sobota, 4 czerwca 2011

Brian Eno - Another Green World


   O tym muzyku napisano już wiele ciekawych historii. Być może nietaktem byłoby je tu wszystkie powtarzać. Wspomnieć jednak należy, że w ciągu swojego aktywnego życia, mimo słabego zdrowia, dał się poznać jako nie tylko posiadacz bardzo długiego zestawu imion (Brian Peter George St. Jean le Baptiste de la Salle Eno). To zdolny muzyk i  producent wielu popularnych nagrań innych zespołów. Zanim wymyślił termin ambient, w doborowym gronie przyjaciół nagrał znakomitą płytę "Another Green World". Wydana w 1975 roku, tak dobrym dla muzyki elektronicznej, zawiera 14 dość krótkich kompozycji, w tym kilka piosenek. Jednak nie da się ich zagrać w dyskotece :) Niespełna czterominutowe, zawierają wystarczająco intrygującą instrumentalną oprawę aby wzbudzić uznanie, no i są zbyt krótkie aby się szybko znudzić. Już trzeci utwór to małe arcydzieło. Na St. Elmo's Fire gra gościnnie Robert Fripp. Jego gitarowe solo jest po prostu niesamowite.Jak on to robi? Zawsze powtarzam sobie ten utwór kilkakrotnie. Kolejna kompozycja  In Dark Trees zawiera ciekawe rozwiązania akustyczne. Piąta ścieżka The Big Ship to ciepła melodia która na długo zapada w pamięć. Dostojnie, z powagą, wielki statek przesuwa się przed oczami. Bardzo sugestywne.. I'll Come Running - pogodna piosenka gdzie ponownie Fripp dekoruje utwór swoją znakomitą gitarą. W tytułowej Another Green World, półtora minutowej reklamówce możliwości muzyków powtarza się minimalistyczny motyw pięciu dźwięków - w podobnym co cała płyta stylu. Sombre Reptiles  łatwa do zanucenia melodia, mająca w sobie te - "coś" - niezgłębioną melancholię.  Za godną polecenia uważam jeszcze piosenkę Golden Hours z solo w stylu Mike Oldfielda z ciekawym tekstem w którym Eno zastanawia się czy jego mózg nie zamienił się w piasek. Bardzo milo też słucha się Becalmed, pogodnej melodii granej na tle długo brzmiących fraz oraz dźwięków fortepianu. I kończący płytę Spirits Drifting, niesamowity fragment będący zapowiedzią stylu jaki Eno będzie potem sukcesywnie rozwijał. Coda trwająca tylko trzy minuty, ale pozostawiająca ślad w pamięci na lata.Ciekawe że na perkusji wspiera autora sam Phill Collins a na basie Percy Jones.Nic dziwnego więc, że zarejestrowano tak nieszablonową płytę.
    Niektórzy zapamiętają Briana Eno jako twórcę dźwięku startowego do Windowsa 95, inni jako producenta nagrań U2 i Petera Gabriela. Dla mnie to również autor Kolejnego Zielonego Świata w którym można posłuchać o ogniach św Elma i zimnym sierpniowym księżycu. Polecam!





czwartek, 2 czerwca 2011

II Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2006

   Lipcowy poranek i popołudnie: W piątkowy poranek wstałem z radosną myślą, że oto czeka mnie 9 godzin pracy i wieczorny koncert. Już sama ta myśl podniosła mi poziom adrenaliny na ten właściwy. W końcu ok. godziny 17.40 dotarłem do domu i jak na prawdziwego el -fana przystało, po obiedzie odświeżyłem się w wannie gorącą wodą i zwilżyłem gardło zimnym piwem.  Oczyściwszy się zatem ze smutków dnia codziennego czekałem na telefon od Jacka. Po chrześcijańsku odebrał mnie z pod bloku i wyruszyliśmy do Olsztyna. Wieczór: Podróż wypełniały nam rozważania i dialogi na jedynie słuszny temat: co może nas czekać na koncercie. Atmosfera: Dziedziniec zamku nie licząc pustego miejsca po drzewie w które uderzył piorun nie zmienił się wiele. Nie dokuczał mi też zapach kobiecej chemii, której tyle było w poprzednim roku. Czas do rozpoczęcia koncertu zajmowała mi młoda cygańska latorośl okupująca miejsca Vipów i wymieniająca niewybredne dwujęzyczne komentarze. Dookoła sceny chodził zaaferowany Booky, pilotujący Olę Koszewską (dzielna keyboard women nie miała szans się zgubić). Booky machnął mi ręką, że później pogadamy. Nie dziwię się. Powiem wam szczerze: Aleksandra należy do tych kobiet, przy których mężczyźni wyraźnie czują się sprawniejsi, bardziej potrzebni i rycerscy. Krzesła powoli się zapełniały, pojawił się prezydent Olsztyna, 7-9 letnie cygańskie dzieci dostały propozycję nie do odrzucenia  ławkę z boku sceny.  Prawie punktualnie, ten sam, co rok temu Mistrz ceremonii rozpoczął show. Andrzej Andymian został uhonorowany z rąk prezydenta klaserem kilku okolicznościowo wybitych monet (jak dobrze pamiętam ). Okazało się też, że trochę zmieniono formułę spotkania. Mniej tym razem było ideologii słownej a więcej widowiska dla oczu. Widzowie zostali zapewnieni, że organizatorzy przebiją jakością inne podobne tego typu krajowe imprezy. Po prostu oprócz ilustracji graficznych na ekranie, muzycy dostali wsparcie aktorów teatralnych. Przebrane postaci o pomalowanych twarzach robiły momentami niesamowite wrażenie. Muzyka: Jako pierwsza w kolejności wystąpiła wspomniana już wcześniej Aleksandra Koszewska „Vocoderion”. Miała robić za „przestrzeń”. Patrząc na jej lateksowe wdzianko rodem z Matrixa, zmysłowo opinające młode kobiece ciało, spodziewałem się usłyszeć muzykę techno-podobną, ale mile się rozczarowałem. Owszem, muzyka nawiązywała do znanych w gatunku muzyki elektronicznej motywów np. Marka Bilińskiego, ale bez przesadnego hałasowania czy dosłownych coverów. Utwory były zwarte, soczyste i konkretne. W ogóle mam wrażenie, że jej koncert był zbyt krótki i na dobre rozgrzała się pod koniec swojego występu, gdy złapała „drugi oddech” i opuściła ją trema. Kiedy za sprzętem usiadł Maciek Wierzchowski – Vanderson usłyszeliśmy czysty Berlin. Potwierdził to Juma, któremu zapuściłem kawałek przez komórkę. Faktycznie, to było to, co stare tygrysy lubią wspominać najbardziej: styl najlepszych płytek Mandarynek zagrany chyba na trochę nowszym sprzęcie niż ten z lat 70 tych . W galerii zamku można było kupić za jedyne 10zł promocyjną płytkę Vandersona, co przyznacie nie jest wygórowaną ceną. Na koniec tego 2 godzinnego spektaklu wystąpił Andrzej Mierzyński - Andymian. Wyjątkowo rozbudowana oprawa wizualna nie pozwoliła mi szczegółowo wyróżnić nowych fragmentów od starszych w jego muzyce (chociaż chyba gra bardziej "nowocześniej" niż rok temu) bo oczy nasze zajmowali pomalowani aktorzy, którzy machali szarfami, palili ognie i chodzili na szczudłach. Na koniec Andrzej otrzymał dodatkowe, rodzinne (?) wsparcie w postaci wokalistki która kilka minut wcześniej wręczyła kwiaty niektórym widzom i słuchaczom. Wszystko to w atmosferze mistycyzmu i anielskich wizualizacji na ekranie. O 23. nastąpił koniec koncertu. Bardzo szybko upłynął ten czas. Organizacja bez zarzutu, ciekawe widowisko i odpowiednio długie, nie męczące dawki muzyki. Gratuluję!  Aż żal było wyjeżdżać. Zdążyliśmy zamienić parę zdań z Michałem Bukowskim i Olą, Jacek porozmawiał z Vandersonem. I już trzeba było jechać.
   Pozostaną miłe wspomnienia i wrażenie że w Olsztynie są wreszcie dobre klimaty do tego typu imprez.




Mario Schönwälder - Hypnotic Beats


    Pamiętam moment, kiedy ten artysta zdobył popularność w naszym kraju. Stało się to za sprawą płyty „The Eye of Chameleon” wydanej w 1989r wyraźnie nawiązującej do sposobu grania Klausa Schulze. Fani stęsknieni za znanymi brzmieniami granymi trochę inaczej z satysfakcją nabywali tę płytę. Gdy rok później pojawiła się Hypnotic Beats, było podobnie. To ciekawe, że twórczość programowo monotonna, wtórna i momentami po prostu jednostajna, potrafiła wzbudzić tak duże zainteresowanie. Były tego, co najmniej dwie przyczyny: ograniczony dostęp fanów do nagrań z ulubioną muzyki, oraz wąskie środowisko grających w ten sposób kompozytorów. Z czasem okazało się, że moda na reminiscencje i granie w stylu szkoły berlińskiej, zaowocowała liczną rzeszą kontynuatorów oraz coraz większą ilością nagrań.  Niedawno odświeżyłem sobie stare utwory z Hypnotic Beats. Z pewną satysfakcją stwierdziłem, że jak dobre wino, dalej mają swoją moc. Wynika to pewnie z faktu, że iteracja wpisana jest w ludzkie życie i działalność, stanowi jego organiczną część i jako taka jest łatwo przyswajalna. Koncertowy Moogazyn rozpoczynający ten album ma wszystkie powyższe omawiane cechy (programowo monotonna, wtórna i momentami po prostu jednostajna): wady, paradoksalnie będące tym razem również zaletami. Bardzo szybko, bo już w drugiej minucie, wyłania się, niczym smukła łódź podwodna z morskich głębin, rozkołysany, nieskomplikowany rytmiczny schemat. Wokół niego syntezatory grają powłóczyste motywy, zalążki smutnych melodii. Bit, z niewieloma zmianami, szybko zajmuje ważną część świadomości słuchacza, faktycznie jakby hipnotyzuje i przyciąga niczym ćmę do światła.  Ta prosta w budowie kompozycja, daje jednak poczucie satysfakcji i spełnienia. Po blisko 22 minutach, zamiast dawno zmienić tę schematyczną muzykę na inną, siedzę zauroczony i zadowolony. A Dream, Merely A Dream. Tu podobnie, od razu mamy do czynienia z kolejnym rytmem, trochę bardziej przestrzennym i orientalnym, a melodia jest śmielsza i zróżnicowana. Niemniej, jest to kolejny fragment statycznej, jednolitej konstrukcji. Trochę szkoda, że trwa tylko siedem minut. A Spirit of Love.  Pozytywnych kołysań ciąg dalszy. Nieznacznie zmieniony cykl uderzeń, jednak muzyka jest teraz bardziej urozmaicona, słychać więcej ciepłych dodatków, co czyni kolejne sześć minut bardzo miłym przeżyciem. Pociągająca jest szczególnie lekkość granego tematu. To bez wątpienia najbardziej przystępny, choć w późniejszych wydaniach usunięty fragment płyty. The Garden of Sanssouci. Po przyciężkim wstępie wchodzi dość toporna pętla. Solo jest smutne i kontrolowane. Nastrój lekko depresyjny. Niemandsland krótka, niemrawa struktura, w której niewiele się dzieje poza utrwaleniem dotychczasowego klimatu. Hypnotic Beats – po tradycyjnie dołującym wstępie, stado słoni przechadza się po ciasnej klatce. Przynajmniej takie można mieć wrażenie, gdy do akcji wchodzi rytmiczny bas. Mimo wsparcia Amadou Bokou na perkusji, ta kompozycja nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. Mario konsekwentnie hipnotyzuje słuchacza w ustalonej wcześniej konwencji. Z sześciu kompozycji polecam szczególnie pierwsze trzy: koncert z niemieckiej katedry Verden i dwie lżejsze gatunkowo próbki: senną i miłosną. W opisie płyty można przeczytać, że użyto tu tylko cyfrowych instrumentów, oraz zastanowić się nad ciekawym tekstem F.Nietzche. Po raz kolejny okazało się, że powtarzalność, obsesyjne nawroty tych samych dźwięków dają się lubić. Nagrania te doczekały się kilku wznowień, na jednym z nich, wydaniu labetu SynGate Records, w kompozycji tytułowej gra Harald Grosskopf, a kolejność utworów, zawartość ścieżek oraz ich długość jest zmieniona.
    Po tej płycie Mario wydaje następne, podobne w pomyśle, oraz jest współuczestnikiem kilku muzycznych projektów nagranych z przyjaciółmi. Ale to już inna, mająca również swoich zagorzałych fanów historia.



środa, 1 czerwca 2011

I Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2005


    Dawno nie byłem na koncercie El-muzyki. Więc kiedy Jacek „JotDe” uczynnie zaproponował mi transport swoim samochodem, skwapliwie skorzystałem z oferty. Pomyślałem sobie: skoro El_visowi i Michałowi Bukowskiemu chciało się przyjechać z drugiego krańca kraju, aby zagrać.. to mi te 40km… tak, to proste, jedziemy i już! W samochodzie, zadowolony z siebie, uznałem że to w sumie dobrze się rozerwać, żona też zobaczy innych ludzi, sama świeżość - tak niezbędna w codziennej szarzyźnie. Dojechaliśmy pod dziedziniec olsztyńskiego zamku, bez większych problemów dostaliśmy się do środka ( powołując się na znajomość z wykonawcami, a że wirtualną… hi hi, to nikt nie musiał wiedzieć), zajęliśmy miejsca. Atmosfera. Niedzielny wieczór kilka minut przed 21-wszą. Oczywiście parę rzeczy mnie irytowało. Masa obcych, dziwnych zapachów, które częściowo uznałem za kobiecą kosmetyczną chemię, częściowo płynących z produkcji sztucznego dymu. Niemniej, budowałem w sobie pozytywną atmosferę. Jacek koniecznie chciał przed koncertem pogadać z artystami i udało mu się to w przypadku Adama Bórkowskiego, który stremowany orzekł że ciężko mu czekać w kolejce jako ostatniemu z grających. Ja w tym czasie starałem się chłonąć klimat otoczenia, identyfikując płynącą z głośników muzykę Bjork i bacznie obserwując przybyłych słuchaczy i muzyków. Zdziwiłem się, widząc spory odsetek osób po 40, 50 i 60 tym roku życia. W sumie myślę że na początku programu było trochę ponad 100 osób, co biorąc pod uwagę specyficzny charakter muzyki można uznać za sukces. Punktualnie o 21-wszej do mikrofonu podszedł mistrz ceremonii. Ha! Niesamowitą siłę przekazu miał ten człowiek! Prosta historia rodem z seriali SF opowiadała o wyprawie z przygodami w kosmos, której sukces zapewniła czwórka wybitnych indywidualności (patrz: nasi wykonawcy). Oczywiście muzycy traktowali to z przymrużeniem oka, jako pretekst do ujawnienia swoich własnych fascynacji. Maestro podziękował też sponsorom i obecnemu prezydentowi Olsztyna za wsparcie i muszę przyznać że było to jak najbardziej wskazane. Siedziałem dokładnie za prezydentem miasta i z podziwem stwierdzam fakt: człowiek ten był obecny do końca koncertu ! To nie jest wcale naturalne w przypadku VIP-ów, czyli uznałem że to po prostu „nasz człowiek”. Muzyka. Jako pierwszy zagrał Michał Bukowski czyli Bookovsky. Jego postać jest już dobrze znana i lubiana w kraju. Czterdziestu minutowy program jaki popłynął z głośników nie odbiegał treścią od płytowych wydawnictw. Muzyka dynamiczna, konkretna, zwarta, mocna i klarowna. Podobała się słuchaczom co wyrażono brawami w stosownych momentach. Nie wnikam jaka część muzyki była grana z dysku a jaka na żywo, ważne że zyskała uznanie. Na początek wieczoru, dla rozgrzania atmosfery - jak najbardziej.  Kolejny występ był udziałem Andrzeja Mierzyńskiego, olsztyńskiego muzyka i grafika. Charakter jego muzyki najbardziej odbiegał od popularnej elektroniki cenionej na tym forum. Słychać w niej było inspiracje muzyką Marka Bilińskiego, J.M.Jarre’a  i archaizmy dźwiękowe w stylu Larry Fasta. Serio. Dziwna i niepokojąca mieszanka stylów. Również aplauz widowni dającej wyraz uznania rodzimemu wykonawcy. OK! El_vis: W komentarzu prowadzącego określono go jako mózg tego projektu. Dawka muzyki jaką zapodał nam Piotr Lenart - to kontrolowana próbka przystępnej El-muzy, niesamowicie profesjonalnej i wyważonej. Doskonały warsztat i obróbka. Lekkość z jaką grał mówiła niejako: zagram wam wszystko co chcecie. Ta część najbardziej podobała się mojej żonie. I ja poczułem się kontent, jako że kilka lat temu zachęcałem Piotra do grania, czując ten wielki potencjał jaki ma on w sobie. Adam Bórkowski. Był ostatnim ze wspaniałej czwórki i uwaga: zgodnie z moją i Jacka opinią zagrał to co El-tygrysy lubią najbardziej. Tym bardziej się cieszę że zostałem do końca za namową Jacka, bo deser smakował najlepiej. Adam zagrał na dziwnym instrumencie który wyglądał na domową robotę. Muzyka która wydobywała się z tego tajemniczego pudełka wyróżniała się niebanalną formą, rozchwianą ekspresją i dużą dawką psychodeliki, jednym słowem trudno było ująć ją w jakieś opisywalne ramy. Zagrał momentami jak Mandarynki z lat 70 tych, gdzie emocje i fakturę poddano przypadkowi a harmonię chwilowemu kaprysowi. Niesamowite .. Nie miałem czasu poznać dokonań zespołu Endorphine, w którym grywa Adam, ale rzecz na koncercie wyglądała wielce zachęcająco. Do końca pokazów muzycznej mobilności wytrwało może 30 % publiczności, co akurat mnie nie dziwi. I tak jest – uważam - dobrze. Oprawa graficzna koncertu. Propozycja organizatorów to ekran na którym tradycyjnie do rozpoczęcia koncertu wyświetlano reklamówki sponsorów, w trakcie koncertu wizualizacje mające być uzupełnieniem muzyki. Cóż można o tym powiedzieć ? Kompozycje podobne były do tego co generuje ekran programu Windows Media Player 10, miały mniej więcej ok. 20 minut, co oznacza że można było je obejrzeć ok. 8 razy. Jasna więc rzecz, że po pewnym czasie uwaga widza skupiała się raczej na osobie muzyka niż tła. Statyczny charakter wykonywanej muzyki zachęca do „uczłowieczenia” takich wizualizacji. Ciekawe efekty mógłby dać pokaz slajdów z różnych miejsc ziemi czy kosmosu. Byłoby jeszcze ciekawiej – ale w sumie było naprawdę frapująco. Ponieważ cała impreza zakończyła się w niedzielę po północy, więc niezwłocznie po ostatnich dźwiękach muzyki Adama udaliśmy się w podróż powrotną. Widziałem że Jacek miał chęć porozmawiać z naszymi muzykami, ale pamiętał że muszę następnego ranka udać się do pracy - nie naciskał. Mi też było żal że nie porozmawialiśmy po fakcie z muzykami, dlatego prośba na następny raz - sobota 20.00 - to też doskonały czas na rozpoczęcie koncertu. Ale teraz – za pośrednictwem sieci - dziękujemy za te miłe chwile! W pomieszczeniach zamkowych były dostępne darmowe kasety które rozprowadza Michał Bookovsky oraz płytki muzyków (od 10 do 30zł za sztukę). Kto nie kupił - niech żałuje! Jeżeli coś pomyliłem albo zapomniałem istotnego – Jacek na pewno mnie sprostuje.






wtorek, 31 maja 2011

Andymian & Vanderson: Zamęt - Olsztynek 2007


   Gdy dotarła do mnie wieść o koncercie Andymiana i Vandersona w Olsztynku autentycznie się ożywiłem. Nad planowa elektroniczna impreza, czy to nie fantastyczne? I na dodatek tylko 30km drogi. Nie wymagam od życia zbyt wiele i doceniam takie niespodzianki. Skonsultowałem więc precyzyjny termin wyjazdu z Jackiem JotDe, ubraliśmy się z żoną ciepło i w drogę! Olsztynek sam w sobie jest niewielką miejscowością, więc jak już tam wjechaliśmy, bez problemów dotarliśmy do zamku. Na skromnym dziedzińcu zastaliśmy masę podekscytowanej młodzieży należącej do kilku grup teatralnych i bohaterów wieczoru kręcących się wokół aparatury. Andrzej na nasz widok wyraźnie się ucieszył, zamieniliśmy kilka zdań i poszukaliśmy sobie ławeczki jako punktu obserwacyjnego. Koncert rozpoczął się około 20.15, co specjalnie nikomu nie przeszkadzało. Muzyka Andrzeja Mierzyńskiego - Andymiana, po raz kolejny sprawdziła się doskonale jako dźwiękowa oprawa większego widowiska.. Na koncercie jest z nią trochę inaczej niż z domowym odczytem kompaktowego krążka. Wydaje się być nie tylko głośniejsza ale i bardziej monumentalna. Charakterystyczny klimat leniwego strumienia zdarzeń, w estradowej demonstracji nabiera cech bardziej mistycznych. Ciekawe, niby to samo, ale jednak w inny sposób się przyswaja. W trakcie jej słuchania uświadomiłem sobie dlaczego właściwie lubię koncerty. Że nawet najlepsze słuchawki nie zastąpią tej szczególnej atmosfery misterium jaka towarzyszy występom na żywo.. I nie chodzi tu bynajmniej o to, aby bas wciskał  żebra w mięsień sercowy, czy o niewątpliwą wyższość głośników koncertowych nad domowymi. Nie jest też szczególnie istotne, czy muzyka jest tworzona na bieżąco, czy leci z playbacku. Chodzi o klimat jaki jest tworzony przez zespół współpracujących ze sobą artystów różnej maści. To jest te nieuchwytne „coś” które pragniesz zrozumieć i zabrać ze sobą. Do całości dopasowana była również część druga koncertu.  Maciej Vanderson Wierzchowski na zasadzie kontrastu do dość kontemplacyjnej twórczości Andrzeja zagrał tradycyjny Berlin. Muzykę przy której - w chwilach bardziej dynamicznych - można było nawet potańczyć.  Dla osób którym eksperymenty Andymiana mogły się wydawać zbyt ambitne, Maciejowa muzyka stanowić mogła odskocznię do pełnego zrelaksowania. Choć nie był to jakiś el-pop, rzecz jasna. Formuła przedstawienia nie różniła się specjalnie od tego co można było oglądać rok temu w Olsztynie. Po prostu: coś co się skutecznie sprawdziło w jednym mieście, warte jest powtórzenia w innym. To dobry pomysł. Mam na myśli schemat performance typu „światło i dźwięk”. Jak słusznie zauważył Jacek, dwa lata temu w Olsztynie, część przypadkowej publiczności wyszła w trakcie koncertu, co rok później w przypadku zastosowania dodatkowych elementów wizualno-teatralnych przestało być problemem. Olsztynecka publiczność, choć może niewielka ilościowo, okazała się być wdzięczna i oklaskami reagowała przy szczególnie ciekawych wydarzeniach. Tym bardziej że dziewczęta operujące chorągwiami były pełne zapału i inwencji a niesamowite zabiegi ekwilibrystyczne z kulami ognia – tak, to wymagało wcześniejszego treningu i konkretnych umiejętności. A gdy później dołączyli szczudlarze, udowodnili że zamkowy bruk nie jest dla nich żadną przeszkodą w realizowaniu ich artystycznej wizji. Nie sposób nie wspomnieć też o poetyckich odczytach czystym, mocnym głosem Elżbiety Mierzyńskiej o aniele którego nie odda już nikomu (taką treść przynajmniej zapamiętała moja żona). Całość trwała mniej niż półtorej godziny, więc jak na tak krótki okres czasu wypełniaczy akustyczno-wizualnych było naprawdę dużo. Mieliśmy też sporo czasu aby po koncercie zaspokoić swoją ciekawość w rozmowach prywatnych z artystami. Andrzej powiedział mi że kończy materiał na nową płytę, przypomniał o kolejnych elektronicznych imprezach na najbliższe miesiące, a Maciej umożliwił bliższe przyjrzenie się swojej elektronicznej aparaturze. Mimo paskudnego zimna rozstaliśmy się bardzo ciepło.
    Kolejne miasteczko mogło bliżej poznać El-muzykę, a my mogliśmy wzbogacić siebie o nowe doświadczenia. Następny koncert już w lipcu w Olsztynie!




poniedziałek, 30 maja 2011

Tangerine Dream - Madcap's Flaming Duty



       Korzystając z urlopu i czasu choroby, która, jak co roku przykuła mnie do łóżka, obejrzałem i posłuchałem tego, co wytłoczono na tym DVD. Film nakręcono według pewnej wizji: muzycy często przebierają się w stroje z trochę starszej epoki, prawie cały materiał sprowadzono do barwy czarno-białej. Maniera ta, choć rozumiem chyba jej przesłanie, wydaje mi się na dłuższą metę dość irytująca. Oczywiście obie panie: Iris i Linda wypadają wspaniale. Pełne wdzięku ruchy Iris za bębnami i subtelna uroda Lindy urzekają. Dojrzałe piękno tych artystek to bez wątpienia atut zmieniających się w spokojnym tempie obrazów. Wokalista Chistian Hausl ma mocny i melancholijny głos niczym Brendan Perry z DCD. I podobnie śpiewa. Podoba mi się to. Thorsten Quaeschning, Bernhard Beibl tworzą tło do popisów wokalnych Hausla. Widać ich dość często, gdy kamery płynnie krążą po ciałach muzyków. Podobnie Edgar Froese, często chwyta za gitarę, czasami naciśnie coś na klawiaturze… Oczywiście rzadko to zgrywa się z obrazem, ale technika zwolnionych ujęć zastosowana została celowo, więc nie oczekuję precyzji dokumentu. Aby urozmaicić zapis studyjnego grania, artyści przebierają się do każdego utworu, przynajmniej kobiety, a poszczególni bohaterzy, co rusz pokazywani są w plenerze. Muzyka, która płynie z głośników to lekka i przyjemna produkcja, mocno nostalgiczna, odpowiednia do tekstów. W pewnym momencie przyszła mi do głowy taka myśl: kiedyś Edgarowi wystarczył jeden lub dwóch muzyków, aby tworzyć awangardę i nadawać nowy kierunek podgatunkowi muzyki rockowej, teraz potrzebuje składu sześciu osób, plus jeszcze dwóch w studio, aby grać dostępny "folk-rock". Ale nie mam pretensji. Zważywszy na śmierć Moniki i to, co wydał wcześniej, taki poziom muzykowania jest dla niego widocznie dobrym pretekstem do spełnienia się obecnie. Daje z siebie tyle, co może. Doceniam to i cieszę się, że uzbierało się tego na płytkę DVD z małym bonusem.

niedziela, 29 maja 2011

Władysław Komendarek - Kwidzyn 26.09.2009r


        Bardzo chciałem wybrać się na koncert Władka Komendarka. Koncerty muzyki elektronicznej w małych gabarytowo klubach to jakiś kompromis i ukłon w stronę tradycji wieczornego wypoczynku w półmroku lokalu, gdzie można popijając piwo, dodatkowo wchłonąć dawkę muzycznych emocji. Konsekwencją tego jest specyficzna atmosfera luzu, gdzie nikomu nigdzie się nie spieszy, artysta jest jakimś dodatkiem do wieczoru, i punktualność nie ma większego znaczenia. Dlatego na nikim nie zrobił wrażenia 50 minutowy poślizg w rozpoczęciu imprezy, w czasie kiedy to muzyk, między innymi sprawami, przebierał się w swoje sceniczne wdzianko. Ale trudno było nie zauważyć i nie usłyszeć tego momentu, gdy Komendarek wreszcie uruchomił swój sprzęt i z głośników popłynęły, a właściwie powinienem powiedzieć - zaatakowały słuchaczy dźwięki muzyki. Główne widowisko podzielono na dwie godzinne części. Przez kilka pierwszych minut bardzo spokojnie, choć dobitnie i głośno, stojące frazy w stylu „starego” Komendarka przyjemnie wlewały się w uszy, aż do chwili, gdy nadszedł czas totalnego testowania wytrzymałości nagłośnienia. Przez równą godzinę, właściwie bez przerw na oklaski, inwazja kakofonii, bardziej lub mniej inteligentnego hałasu, jazgotu, czegoś, co moi rodzice nazwaliby kocią muzyką, z rozkoszą wchłaniana była przez znakomitą część audytorium. Duże wrażenie robiła niesamowita dynamika artysty i jego niewątpliwa sceniczna charyzma. Muzyk miał też w zanadrzu zestaw min, gestów i zachowań, na najwyższym poziomie ekspresji, którymi hojnie dzielił się z widownią. W oszałamiającym tempie wił się przy aparaturze jak w transie, umiejętnie łącząc ze sobą różne gatunki muzyki, ujawniając przy tym bardzo rozległe pasje. Czego w tym miszmaszu nie było! Organowe wstawki, hardrockowe riffy, marsze wojskowe, break beats, hardcore, metal, techno i sam Komendarek wie co jeszcze . Lasery i maszyna dymowa czasami całkowicie oślepiały, co było zamierzonym i pewnie niezbędnym elementem tego show. Kilkanaście razy Władek robił użytek z mikrofonu i wokodera, artykułując jakieś istotne kwestie w sobie chyba tylko znanym narzeczu. W tle, na ekranie, przez oba godzinne sety można było oglądać fragmenty filmu Koyaanisqatsi, wybitnego dokumentu, ciekawie pokazującego ludzkie życie pozbawione równowagi. Te sceny, gdzie zarejestrowano wyburzanie osiedla pustostanów, z muzyką Komendarka nabrały ponownie szczególnego wyrazu. Gudonis ujawnił w trakcie koncertu swoją miłość do progresywnego rocka, ciekawie parafrazując fragmenty utworu „Na dworze Karmazynowego Króla” zespołu King Crimson. Imponujące jest też, jak duży i różnorodny zestaw sampli i brzmień miał zmagazynowany Dziadek Władek w swoich elektronicznych pudełkach. Materiału wystarczyłoby na kilka płytek. Energii na parę koncertów innych zespołów. Krótko po północy skończył się podobny w pomyśle, drugi godzinny set przedzielony krótką przerwą. Podczas gdy muzycy szykowali się do trzeciej sesji w stylu ambient: Szulen – Komendarek, opuściliśmy z przyjaciółmi muzyczny klub udając się w długą drogę do domu. Wracałem zadowolony z tego co widziałem i słyszałem. Mimo iż sam koncert zaczął się stanowczo za późno, co uniemożliwiło mi konsumpcję całego programu, choć nie pstryknąłem sobie wspólnego zdjęcia z artystą to i tak było wystarczająco dużo pozytywnych przeżyć i masa dobrej zabawy.
    Komendarek po raz kolejny udowodnił że ma wielką wyobraźnię i talent w generowaniu muzyki, doskonale się spełnia w trakcie występów na żywo, dając z siebie wszystko. Czegoż chcieć więcej?



sobota, 28 maja 2011

Tangerine Dream - Live At The Tempodrome Berlin 2006


   Kilka razy słyszałem opinię, że koncert Live At The Tempodrome Berlin 2006 jest chyba najciekawszą płytą DVD zespołu Edgara z ostatnich lat. Sprawdziłem to więc Faktycznie, to był starannie przygotowany show. Skalkulowany na pokazanie tego, co w ludzkim potencjale grupy jest wartościowego. I tak np. jeżeli grano dynamiczny motyw z Flashpoint to naturalną konsekwencją było na pierwszym planie kamery wyeksponowanie wdzięcznie poruszającej się za bębnami Iris, jeżeli muzyka miała wydźwięk sentymentalny to Jerome akurat żuł gumę. Trzy plany przejrzyście prezentowały muzyków: na samym dole i po bokach, najbliżej publiczności mieli swoje miejsce muzycy ekspresyjni: skrzypek, gitarzyści, czasami schodziła niżej Linda grając na saksofonie, wyżej w środku trzy stanowiska z klawiaturami, najwyżej zestawy perkusyjne i klawisze Lindy, nad nimi ekrany. W zależności od potrzeby, czasami na zestawach perkusyjnych grały naraz dwie osoby, jak i dwóch gitarzystów. Linda Spa prócz gry na flecie i klawiaturze dmuchała też w dużą egzotyczną tubę. Na trzech dużych ekranach przesuwały się obrazy pływających ryb, sterowców, potężnych kanionów, jadących drogą ciężarówek (często powtarzany złoty truck z napisem „40”) czy gwiazd rozsianych po niebie – odpowiednio do aktualnie granej muzyki. Dobrym pomysłem było zatrudnienie gitarzystów. Gerald Gradwohl i Bernhard Beibl dodają trochę życia i uczucia w niektórym momentach pokazu, czyniąc koncert bardziej rockowym. Dzięki temu całość, w końcu ponad dwie godziny muzyki, nie była tak nużąca. Od kilku dni dyskutujemy z żoną na temat urody obu dam z T.D. Mojej połowicy bardziej podoba się Linda. Faktycznie ma posągową urodę, niczym mitologiczna bogini. Ale Iris, gdy tak czarująco rozrabia przy swoim akcesorium, chyba mocniej przyciąga oczy moim zdaniem Jestem ciekaw czy Edgar brał ich wizualne wdzięki pod uwagę przyjmując dziewczyny do zespołu. Pewnie tak. Jeżeli nie, to przynajmniej później medialnie to wykorzystał Widać też, że obie panie podczas gry się spełniają i dobrze się czują w zespole. Zastanawiałem się czy to dobrze, że Froese nagrywa i wydaje takie a nie inne płyty, czy lepiej jakby zszedł z muzycznej sceny. Kiedyś uważałem, że powinien przestać. Teraz mam wątpliwości, a co by robił ze swoim życiem? Chyba lepiej niech jest jak jest. To prawda że to inna muzyka, inna jakość, inne czasy. Ale te same życie i trzeba przejść je do końca robiąc coś z sensem.


piątek, 27 maja 2011

Tangerine Dream - Live In America - 1992



   Koncert Tangerine Dream - Live In America – 92 przypadł na okres w historii T.D. za którym nie przepadam. Odchodzą poważni współtwórcy muzyki typu Paul Haslinger a przychodzą Jerome i Linda. Album Rockoon może i przebojowy wskazywał kierunek rozwoju przez niektórych jednak uważany za uwstecznienie. Obrazy jakie towarzyszą amerykańskiemu koncertowi są trochę dziwne, chaotyczne, dobrane według specyficznego klucza. Samo miejsce koncertu Seattle - Paramount Theatre jest filmowane dość skąpo i nie stanowi bazy dla oczu widza. Montaż jest dość szybki i żeby coś zapamiętać na dłużej, należy całość obejrzeć co najmniej dwa razy. Czterdzieści pięć minut filmu upływa błyskawicznie. Two Bunch Palms: Dynamiczna gitarowe solo Zlatko Perica na pierwszym planie, która ledwo się zacznie to i szybko się kończy. Dolls In The Shadow: Podróż rowerami przez bezdroża. Treasure Of Innocence:Zdjęcia przedstawiające ulice (chyba amerykańskie?) z początków 20 wieku, tramwaje, śmieszne stare samochody, ludzka bieda. Oriental Haze: Koncertowe ujęcia Jerome’a i Zlatko, wstawki na saksofonie  pełnej na twarzy Lindy, ma włosy fajnie nakręcone „na frytkę”, szybko mijające pojazdy na ulicach i mostach. Graffiti Street: Wschód słońca nad górami i jego wędrówka na ekranie nad muzykami, Zlatko wycina ostre solówki. Backstreet Hero: Noc na ekranie, a potem kalejdoskop kolorów, dialogi duetu gitarowego Zlatka i Jerome’a. Phaedra: Tylko niecałe cztery minuty. Ekran to znów kalejdoskopowe efekty, nie widać wcale muzyków. Love On A Real Train: Krótka i miła melodia.Ujęcia ładnej i smutnej kobiety która to podnosi i opuszcza twarz, chyba z przed wielu lat, ludzie tańczą. Szampan się chłodzi a pociąg dojeżdża na stację. Hamlet: Ustawianie sprzętu przed koncertem, Edgar wycina pompatyczne sola gitarowe, balony mkną do publiczności, dymy, euforia i wstawki Edgara jak był dużo młodszy. Purple Haze: Dynamiczna gra Zlatko na gitarze, Jerome na perkusji w stylu starych kapel rockowych, owacje. Logos: Napisy końcowe, zdjęcia z podroży po Ameryce gdzie Edgar filmuje ptaki i pustynie, wypakowanie sprzętu z samochodów, stare ujęcia Chrisa Franke, próby przy sprzęcie, Franke, Edgar, młody Jerome, Baumann na plaży, Edgar spaceruje z małoletnim synkiem i znów jadą przez pustkowia. Piękna twarz Lindy. Film jest dość smutny.
     Mimo iż muzyka dynamiczna, czuć żal i melancholię, być może za starymi, dobrymi czasami?

Artemiy Artemiev & Phillip B. Klingler - A Moment of Infinity



  Pierwszej, dość przystępnej płyty Artemiya Artemieva "The Warning", słuchało się lekko i przyjemnie. Nie zapowiadała ona kierunku w jakim poszedł ten niespokojny rosyjski kompozytor. Szybko okazało się że ciepłe i przyjazne dla niewyrobionego słuchacza dźwięki, przestały dawać mu twórczą satysfakcję. Od pewnego czasu Artemiy konsekwentnie nagrywa ambitną muzykę i przyjaźni się z podobnymi mu poszukiwaczami nieszablonowych brzmień. Owocem jednej z takich sesji jest wydawnictwo A Moment of Infinity. W studio wspiera go PBK czyli  Phillip B. Klingler, płodny awangardowy muzyk współpracujący między innymi z Vidna Obmana. Efekty pracy Artemieva i PKB z 2001 roku są swojego rodzaju wyzwaniem dla przypadkowych odbiorców. Pięć utworów wypełniających kompaktowy krążek to w większości chłodna i ponura muzyka. Bez komercyjnego rytmu, melodii, sekwencji i piosenek.  Broken Sleep in the Fracture Zone brzmi jak próba wybudzenia ze snu okropnej, kosmicznej bestii. Powtarzalne motywy wprowadzają trochę neurotyczny klimat, fundamentem są tu groza i niepewność. Trochę przypomina mi to muzykę Harolda Budda, jednak A Moment of Infinity  to bardziej przygnębiający materiał. Gdzieś z tyłu gra saksofon, a poprzez mlaskania, słychać drewniany instrument rodem z indiańskich, plemiennych obrzędów.  The Other Side of the Inner World zaczyna się równie tajemniczo. Mam wrażenie jakbym siedział wieczorem samotnie na ganku dużego drewnianego domu, a wiatr na pustym placu poruszał zabawki. W dalszej części utworu, pośród kolaży dziwnych dźwięków, słychać krótkie deklamacje po angielsku. Chyba jest to próba przedstawienia tego, co może dziać się w głębi ludzkiego umysłu. Oczywiście, taka muzyka, sugerować może wiele różnych skojarzeń, jej wieloznaczność uniemożliwia pewność definicji. Ta recenzja to tylko opis ulotnego wrażenia. Endless Voyage jest miłym, pięciominutowym przerywnikiem, gdzie bazą jest jednorodna ale sympatyczna i długo brzmiąca fraza. Najbardziej jasny w intencji fragment całości. In a Moment of Infinity. Autorzy ponownie wracają do mrocznych klimatów, niemniej w muzyce dużo więcej się teraz dzieje. Te zagęszczenie motywów dobrze wpływa na zwartość utworu. Nagranie śmiało mogłoby być tłem dla filmów typu Silent Hill. Zawiera kompletny zestaw akcesorium efektów podobnych do potrząsania łańcuchem, bełkotu potępieńców, wycia, grzechotania i przelewania się osobliwych struktur.    Podobna w formie jest też ostatnia kompozycja: A Rite of Passage pełna dziwacznych wydarzeń, dodatków z piekła rodem, szokujących eksperymentów i  nietypowych brzmień. Osobom bardzo wrażliwym odradzam słuchania nagrania w samotności. Prasa fachowa bardzo dobrze wypowiada się o powyższych dokonaniach, o umiejętnym tworzeniu nowych światów, sugestywnym manipulowaniu dźwiękiem.
    Jest to materiał dla obytego w gatunku audytorium, oswojonego zarówno z dark ambientem jak i muzyką elektroakustyczną.







czwartek, 26 maja 2011

Tangerine Dream - Ultimate Early Visions (1969-1982)



    Zawartość DVD - 65 minut, to materiały prawie w całości pochodzące z niemieckiej telewizji. Przez większość filmu widać w lewym górnym rogu ekranu znaczek WDR oraz napis na dole ekranu: Die Deutsch rock nacht. Chronologicznie oglądam najstarszą z taśm: Baht tube session 1969 Widzę hasło „Przez ciernie do gwiazd” wyryte na betonowym łuku, kamera wprowadza widza na plac, gdzie w centralnym miejscu stoi jakiś pomnik, postument. Muzycy, w tym grający na gitarze Edgar Froese, produkują dość luźne improwizacje i płodzą mało kontrolowane solówki. Grupa młodych ludzi słucha tego, tańczy, pali papierosy, pije piwo, ktoś inny buja się na starym fotelu… Atmosfera totalnego luzu. Ciekawie ubierała i zachowywała się ówczesna młodzież. Jeżeli to były Niemki - to też wyjątkowej urody nikomu nie ubliżając. Zaskakuje bardzo dobra jakość obrazu jak na 1969 rok. Następne ujęcie - zespół rozłożony z muzycznym sprzętem na wzgórzu w wysokiej trawie, w dole przejeżdżają samochody, na dalszym planie ładny widok na jezioro. W tle muzyka rockowa. Kolejno pojawia się obraz gorszej jakości, hasło Ricochet I 1971 (chyba pomyłkowo ta data) gdzie z cicha gra gitara, organy, improwizacje nabierają tempa … Całość w klimacie "Journey Through a Burning Brain”. Później oglądam obszerne fragmenty Live At Coventry Cathedral 1975 - materiał znany z płyty Ricochet, film w bardzo dobrej technicznej kondycji, w reżyserii Tony Palmera. Przyjemnie popatrzeć na muzyków i ich stary sprzęt, mimo prób urozmaicenia koncertu jakimiś motywami  z katedry. Palmer nie zdołał wszystkiego zasłonić. Krótka scenka: Muzycy pojawiają się w strojach średniowiecznych dworzan i ozdobnych perukach. Grają faktycznie trochę barokowo. Po trzech minutach ubrani już w tradycyjne stroje, improwizują bardziej energicznie, otoczeni szafami analogowych syntezatorów. Na planie panuje mrok, skąpe światła lampek pokazują głównie twarze muzyków, w tym długowłosego Baumanna. Muzyka trochę kojarzy mi się z filmem "Cena Strachu". W międzyczasie kamera otacza nocą jakiś zaniedbany dom.. napięcie wzrasta. Ciekawe. Barock 3 1976 Materiał nagrany w studio profesjonalną kamerą telewizyjną, której cień widać na sprzęcie, nasi ulubieńcy w pełnym wyposażeniu pogrywają sekwencje podobne do Rykoszetu, ale ja (nie jestem fanem drzewek), nie kojarzę tej muzyki z żadną oficjalną płytą. Zresztą to nie koncert. Edgar pogrywa też na gitarze. Ponownie znakomita jakość obrazu. Film kończy trzy i pół minutowy „Madchen auf der treppe” z 1982. Muzyce towarzyszy pokaz kreacji stroi barokowo-futurystyczno-kosmicznych, baśniowo teatralnych, których raczej nikt nie założy na ulicy.
   Podsumowując: wyjątkowo ciekawe DVD, szkoda że tylko godzina, ale warto skonsumować materiały zawarte na tej płycie. Czysta przyjemność dla oczu i uszu. Polecam!!



Tangerine Dream - Zeitgeist Live in Lisbon 2010



    Sączący się dym i duże oko na wstępie tego DVD zapowiadają niespodzianki. I tak jest rzeczywiście. Cello opening Cztery osoby (być może członkowie zespołu) w maskach, markują lub faktycznie grają na wiolonczeli. Rzucają wokół kilka bezdusznych, dziwnych spojrzeń - w dekoracjach nie widać oczu.. Nie podobają mi się te karnawałowo - średniowieczne zakrycia twarzy, bo kojarzą z ukrytymi zamysłami. Na scenę wchodzi dama w pięknej białej sukni i zasiada przy fortepianie. To oczywiście Linda Spa, urocza kobieta, o dojrzałej, posągowej urodzie. Dobrą chwilę zastanawia się, jakie wydobyć dźwięki, aby pasowały do tła. Wreszcie, gdy jej ręce delikatnie dotykają klawiatury, wiolonczeliści przestają grać i z uznaniem przysłuchują się melodii.  Broken Feather Linda, niczym czarodziejka z ekspresją wydobywa smutne barwy dając się unieść coraz to bardziej szlachetnej formie utworu. Podchodzi ubrany na czarno mężczyzna, z twarzą przysłoniętą kapeluszem i przez chwilę niczym surowy sędzia słucha kompozycji. Nagle, poirytowany, uderza dwukrotnie czymś w rodzaju pejcza w fortepian ucinając swobodny ton gry. Teraz pejcz przelatuje blisko twarzy Lindy, która wie ze to już koniec tego aktu. Oklaski. Surowy mistrz – Edgar Froese zasiada przed muzycznym sprzętem. Zaczyna się właściwy koncert. Utwór Rubycon 2000, gdzie znana sekwencja jest motywem przewodnim, choć nie taki głęboki i tajemniczy jak oryginał sprzed lat - zabrzmiał dobrze. I wiem, dlaczego – nie było tam tego nowoczesnego rytmu, jaki psuje większość takich reminiscencji. Gorzej z Phaedra 2005, ta wersja jest zagrana trochę za szybko, w wyniku czego ulatuje pewien czar właściwy starej kompozycji. Zresztą, nawet ciężko mi było rozpoznać moją ulubiona starą płytę w tej opcji. Za dużo dodatków. Podobnie ze Stratosfear ‘95, to nie jest wersja dla mnie. Dalej zespół gra Kiev Mission 2009, ale bez wyraźnych, głośnych deklamacji po rosyjsku, to nie jest to samo. Song of The Whale 2010 mimo perkusji zabrzmiał dość spokojnie. No Mans Land 2008, tak krótki że prawie go nie było, bardzo szybko wchodzi Poland 2009, łatwy do rozpoznania, pewnie dlatego, że to już nowsza kompozycja, w której nie ma co zmieniać. Dodany saksofon, na którym gra Linda, ani nie przeszkadza, ani nie pomaga. Dream puzzle z motywem z Tangramu, - totalna porażka, niepotrzebnie zrobiony w nowej perkusyjnej aranżacji. Rockowo, z gitarowymi solówkami całkiem gubi pierwotny sens. To pierwszych 10 kompozycji. A jest ich aż 33!. Z późniejszych polecam Exit 2009. Większość utworów, całe szczęście nie wszystkie, jest rytmiczna, przebojowa i łatwa w odbiorze. Za łatwa. Sporo znanych motywów potraktowano niemiłosiernie - jako materiał do obróbki na małe hity. Całość trwa prawie 3 i pół godziny. To naprawdę duża dawka muzyki. Podczas oglądania i słuchania naszła mnie taka refleksja: Ostatnio zespół Tangerine Dream lepiej mi się ogląda niż słucha. Widowisko bowiem przygotowane jest nienagannie. Muzycy profesjonalni o niepodważalnych kwalifikacjach, światła dopasowane perfekcyjnie, niebanalne instrumenty – na tym koncercie np. gitara w kształcie wykręconej rury do otulin i skrzypce zrobione chyba z przeźroczystego plastiku. W przerywnikach pokazywane dopasowane filmy sugerujące tytuł scieżki lub zawartość. Grające panie są pełne powabu i wdzięku, któremu nie sposób się oprzeć. Ale muzyka zbyt często brzmi bardziej jak covery niż autorskie wykonania. Może jednak się czepiam i nie doceniam wysiłków ekipy? Zastanawia mnie też duża ilość kobiecej nagości i lesbijskich sugestii na okładce koncertu. Czemu to ma służyć?
    Dziwne są scieżki Edgara Froese.


środa, 25 maja 2011

Peter Baumann - Romance 76


    Pamiętam tę płytę z czasów gdy stereofoniczne audycje w Polskim Radio należały do rzadkości. A trudno dostępne, te najlepsze nagrania z muzyką elektroniczną jak meteoryty odtwarzane były nie częściej niż raz w roku. Peter Baumann z płytą Romance ’76 zawsze zajmował jedno ze szczytowych miejsc w moich prywatnych rankingach. Poniżej napiszę dlaczego. Ten utalentowany artysta zaimponował Edgarowi Froese wyczarowywaniem dziwnych dźwięków z organ i umiejętnością tworzenia najróżniejszych efektów. Szybko okazało się że jego pomysły na programowanie sekwencerów, konstrukcje rytmiczne, melodie, akordy i brzmienia dostarczyły grupie wielu inspiracji. Być może więc później dusił się w zespole i pragnął spróbować sił na nowo zakupionym sprzęcie. Kiedy był jeszcze w zespole ukazał się jego debiutancki album Romance 76. Bicentennial Present Ta dość krótka kompozycja rozpoczynająca płytkę szybko rozgrzewa emocje. Dzieje się tak za sprawą pomysłu na specyficzne użycie instrumentów. Tylko kilka partytur: dwie ubogie, ascetyczne wręcz sekwencje rytmiczne, solo o wysokiej amplitudzie, błyskawicznie osiągające najwyższe poziomy oddziaływania i minimalna ilość dodatków. Smutna melodia o bardzo podniosłym, katedralnym charakterze w pewnym momencie tworzy klimat niecodziennej muzycznej uroczystości. Jednak wmontowany w utwór przelotny śmiech wskazuje na poczucie humoru autora - a może przypomina słuchaczowi że jest to tylko muzyka a nie celebrowana średniowieczna msza :). Słychać repryzę tematu zdublowaną pięknym stereofonicznym pogłosem, wyśrubowaną jakby świat miał się za chwilę skończyć. Sekwencje na chwilę przyspieszyły gwałtownie, aby wraz motywem przewodnim po wygraniu pesymistycznej melodii ustąpić miejsca kolejnej kompozycji. Utwór Romance jak sam tytuł sugeruje, rozpoczyna się dość pogodnie. Prosta melodia na ciekawym sekwencyjnym podkładzie, toczy dialog z drugą muzyczką niczym dwie przyjaciółki przy porannej kawie. Trochę wolniej niż w poprzedniej kompozycji słuchacz zagłębia się w niuanse. Pojawiają się elementy dekoracyjne znane z ówczesnych nagrań Tangerine Dream (teraz już wiadomo kto je tam grał). Ten pozytywny dialog trwa sześć minut podczas których ozdobniki mają coraz większy udział. W końcu bez większych fajerwerków kompozycja cichnie. Jest ona z pewnością zamierzonym relaksem przed najbardziej spektakularną na tej płycie fazą po fazie. Phase By Phase Bardzo subtelny początek najbardziej efektownego dzieła Baumanna. Słyszymy podobne dźwięki jak w Bicentennial, a napięcie - dzięki pracy gongu - podbite zostaje na maksymalny poziom ekspresji. Wyrafinowane solo wspomagane echem znów unosi się wysoko, u niejednego słuchacza testując wytrzymałość dentystycznych wypełnień ;). Autor na chwilę lituje się, kompozycja nabiera charakteru ubocznej improwizacji. Nie na długo. Trzy ostanie minuty to w najwyższym stopniu niesamowite pozytywne muzyczne szaleństwo, jakie dostarczył Baumann światu. Wszystko wraca w maksymalnym nasileniu. Monumentalne, sterylne solo unosi się wysoko, dzwony zaznaczają przełamania, a sequencery mocno się spieszą. Gdzieś w tle słychać kwilenie mew. Apogeum utworu jest jak krzyk rozpaczy. Wypełnia się wirtuozowska kadencja. Niesamowite, ile ekspresji można było kiedyś wyciągać z elektronicznych maszyn! Baumann pokazał tym utworem że w 1976 roku sam potrafił zagrać równie dobrze jak cały zespół Tangerine Dream.
   Meadow Of Infinity Part One, The Glass Bridge, Meadow Of Infinity Part Two Kolejne trzy utwory trwają łącznie trochę ponad czternaście minut. Połączone w całość tworzą ciekawą suitę: nowatorski, neoklasyczny epicki eksperyment. Działają mocniej na refleksję niż emocje. W pierwszej części Łąki bezkresu part I do barw wiolonczeli dołączają się kobiece i męskie głosy z Monachijskiej Filharmonii. Polemizują one z instrumentami perkusyjnymi niczym w jakimś starożytnym szamańskim rytuale. Napięcie jest tak odczuwalne że słychać nawet szuranie muzyków na krzesłach. Wiolonczela po chwili gra w rytm bębnów, a w tle słychać dodatki podobne do tych z koncertowych płytek Mandarynek. Spiętrzają się one w kakofonii gdzie ich nierówną walkę kończy gong, który jednocześnie otwiera szklany most niczym kolejną rundę zapasów. Część druga - Glass Bridge jest jakaś niespokojna. Przestrzeń penetrują nerwowo prowadzone różnorakie instrumenty, aż pęka to całe mnóstwo w mocnym akcencie uderzenia w klawiatury. Fantastycznie rozszerza się baza stereo. Znów słyszymy badania przestrzeni różnymi akcesoriami poprzez pojedyncze wybrzmienia, aż zostają głównie perkusja i elektroniczne, kosmiczne akcenty. W całkowitej ciszy słychać teraz tylko dwie ścieżki: głęboki bas i solo. Gdy „za plecami” odzywa się nieśmiało chórek, ciarki mogą przebiec po plecach. Z syntezatora wydobywają się różne efekty które w konsekwencji trafiają do… studni.  I tak zaczyna się trzecia część suity: Łąki bezkresu part II. Tych  pomysłów nie powstydziłby się nawet E. Froese w utworze "Epsilon". Melodia i tło wchodzą nieśmiało jak przy oddychaniu, gdy przeziębieni czujemy ból w płucach. Głośne syntezatory pływają po kanałach, tak sugestywnie że głowa mimowolnie próbuje skręcać na boki. Tęskny temat przewodni coraz śmielej sobie poczyna a za chwilę rozkręcającą się loopy. Są wraz z melodyjnym motywem coraz mocniej akcentowane i bardziej natarczywe. Znów wszystko gra w rejestrach osiąganych dla wysokoobrotowych urządzeń dentystycznych :). Potem melodia, jak żałobna rapsodia dopełnia dzieła - prawdziwa coda. Wszystko ulega wyciszeniu i przez kilka sekund słychać tylko cichnącą maszynę perkusyjną. Po przesłuchaniu całej zawartości łatwiej zrozumieć późniejsze egzystencjalne zapędy Baumanna w jego instytucie. Niezwykle ujmująca muzyka. Jedyna tak ambitna płyta tego kompozytora. Połączenie charakterystycznego brzmienia syntezatorów analogowych, technik pogłosowych, modulacji i duża przejrzystość plus atonalne eksperymenty z orkiestrą, pozostawiają niezapomniane wrażenia. Aby wychwycić wszelkie niuanse dobrze jest słuchać tego zapisu na słuchawkach. Paradoksalnie do swojej wysokiej wartości i jakości, ta płyta od dawna nie jest wznawiana na CD i bardzo trudno dostępna na kompaktowym nośniku.
    Peter Baumann po braku komercyjnego sukcesu innej ciekawej płyty Blue Room, wycofał się z życia muzycznego.






wtorek, 24 maja 2011

Mark Dwane - The Monuments of Mars



    Mark Dwane to postać mało u nas znana a przecież warta bliższego poznania. Nie ukrywa młodzieńczej fascynacji muzyką z filmu ”Forbidden Planet” (już go lubię), gitarzystami rangi R.Frippa i S.Hacketta, awangardą, wreszcie słucha znanych elektroników jak Tangerine Dream. Zakłada zespół ORB, wydaje z nim dwie niedostępne dziś płyty, bierze udział w koncercie z zespołem Gong. W 1981 roku postanawia rozpocząć karierę solową i nagrywa debiutancką kasetę (też nie ma już jej na rynku). Pięć lat później zafascynował się polifonicznym systemem MIDI gdzie instrumentem sterującym całością jest gitara. I to jest trzon jego sposobu nagrywania na płycie „Monuments of Mars” wydanej w 1988r. Inspiracją do tego debiutanckiego solowego albumu była książka Richarda Hoaglanda - autora śmiałych hipotez o istnieniu życia na Marsie. Być może wizje autora licznych teorii spiskowych były tak przemożne że prostu należało koniecznie wyrazić je w fonograficznej formie? Jakby nie było, rozważania te zaowocowały bardzo przyswajalną muzyką w formie koncept albumu. Zawartość krążka to dziewięć dość krótkich kompozycji przedstawiających spójną historię. Chociaż nagrań tych nie zaliczymy do awangardy (nie ma zresztą takiej potrzeby) jest w nich jakaś tajemniczość i klimat marsjańskiej przygody. Swoją formą przypominają mi trochę muzykę filmową Larry Fasta. Po spokojnym wstępie Eternity, moją uwagę zwraca druga ścieżka - Pyramids of Mars. To siedem minut dynamicznej i zagranej ze swadą elektroniki, gdzie bogato zaaranżowanej strukturze towarzyszą bębny. Pełna napięcia, idealnie nadaje się jako tło sensacyjnych wydarzeń. Opisowość jest właściwie cechą charakterystyczną całej tej kosmicznej muzyki. Między takimi energetycznymi utworami mamy krótsze, czasami niepokojące formy (Metamorphosis). Użytkowość tych ścieżek nie wyklucza oczywiście głębszych doznań, wręcz przeciwnie, o wysokich umiejętnościach muzyka świadczy zdolność tworzenia sugestywnej aury (Solstice Ritual). Nawet gdy utwór trwa tylko 3 minuty, ma w sobie te „coś” nadające mu pozytywną wartość. Water Age - może się kojarzyć z niektórymi „ciepłymi” nagraniami zespołu Edgara Froese z lat osiemdziesiątych. Niczym nie zmącony, pogodny nastrój relaksuje. Z zamyślenia budzi nas repryza Piramid Marsa w króciutkiej reminiscencji. The Martian Sphinx - jest oparty na podobnym pomyśle co Piramidy, aczkolwiek jest tu więcej refleksji a bębnom towarzyszą gongi. Another Eternity spina króciutką klamrą całość. Mimo pewnych powtórzeń, ten produkt robi bardzo dobre wrażenie. Może to wynikać z nietypowej techniki zapisu, a może z inwencji autora?
    Polecam osobom szukającym nowych doznań w swojej ulubionej El-muzyce.





David Wright - Beetwen Realites


    David Wright to profesjonalny muzyk i kompozytor od wielu lat nagrywający ciekawe płyty. Jak sam deklaruje, nienawidzi biurokracji i ludzi bez poczucia humoru. Jest życzliwym, otwartym na świat człowiekiem. Te pozytywne nastawienie słychać też czasami w jego muzyce. Mi najbardziej przypadła do gustu płyta  "Beetwen Realites". Easter Innersense Dość długa, blisko piętnastominutowa kompozycja. Zaczyna się łagodnie a jej główną atrakcją  jest spokojna melodia, trochę stylizowana na orient. W tle subtelny rytm, jakby wystukiwany pałeczkami, co jakiś czas zanika i powraca. Sample odzywających się ptaków i innych stworów tworzą klimat bliski muzyce New Age, New Emotion.  Sporadycznie syntezator wydaje z siebie tęskny zew.  Do uszu docierają regularne przypływy i odpływy bezmiaru wód. Język recenzji nie potrafi jednak wystarczająco oddać klimatu utworu. A jest on romantyczny, poetycki a nawet lekko patetyczny. Jak wiosną, gdy świat budzi się do życia. Beetwen Realites Poważniejsza i zdecydowanie smutniejsza ścieżka być może opisywać ma krótkie ludzkie życie, pełne niepokoju i boleści. Nie ma tu już słodkiej melodii, emocje są głębsze, całość zdecydowanie bardziej melancholijna. Słychać stuki, szelesty, niektóre dźwięki ciągną się jak molo daleko wychodzące w jezioro. Te stojące akordy, długie wybrzmienia i powtórzenia czynią otaczającą rzeczywistość trochę nierealną. Czy o to chodziło artyście? Jeśli tak, to iluzja poruszania się pomiędzy rzeczywistościami należy do udanych. Strange Liaisons Tu króluje Tajemnica i Mrok. Takie odczucia przychodzą mi na myśl w pierwszej kolejności.  W serii akustycznych wydarzeń nie ma specjalnej regularności, za to słuchającego wypełnia co raz to większa nostalgia. David okazuje się mistrzem w kreowaniu nastrojów pełnych zadumy. Wyraźnie słyszane detale, niczym kamienie rzucane w otchłań, umiejętnie potęgują te wrażenie. Dziwny jest świat opisywany przez Wrighta. Over the Edge Pięć minut muzyki która z początku jest mocno chaotyczna, później nabiera cech uporządkowanej struktury. Lekko improwizowana, z dominującym fortepianem, wyraźnie odbiega od reszty muzyki z tej płyty. Taiga To moja ulubiona kompozycja. Spośród odgłosów ptaków, wyłania się na chwilę piękny motyw. Melodia spolegliwa jak dobry przyjaciel. Za chwilę jednak cichnie aby ponownie odrodzić się w towarzystwie zalążka rytmu. Podlega różnym przeobrażeniom. Jest oczywiście smutna, jak większość wartościowej muzyki. Trochę pompatyczna, dobrze nadaje się do ilustracji filmu,  niekoniecznie o tajdze. Tak delikatnie jak się zaczęła tak również się kończy - odgłosami podobnymi do tych wydawanych przez świerszcze. Ilusions Dostojne i ciepło brzmią tu syntezatory niczym pocałunek ukochanej osoby, gdy jej oczy wypełniają wszechświat. Słychać szum płynącej niedaleko wody, być może strumyka. Ponownie, jak na początku płyty, brzmi tajemniczy zew. Czy to wzywa nowa przygoda? Nie wiem. Ale jestem pewien że taka przyjazna człowiekowi muzyka, może dać tylko pozytywne wrażenia.

    Rozmarzona podróż po świecie muzycznej wyobraźni Davida Wrighta na tej długiej suicie się kończy. Jest wyzwaniem dla percepcji słuchacza, próbą uruchomienia tej szczególnej wrażliwości niezbędnej do odbioru dość subtelnych bodźców. Zdecydowanie dla romantyków.



 

niedziela, 22 maja 2011

Steve Roach - Empetus (2-CD Collector's Edition)



     Steve Roach znany jest wśród fanów jako płodny twórca grający ambient. Ale w połowie lat 80.  nagrywał muzykę dynamiczną i pełną wigoru. Dobrym tego przykładem jest zawartość albumu Empetus. Nazwa będąca modyfikacją oryginalnego słowa  Impetus – impuls,  nawiązywała do rozważań na temat ruchu, energii i dynamicznego jej przepływu. Udostępniona na niej muzyka była odzwierciedleniem nowego podejścia do materiału, odbiciem marzeń kompozytorów i producentów sprzętu działających w Los Angeles w tamtej dekadzie. Roach, po kilku tradycyjnych wznowieniach, zdecydował się w 2008r.na wydanie kolekcjonerskiej edycji z bonusową drugą płytą. Na pierwszym krążku można posłuchać dziewięciu utworów: Arrival czyli hipnotyczne sekwencje którym towarzyszą wybuchy, odgłosy poślizgów. Można odnieść wrażenie, że to szalona jazda nad krawędzią przepaści. Wszystkie dźwięki gonią gdzieś przed siebie w bezładnym popłochu, aby niespodziewanie wygasnąć. W Seeking generowany jest trochę inny, spokojniejszy rząd dźwięków, pozostałe linie melodyczne są wyraźniejsze. Poszczególne przebiegi ładnie krążą w muzycznej przestrzeni, a główny motyw (co rusz zagłuszany przez towarzyszące frazy) zdaje się wyrażać głęboką melancholię.  Jakby zmagania refleksji z żywiołem życia. Conquest - dynamiczna pętla efektów perkusyjnych z nerwową serią powtarzalnych brzmień. I tu słychać zalążek melodii która próbuje przebić się przez agresywny podkład. W czwartej minucie wchodzi wokal Weslie Brown, dodając trochę ciepła i ludzkiego wymiaru dominującym kaskadom zimnych uderzeń syntezatorów. Mimo wszystko, przygnębiające wrażenie ciąży do końca kompozycji. Empowement to muzyka falująca w dół i do góry. Sekwencja tła, rozpędzona jak policyjny samochód w akcji, dodaje muzyce dramatyzmu. Roach, niczym wprawny dentysta dokonujący ekstrakcji, manipuluje emocjami słuchacza w skali o dużej rozpiętości. Mam wrażenie jakbym podróżował rollercoasterem w wesołym miasteczku. Uff… Ale jestem już bezpiecznie na ziemi. Twilight Heat  - trochę spokojniejsza ścieżka, gdzie sekwencja, szarpana i krótka, współgra z pasażami ciepłych dźwiękowych fal. Ale utwór trwający tylko trzy minuty, jest właściwie przygotowaniem pod kolejną, bardzo uroczą ścieżkę. Merge – najbardziej wpadająca w ucho kompozycja, komercyjna w dobrym tego słowa znaczeniu. Rozbujana, dźwięczna, z samplami ptaków i ponownie śpiewem Weslie Brown. Wyraźna optymistyczna melodia opleciona dzwonkami, urywa się dość gwałtownie, jakby autor nie chciał zbyt długo utrzymywać słuchaczy w pozytywnym nastroju. Urge - ponownie sekwencja składająca się delikatnych dźwięków, przypominających dzwoneczki, masakrowana ciężką, toporną perkusją. Utwór jest dziwnie zmiksowany, przez co powstaje wrażenie jakby taśma matka wyciągnięta została z spod kół ciężkiego walca drogowego, a Steve uparł się ocalić co się da z materiału. Distance in Near – galop różnych struktur, okraszone perkusją w szybkim tempie wybuchają one i gasną. Jak na niespełna trzy minuty sporo tu dodatków, ale pomysł na utwór gdy ledwo zdążył zaistnieć - szybko kończy żywot. The Memory – refleksyjny, bez męczących, spektakularnych fajerwerków i zaskakujących zwrotów. Jest dobrym podsumowaniem całego materiału. Bonusowy materiał zawarty na drugim CD zawiera dwie kompozycje: obszerną, ponad czterdziestu minutową analogową Harmonia Mundi gdzie Roacha wspiera Thomas Ronkin i blisko półgodzinny Release. Przyznam że Harmonia jest w takiej dawce raczej niestrawna, po około 20 minutach śmiało można byłoby ją zakończyć.  Słuchanie jednej sekwencji podlegającej licznym ale minimalnym w charakterze zmianom, jest jak zmuszanie kogoś do jedzenia na raz całego tortu. Za to Release, w którym słychać wyraźne inspiracje muzyką Klausa Schulze z lat 70. jest bardziej różnorodny i wielowątkowy. Znalazło się tu miejsce na budowanie nastroju, zmianę tempa, solo i wprowadzanie rożnych elementów dodatkowych. Mimo dużego nasilenia dźwięków, nie gryzą się one wzajemnie. Materiał jest podobny do pierwszej płyty, autor daje się nacieszyć niektórymi pomysłami dłużej niż pięć minut.
    Bardzo dobrze że ukazało się to wydawnictwo, niektórzy miłośnicy muzyki elektronicznej mają okazję poznać bardziej dynamiczną stronę osobowości Roacha, jego fascynację niemiecką elektroniką sekwencyjną.




czwartek, 19 maja 2011

Gandalf - Symphonic Landscapes


    Tego kompozytora darzę wielką estymą. Przez trzydzieści lat wydaje jedna po drugiej płyty z piękną, sugestywną muzyką. Jest ona pełna ciepła, wewnętrznej siły a przede wszystkim naturalnie optymistyczna. To najczęściej zgrabne melodie, przemyślnie ułożone w zwartą, dopasowaną całość. W ten nurt znakomicie wpisuje się album Symphonic Landscapes z 1990r. Gandalf skomponował muzykę, której przeznaczeniem było wykonanie orkiestrowe. I udało się mu to znakomicie. Towarzyszący Stroblowi muzycy z.Vereinigte Bühnen Wien pod przewodnictwem Caspara Richtera dobrze oddali ducha kompozycji. Heinz gra na gitarach elektrycznych, klasycznych oraz syntezatorach.Tradycyjne instrumenty skutecznie dodają mocy i pompy poszczególnym ścieżkom. Utwory mają swoją dramaturgię, głębię, czasami są pełne tajemnic i wieloznaczności. Wspaniałe słucha się momentów, gdy kolejny motyw zwieńcza ekspresyjne solo gitarowe. Gandalf jest perfekcyjnym, intuicyjnym gitarzystą, który gra z wielką pasją, swobodą i wdziękiem. Ale jest też niezrównanym kolorystą. Opowiada muzyczne historie, w których zawsze zwycięża dobro. Mimo przewijającej się pewnej dawki melancholii, smutnych akcentów i tak wiadomo, że koniec utworu będzie krzepiący. Muzyka ta pozwala swobodnie puszczać wodze wyobraźni działając na różne emocje. Jest katalizatorem głębszych wzruszeń, potrafi dotrzeć do wnętrza człowieka, a to mi się wydaje, już nie każdy produkt potrafi ;). Idealnie nadaje się, jako ilustracja do wybitnego filmu. W moim przypadku ułatwiła i przygotowała do odsłuchu poważniejszych symfonicznych dzieł.
     Artysta szufladkowany czasami jako muzyk New Age, na Symphonic Landscapes skutecznie wyłamuje się z konwencji. Kontakt z tą wspaniałą muzyką jeżeli nie zmieni Twojego życia, to na pewno je znacznie umili.




wtorek, 17 maja 2011

Jan A.P. Kaczmarek - Czekając na kometę Halleya




     Jan A.P. Kaczmarek komponuje obecnie soundtracki do znanych amerykańskich filmów. W 2005r dostał Oscara za skomponowanie ścieżki dźwiękowej do „Marzyciela" Marca Forstera. Mi jednak zapisał się w pamięci, jako twórca bardzo oryginalnej płyty „Czekając na kometę Halleya”. Dzieło to stworzone w połowie lat 80. zostało właśnie po raz kolejny wznowione, tym razem przez label Yesterday Records na CD. I bardzo dobrze. Bo takiej muzyki już właściwie nikt nie nagrywa. Niekomercyjna, czasami trudna w odbiorze, ale jakże pociągająca!  W towarzystwie dwóch gitarzystów: Grzegorza Banaszaka i Macieja Talagi, przy wsparciu wokalnym Ewy Iżykowskiej tworzy Orkiestrę 8 Dnia. Z oryginalnego instrumentu strunowego fidoli Fishera, fletów, syntezatorów Yamahy i Rolanda wydobywa masę intrygujących barw. Już w pierwszym, tytułowym utworze Czekając na kometę Halleya, na tle aksamitnych, długo brzmiących fraz, słychać szeroko rozciągnięty rytm – odmierzający sekundy niczym kroki przybywającego przeznaczenia. Co jakiś czas docierają głosy z vocodera, lub po prostu sample dźwięków pochodzących z ludzkiej krtani. Czynią one słyszany muzyczny przekaz formą mocno futurystyczną. Niesamowity jest ten klimat przypominający mi stare nagrania Władka Komendarka.  Z kolei utwór Warkocz to dialog szarpanych strun, nastrój jakby z sennego koszmaru i dopasowane wokalizy Ewy - która śpiewa bardzo wysoko i śmieje się trochę złowieszczo. Spadanie – pośród brzmień wybitnie ponurych gra również ciepło gitara. Ponieważ cisza jest istotnym elementem tych nagrań, każdy dźwięk z niej wychodzący jest wyraźnie słyszany i wchłaniany. Idealna proporcja w dawkowaniu poszczególnych melodii świadczy dużej wrażliwości artystów. Brzeg - ponownie ładnie gra gitara, Iżykowska dalej eksploatuje górne rejestry swojego sopranu, a męski głos z powagą deklamuje jakby zaklęcia - jakieś niezrozumiałe teksty. Polonez, siedemnastu minutowa całość to barwy fletu i mroczna gra syntezatorów. Wtóruje im oczywiście Ewa, uczłowieczając przekaz.  Po pięciu minutach następuje gwałtowne przełamanie, przykra dla uszu kakofonia niczym cięcie nożem i wchodzi na scenę upiorny polonez. Niczym nieodwracalny wyrok wypełnia z jakimś fatalizmem i determinacją kolejne minuty. Dźwięki podobne stadu upartych zombie z amerykańskiego horroru okrążają słuchacza, są coraz to bliżej i bliżej. Uff… Na ostatnie dwie minuty przed końcem, kompozytor lituje się nad audytorium i kończy suitę pętlą powtarzających się komend zepsutych androidów. Czyli klasyczna klamra – koniec muzyki przypomina jej początek.  Jan Andrzej Paweł Kaczmarek w licznych wywiadach ciekawie opowiada o tych starych nagraniach. Podobną do cytry fidolę Fishera zmodyfikował usunąwszy jej klawiaturę. Wspomina swoje twórcze niepokoje i pasje. Ale jego muzyka jest dla niego najlepszą reklamą. Choć określana przez niektórych ironicznie, jako grobowo-profetyczna, wymyka się sztywnej klasyfikacji.
   Fascynacja widzeniem sztuki w stylu C.K.Norwida, przyniosła w efekcie niebanalną formę, do której warto wracać, poznawać ponownie i reklamować znajomym. Polak potrafi!

Peter Baumann - Repeat Repeat


       Krótka radość w komercyjnej szacie. Okładka pierwszej solowej płyty Petera Baumanna „Romance 76”, ukazywała twarz artysty podzieloną na dwa różne oblicza. Słuchacze mogli rozważać różne teorie na ten temat, ale po wydaniu dwóch kolejnych krążków całkiem na miejscu byłaby opinia, że to zdjęcie proroczo pokazało wewnętrzną walkę muzyka - poddać się komercji czy nie? Wydawnictwo Repeat, Repeat z 1981r. dobitnie ujawniło wynik tych zmagań. Winyl zawierał 10 bardzo krótkich piosenek (żadna nie przekroczyła 3 minut i 50 sekund) i był próbą wpisania się w modny wtedy nurt New Wave. Do współpracy Baumann zaprosił pięciu muzyków w tym dwóch gitarzystów i dwóch perkusistów, ale niewiele to pomogło. Nie nagrano przebojów, z których ktoś pragnąłby zrobić dziś covery, nie jest to też materiał na elektroniczne perełki. Teksty piosenek odzwierciedlają intelektualną pustkę przeciętnego Amerykanina: masowo powtarzane programy rozrywkowe: te same filmy, te same piosenki (utwór tytułowy).Stereotypowy obywatel nie chce być ambitny i czynić postępów, woli siedzieć w domu (Home sweet Home). Jeżeli ma coś robić to najlepiej tańczyć i popijać szampana (Deccadance). Czy Baumann kpi czy wyznaje swoje nowe credo? Mimo iż ścieżka dźwiękowa jest wyjątkowo uboga, jak na tło do piosenek, można wyróżnić wspomnianą Deccadance za ciekawe efekty przestrzenne, M.A.N Series Two, przypominający mi trochę piosenki Gary Numana, czy kapitalny Brain Damage – akurat najkrótszy w całym zestawie, wnoszący trochę napięcia i emocji. Irytująco brzmi Kinky Dinky – dziwna historia o niezależnym chłopcu. Dość udany jest za to jest Daytime Logic gdzie bohater bezwstydnie wyznaje miłość do samochodów i pieniędzy. Słychać różne dodatki dźwiękowe, które kojarzą się z beztroską jazdą i odgłosami auta. Playland Pleasure zaczyna się dynamiczną sekwencją jak za najlepszych czasów zespołu Tangerine Dream (adrenalina się podnosi), aby za chwilę zostać zepsutą denerwującym wokalem i przejść do opcji quasi dyskotekowej. What is Your Use? Mimo egzystencjalnych pytań, szybkiego tempa, Peter nie zdąży należycie rozwinąć motywu choćby na poziomie „Trans harmonicznych nocy”. Pozostaje uczucie niedosytu. To tak jakby ktoś powiedział: zapraszam Was na świetny koncert, ale.. Będzie on trwał niecałe cztery minuty. Baumann po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych określił Niemców, jako ludzi ponurych, bez entuzjazmu i zapału. Czy jednak amerykański optymizm popchnął go do artystycznego rozwoju czy spowodował twórczą niemoc? 
      Wydana dwa lata później „Stranglers In The Night”, okazała się całkowitą porażką.


 


Tangerine Dream - Under Cover Chapter One


     Najbardziej kontrowersyjna płyta w dotychczasowej dyskografii zespołu. Zazwyczaj popularne utwory innych wykonawców grają bardzo młodzi ludzie, niepewni swoich możliwości, dający wyraz swoim wielkim fascynacjom. Często też zawodowi muzycy pracujący w lokalach rozrywkowych - klezmerzy - bo to jest znane i podoba się publiczności. A czasami biorą się za to wypaleni muzycy, którzy nie potrafią wykrzesać z siebie już nic oryginalnego. Do której grupy zaliczyć można zespół Tangerine Dream? Wybór pozostawiam czytelnikom. Podobno pomysł na taki projekt, w formie zakładu, padł mimochodem w małej restauracji sushi, rzucony przez promotora zespołu. Niestety, doszło do jego realizacji. Wielbiciele zespołu otrzymali album zawierający 14  dobrze znanych piosenek. Do ich zaśpiewania zaangażowano Christiana Hausla, znanego już z płyty „Madcap's Flaming Duty”. MFD to zresztą było całkiem dobre wydawnictwo. Ale Under Cover - Chapter One wytłoczona w 2010r. to w dużej mierze mielizna i porażka. Najbardziej przypadł mi do gustu rozpoczynający dzieło: Cry Little Sister motyw z filmu wampirycznego „Lost Boys”. Choć pozbawiony ostrości oryginału, z cichą perkusją, przejmujący wokal Chrisa czyni tę piosenkę miłą dla uszu. Everybody Hurts zespołu R.E.M., jeżeli chodzi o śpiew - nie czepiam się niczego, ale pierwowzór nagrany był z trochę mocniejszymi akcentami instrumentów, jakich tu już zabrakło. Precious Depeche Mode - nawet udanie Hausl podrabia głos Dave Gahana, choć Dave ładniej łączy w pewien charakterystyczny dla siebie sposób zgłoski. Niemniej to się może podobać. Space Oddity Davida Bowie w aranżacji T.D. brzmi jak pieśń pogrzebowa. Mimo pewnego wzbogacenia warstwy muzycznej, zamiana rockowej aranżacji na sentymentalno-syntezatorową budzi trochę mieszane uczucia.  The Model – to zupełnie inna wersja niż propozycja Krafwerku. Piosenka grana jak romantyczna ballada, w tle pianino, brak tylko świec. Szczerze mówiąc z trudnością rozpoznałem czyj to jest cover. Reakcje słuchaczy na pewno będą skrajne. Wicked Game – z tej przesłodzonej piosenki Ch.Isaacka podobała mi się tylko modelka z teledysku, więc trudno mi się wypowiedzieć, co do muzyki … Ale co do wizualizacji Hm.. Dziewczyny z Tangerine Dream nie ustępuję urodą Helenie Christensen ;). Hotel California w wykonaniu zespołu Edgara brzmi bardzo jednostajnie, a poprawne solówki nie rozgrzewają należycie atmosfery. I tak słodko jest do końca płyty. W pewnym momencie wyraźnie zrozumiałem, że mimo głębokiego głosu i wysiłków Christiana - Leonard Cohen jest tylko jeden a  Wish You Were Here w takiej opcji  to totalne nieporozumienie.
     Słuchanie tej płyty może stać się nużące. Granie muzyki dla relaksu jest obecnie jednym z celów tej znanej formacji. Ale czy jest potrzeba wydawania Chapter Two? Księgowy zespołu na pewno ma na ten temat swoje zdanie.