niedziela, 5 lutego 2012

Brian Eno - Making Space



    Brian Eno jest ciągle aktywnym i pełnym  wigoru kompozytorem. W 2006 roku wydał znakomitą płytę Making Space. Potwierdza ona nie tylko dobrą formę uznanego prekursora gatunku ambient, ale jest świetnym argumentem na jego korzyść dla tych słuchaczy, którym widzi się Eno jako producent i autor serii nudnej muzyki. Urozmaicona zawartość opisywanego krążka różni się od jego wczesnych płyt. Zamiast mało wyraźnych plam dźwiękowych, ledwo wybijających się ponad poziom ciszy, słuchacz otrzymuje dziewięć dość krótkich, ale energetycznych  utworów. Nie znaczy to że Brian nagrał coś popowego czy komercyjnego, po prostu zarejestrowane ścieżki są pełne wewnętrznej mocy. Rezygnacja  z długiego budowania nastroju nie zaszkodziła treści. Mamy tu jakby pakiet reprezentujący bogactwo pomysłów, techniczną sprawność i dbałość o  atrakcyjne wypełnienie stereofonicznego obszaru doznań w wykonaniu doświadczonego Anglika. Mistrza w... tworzeniu przestrzeni.  To są dalej w większości ambientowe perełki, subtelne pasaże i zwiewne struktury, ale podane wyjątkowo przystępnie. Do współpracy w trzech utworach Brian Eno zaprosił gitarzystów Tima Harriesa i Leo Abrahamsa. Oczywiście, gitary nie grają rytmicznie (smile). Czuć że ta muzyka nie powstała "na siłę", tylko z wewnętrznej potrzeby. Szczególne wrażenie (a podobają mi się wszystkie części płyty) zrobiły na mnie pełne ekspresji, dostojne quasi organowe frazy w kończącym całość "Delightful Universe (seen from above)". Mocny akcent! Faktycznie, Wszechświat widziany z góry na pewno jest zachwycający.


sobota, 4 lutego 2012

Daniel Bloom - Wszystko co kocham O.S.T.


  Myślę że się nie pomylę jeśli powiem że Daniel Bloom (a właściwie Daniel Tomasz Borcuch), jest jednym z niewielu polskich muzyków grających na syntezatorach, któremu zdecydowanie udało się zrobić karierę. Przynajmniej w obrębie naszego kraju. Pamiętam jego ekstrawaganckie popisy na "parapetach" i dynamiczne spektakle jakie można było oglądać ponad 10 lat temu na licznych koncertach w których brał udział. Fani byli zachwyceni! Porównywano go do Klausa Schulze, a niektórzy twierdzili nawet że i z wyglądu przypomina niemieckiego wirtuoza. Uważam jednak że Daniel jest podobny przede wszystkim do samego siebie, i tego typu porównania nie są właściwe. Wróćmy jednak do meritum. Tak,  Danielowa biegłość i opanowanie klawiatur szybko stały się legendarne, a wysokie umiejętności i techniczna perfekcja były tematem gorących dyskusji. Wszyscy się cieszyliśmy, że oto mamy kolejnego polskiego muzyka który swą grą nie ustępuje światowym gwiazdom elektroniki. Przez pewien czas bawiło Blooma wierne  odtwarzanie atmosfery koncertów tytanów elektroniki lat 70. Ta muzyka "live", jak i pierwsza płyta "Thorn" z 1995 krążyła po Polsce w wielu kopiach CD-r. Potem Daniel na 5 lat zniknął. Być może skupił się  na poszukiwaniu swojej własnej muzycznej tożsamości? Nie wiem. Między rokiem 2000 a 2005 ukazuje się sześć tytułów, w tym dwa sygnowane jako "Physical Love" i "Paralogic" i dwa soundtracki do filmów  w reżyserii swojego brata Jacka Borcucha. Omawiana dziś muzyka też pochodzi z obyczajowego filmu Jacka nakręconego w 2010 r. pod sporo mówiącym tytułem "Wszystko co kocham".
   Filmu jeszcze nie oglądałem, przeczytałem dostępne precyzyjne opisy  w internecie, wywiad z reżyserem i fragmenty na YouTube. Muzyka natomiast jest mi już dobrze znana. To siedemnaście krótkich utworów, z czego nasz bohater wykonuje pierwszych jedenaście. Są one wyraźnie podporządkowane treści filmu i mam wrażenie że zgodnie z tytułami opisują dane fragmenty obrazu.  Utrzymane w podobnym klimacie, refleksyjne, stanowią duży kontrast w zestawieniu do żywiołowych, bonusowych piosenek zespołów WCK i Dezerter. Bloom często wykorzystuje tu swoje umiejętności gry na fortepianie, w końcu skończył szkołę muzyczną w tej klasie. I to słychać, bo gra faktycznie z uczuciem, delikatnie i subtelnie jak chyba nigdy dotąd*. Te impresje są podszyte nostalgią i swoistym ciepłem. Między poszczególnymi uderzeniami palców w klawisze tworzą się krótkie przerwy. Taki sposób grania tworzy niejako dużo przestrzeni złaknionej dźwięków niczym suche pole deszczu. Syntezatory odgrywają swoją rolę, choć jest ona bardziej służebna, a najlepiej słychać je w pierwszym utworze "Ten Czas" i czwartym pt. "Idę spać". Kapitalny jest też krótki, siódmy fragment "Niezłomni". Romantyczność tej muzyki, podkreślana czasami delikatnym brzmieniem gitary, robi duże wrażenie. Takiego Blooma jeszcze nie znałem. Konwencja i wymogi sztuki filmowej nie sprowadziły tej muzyki do pułapu nieznośnego, miałkiego i anonimowego symfonicznego podkładu jaki standardowo towarzyszy zachodnim kinowym produkcjom. Bloom, mimo iż schował tu swój młodzieńczy pazur, daje się poznać jako kompozytor dojrzały, umiejący dostosować się do okoliczności.

*
Witaj Damian. Dzięki za fajną recenzję, ale muszę sprostować Twój tekst, otóż na fortepianie, podobnie jak w Tulipanach grał Leszek Możdżer [:)]
Pozdrawiam serdecznie, Daniel

piątek, 3 lutego 2012

Przemysław Rudź - Cerulean Legacy


  Cerulean Legacy - długi czas nie mogłem strawić tej płyty Przemka Rudzia, ale ponieważ uwielbiam takie wyzwania, co jakiś czas próbowałem ją... "przegryźć" i sobie przyswoić. Jest to zdecydowanie odmienna od pozostałych jego wydawnictw muzyka, ukazuje jakby inne oblicze kompozytora. Mniej tu wirtuozerskich popisów, czy epatowania mnogością dodatków.  Pierwszy 20 minutowy fragment odtwarzanej muzyki nie ma w sobie nawet konkretnego rytmu. Co prawda, pojawia się zwiewna sekwencja  na drugim planie,  nie jest ona jednak elementem dominującym, a jej czystość w jednym momencie jest zagłuszona przez odgłosy dość pospolitego śmiechu. Nie przeszkadzają one w swobodnym oddawaniu się marzeniom i rozmyślaniu, które prowokowane są przez słyszane dźwięki. Cerulean Legacy świetnie nadaje się do takich wędrówek umysłu. A fani progresywnej muzyki elektronicznej bardzo je lubią.  Przy słuchaniu długo brzmiących fraz, samoistnie się narzuca penetrowanie zakamarków swojej wyobraźni. Pozbawiona akustycznych ekscesów, nastawiona na  wrażliwego odbiorcę twórczość, czasami skręca w nie do końca zbadane i trochę mroczne miejsca.  Jest to zgodne z treścią okładki na której widnieje postać autora kontemplująca ruiny starożytnej budowli. Otaczające ją chmury nadają obrazowi rys nierealności.  Bardzo ciekawy pomysł. Odgłosy kruków na tle tak skonstruowanej muzyki z pogranicza jawy, snu, fantazji czy też halucynacji, przydają jej odrobiny  niesamowitości. Przemek Rudź rezygnując z wyrazistości i dosłowności przekazu postawił sobie poprzeczkę wysoko. Kieruje swoje dokonania w stronę bardziej wybrednych słuchaczy, którzy szukać będą wyrafinowanych niuansów w jego somnambulicznych pejzażach.  Pewnym wyłamaniem się z tej tymczasowej konwencji jest kończący płytę "The Power Of Mind (A Tribute To Prof. Stephen Hawking)" wypełniony w dużej mierze słowami profesora Hawkinga.  Trochę jak z innej bajki. Te nagrania są dowodem na to, że Rudź nie boi się zmieniać podejścia do tego co nagrywa i wykazuje godną podziwu inwencję. Gdy piszę te słowa, w lutym 2012 r. wiem że autor tej muzyki ma gotowy materiał na nowe trzy albumy w tym zmyślny, 15 minutowy cover do pewnego klasycznego thrillera SF. Czekamy więc na nowe doznania z jego przepastnej skarbnicy pomysłów.





czwartek, 2 lutego 2012

Tangerine Dream - Firestarter

      Tangerine Dream - Firestarter  z 1984 r. to wyjątkowo udane wydawnictwo. Od czasów Sorcerera zespół nie nagrał chyba równie atrakcyjnego filmowego podkładu.  Śmiało można powiedzieć że te nastrojowe utwory doskonale egzystują bez obrazu Marka Lestera - choć ten był nawet ciekawy, jak na w sumie nędzny gatunek zwany horrorem, czy też thrillerem z elementami SF. Historia o dziewczynce obdarzonej nadnaturalnymi zdolnościami  telepatii i telekinezy, zainspirowała grupę do stworzenia krótkich, ale bardzo klimatycznych kompozycji. Muzycy rezygnują tu z dynamicznych akcentów, rozgrywając tematy w  serii stonowanych, czasami niespokojnych impresji. Te delikatne podejście do montażu i misterna obróbka muzycznego tworzywa poskutkowały muzyką na długo zapadającą w pamięć. Trochę flegmatyczne potraktowanie zadania, niejako ujawniło po raz kolejny piękno używanych instrumentów i pastelowe barwy jakie z nich wydobyto. Jednocześnie Edgar Froese  zachował idealne proporcje pomiędzy poszczególnymi tematami owiniętymi w eteryczne ozdobniki. Ciepłe dźwięki które trzej przyjaciele wydobywają ze swoich instrumentów zdobyły im wielu nowych fanów. Z chirurgiczną precyzją odmierzane są dawki brzmień sentymentalnych, trochę mrocznych i tajemniczych. I czas wrócić do rzeczywistości Słuchanie tej muzyki przypomina trochę spacer po nieznanym, pięknym zakątku ziemi. Znakomicie rozpala wyobraźnię. Skierowana do wrażliwych  na niuanse słuchaczy muzyka trwa niestety tylko 41 minut. Jak to bywa z bardzo dobrą twórczością - pozostawia uczucie niedosytu... Dlatego pewnie niedługo znów do niej wrócę.    



Günter Schickert - Samtovogel

  
    Günter Schickert to mało znany, ale bardzo ciekawy niemiecki gitarzysta. Dociekliwi fani mogą kojarzyć jego nieopublikowaną oficjalnie, a dostępną na CD-r i YouTube "Home Session" z Klausem Schulze z 1975 r. Wziął on też udział w nagraniu płyty "Contrasts Vol. I" Bernda Kistenmachera w 1998 r. Pamiętam jak przez mgłę, jak w tamtych latach wsparł Bernda na jego jednorazowym polskim występie ZEF w Piszu. Ciekawy był ten koncert na którym muzykom zepsuła się maszyna do produkcji dymu, oraz gdy musieli walczyć z dużym przydźwiękiem. Mimo to dali z siebie wszystko. Chociaż trochę w cieniu wielkich nazwisk, sam Günter Schickert jest autorem trzech niebanalnych autorskich płyt. Pierwszą z nich - Samtovogel - nagrał w 1974 roku i samodzielnie wydał w ograniczonym nakładzie.


    Ciekawe, że według noty na okładce, cała muzyka stworzona została tylko przy pomocy elektrycznej gitary, efektów i ludzkiego głosu. A jednak odbiera się ją znakomicie, w odróżnieniu od wielu współczesnych mdłych płyt innych wykonawców, gdzie  nawet ciężko usłyszeć dobre stereo. Ubogie instrumentarium na płycie Samtovogel  zostało zrekompensowane znakomitą techniką gry na gitarze, oraz  rzadko spotykanymi rozwiązaniami brzmieniowymi, jakich chyba próżno obecnie szukać wśród  dostępnych sampli. Całość jest trochę somnambuliczna, mimo wszystko nie nuży. Trzy kompozycje z których dwie to dłuższe suity, charakteryzują się pewnym minimalizmem. Autorowi zależało bardziej na stworzeniu odpowiedniego klimatu niż epatowaniu mnogością barw. Z drugiej strony przychodzi refleksja: ile intrygujących dźwięków można wydobyć z gitary i towarzyszących jej przetworników.  Te senne, czasami lekko psychodeliczne wizje, po 38 latach zachowały swój  urok.  Lektura obowiązkowa dla miłośników krautrocka!






poniedziałek, 30 stycznia 2012

Edward Artemiev - A Book of Impressions


     Zagłębianie się w  mrokach niepoznawalnego - jest pierwszym zdaniem jakie przychodzi mi na myśl po przesłuchaniu płyty A Book of Impressions by Edward Artemiev. To składanka dziesięciu nagrań z lat 1975-96. Zawiera ona zestaw utworów które zebrane w jednym miejscu może nie są jednolite, ale dają pojęcie o wszechstronności rosyjskiego artysty. Powszechnie znany ze swoich soundtracków które z założenia przemawiają do widzów swą przystępnością (choć wiadomo że nie wszystkie), widzi mi się tu Artemiev jako kompozytor niezależny, awangardowy i ze wszech miar twórczy. Na początku proponuję ostrożnie ustawić potencjometr głośności bo "Out There, Where" swoją dynamiką i pompą może uszkodzić zestawy głośnikowe. Dużo się w nim przez pięć minut dzieje, mnogość barw zachwyca, a kontrasty zbijają trochę z tropu. "I'd Like to Return" może kojarzyć się z muzyką elektroakustyczną, miejscami mroczną, wymagającą pewnego oswojenia się z brakiem harmonii. Jedenaście minut różnych eksperymentów, momentów gdzie cisza też jest składnikiem muzyki... choć nie do końca.  Ostatnie trzy minuty to typowy, "ciepły"  Artemiev. Utwór "Ritual" jest ponurą impresją, groza bije z każdej frazy i może pozbawić słuchacza pozytywnego nastawienia. Nie trwa jednak on długo i oto uszy wręcz atakuje kolejny fragment "Three Regards on the Revolution".  Przelewa się z kanału na kanał masa różnych efektów, nawet całych pakietów brzmień które czasami brzmią futurystycznie, niczym oprawa widowiskowego filmu SF.  Ta kakofonia dziwnych odgłosów po kilku minutach aż prosi się o łagodny zgon, lub uproszczenie  formy, jednak autor hamując przebieg wydarzeń nie rezygnuje z ambitnego kształtu dzieła. Podobnie jest z krótkim "Touch to the Mystery" który już bez szaleństw poprzednika utrzymuje melancholijno-minorowy ton.
     Trochę inaczej skonstruowany jest "In the Nets of Time" z głębokim basem i podróżami od ucha do ucha niepokojących, co raz nasilających się dźwięków. Niesamowite zagęszczenie grozy, porównywalne z niektórymi utworami Petera Frohmadera z "Necropolis" jest również namacalne w "Noosphere".  Te dwa ostatnie utwory to muzyka dla ludzi o mocnych nerwach. Ciekawe, że w Noosphere słychać drobne trzaski i "pyknięcia" niczym ze starego analoga. Uff... Mam  wrażenie że dotknąłem jądra ciemności. Łatwiej mi teraz zrozumieć, dlaczego Artemiy, syn sławnego kompozytora, poszedł później podobną drogą.  Po tak intensywnych doznaniach fragment pt."Mirage" z 1976 wydaje się być całkiem przystępną impresją. "Intangible" jest próbą opisania chaosu w bardziej czytelnej i klasycznej manierze, głębokie penetracje dolnych rejestrów, czytelne i wyraziste, na pewno robią wrażenie. Ostatnia impresja na płycie to 17 minutowa suita "Peregrini" z 1975 roku. Imponujące wstawki perkusyjne, zniekształcone dialogi, i sporo elementów... makabrycznych. Ale Edward nie byłby sobą zostawiając  słuchacza w stanie pomieszania emocji. Dlatego ostatnie minuty są zbudowane z lubianych i akceptowanych powszechnie wśród fanów składników. Atrakcyjne basowe ostinato i zmiękczający kobiecy vocal wprowadzają nastrój jak najbardziej pozytywny, choć daleki od komercji.
               Efektem tych zabiegów jest łagodnie płynąca  z głośników nostalgia i świadomość uciekającego czasu. Bardzo ładne zakończenie.  Muzyka  dość różnorodna, choć ukierunkowana w stronę mniej popularnych motywów. Fragmentów zdecydowanie ciemnych, słuchacie Państwo na własne ryzyko.




sobota, 28 stycznia 2012

Tomasz Pauszek (Odyssey) - Trzeba oczyścić umysł i duszę



Tomasz Pauszek, dyplomowany dyrygent, urodził się w 1978 roku w Bydgoszczy. Znany jest ze swojej muzyki elektronicznej wydawanej pod pseudonimem Odyssey, oraz współorganizowania serii koncertów SYNTH ART FESTIVAL.
 
1) Minęło już 10 lat istnienia twego projektu "Odyssey".  Jak doszło do tego że dyplomowany dyrygent Akademii Bydgoskiej postanawia grać muzykę elektroniczną?

T.P.: Muzyka elektroniczna towarzyszyła mi prawie od zawsze. Pamiętam, że gdzieś tak od szóstego roku życia, bardzo mocno zacząłem interesować się muzyką Jean`a Michela Jarre`a. Z czasem oczywiście rozszerzałem swoje zainteresowania na innych wykonawców tego nurtu. Słucham ich nadal i nowych. I przez tyle lat mi się nie znudziło... Sam zacząłem tworzyć już w szkole średniej, długo przed studiami. Oczywiście, to były początki, poznawanie harmonii, struktur brzmieniowych, dźwięków, szukanie nowych, no i zgłębianie tajników syntezatorów. Takie pierwsze prace, eksperymenty. Już wtedy zainspirowany światem dźwięków, ich nieskończonością, bezkresem oraz dziełami Arthura C. Clarke`a, postanowiłem, że moja muzyka będzie czerpała z tych dwóch zagadnień: nieskończoności brzmień, dźwięków i głębi, bezkresu kosmosu. Chodziło mi jednak bardziej o charakter ludzki tych zagadnień, wpływ muzyki, brzmień na wyobraźnię i nasz wewnętrzny „kosmos”. Świat odległy a zarazem bliski, głębia, pustka i samotność kosmosu, który każdy ma w sobie i od czasu do czasu to czuje. Stąd też nazwa projektu, taka podróż, odyseja muzyczna poprzez wewnętrzny świat, emocje, nastroje, uczucia... I tu dochodzimy do pierwszej oficjalnie wydanej płyty, pt. SYNTHARSIS, wydanej w 2001 roku, a skomponowanej już na studiach w ówczesnej Akademii Bydgoskiej.  Ten tytuł bardzo dobrze obrazował to wszystko, o co mi chodziło i o czym wspominałem wcześniej. Ta płyta to miało być takie katharsis poprzez muzykę syntezatorową. Może to i banalne, ale dość myślę, że muzyka elektroniczna jest specyficzną formą wyrazu, gdzie, żeby dotrzeć do sedna kompozycji lub tego, co autor chciał przekazać, trzeba oczyścić umysł i duszę, trzeba podążać za emocjami, za dźwiękami, koncentrować się, a jednocześnie relaksować i odpływać w swój wewnętrzny kosmos. I tak to się zaczęło. Dyplom dyrygenta otrzymałem dopiero rok później, w 2002 roku.

2) Pod tym szyldem wydałeś kilka płyt, wzbogaconych reedycji. Jak oceniasz ten okres?


T.P.: Te ponad dziesięć lat, to piękny okres, pełen poszukiwań, nauki, poznawania instrumentów, gatunków, otwierania się na nowości, dojrzewania. Na moich płytach mocno słychać te procesy. Od poszukiwań ambientowych, przez fascynację brzmieniami lo-fi czy rytmiczną elektronikę w stylu Jarre`a, aż do techno czy gatunków nowoczesnych jak lounge czy dance. Człowiek to jedna wielka emocja i często te emocje i fascynacje determinują nasze działania. Stąd tyle stylów na rożnych moich albumach.

3) Odyssey Studio Poland. Co kryje się pod tą nazwą?

T.P.: Odyssey Studio Poland, to w gruncie rzeczy moje prywatne studio nagrań, w który, nagrywam przede wszystkim swoje utwory, miksuję ślady czy przygotowuję już całe płyty. No i oczywiście trzymam tam wszystkie moje ulubione syntezatory analogowe. Zdarza się także, że wykonuję mastering zaprzyjaźnionym artystom czy tworzę muzykę do gier komputerowych. Czasami też udzielam się jako producent muzyczny, współpracując z innymi, np. z Waxfood. Wykorzystuję to studio dość intensywnie.

4) Jesteś nie tylko muzykiem, ale również animatorem El-muzyki. Współrealizowałeś kilka edycji SYNTH ART FESTIVAL. Poznałeś nowych przyjaciół z którymi zdecydowałeś się na wspólne nagrania, rejestrowałeś swoje kolaboracje m.in. z  Remote Spaces, Pawlakiem... Czy zapamiętałeś jakieś szczególne przygody z tamtych lat?

T.P.: Nazbierało się tego przez kilka lat... No cóż, fakt organizowałem SYNTH ART FESTIVAL przez wszystkie jego edycje. To był czas ciężkiej pracy i walki z przeciwnościami losu. Organizacja plenerowego widowiska dla kilku lub kilkunastu tysięcy widzów, z nowościami technicznymi, laserami, fajerwerkami i tancerzami, jest zajęciem dość wyczerpującym. Ale jakoś daliśmy radę i wyszło to całkiem nieźle. Jestem z tego zadowolony. Bardzo dobrze wspominam ostatnią edycję, która miała miejsce około północy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 roku, podczas obchodów wejścia Polski do Unii Europejskiej. Niestety formuła tego festiwalu się wyczerpała i obecnie już on nie istnieje. Bardzo fajne wspomnienia mam ze współpracy z Remote Spaces nad płytą Ypsilon Project. Nagrywaliśmy ją wyjątkowo u mnie w mieszkaniu w Bydgoszczy. To było dzikie jam-session trwające tydzień. Były rozmowy, zabawa, tworzenie, granie i cudowny klimat, który wspominam do dziś. Pamiętam, że chłopacy spali sofie i na podłodze, w pokoju, w którym nagrywaliśmy, zaraz obok syntezatorów i komputerów. To był czysty rock and roll... Spotkaliśmy się potem jeszcze raz, na kolejnym jam-session, które też było fajne, ale odbywało się już w studiu i miało bardziej profesjonalny przebieg. Bardzo dobrze to wspominam.

5) Na Twoim profilu na Facebooku zauważyłem zdjęcia z wielu podróży oraz fotkę z J.M.Jarrem. Fajna, jak go znalazłeś?

T.P.: Staram się dużo jeździć po świecie, bo fascynują mnie różne kultury i miejsca, stąd te zdjęcia. Co do spotkania z Jarre`m, to doszło do niego dość spontanicznie. To było w Gdańsku w 2006 roku, gdzie Jarre przyleciał na zaproszenie prezydenta tego miasta odebrać nagrodę za koncert w Stoczni. Byłem jednym z gości na konferencji prasowej, która oczywiście miała przebieg oficjalny. Potem zaproszono nas wszystkich na bankiet. Tam właśnie miałem okazję porozmawiać z Jarre`m dłuższą chwilę. To bardzo miły, serdeczny i radosny człowiek. Dużo można się od niego nauczyć.

6) Sprzedajesz swoją twórczość poprzez różne sklepy internetowe w formie elektronicznej np: iTunes, Amazon.com, Fnac.com, Junodownload, Bandcamp, Virgin Mega Store, Simfy, Również label Generator wydał Twoje 3 płyty. Jak do tego doszło?

T.P.: Powiem szczerze, że długo szukałem wydawcy. Zwłaszcza, że postawiłem sobie za cel wydawać tłoczone CD, a nie jak robi wiele wydawnictw muzyki elektronicznej, na CDr. Niestety rozmowy z trzema wcześniejszymi firmami, jedną polską, drugą holenderską, a trzecią norweską, skończyły się fiaskiem. Te dość długie rozmowy i negocjacje zraziły mnie do wydawców, ale postanowiłem spróbować jeszcze raz. Znałem wydawnictwo Ziemowita Poniatowskiego już dłuższy czas i to był strzał w dziesiątkę.
Spodobała mu się moja muzyka, a że chwilę wcześniej zaczął, oprócz dystrybucji, zajmować się także wydawaniem płyt pod szyldem Generator.pl, to rozpoczęliśmy satysfakcjonującą współpracę, która trwa do dziś.

7) Obecnie sam, jak to wcześniej bywało, projektujesz okładki swoich płyt, wysłałeś ponad 20 krótkich filmów na YouTube promujących Twoją muzykę. Robisz to, bo lubisz, czy to życiowa konieczność?


T.P.: Od czasu do czasu bawię się w projektowanie okładek, zwłaszcza gdy mam pomysł i wiem, że mogę go sam wykonać. Lubię to. Podobnie jest z filmami na YouTube. Zrobiłem je amatorsko, ale mają moim zdaniem klimat. To takie zajęcie poboczne. Natomiast, okładki do płyt, które ukazały się w Generator.pl projektował bardzo zdolny grafik Michał Karcz. Jedną z moich płyt ozdobił swoją grafiką również znany bydgoski malarz Waldemar Kakareko, a okładkę i grafiki do utworów i filmów z płyty Early Works Net stworzył Łukasz Pawlak, z którym współpracę też wspominam bardzo dobrze.

8) Twoja muzyka przechodzi różne metamorfozy. Grałeś już klasyczną elektronikę a'la Jarre, elpop,  chillout, ambientowe plumkania... Czy to wynik konkretnych fascynacji inną muzyką, a może ludźmi czy
miejscami?


T.P.: Jak wspominałem, na muzykę i tworzenie mają wpływ przede wszystkim emocje, miejsca i ludzie, którzy te emocje wywołują. Nieraz zainspirujesz się czymś błahym, a czasami są to przemyślenia filozoficzne. Trzeba też wspomnieć, że żyjemy w takich czasach, gdzie nie da się nie słuchać muzyki i czasami pewne elementy „wchodzą do głowy”, stąd też zwroty w kierunku nowoczesnej muzyki w moich utworach.

9) W 2006 roku ukazuje się płyta RND - Distracted. Jest to Twoje nowe oblicze, efekt innego rodzaju poszukiwań i kolejnych wyzwań. Skąd wziął się ten pomysł i co oznacza ten skrót?


T.P.: RND to kolejny eksperyment już dość radykalny, stworzony dość spontanicznie, w ramach zabawy, sprawdzenia się i poszukiwań. Ja uwielbiam eksperymentować, szukać, mieszać gatunki, sprawdzać jak ludzie zareagują na daną mieszankę dźwiękową. To mnie fascynuje. Taki projekt chodził mi po głowie już od 2004 roku, kiedy to przygotowywałem płytę Odyssey`a – Early Works Net, pełną trzasków, szumów i dźwiękowego brudu. To mnie zafascynowało. Zacząłem eksperymentować, tworzyć dziwne struktury. Ale ta twórczość nie pasowała stylistycznie do łagodnego brzmienia Odyssey`a, więc postanowiłem stworzyć nowy projekt pod nazwą RND. Co do samej nazwy, to odnosi się ona do samej idei eksperymentu, który stał się kanwą dla tego projektu. Chodzi o to, że eksperymentując, np. z dźwiękami, nie wiemy do końca dokąd nas ten eksperyment zaprowadzi, że wyniki mogą być różne, czasami zaskakujące. I że często nie da się powtórzyć tego samego kilka razy, za każdym razem mogą wyjść lub wychodzą inne wyniki, różne brzmienia, dźwięki, zrandomizowane struktury. Stąd nazwa RND od RANDOM. To tyle.

10) Czy to prawda że Odyssey schodzi ze sceny, a zostaje RND?

T.P: Tak. W 2012 roku Odyssey schodzi ze sceny, projekt kończy swoją działalność.
Koniec miał nastąpić już w 2011 roku, żeby po dziesięciu latach na scenie zamknąć to ładnie klamrą i skończyć tę muzyczną podróż, ale postanowiłem przedłużyć działalność do tego roku i wydać jeszcze dwie płyty. Na początku 2012 roku Generator.pl wyda ostatnią studyjną płytę Odyssey`a pt. MUSIC FOR SUBWAY – SYMPHONY FOR ANALOGUES, która będzie dwupłytową podróżą metrem do świata muzyki elektronicznej lat 70. Album nagrany został całkowicie na starych syntezatorach i maszynach rytmicznych z lat 70. XX wieku. Myślę, ze będzie to gratka dla miłośników starszych brzmień i sekwencji. To też było moje marzenie, żeby nagrać płytę tylko przy wykorzystaniu starych, często zniszczonych syntezatorów analogowych, nie posiłkując się żadnymi klonami programowymi. Druga płyta, będzie to album podsumowujący 11 lat projektu Odyssey, z najważniejszymi utworami z wszystkich płyt. Album ukaże się w formie elektronicznej we wszystkich większych sklepach internetowych, takich jak iTunes, Amazon, Fnac, Virgin i inne.
 
Dziękuję za wywiad.


T.P.: Ja również bardzo dziękuję.
Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do zapoznania się z najnowszą płytą.



piątek, 27 stycznia 2012

Tangerine Dream - Encore (Live)


    Koncerty zespołu Tangerine Dream od lat wzbudzają niemałe emocje. Szczególnie te starsze, gdy trio poszukiwało nowych form artystycznego wyrazu i każda kolejna płyta była krokiem naprzód w historii muzyki elektronicznej. Utwory jakie znalazły się na płycie Encore to w założeniu fragmenty trasy koncertowej grupy po USA z 1977r. Teoretycznie, bo zamiłowanie do poprawiania rzeczywistości jakie przejawia Edgar Froese i na tym albumie znalazło swój wyraz. Za prawdziwy występ "na żywo", od początku do końca, uważana jest jedynie suita "Monolight", radiowa transmisja z Waszyngtonu. Z dużym poziomem szumów, monofoniczna, a jednak okazuje się być  zróżnicowana i atrakcyjna.  Stereofoniczne można uznać na niej dosłownie dwie chwile, 2-3 efekty przesunięcia się po głowicy taśmy matki, oraz falujące pod koniec odgłosy publiczności. Reszta kompozycji wydanych na płycie, w mniejszym lub większym stopniu została jeśli nie została nagrana ponownie w studio, to na pewno dość mocno w nim "poprawiona". Dlatego, gdy słychać oklaski czy jęki euforii dobiegające z audytorium, można się się zastanowić czy faktycznie tak wtedy reagowano. Przeważająca większość materiału z "Encore" jest mroczna. Taka jest "Cherokee Lane" zaczynająca się z długimi fragmentami stojących brzmień i mellotronowymi zawodzeniami. Na tym tle słychać sekwencję wijącą się niczym wąż, lekko zanikającą, to znów wybijającą na pierwszy plan. Gdy wreszcie w pierwszym poważniejszym przesileniu kształtuje się coś na kształt melodii, dochodzi do tego cudownego mieszania ze sobą solówek i basowych sekwencyjnych podkładów Chrisa Franke. Zwielokrotnił je przez opóźniające linie, możliwe więc że publiczność słuchając tego naprawdę wyła z zachwytu. W  każdym bądź razie, w tym cudownym, pełnym grozy zamieszaniu, wprawne ucho usłyszy we fragmentach motywy z płyty "Sorcerer" a orgia analogowych barw wypełni resztę minut utworu i pozwoli zapomnieć o porównywaniu do siebie różnych płyt (smile). Niesamowite! I ta końcówka tak zagrana, jakby sprzęt się zaciął i muzycy próbowali go doprowadzić do porządku. Później, wspomniany wcześniej "Monolight", który sprawia wrażenie utrwalonego na nagranej taśmie z innym, nie usuniętym wcześniej zapisem. A może tak słychać efekty radiowe?  Grupa po serii dziwnych dźwięków (te akustyczne zawołania usłyszeć można wiele lat później na solowych płytach Chrisa i Petera), wprowadza co najmniej dwie dość komercyjne melodie. Pierwszą na tle prostego rytmu, a drugą wyłaniającą się z pozornego chaosu i powtarzaną niczym refren. Obie przedzielone dynamicznym ostinato rodem z prawie równolegle nagrywanej, wcześniej wspomnianej muzyki filmowej. I ta suita kończy się dość dramatycznie, poszczególne syntezatory wygasają w szumach. Najdłużej słychać frazę perkusyjną a jako podsumowanie mamy dość sentymentalną muzykę na fortepianie.
   "Coldwater Canyon" - trochę byłem zdziwiony tą energią jaka rozpierała muzyków, gdzie  Edgar Froese zawzięcie "pastwi się" nad gitarą, wyciskając z niej nietypowe dźwięki. Wszystko jest tu dynamiczne, a podkłady rytmiczne i solówki rządzą. Ale nie nachalnie, bo wyraźnie słuchać  przygotowane wcześniej, lekko schizofreniczne efekty.  W końcu ten pociąg (tak może się kojarzyć rytm pod koniec utworu), osiąga swoją  docelową stację, a gitarowe przemyślenia znajdują swoje spełnienie.  Zwraca uwagę doskonałe nadążanie pozostałych instrumentów za rockowo grającym liderem. Cały album kończy niesamowity "Desert Dream" przypisywany często Baumannowi. Zachwycają hojnie użyte barwy mellotronów, którymi dysponowali wszyscy muzycy.  Ten refleksyjny fragment jest dobrym odpoczynkiem po ekstrawaganckich popisach z poprzedniej ścieżki. Minimalizm i oszczędność środków wyrazu podbija znaczenie każdej nutki. Po wstępie, basowa sekwencja podkreśla ponury klimat utworu, nasączając go odpowiednią dawką tajemnicy, a smutna melodia podtrzymuje niejasne przesłanie. Przypomina to nocną podróż po ciemnym lesie, lub niepewne błąkanie na powierzchni obcej planety. Bez rytmu, dużo dodatkowych efektów, aż wreszcie wyłania się motyw niczym z żołnierskiej elegii. Jest to bardzo smutne - a jednocześnie piękne. Ale i ta harmonia zostaje przerwana kolejną warstwą umiejętnie budowanej grozy,  z której wybija się ostatnia,  ostra pętla. Niczym potwór z głębin który ukazuje się na chwilę i znika. Niewiarygodne, jak w niespełna minucie można zawładnąć wyobraźnią słuchającego. Czy to się musi tak szybko kończyć? Myślę że te uczucie niedosytu i niedopowiedzenia pozostawiono melomanom celowo. Po wysłuchaniu całości widać jak przemyślnie ułożono całą zawartość "Encore". Ta muzyka jest świadectwem dużej inwencji supergrupy, czasów gdy spektakle  muzyczne połączone z pokazami laserów byłby czymś nowym, świeżym, a trzech przyjaciół żegnało się ze sobą w najlepszej formie - tworząc niepospolite, do dziś atrakcyjne dźwięki.


Uzupełnienie wiadomości o tych czasach, o post kolegi Piotrka  forum Studio Nagrań:
Nawiązując do zeszłorocznego wydawnictwa TD In Search of Hades, ujrzały światło dzienne, pewne informacje, które z pewnością zainteresują użytkowników tego forum. Warto by wyprostować pewne informację oraz dopowiedzieć, niedopowiedziane, co już uczyniłem przy opisaniu Oedypus Tyrannus.
Na pierwszy ogień, wziąłem płytę od której rozpoczynam własną znajomość z TD, czyli Encore z 1977 r. Płytę poznałem oczywiście w 1977 r. i od tej pory, jest ona dla mnie ciągle, jedną z jaśniej płonących pochodni, oświetlających drogę poznania tradycyjnej elektroniki berlińskiej. Ładnych parę lat temu, poczyniłem recenzję tej płyty, min na blogu Dkey-a."

Ponieważ od tych "wypocin", minęło kilka lat a w zeszłym roku, ukazały się "stare", "nowe" nagrania w ramach wydawnictwa, wymienionego na początku, warto by zweryfikować poglądy, na pewne konteksty, związane właśnie z Encore. To może od początku.

Wydany pod koniec października 1976 roku, Stratosfear sprzedał się dobrze w Wielkiej Brytanii i był pierwszym albumem zespołu, który wszedł na amerykańską listę Billboard 200, pod koniec kwietnia 1977 roku. Do tego czasu Tangerine Dream, zakończył swoją pierwszą czterotygodniową trasę po Ameryce Północnej, wspierając się pokazowymi instalacjami laserowymi(Lasserium), co z pewnością przyczyniło się do większego zainteresowania się tym tourne, przez publiczność amerykańską. Zespół wrócił ponownie do Stanów Zjednoczonych, na drugą trasę podczas lata, ale promotor zbankrutował i tourne zatrzymało się po zaledwie czterech koncertach. Kiedyś funkcjonowała w przestrzeni publicznej, wersja przerwania tego tourne z powodu upadku Edgara z konia i złamania ręki. Wynikłe straty finansowe, zostały w pewnym stopniu zrekompensowane wydaniem podwójnego albumu na żywo Encore, który ukazał się w październiku 1977 r. Notatki na oryginalnej okładce albumu głosiły, że płyta została nagrana podczas trasy koncertowej po Ameryce Północnej w marcu / kwietniu 1977 roku. W rzeczywistości, album był tak samo układanką, jak Ricochet. Cztery długie utwory, zawierały fragmenty nagrań, wykonanych głównie podczas prób dźwięku i prób muzycznych w Berlinie, przed trasą koncertową, a nawet fragmentów, z wcześniej znanych zespołowi taśm studyjnych, czyli Oedipus Tyrannus z 1974 roku, o czym pisałem w innym miejscu. Monolight, był w rzeczywistości jedynym, choć nieco zredagowanym, utworem koncertowym, nagranym przed publicznością w Lisner Auditorium w Waszyngtonie 4 kwietnia 1977 r. Peter Baumann skompilował i zmiksował Encore, a album okaże się, jego pożegnalnym prezentem dla zespołu, gdy odszedł z Tangerine Dream.
Jak widać w swojej recenzji sprzed lat, pomyliłem się również, przypisując Cherooke Lane do wersji koncertowej, ponieważ grano ten utwór na żywo, o czym świadczą wydawnictwa TT i TL. Oczywiście w szczegółach, są to inne wersje tego utworu. Ciekawostką co do zawartości In Search of Hades, jest zamieszczenie w nim, wersji Monolight, znanej z singla promocyjnego pod tytułem Encore wraz z utworem z drugiej jego strony, Hobo March, który jest niczym innym, jak tylko solowym utworem Edagra Ode to Granny A, znanym z jego solowej płyty Ages.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Tangerine Dream – Finnegans Wake (James Joyce)


   Słuchając albumu Tangerine Dream – Finnegans Wake (James Joyce) 2011, nareszcie się pozytywnie zdziwiłem. Po wielu wydanych gniotach, ta muzyka jest o tyle lepsza, że ma w sobie trochę więcej ikry niż kilka wcześniejszych płyt razem wziętych. Pierwsze  dwa utwory wyróżniają ekspresyjne motywy przewodnie, a trzeci "Resurrection By The Spirit" to odważna wariacja na temat starej płyty Ricochet. Zmiksowano leciwy materiał łącząc go z nowymi motywami czasami jakby na ślepo, z efektem klejonej taśmy odtwarzanej niejako losowo. Może to być sporą niespodzianką, albo przynajmniej ciekawostką dla starych fanów zespołu. Zamiast bowiem jak do tej pory bywało, osłodzić maksymalnie i zepsuć co się da, Edgar rezygnuje z  tej utartej metody, poddając się sile żywiołu. Ponownie się zdziwiłem, gdy kolejny fragment "Mother Of All Sources" zostaje w drugiej minucie poddany zabiegowi który przypomina efekt wyłączenia prądu. Muzyka się rozsypuje niczym domek z kart, po czym na nowo rusza w podróż, już bardziej tradycyjną, ale dalej strawną. To tak jeszcze można panie Froese? Gratuluję zdecydowania w złamaniu zwietrzałych konwencji! Nawet jeśli rozbija się je w niewielkim stopniu. Następny kawałek "The Warring Forces Of The Twins" jest równie dynamiczny co poprzednie. Na pewno już gdzieś to słyszałem, hmm... Ale mimo to czuć, że najwyraźniej te granie sprawia muzykom radość.  Dynamiczna maszyna rusza dalej. "Three Quarks For Muster Mark" ma również tę dawkę pozytywnego myślenia i fajne rockowe solo na gitarze. Koniec płyty pachnie tradycją ostatnich lat: "Everling's Mythical Letter" i "Hermaphrodite" bronią się głównie dzięki ekspresyjnej gitarze, bo podkłady to mają już chyba wieki ;).  W ogóle mam wrażenie, że zespół cofnął się wiele zim do epoki Melrose Years, zapominając o koszmarkach później wymyślanych. Tangerine Dream zaprasza:  "Give yourself a try and dive into a world of sensuous impressions – let Joyce’s story flow through your ears!" Zanurzyć się w świat zmysłowych wrażeń? No  można, choć akurat z dziełami Jamesa Joyce'a słabo mi się to kojarzy. Podsumowując:  Ta jaskółka rewolucji nie czyni, ale jest we fragmentach jakby świeżym oddechem w rzadko wietrzonej jamie artystycznej niemożności lidera. 



niedziela, 22 stycznia 2012

Robert Schroeder - Esthétique


   Estetyka (gr. aisthetikos - dosł. 'dotyczący poznania zmysłowego', ale też 'wrażliwy') – dziedzina filozofii, zajmująca się pięknem i innymi wartościami estetycznymi. Tyle definicji z Wikipedii.
        Jeżeli coś może  Panu pomóc odzyskać równowagę ducha, to na pewno będzie to płyta  "Esthétique" którą Robert Schroeder nagrał w 2011 roku. Takie zdanie może wygłosić niejeden psychoterapeuta, który wierzy w dobroczynną moc muzyki. Nie wiem  jak się czuł Robert  tworząc tę muzykę, wiem za to jak ja się dobrze czuję w trakcie jej słuchania. To prawdziwa muzykoterapia. Lekkość i swoboda z jaką ta muzyka wydobywa się z moich słuchawek jest nadzwyczajna! Warta nie tylko kronikarskiego zapisu, co po prostu zwyczajnie polubienia. Konieczność propagowania tej muzyki wynika też z faktu, że oto ponownie wysokiej klasy profesjonalista, wrażliwy artysta wydaje płytę grającą na wyższych odczuciach odbiorcy. Wzniosłe harmonie, wyrafinowane perkusyjne figury... Jak listy od przyjaciela. Może Robert Schroeder wziął sobie dostarczanie swoim fanom takich ekstremalnie przyjemnych wrażeń za punkt honoru? Fajnie by było... Muzyka oniryczna, kosmiczna i lekko hipnotyczna. Jeśli ktoś powie: "Eee... to po prostu chill-out i lounge" i nada temu ton lekceważenia, to rzeknę: być może, ale jeśli tak, to jest najlepszy chill-out i lounge, jaki słyszałem! Roberta Schroedera badanie piękna jest samo w sobie... piękne.







Tangerine Dream w Polsce 1983, 1997


English version below
   Edgar Froese przez wiele lat otrzymywał dużo życzliwych listów od polskich fanów. Zespół Tangerine Dream zdawał sobie sprawę że w Polsce, kraju leżącym na wschód od granicy DDR, jest bardzo lubiany i popularny. 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w tym trochę egzotycznym dla zachodnich Niemiec państwie stan wojenny. Jednak latem 1983 roku przyszła odwilż i zniesiono go całkowicie. Żelazna kurtyna komunizmu osłabła na tyle, że można było przyjechać tam na koncert. Tym bardziej, że właśnie sam Klaus Schulze zakończył w te lato swą trasę koncertową po Polsce i... wrócił bezpiecznie do Berlina (smile). Tak, tysiące melomanów oczekiwało tej chwili, gdy spełnią się ich marzenia. Momentu, gdy ujrzą ukochany zespół grający na scenie w otoczeniu niesamowitych urządzeń zwanych potocznie syntezatorami.




Damian Koczkodon:

    Miałem wtedy 19 lat i z prawdziwą przyjemnością skorzystałem z widowiska jakie przygotowała ta legendarna grupa. Pamiętam siarczyste mrozy jakie panowały wtedy w stolicy i długie kolejki po bilety. Zimowe spotkanie 10 grudnia 1983 roku na hali warszawskiego Torwaru z zespołem warte było jednak zniesienia wszelakich niedogodności. Po porannym zwiedzaniu miasta, zakupie kasetowego decka który potem targałem ze sobą po hali, udało mi się kupić bilet na pierwszy koncert zespołu który miał odbyć się o 18.00. Nie pamiętam już czy zaczął się on punktualnie. Z głośników popłynęła dość długa, nagrana na taśmę zapowiedź Jerzego Kordowicza który w tym czasie przebywał w Skandynawii. Po jej zakończeniu powietrze poddało się potężnej dawce dźwięków wygenerowanej przez sprzęt tria. Kiedy po latach obejrzałem specyfikację instrumentarium jakim dysponował wtedy zespół przestałem się temu dziwić. Ponad 30 urządzeń prawie wszystkich uznanych w branży marek!  Equipment. To musiało zrobić wrażenie! Agresywne akordy pierwszej kompozycji znanej potem jako "Poland" zabrzmiały niczym przemarsz zwycięskich wojsk. Od pierwszej sekundy było wiadomo że to historyczne dla  publiczności jak i samego zespołu chwile. Dynamiczna muzyka bez pardonu zaczęła rządzić w przestrzeni, wypełniając również wnętrza zafascynowanych słuchaczy. Ze specjalistycznych urządzeń wydobywały się dymy, nadając występom szczególnego charakteru. Po niespełna 12 minutach awaria prądu trochę zburzyła tę prawie niebiańską atmosferę. Konsternacja była widoczna na wszystkich twarzach. Zespół nie poddał się jednak i wznowił spektakl. Przedstawił wielobarwną muzykę, pełną kontrastów, ale i ciepła jakie grupa umiała wydobyć ze swoich instrumentów. Grano fragmenty przebojowe jak i mocno kontemplacyjne. Nowe, jak na tamte czasy, modele cyfrowych syntezatorów zachwycały swoją barwą. Grupa potrafiła zagrać z pazurem, ostro, rockowo, co być może było zasługą najmłodszego Johannesa.
  Mimo iż muzyków oddzielały od słuchaczy metalowe bariery, przez blisko dwie godziny Froese, Franke i Schmoelling utrzymywali w pozytywnym oszołomieniu, wręcz błogostanie, kilka tysięcy ludzi. Muzyce towarzyszył pokaz slajdów rzucany na złożony z dwóch części trójkątny ekran. Często widać było na nim białego ptaka w locie. Kształtem przypominał jako żywo gołębia, ale te animowane ruchy skrzydeł zdecydowanie przypominały orła; co być może było gestem zespołu w stronę polskiego godła - również okładki niedawno wydanej płyty pod tym tytułem. Jej fragment był zresztą grany na tym koncercie. Podobnie jak "Exit" czy "Hyperboera". Dużą cześć przedstawianych obrazów stanowiły zabytki architektury i piękne miejsca na naszej planecie. W pewnym momencie technicy wypuścili w górę partię balonów, które zostały rozszarpane przez słuchaczy pragnących mieć swoistą pamiątkę. Sam miałem taki przez kilka lat.. no ale to tylko kawałek gumy;). Oczywiście uczciwość nakazuje mi zanotować również,  że na Torwar niektórzy fani przyszli głównie  w celach towarzyskich i nawet w najciekawszych muzycznych momentach ciągle ktoś chodził pod sceną. Nie tak było pół roku wcześniej podczas koncertów Klausa i Rainera. Schulze i Bloss potrafili skutecznie i dosłownie posadzić publiczność na deskach i całkowicie skupić ich uwagę na sobie.  Nie wszystkie zagrane utwory były równie udane. Pamiętam występ polskiej aktorki recytującej "Kiev Mission". Niestety, to była totalna porażka. Kobieta zbyt mocno akcentowała zdania przerysowując je w sposób wręcz karykaturalny. Nie jest to wina zespołu, Edgar miał dobry pomysł, skąd jednak mógł wiedzieć że kobieta ataksją języka do muzyki "położy" ten fragment? To, co mile się słuchało w języku rosyjskim na płycie "Exit", niekoniecznie musiało być dobrze wykonane w polskim. Nie potrafię też potwierdzić legendy, czy muzycy grali w cienkich rękawiczkach, muzyka zbyt fascynowała oczy i uszy, aby zwracać uwagę na takie szczegóły. No i nie widać było tego na filmie Pawła Karpińskiego. Nie czułem też gazów łzawiących, ani nie zarejestrowałem wzrokiem brutalnych ochroniarzy, o których aktach przemocy krążą legendy... Niezależnie od drobnych potknięć, występy należy uznać za bardzo udane. Wracałem więc pełen radości piechotą na Dworzec Centralny,  mając za drogowskaz widoczny z daleka Pałac Kultury. To były czasy gdy PKP miało przepełnione wagony, a zagraniczne samochody na ulicach były rzadkością. W uszach grała mi jeszcze muzyka,  a w sercu przekonanie o dobrze spędzonym, pełnym niezwykłych wrażeń dniu.
   Zespół po powrocie do domu postanowił wydać płytę z zapisem tych koncertów. Ukazał się dwupłytowy album "Poland – The Warsaw Concert". Doskonałe brzmienie będące zasługą studyjnej, mozolnej obróbki materiału dokonanej przez Chrisa Franke i Johannesa Schmoellinga jest jednym z powodów niesamowitej popularności tej płyty. Choć nie jedynym. Odświętna atmosfera happeningu i prawdziwa radość fanów jaka płynęła z  widowni w stronę estrady miały również swój wpływ na muzyków. A zespół był w doskonałej, szczytowej formie, na jaką nie wzniósł się chyba już nigdy więcej. Ale to co słychać na płycie „Poland”, nie do końca pokrywa się z prawdziwą  muzyczną treścią wypełniającą w 1983 halę Torwaru. Ingerencja Chrisa Franke w oryginalny zapis daleko przekroczyła granice lekkich modyfikacji. Nie zdziwiłbym się gdyby prawdą okazało się przypuszczenie, że niektóre fragmenty nagrano ponownie i podłączono do reszty. Wspominam o tym, ponieważ w 2000 roku powstał projekt rekonstrukcji taśm rejestrujących muzykę z audytorium. Pewien bardzo zdolny dźwiękowiec, człowiek kryjący się pod pseudonimem 3N (pozdrawiam!), postanowił wskrzesić i uszlachetnić zawartość swoich starych kaset magnetofonowych. Z  nich to właśnie i dostarczonych dodatkowych materiałów  zrekonstruował co się dało z posiadanych zasobów. Powstał  tak zwany ‘fan-release”, dwupłytowy dokument pozwalający zapoznać się z prawdziwym brzmieniem i treścią obu warszawskich koncertów z tego grudniowego wieczoru. Oprócz nagrań znanych z oficjalnego wydawnictwa zawiera on kilka unikalnych utworów z których zrezygnowano w legalnej wersji.  Choćby z tego powodu prawdziwy fan powinien go poszukać. I na tym albumie wydanym pod tytułem: "Dreaming on Ice Stadium Evening" można wyraźnie usłyszeć że np. początkowy "Poland" był jednak  trochę inaczej grany na obu koncertach. Ostre frazy zostały w studio złagodzone. Ten rarytas jest obecnie nieosiągalny w swojej pierwotnej formie. Dlatego też cieszę się że mój egzemplarz nr 3 jest jeszcze „na chodzie”. Pięknie jest cofnąć się w czasie o prawie 30 lat i posłuchać zespołu który był kiedyś wyznacznikiem dobrej odkrywczej muzyki, tego co najlepsze w gatunku zwanym czasami rockiem elektronicznym.




Mariusz Wójcik:

    Mój mandarynkowy sen, miał się spełnić 23 kwietnia 1997 roku w dalekim od mojego miejsca zamieszkania  Zabrzu. Mój kolega podał mi numer telefonu, gdzie można było zamówić bilet na koncert  Tangerine Dream. Bardzo sceptycznie podszedłem do realizacji spełnienia mojego marzenia, bo życie czasami  weryfikuje takie plany. Ja od zawsze jestem uparty, jeśli widzę choćby iskierkę nadziei, a takową widziałem w tamtym czasie - choć z perspektywy czasu ten wyjazd był dość problemowym planem, bo przecież ja pracowałem w trybie trzyzmianowym i do tego cały czas  w rozjazdach. Kiedy dostałem potwierdzenie  od kolegi Aleksandra Zaranka,  który był wielkim fanem TD (on  również opisał swoją relacje z tego koncertu w Generator News 1997 rok - fanzin muzyki elektronicznej wydawany przez Ziemowita Poniatowskiego, obecnie Generator.pl), wówczas już na poważnie wyobrażałem sobie mój koncert marzeń. Do dalekiej Ustki służbowo wyjechałem z myślą, że jednak po przyjeździe do domu dosłownie wskoczę do samochodu mojego kolegi Aleksandra i jego żony, by spod Piły wyruszyć na mój koncert marzeń. Tak się też stało - po nieprzespanej nocy wróciłem do domu i w trybie natychmiastowym pożegnałem się z żoną i półtoraroczną wtedy  córką. Przyznam się, że po ciężkiej  nocy jazda autem do Zabrza była  dość uciążliwa ale odsłuchiwanie w aucie kaset  z muzyką Tangerine Dream  ładowało mi akumulator. Kiedy dojechaliśmy pod Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu, w ekspresowym tempie odebraliśmy z kasy zamówione bilety, tak naprawdę to wtedy byłem rzeczywiście  w 100 % pewien, że  będę na  wymarzonym koncercie. 
   Tłum fanów gromadzący się pod Domem Muzyki i Tańca imponował mi, bo nie sądziłem że tylu fanów z naszego kraju oraz z zagranicy będzie uczestniczyło w tym  mandarynkowym święcie. Jak wiadomo, mieliśmy powody do świętowania, bo ostatnia trasa  TD w Polsce to zupełnie odlegle czasy  -  grudzień 1983 rok :).
     Napięcie oczekiwania rosło z minuty na minutę, czułem w sobie narastające podniecenie, które potęgowało rozmowami z El fanami. Przed wejściem do Domu Muzyki i Tańca spotkaliśmy Ziemowita Poniatowskiego  (Generator.pl), który  prosił nas  by jego sprzęt fotograficzny na czas koncertu przechować w naszym aucie. Niestety, nie dostał pozwolenia na wykonywanie  zdjęć, trzeba było posiadać specjalną  akredytacje. Przed samym wejściem  miałem okazje przywitać się z animatorem muzyki elektronicznej w Polsce Arturem Lasoniem, z którym na przerwie koncertu zażarcie dyskutowaliśmy  :) (ale o tym później). Po wejściu na sale DMiT do dziś pamiętam dziwne uczucie narastającego napięcia, migające lampki klawiatur Edgara Froese i kolegów oraz krzątającej się ekipy technicznej TD. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie frekwencja fanów, jak się później dowiedziałem, zdecydowanie więcej fanów pojawiło się na tym Zabrzańskim koncercie, niż  dwa miesiące później w Sali Kongresowej,  na który niestety nie udało mi  się dotrzeć. Pamiętam jak z kolegą i jego żoną siedzieliśmy blisko sceny  a wokół nas pojawiła się grupa inwalidów na wózkach, naprawdę robiło się tłoczno - ale to dobrze, podskórnie wyczuwałem, że będę świadkiem historycznego koncertu TD.
        Kiedy światła wygasały nastąpiła dziwna cisza, zauważyłem muzyków, którzy już byli gotowi do odegrania swojego El muzycznego spektaklu. Edgar po lewej stronie ze swoim  zestawem syntezatorów. Jerome po środku i po prawej  Zlatco Perica, którego energia rozsadzała wręcz, oczywiście to nie cały skład TD.
    Przyznam, że dość sceptycznie podchodziłem do set listy gdyż promowany album "Goblin club"   nie przekonywał mnie i liczyłem na zdecydowanie starsze kompozycje TD i... absolutnie dostałem olśnienia kiedy to o czym skrycie marzyłem, stało się faktem już w po pierwszym zresztą znakomitym utworze  "Waterborn"  z albumu "Oasis", który  przepięknie wybrzmiał wtedy w Zabrzu! Cudowna sekwencja  okraszona spontaniczną partia gitary Zlatco Pericy. Później było  jeszcze ciekawiej, bo  fragment utworu "Poland"  oraz "Siliver scale" , "Exit",  "Stratosfear"  czy też  fantastyczny   fragment  z albumu "Underwater sunlight"  -   wywołały u mnie dreszcze podniecenia  a przy ”Silver scale"  pamiętam, wstałem z łzami w oczach i biłem  gromkie oklaski! Zresztą ta pierwsza cześć koncertu to  była swoista set lista  moich marzeń, aczkolwiek zabrakło wielu pięknych tematów z dekady lat 70. czy 80.,  to i tak byłem usatysfakcjonowany tą mandarynkową muzyką. Koniec części pierwszej dobiega  końca i chwila na ostudzenie  emocji, już po kilku minutach spotykają się fani TD by relacjonować na gorąco ta pierwszą część. Mile wspominam tą piękną, przyjacielską atmosferę entuzjastycznych dyskusji. Jak pamiętam, udało mi się zdobyć piękny plakat promujący tournée TD  "Goblins Club", przyznam zakup był  perfidnie przemyślany, bowiem sądziłem, że uda mi się zdobyć autograf Edgara Froese - tak jednak się nie stało.
       Muszę dodać, że w gronie dyskutantów obok wspomnianego Artura Lasonia (szefa klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej  - współpracownika  Polskie Radio PR II oraz Polskie Radio PR III (biografie Tangerine Dream i Klausa Schulze końcówka lat 80) oraz jednego z największych animatorów wówczas El muzyki w Polsce. Był również Ziemowit Poniatowski   wówczas fanzin Generator news oraz szef Fanklubu  Tangerine Dream  Tangram  - Sławomir Więckowski itd., itd. Tak więc pamiętam, to było swoiste spotkanie na szczycie kochających nie tylko TD ale w ogóle muzykę elektroniczną. Moja  dyskusja z Arturem Lasoniem była na tyle intensywna, iż spóźniliśmy się kilka minut na drugą część, a konkretnie na tą perkusyjną cześć,   cała druga część w większości składała się z wydanego w tym czasie albumu „Goblin Clubs".  Zresztą   o dziwo, znakomicie wypadły wersje  ze studyjnego albumu  "Rockoon",  gdzie  Zlatco Perica popisywał się żarliwymi solówkami gitarowymi, wręcz eksplodował  metalową furią za co otrzymał gromkie brawa. Bardzo ciekawie w drugiej części koncertu wypadły projekcje wideo, w tle można było obejrzeć  fragment filmu "Canyon Dreams"  -  naprawdę zrobiło się bardzo refleksyjnie, muzyka niezwykle działała na wyobraźnie  fanów, zrobiło się nostalgicznie i jakaś nieodgadniona fala utraty każdej upływającej minuty z legendą El muzyki kazała nam absorbować wszystkie zmysły  aby zostało to na długie lata. Kiedy się zaczynały bisy a w Zabrzu  a były trzy, wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami  wyjątkowego spektaklu, który został powtórzony  dwa miesiące później tj, 13 czerwca 1997 roku w Warszawskiej Sali Kongresowej  i jak doniósł mi kolega później -  to ten z  którym wybrałem się do Zabrza a który przybył na drugi koncert TD w Warszawie  –  atmosfera  i  frekwencja zdecydowanie  różniła się od tej z Zabrza, a mimo to bardzo żałowałem gdyż wtedy Edgar Froese spotkał się z fanami i był zdecydowanie bardziej rozmowny niż w Zabrzu. Kiedy po dwóch bisach zbliżaliśmy się do definitywnego końca tego mandarynkowego show, wielkie brawa i w ogóle bardzo entuzjastyczne przyjęcie fanów spowodowały kolejny bis chociaż myślę, że Edgar Froese z góry set listę miał przygotowaną, ale to szczegół bo na sam koniec przyznam zostałem mile zaskoczony fantastyczną wersją geniusza gitary Jimiego Hendrixa! Utwór „Purple Haze" wręcz  eksplodował feerią intensywnych świateł oraz fenomenalną partią Zlatco Pericy  -  przez chwile miałem wrażenie uczestnictwa bardziej w koncercie...  Deep Purple  ;), niż legendy muzyki elektronicznej ;). Na sam koniec Edgar podziękował polskiej publiczności za ciepłe przyjęcie  ale troszkę był zły na nie ogrzewaną sale DMi T  jakby ze złości wymachiwał ręką, zresztą dość sarkastycznie to ujął … przybywam do WAS ... i znowu zimno ;). Tak, Edgar miał rację, bo 23 kwietnia sala Domu Muzyki i Tańca rzeczywiście nie była ogrzewana, choć przyznam szczerze, że od niesamowitych emocji było przynajmniej w moim przypadku bardzo gorąco ;).
   Czekaliśmy uparcie dalej na Edgara, niestety menadżer TD wyszedł i oznajmia nam, że maestro Froese przeprasza nas ale nie może wyjść, no cóż pamiętam moją reakcję – bierzcie ze sobą plakaty i biegiem pod busa, gdzie muzycy TD odpoczywali po koncercie. Podbiegliśmy, ale  okazało się iż Edgar, wyszedł do nas  dosłownie na chwile, zresztą faktycznie zmęczony i przeprosił ale nie będzie rozmawiał,  dopiero po kilku minutach wyszedł z busa Jerome Froese i chętnie z nami porozmawiał itd. Wtedy też stojąc przy drzwiach autokaru pierwszy i ostatni raz miałem okazje zobaczyć Monikę Froese. Drzwi się zamykają, ciepłe i serdeczne pożegnanie i… kończy się moja przygoda  z mandarynkową legendą.
 Kiedy pakowaliśmy się do auta, było już naprawdę zimno, księżyc w pełni… i naszły mnie dziwne myśli… to już naprawdę koniec??... Smutek spełnionego marzenia. Po nieprzespanej nocy, oraz po trudach jazdy do Zabrza, oraz po koncercie TD o dziwo… Nie mogłem zasnąć w aucie. To były tak wielkie emocje, że nie pozwoliły mi na spokojny sen, do dziś kiedy słucham "Tournado" czyli album TD z rejestracją tego Zabrzańskiego koncertu - zawsze wracają wspomnienia z... mandarynkowego snu AD 1997.

      Zespół Edgara Froese nagrywa i koncertuje do dziś, z jakim skutkiem - oceńcie sami, ale nam te stare widowiska zapadły głęboko do serca.


  The album "Poland", a record of Tangerine Dream's concert on 10th December 1983 in Torwar, Warsaw, went down in history of electronic music. By fans it is considered as one of the most important concerts of this original group from Germany. In my case I have been trying to describe this music for over 20 years! Why so long? Why, while writing about dozens of more or less worthy albums of el-music, or albums from other music genres, this is the album of my life which is being described only now...? Truly, I don't know... I think one of the reasons is that I have a very emotional relationship with sounds that have completely captured me!

When in music bookstores in the 80s this beautiful analogue album (two discs) appeared on the shelves, released by the noble Tonpress label, I had to be financially supported to buy it. I didn't hesitate at all with the decision to buy it, of course my parents had to help me at that time, because it was my school period. I remember proudly carrying the album to school to show it off to my friends. As a rule they were fans of new romantic and hard rock, unfortunately the name Tangerine Dream made me feel cold... But there were people who literally snatched this album from me, my friends, however, after hearing, or rather browsing the cover, with distaste returned saying that: "they have never listened to such bizarre music in their lives". It's a nice anecdote, but I didn't mention it by accident, because the whole phenomenon of Tangerine Dream lies in emotions, this music has to find a fertile ground. And it did for me...

The album begins with an announcement by editor Kordowicz, whose voice was broadcast at the beginning of the concert. I must admit that every time I listen to the first minutes of this concert, I get a strange tingling sensation, the applause of the Polish audience is unbelievable, I am not at all surprised by Edgar Froese, who in interviews spoke very warmly about the great reaction of the audience gathered at Torwar Hall. Interestingly, when you listen to this enchanting tangerine music today, you feel waves of warm sounds. The first part of "Poland", which is completely worn out on my analogue, proves that I listened to this piece many times, but I don't really see a weak moment here. Everything intertwines perfectly, although I realize (there are witnesses to this concert) that what we hear now does not really correlate with the authentic setlist from December 10, 1983. But this is not the priority, what is important is the MUSIC itself, which bites into our mind and even envelops us in a balmy, ethereal magic mist. Mandarin dream sharpens our senses, causes almost metaphysical experiences. How not to mention here the sometimes frosty, full of arctic cold winds track "Tangent"? Capital bass percussion drops invade our tangerine spectacle like creeping monsters from sci-fi movies. What a delight it is to listen to these sounds, which were once completely separate from what constituted my personal playlist. It can't be compared to rock music or jazz, nor can it be compared to avant-garde or alternative music. It is the music of the cosmos, it is the sounds of our astral body, the sounds of our personal inner universe! It is one musical organism. Edgar Froese, Chris Franke together with the then perfectly capable Johannes Schmoelling presented "Warsaw in the Sun", a piece that was a must-see on the world tours of Edgar Froese and his friends. A beautiful tribute to Warsaw, this piece definitely sounds more vivid or juicy in the analogue album version, and the same goes for all its fragments. These are not significant differences in perception, but this music has more spirit, it is more natural. I have the impression of communing with analogue instruments and also the definitely pastel and warm sound of all the instruments gives more dynamics. An example can be the beautiful "Barbakane", but about this track in a moment. The composition "Rare Bird" is something that definitely differs from the contemplative raptures of "Poland" or "Tangent". These quite melodic and lively sounds diversify this release, the composition is rich in floral synth samples, which enchant with their beauty, they still sound dignified, although it smacks a bit of pop music. The thunderous applause of the audience confirms the words of Edgar Froese, enchanted by the reaction of Polish fans.
Let me move on to a track that for Tangerine Dream fans is one of the most beautiful compositions from this album - "Barbakane"... How many emotions here, how many subtle musical structures, which fans could hear earlier on Edgar Froese's solo album "Pinnacles". This composition is brimming with analog synthesizer colors. Just close your eyes and listen, listen, listen... This is one of the most picturesque Tangerine Dream tracks I have ever heard. It's like a musical journey in Edgar Froese's footsteps around the world. And so we enter with these icy sounds into the amazing part of "Horizon". Hardly accessible arctic landscapes are a real contemplation, calming and entering the dark, hermetic for the average listener, regions of music working on imagination. Sequential fireflies and percussion drops, even change the whole of these inaccessible landscapes. Moments later there is a flood of keyboard parts, a kind of electronic turmoil grows - we are carried away by a wave of el-nostalgia. I've always been intrigued by the very well-planned dramaturgy in the beginning of the track "Horizon". The sublime keyboard parts seem to end, but to our joy they intensify even higher, like a fabulous kite they glide high into the air, so that the pensive auditorium of the Warsaw Torwar is still in rapture. It is as if the fans were watching a beautiful, robust eagle flying majestically somewhere over the heads of the audience... The spectators, not to waste a second, stared, thoughtful and... fulfilled... This spell of intimacy with the beautiful music of Tangerine Dream continues. Here comes the most painterly moment - I am not surprised that some time ago Edgar Froese received paintings from Polish fans inspired by the music from the album "Poland". Whenever I listen to this very charming fragment of "Horizon" I have the impression of entering the paradise world. It's music as if completely detached from the grey reality, carrying a lot of charm and delicate parts of analogue sound oozing from the keyboards of Tangerine Dream musicians, until suddenly... there is a transition to a completely different musical world. "Bombarding" every now and then a drum solo takes us into a completely different tangerine dimension. The sequencer also enters into sharp, biting and sulfurous solos, which explode our senses, there is a synthetic attack on our sensory organs... But all this is perfectly thought out, the trio works fantastically together. Every sound here introduces us into a cacophonous trance.

I have an impression that with every listening of this album I would write a different review, although it's not really about that; what's important is an authentic transmission of emotions accompanying me during the contact with a completely different MUSICAL DIMENSION. The other one, available only to the initiated music fans, which is far from the predictable junk that floods the media.

I hope that the above description of the Tangerine Dream concert will be an inspiration for those talented young people who are looking for new musical inspirations, looking for something special in the times of throttling values and will be for at least a handful of them something positive in this declining world of illusion...
Mariusz Wójcik





sobota, 21 stycznia 2012

Alpha Flight - Ring of Worlds



   "Alpha Flight - Ring of Worlds" to płyta utrzymana w konwencji tradycyjnej muzyki elektronicznej. Autor Chris Höppner tę senną impresję nagrał w 1994 r. W remiksowaniu projektu pomagał mu sam Peter Mergener. Ale fakt ten nie zdominował zawartości opublikowanego materiału. Słychać że kompozytor miał konkretną wizję, którą konsekwentnie zrealizował. Zawartość można określić jako dość zróżnicowaną muzykę medytacyjną, space music czy fragmentami strawny, ciepły ambient. Dobrze się tego słucha leżąc z zamkniętymi oczami, chłonąc leciwą, spokojną treść... Można nawet zapaść w stan półsnu i wtedy dźwięki krążą swobodnie gdzieś w trzewiach jestestwa... Jest w tym melancholia, zaduma i jakaś głębsza, znana tylko Chrisowi tajemnica. Z wyczuciem dodał ozdobniki i subtelne sekwencje (World of Caves). Trochę odgłosów otoczenia - niby nic nowego - ale ładnie podane, z wyobraźnią. Poszczególne światy jakie słuchacz będzie zwiedzał dzięki inwencji autora, pociągają ciepłymi barwami, pastelowymi pejzażami. Sporadycznie usłyszeć można nieprzyjemne dla ucha efekty (World of Liquid Metal). Budowanie klimatu jest jedną z największych zalet tej edycji. Chrzęst liści pod nogami (World of Endless Forests) rozpoczyna i co jakiś czas wznawia somnambuliczny spacer po bezkresnych puszczach. Gdzieś tam skrzeczą dziwne stwory... Długie, stojące frazy, towarzyszą przedzieraniu się przez "The Space Between Worlds". Potem trochę mroczny, pięknie rozwijający się "World of Crystals" (ciekawie zrobione efekty rozsypujących się kryształków pod koniec utworu). Całość kończy popisowy, zmienny w klimatach i pełen wewnętrznej energii "Lost World - Epilog". Po przesłuchaniu całości zostają bardzo miłe wrażenia. Sporo przebiegów, zmyślne ostinato prawie w każdej ścieżce, dla każdego coś dobrego. We wkładce płyty odniesienia do paru znanych każdemu nazwisk. Muzyka dla romantyków, szukających wytchnienia od udziwnień i eksperymentów. 



czwartek, 19 stycznia 2012

Richard Pinhas - Rhizosphere


    
   W roku 1977, gdy płyta "Oxygene" J.M.Jarre'a już na dobre podbijała świat i tą szczególną lekkością oraz prostotą przekazu przynosiła sławę swojemu pomysłodawcy, pewien dyplomowany profesor Sorbony realizował całkiem odmienną wizję komponowania. Nie wiem jeszcze czy Richard Pinhas zdawał sobie sprawę nagrywając pierwszą solową płytę "Rhizosphere" że również tworzy historię francuskiej muzyki elektronicznej. Ale udało mu się udowodnić, że jego wyrafinowane, dźwiękowe produkcje naprawdę silnie działają  - tyle że na inny, bardziej wymagający typ słuchacza.
      Od początku słychać że Pinhasa rozpiera energia.  Muzyka zawiera bowiem  wiele dynamicznych fragmentów. "Rhizosphere Sequent" niczym rozpędzający się pociąg, pomyka przed siebie skrząc się wielobarwnością wątków, zmiennością sekwencji i mnogością efektów. Biegają one po stereofonicznej przestrzeni w jakiejś niezwykłej, hipnotycznej determinacji.  Spokojniejszy utwór "A Piece For Duncan" brzmi jak kosmiczna wędrówka przesycona niepokojem i ciekawością astronautów. Richard eksploruje tu możliwości jakie daje Moog 55 i Arp 2600. Kręci rozkosznie gałkami oscylatorów. Dalej, obsesyjnie powtarzane motywy zdominują klimat kilkuminutowej ścieżki "Claire P.". Nic dziwnego, skoro utwór dedykowany jest postaci Philipa Glassa.  Solo brzmi czysto i bardzo wyraźne.  W "Trapeze/Interference" muzyka toczy się dość leniwie,  jest trochę mroczną impresją - jakby dla wyciszenia przez tytułową, zakręconą suitą. "Rhizosphere" rozkręca się powoli, przy znacznym udziale perkusisty Françoisa Augera. Ładnie to brzmi na słuchawkach. I tu, jak na początku wydawnictwa, słychać tę nieustępliwość - choć jakby bardziej kontrolowaną.  Przypomina mi ona mozolną wspinaczkę po górskim stoku coraz wyżej i wyżej. W końcu całość przyspiesza tempo, jakby muzykom zaczęło się gdzieś spieszyć (smile). Zmienne przebiegi podkręcają napięcie, można odnieść wrażenie że to nieskończona pętla... Po wyciszeniu, jako track 6, na minutę ponownie wchodzą same efekty... Dziwne to trochę, ale chyba taki podział utworów wyszedł dopiero na wersji CD. Bardzo dobra muzyka, w której słuchacz znajdzie wiele odniesień do tamtych złotych lat EM i pięknego brzmienia analogów. 

     Ciekawe że ta płyta byłą jedną z pierwszych elektronicznych perełek które wysłuchałem w radio około 1979 roku i nagrałem na monofoniczny magnetofon. I bardzo dobrze, bo nic nie straciła ze swojego uroku. A prekursor progresywnej elektroniki był w świetnej formie.


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Polaris & Krzysztof Horn Collision



     Ricochet Gathering oznacza wyjątkowe wydarzenie dla fanów muzyki elektronicznej. To koncerty często w unikalnych lokalizacjach, w międzynarodowej obsadzie muzyków. Ostatni odbył się Berlinie w 2011 roku i miał swój polski akcent. Nie po raz pierwszy zresztą. Zagrali na nim wspólnie Jakub Kmieć znany bardziej jako Polaris, oraz Krzysztof Rzeźnicki który woli sceniczne nazwisko Horn. Owocem tej przyjacielskiej sesji jest płyta "Collision" - muzyka będąca wypadkową zetknięcia się dwóch niebanalnych muzycznych indywidualności. Jednocześnie zadziałał efekt spontaniczności i swobody w podejściu do realizowanego materiału. Muzycy zrezygnowali ze szczegółowo opracowanego planu działania i w dużej mierze zdali się na swoją intuicję. Pierwsza, tytułowa kompozycja "Collision"  to bardzo stonowana muzyka. Aby wychwycić wszelkie niuanse potrzeba skupienia, warunków w których nikt nie rozproszy zbytnio uwagi. Słychać trochę różnych efektów, dość skomplikowany, połamany beat i smutne solo. Mocno odrealniona twórczość z pogranicza delikatnego, ciepłego ambientu. Po tym okresie "dopasowywania się" kolejne kompozycje wydają się być bardziej wyraziste. Więcej pomysłów, barw i energii. W "Mal Du Siecle" usłyszeć można próbki jakby orientalnych instrumentów oraz ludzkich głosów. Wprawne ucho usłyszy też motywy grane w stylu wielkiego Greka oraz rytmiczne rozwiązania charakterystyczne dla amerykańskiej muzyki obrazującej życie pustyni. Ciekawy kolaż. Im dalej tym przytulniej. "Octahedron Moon" w porównaniu do poprzednich utworów można śmiało nazwać "przebojowym". Ale to oczywiście żart z mojej strony. Mam wrażenie że słyszę brzmienie symulatora Eminent, któremu towarzyszą akcenty orientalne. Prawdziwe tygrysy polujące na perełki el-muzyki na pewno polubią ten utwór. "The Parent of All Others" jest krótkim dwuminutowym pośrednikiem między dwoma ciepłymi impresjami. Obecna syntetyczna gitara i trzaski niczym z analogowej płyty pozwalają na określone skojarzenia. "Berolina Train" sięga jeszcze głębiej do klasyki muzyki elektronicznej i w szczególny sposób czaruje słuchacza licznymi modyfikacjami dźwięków. Przez piętnaście minut można jak w transie poddać się pozytywnej energii która płynie z głośników. Ta moim zdaniem najciekawsza na płycie kompozycja, ma w sobie wszelakie cechy dynamicznej relaksacji. I być może jest najbardziej dopracowanym, przygotowanym wcześniej fragmentem materiału. Powinna się spodobać wszystkim fanom. Pozornie beztroskie granie co jakiś czas urozmaica kobiecy głos naśladujący styl dworcowych komunikatów. Rozpędzona kaskada przyjaznych uszom barw w końcu ulega degradacji. Wagon typu "Berolina"  zatrzymuje się u swego celu. Szkoda. No, ale niektórzy mówią że nic nie trwa wiecznie.  Pewną pociechę stanowi fakt, że kończący płytę "Subconscious Choice" utrzymany jest w podobnej konwencji. Z trochę inaczej ustawionym rytmem zachował ten szczególny optymizm poprzednika. Cóż, być może był to podświadomy wybór ;). Płyta kończy się zasłużonymi oklaskami. Kris Horn i Polaris pokazali swoją klasę. 
   Nic dziwnego że płytę oprócz labelu The Ricochet Dream wydał również nasz Generator. Polecam!

sobota, 14 stycznia 2012

Biosphere - Patashnik


       Geir Jenssen jest mistrzem samplingu, intuicyjnego montażu i błyskotliwym realizatorem swoich pomysłów. Ten Norweg mieszkający od jakiegoś czasu w Krakowie, najbardziej znany jest z doskonałej płyty "Substrata". Ale zanim ją stworzył, wydał kilka innych znakomitych albumów. Moim ulubionym jest Patashnik z 1994 - pełen inwencji twór zawierający masę zmiksowanych fragmentów filmów, kosmicznych dźwięków i tylko Geir raczy wiedzieć jeszcze czego. Jego umiejętność stapiania w całość różnych wątków jest tu, na "Patashniku" szczególnie wyczuwalna. I choć poszczególne ścieżki dają się słuchać osobno, razem stanowią integralną całość. W Internecie można znaleźć szczegółowy spis obrazów z jakich Jenssen wyłuskał fragmenty do swoich potrzeb (Scanners, Roxanne czy Village of Damned), mi szczególnie spodobały się rozmowy radzieckich kosmonautów z "Odysei Kosmicznej 2010". Podobnych filmowych odniesień na tej płycie jest więcej i radość sprawia ich odnajdywanie. Miła jest również dla uszu spora ilość misternie i wyczuciem zapisanych rytmów, dzięki którym niekiedy przykleja się Biosphere termin prekursora techno-ambientu. Przyjemnie się tego słucha, mimo iż część utworów jest mroczna jak głębia kosmosu. Najkrótsze podsumowanie tej muzyki to: intelektualna zabawa dźwiękami na wysokim poziomie.
    Wydano do tej pory 13 różnych edycji tego albumu, co świadczy o dużym zapotrzebowaniu na ten rodzaj rozrywki.


czwartek, 12 stycznia 2012

Insomnia - Shadows and Mists


        Cienie i mgły to zjawiska tajemnicze i ulotne. Trudne do kontrolowania, wymykające się logice i wyraźnej definicji. Dokonanie konwersji wyobrażeń powyższych procesów na język muzyki będzie zawsze działaniem  w jakimś stopniu subiektywnym. Niedawno autorzy nagrań z płyty "Shadows and Mists" - Adam Mańkowski i Łukasz Modrzejewski czyli duet "Insomnia" udzielili mi wywiadu. Wspominają w nim o fascynacji mistrzami kina niemego. To źródło inspiracji posłużyło im do stworzenia utworów będących ich własną propozycją ilustracji czarno-białych filmów. Zastanawiałem się jaki to może mieć wpływ na wartość samej muzyki. I doszedłem do wniosku że jeśli już ma, to pozytywny. Bo płyta świetnie broni się bez dodatkowej ideologii. Sześć ścieżek utrzymanych w klimacie stonowanej, ale zazwyczaj lekko uwypuklonej rytmicznie elektroniki, wytrzymuje wiele odtworzeń. Kompozytorzy wiedzą co chcą grać i potrafią to zrealizować. Muzyka jest momentami zwiewna, enigmatyczna, ale jednocześnie jakaś... swojska. Może to skutek subtelnych bitów, które jakby z drugiego planu dodają całości kolorytu? Wydaje mi się, że łódzcy artyści nie tyle chcą zaimponować słuchaczom opanowaniem warsztatu, co pragną stworzyć pewien klimat. Nastrój nie do końca mroczny, nie całkiem też jasny. Ciąg inteligentnie proponowanych skojarzeń, bynajmniej nie trywialnych. Produkt dla słuchacza już trochę wyrobionego, wrażliwego na akustyczne niuanse. Lub propozycja dla całkiem nowych rzesz przyszłych fanów, tych specyficznych barw jakie można wydobyć z elektronicznych samplerów.

    Płyta została wydana w grudniu 2011 przez własny, niezależny label zespołu - Larch Records. Ciekaw jestem, co będzie na ich kolejnych krążkach.

Linki do stron związanych z zespołem:
http://soundcloud.com/insomnia-pl
http://shadowsandmists.wordpress.com/
http://www.facebook.com/insomniapl
http://insomnia-pl.bandcamp.com/