sobota, 1 września 2012

Steve Jolliffe ‎– Deep Down Far


  W 1999 roku Steve Jolliffe był w świetnej formie. Po nagraniu kilku znakomitych solowych albumów wydaje kolejną udaną pozycję: "Deep Down Far". Te trzy określenia znakomicie oddają zawartość płyty. W intuicyjny sposób łączy na niej tajemnicze nastroje, celebruje rozwój akcji, idealnie naśladuje barwy klasycznych instrumentów, czy też całej orkiestry na swoich syntezatorach. Rozgrywa je subtelnie, ale z tą właściwą sobie swadą, niczym doświadczony krasomówca w kolejnym akcie opowiadanej sagi. Dopasowane do siebie elementy układanki, czyste barwy fortepianowych solówek, tworzą integralną całość. Poszczególne minuty niosą ze sobą bardzo zdeterminowane formy, które krystalizują się w ramach wymyślonego przez Steve'a uniwersum. W całości przyswajane przez mój zmysł słuchu powodują ciarki na moich plecach i regularne stany euforii (w tym momencie pożegnajcie się z jakąkolwiek rozsądną, obiektywną oceną tej płyty ;) ). Chociaż w moich recenzjach rzadko krytykuję daną muzykę, tu z czystym sumieniem przyznaję że po prostu każda nutka mnie pozytywnie powala i rozbraja. To, że duże fragmenty utworów to imitacje i kolaże tradycyjnego akcesorium stosowanego w muzyce symfonicznej, dotarło do mnie dopiero po jakimś czasie. Jolliffe jest arcymistrzem w mieszaniu nowoczesności z tradycją, w inny sposób niż np. Isao Tomita, ale nie mniej sugestywny. Jego muzyka porusza do głębi, jest jak dotknięcie absolutu To wycieczka w przeszłość, ale i w przyszłość, przeżywana w teraźniejszości.  Mroczne niekiedy klimaty (Seola), nadają temu projektowi tytułowej głębi, są rodzajem suspensu, który objawia się trochę później (Infinity). Czego tu nie ma! Sample ludzkich głosów, sekwencje i dawka orientu. Niesamowite, jak Jolliffe łączy kolejne wątki tworząc zgrabną całość zakończoną dość pompatycznie. Po prostu kocham tę muzykę.