu mi się spodobał. Męczyłem jego inne płyty jakieś dwa lata zanim nastąpiła ta szczególna przemiana i akceptacja wizji niemieckiego kompozytora. Płyta  Dig It oraz Trancefer dokonały transformacji mojego gustu. Od tej pory bardzo ceniłem Klausa za jego konsekwencję w wydawaniu kolejnych niekomercyjnych projektów. Za to, że jest artystą niepokornym i nie wahał się tworzyć ambitnej muzyki, która zmuszała do podążania za autorem w jego akustyczne światy - na jego zasadach.  Teraz, po latach, materiał z tej płyty oceniam jako niezbyt wyrafinowany, zbyt dosłowny i mało złożony. Ale dalej kocham wszystkie utwory! Te pozorne zimno wylewające się ze wszystkich fragmentów ciągle urzeka. Szczególnie  godna uwagi wydaje mi się suita "Synthasy" która w okresie największej fascynacji musiała być odtwarzana trzy razy pod rząd (smile). Mało jest muzyki do której podchodziłbym z równym uczuciem. Ale, zgodnie z tekstem jaki słuchać dziś w wielu reklamach - ona jest tego warta (smile).

Bonus track "Esoteric Goody" trwa blisko pół godziny i jest typową suitą kontemplacyjną: bez rytmu, wyraźnego początku i końca. O rozmytych konturach, trochę podobny do "Dune". Podobno pochodzi z oryginalnej sesji Dig It.

W reedycji z  2005 roku dołożono nie tylko długi utwór "Esoteric Goody", ale też płytę DVD z koncertem "Linzer Stahlsinfonie". Ten materiał zarejestrowano 8 września 1980 w Austrii. Zapis koncertu różni się od studyjnej płyty klimatem. O ile muzyka z "Dig It" będąca wyrazem fascynacji cyfrową technologią stanowi dość krótką, zwartą ideowo całość, o tyle nagrania z Linzu to godzinna sesja kilku powiązanych ze sobą pomysłów. Oczywiście - podporządkowanych idei wyświetlanej na ekranie. Obecnie fascynacja Klausa procesami technologicznymi zachodzącymi w hucie stali może wydawać się trochę archaiczna. Ale 32 lata wcześniej była jak najbardziej na miejscu. Pomiędzy ujęciami z walcowni i pieca hutniczego, słuchacze i widzowie spektaklu oglądają migawki z lotu ptaka. Zdjęcia pokazujące miasta zmienione przez ciężki przemysł są być może ostrzeżeniem przed uwikłaniem się ludzkości w industrializację. Niezależnie od proporcji fascynacji i obaw artysty związanych z technologią, muzyka z "Linzer Stahlsinfonie" może się podobać. Choć emocje rozwijane są powoli, a jakość obrazu i dźwięku (zgranego z lekko zleżałej kasety VHS) pozostawia trochę do życzenia, jest to stary, dobry Klaus Schulze. Fan z upodobaniem będzie nie tylko słuchał ale i oglądał Mistrza obsługującego instrumenty, oraz podziwiał zaangażowanie spoconego perkusisty Freda Severloha. Szybko skojarzy pewne fragmenty z innymi współczesnymi koncertowi nagraniami i będzie się rozkoszować programowanymi rytmami (między 16 a 30 minutą). Jak to u Klausa, celebrowanie nastroju jest doprowadzone prawie do absurdu i przypomina podróż po rzece Amazonce  - która jak wiemy do najkrótszych nie należy (smile). Schulze nie żałuje swoich charakterystycznych solówek które zgrabnie wykonuje mimo krępującego kasku i maski spawalniczej na głowie. Trochę przydługie zakończenie i uhonorowanie kilku pracowników odlewni żeliwa Voest-Alpine których ciężka praca była dla Klausa inspiracją. W sumie ciekawy kawałek historii muzyki.