czwartek, 8 września 2011

Tangerine Dream - Ricochet



Czy warto pisać o muzyce doskonale znanej? Uważam że tak. Wielu fanów twierdzi, że płyta Ricochet zespołu Tangerine Dream jest jedną z najlepszych w historii zespołu. I trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na ilość pomysłów tam zawartych, niespodziewanych zwrotów akcji, czy przemawiających do wyobraźni przygotowanych efektów dźwiękowych. Porywające, działające na emocje kaskady generowanych przebiegów, lekko schizofreniczne solo gitary Edgara Froese w Part I, czy genialne połączenie w jedną całość kontrastujących ze sobą elementów - wrażliwego melomana nie pozostawi obojętnym. Ta muzyka jest tak wciągająca, że często się zdarzało słuchaczom odtwarzać ją w domu aż do znudzenia, do pełnego nasycenia. Pewne fragmenty Part II niektórym odbiorcom kojarzą się z religijnym kultem, ich katedralne brzmienie może doprowadzać do duchowej ekstazy, swoistego katharsis. Choć nie jestem zwolennikiem takowych ekstremalnych reakcji, nie da się zaprzeczyć że wpływ tej fantastycznej muzyki na ducha drzemiącego w człowieku, tego wewnętrznego "Ja" cieszącego się dziełem sztuki, jest doprawdy niesamowity. I nie ma znaczenia że w istocie dokładnie takiego koncertu nie było, że to zlepek różnych fragmentów z wielu sal koncertowych. Słuchacz urzeczony mnogością fascynujących skojarzeń wybacza muzykom ten drobny niuans. Efekt pracy studyjnej jest bowiem powalający. Połączenie w tak krótkim czasie tak przemyślnie wielu barw, splotu spektakularnych brzmień, przypomina podróż w inne kolorowe wymiary, niepoznane dotąd światy. Ciekawe są te odgłosy pracujących maszyn, po których słychać smutny mellotron i powracają urozmaicone pochody sekwencji. Wydawać by się mogło że zespół już nic nie wyciśnie ze swojej Mandarynki, a tu na deser piękne zakończenie. I za to właśnie kochamy tę muzykę. Dzięki takim nagraniom lider zespołu wyrobił sobie dobrą markę i w konsekwencji do dziś dnia zespołem interesują się różni ludzie.
   Ale to już inna historia.