niedziela, 22 stycznia 2012

Tangerine Dream w Polsce 1983, 1997


English version below
   Edgar Froese przez wiele lat otrzymywał dużo życzliwych listów od polskich fanów. Zespół Tangerine Dream zdawał sobie sprawę że w Polsce, kraju leżącym na wschód od granicy DDR, jest bardzo lubiany i popularny. 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w tym trochę egzotycznym dla zachodnich Niemiec państwie stan wojenny. Jednak latem 1983 roku przyszła odwilż i zniesiono go całkowicie. Żelazna kurtyna komunizmu osłabła na tyle, że można było przyjechać tam na koncert. Tym bardziej, że właśnie sam Klaus Schulze zakończył w te lato swą trasę koncertową po Polsce i... wrócił bezpiecznie do Berlina (smile). Tak, tysiące melomanów oczekiwało tej chwili, gdy spełnią się ich marzenia. Momentu, gdy ujrzą ukochany zespół grający na scenie w otoczeniu niesamowitych urządzeń zwanych potocznie syntezatorami.




Damian Koczkodon:

    Miałem wtedy 19 lat i z prawdziwą przyjemnością skorzystałem z widowiska jakie przygotowała ta legendarna grupa. Pamiętam siarczyste mrozy jakie panowały wtedy w stolicy i długie kolejki po bilety. Zimowe spotkanie 10 grudnia 1983 roku na hali warszawskiego Torwaru z zespołem warte było jednak zniesienia wszelakich niedogodności. Po porannym zwiedzaniu miasta, zakupie kasetowego decka który potem targałem ze sobą po hali, udało mi się kupić bilet na pierwszy koncert zespołu który miał odbyć się o 18.00. Nie pamiętam już czy zaczął się on punktualnie. Z głośników popłynęła dość długa, nagrana na taśmę zapowiedź Jerzego Kordowicza który w tym czasie przebywał w Skandynawii. Po jej zakończeniu powietrze poddało się potężnej dawce dźwięków wygenerowanej przez sprzęt tria. Kiedy po latach obejrzałem specyfikację instrumentarium jakim dysponował wtedy zespół przestałem się temu dziwić. Ponad 30 urządzeń prawie wszystkich uznanych w branży marek!  Equipment. To musiało zrobić wrażenie! Agresywne akordy pierwszej kompozycji znanej potem jako "Poland" zabrzmiały niczym przemarsz zwycięskich wojsk. Od pierwszej sekundy było wiadomo że to historyczne dla  publiczności jak i samego zespołu chwile. Dynamiczna muzyka bez pardonu zaczęła rządzić w przestrzeni, wypełniając również wnętrza zafascynowanych słuchaczy. Ze specjalistycznych urządzeń wydobywały się dymy, nadając występom szczególnego charakteru. Po niespełna 12 minutach awaria prądu trochę zburzyła tę prawie niebiańską atmosferę. Konsternacja była widoczna na wszystkich twarzach. Zespół nie poddał się jednak i wznowił spektakl. Przedstawił wielobarwną muzykę, pełną kontrastów, ale i ciepła jakie grupa umiała wydobyć ze swoich instrumentów. Grano fragmenty przebojowe jak i mocno kontemplacyjne. Nowe, jak na tamte czasy, modele cyfrowych syntezatorów zachwycały swoją barwą. Grupa potrafiła zagrać z pazurem, ostro, rockowo, co być może było zasługą najmłodszego Johannesa.
  Mimo iż muzyków oddzielały od słuchaczy metalowe bariery, przez blisko dwie godziny Froese, Franke i Schmoelling utrzymywali w pozytywnym oszołomieniu, wręcz błogostanie, kilka tysięcy ludzi. Muzyce towarzyszył pokaz slajdów rzucany na złożony z dwóch części trójkątny ekran. Często widać było na nim białego ptaka w locie. Kształtem przypominał jako żywo gołębia, ale te animowane ruchy skrzydeł zdecydowanie przypominały orła; co być może było gestem zespołu w stronę polskiego godła - również okładki niedawno wydanej płyty pod tym tytułem. Jej fragment był zresztą grany na tym koncercie. Podobnie jak "Exit" czy "Hyperboera". Dużą cześć przedstawianych obrazów stanowiły zabytki architektury i piękne miejsca na naszej planecie. W pewnym momencie technicy wypuścili w górę partię balonów, które zostały rozszarpane przez słuchaczy pragnących mieć swoistą pamiątkę. Sam miałem taki przez kilka lat.. no ale to tylko kawałek gumy;). Oczywiście uczciwość nakazuje mi zanotować również,  że na Torwar niektórzy fani przyszli głównie  w celach towarzyskich i nawet w najciekawszych muzycznych momentach ciągle ktoś chodził pod sceną. Nie tak było pół roku wcześniej podczas koncertów Klausa i Rainera. Schulze i Bloss potrafili skutecznie i dosłownie posadzić publiczność na deskach i całkowicie skupić ich uwagę na sobie.  Nie wszystkie zagrane utwory były równie udane. Pamiętam występ polskiej aktorki recytującej "Kiev Mission". Niestety, to była totalna porażka. Kobieta zbyt mocno akcentowała zdania przerysowując je w sposób wręcz karykaturalny. Nie jest to wina zespołu, Edgar miał dobry pomysł, skąd jednak mógł wiedzieć że kobieta ataksją języka do muzyki "położy" ten fragment? To, co mile się słuchało w języku rosyjskim na płycie "Exit", niekoniecznie musiało być dobrze wykonane w polskim. Nie potrafię też potwierdzić legendy, czy muzycy grali w cienkich rękawiczkach, muzyka zbyt fascynowała oczy i uszy, aby zwracać uwagę na takie szczegóły. No i nie widać było tego na filmie Pawła Karpińskiego. Nie czułem też gazów łzawiących, ani nie zarejestrowałem wzrokiem brutalnych ochroniarzy, o których aktach przemocy krążą legendy... Niezależnie od drobnych potknięć, występy należy uznać za bardzo udane. Wracałem więc pełen radości piechotą na Dworzec Centralny,  mając za drogowskaz widoczny z daleka Pałac Kultury. To były czasy gdy PKP miało przepełnione wagony, a zagraniczne samochody na ulicach były rzadkością. W uszach grała mi jeszcze muzyka,  a w sercu przekonanie o dobrze spędzonym, pełnym niezwykłych wrażeń dniu.
   Zespół po powrocie do domu postanowił wydać płytę z zapisem tych koncertów. Ukazał się dwupłytowy album "Poland – The Warsaw Concert". Doskonałe brzmienie będące zasługą studyjnej, mozolnej obróbki materiału dokonanej przez Chrisa Franke i Johannesa Schmoellinga jest jednym z powodów niesamowitej popularności tej płyty. Choć nie jedynym. Odświętna atmosfera happeningu i prawdziwa radość fanów jaka płynęła z  widowni w stronę estrady miały również swój wpływ na muzyków. A zespół był w doskonałej, szczytowej formie, na jaką nie wzniósł się chyba już nigdy więcej. Ale to co słychać na płycie „Poland”, nie do końca pokrywa się z prawdziwą  muzyczną treścią wypełniającą w 1983 halę Torwaru. Ingerencja Chrisa Franke w oryginalny zapis daleko przekroczyła granice lekkich modyfikacji. Nie zdziwiłbym się gdyby prawdą okazało się przypuszczenie, że niektóre fragmenty nagrano ponownie i podłączono do reszty. Wspominam o tym, ponieważ w 2000 roku powstał projekt rekonstrukcji taśm rejestrujących muzykę z audytorium. Pewien bardzo zdolny dźwiękowiec, człowiek kryjący się pod pseudonimem 3N (pozdrawiam!), postanowił wskrzesić i uszlachetnić zawartość swoich starych kaset magnetofonowych. Z  nich to właśnie i dostarczonych dodatkowych materiałów  zrekonstruował co się dało z posiadanych zasobów. Powstał  tak zwany ‘fan-release”, dwupłytowy dokument pozwalający zapoznać się z prawdziwym brzmieniem i treścią obu warszawskich koncertów z tego grudniowego wieczoru. Oprócz nagrań znanych z oficjalnego wydawnictwa zawiera on kilka unikalnych utworów z których zrezygnowano w legalnej wersji.  Choćby z tego powodu prawdziwy fan powinien go poszukać. I na tym albumie wydanym pod tytułem: "Dreaming on Ice Stadium Evening" można wyraźnie usłyszeć że np. początkowy "Poland" był jednak  trochę inaczej grany na obu koncertach. Ostre frazy zostały w studio złagodzone. Ten rarytas jest obecnie nieosiągalny w swojej pierwotnej formie. Dlatego też cieszę się że mój egzemplarz nr 3 jest jeszcze „na chodzie”. Pięknie jest cofnąć się w czasie o prawie 30 lat i posłuchać zespołu który był kiedyś wyznacznikiem dobrej odkrywczej muzyki, tego co najlepsze w gatunku zwanym czasami rockiem elektronicznym.




Mariusz Wójcik:

    Mój mandarynkowy sen, miał się spełnić 23 kwietnia 1997 roku w dalekim od mojego miejsca zamieszkania  Zabrzu. Mój kolega podał mi numer telefonu, gdzie można było zamówić bilet na koncert  Tangerine Dream. Bardzo sceptycznie podszedłem do realizacji spełnienia mojego marzenia, bo życie czasami  weryfikuje takie plany. Ja od zawsze jestem uparty, jeśli widzę choćby iskierkę nadziei, a takową widziałem w tamtym czasie - choć z perspektywy czasu ten wyjazd był dość problemowym planem, bo przecież ja pracowałem w trybie trzyzmianowym i do tego cały czas  w rozjazdach. Kiedy dostałem potwierdzenie  od kolegi Aleksandra Zaranka,  który był wielkim fanem TD (on  również opisał swoją relacje z tego koncertu w Generator News 1997 rok - fanzin muzyki elektronicznej wydawany przez Ziemowita Poniatowskiego, obecnie Generator.pl), wówczas już na poważnie wyobrażałem sobie mój koncert marzeń. Do dalekiej Ustki służbowo wyjechałem z myślą, że jednak po przyjeździe do domu dosłownie wskoczę do samochodu mojego kolegi Aleksandra i jego żony, by spod Piły wyruszyć na mój koncert marzeń. Tak się też stało - po nieprzespanej nocy wróciłem do domu i w trybie natychmiastowym pożegnałem się z żoną i półtoraroczną wtedy  córką. Przyznam się, że po ciężkiej  nocy jazda autem do Zabrza była  dość uciążliwa ale odsłuchiwanie w aucie kaset  z muzyką Tangerine Dream  ładowało mi akumulator. Kiedy dojechaliśmy pod Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu, w ekspresowym tempie odebraliśmy z kasy zamówione bilety, tak naprawdę to wtedy byłem rzeczywiście  w 100 % pewien, że  będę na  wymarzonym koncercie. 
   Tłum fanów gromadzący się pod Domem Muzyki i Tańca imponował mi, bo nie sądziłem że tylu fanów z naszego kraju oraz z zagranicy będzie uczestniczyło w tym  mandarynkowym święcie. Jak wiadomo, mieliśmy powody do świętowania, bo ostatnia trasa  TD w Polsce to zupełnie odlegle czasy  -  grudzień 1983 rok :).
     Napięcie oczekiwania rosło z minuty na minutę, czułem w sobie narastające podniecenie, które potęgowało rozmowami z El fanami. Przed wejściem do Domu Muzyki i Tańca spotkaliśmy Ziemowita Poniatowskiego  (Generator.pl), który  prosił nas  by jego sprzęt fotograficzny na czas koncertu przechować w naszym aucie. Niestety, nie dostał pozwolenia na wykonywanie  zdjęć, trzeba było posiadać specjalną  akredytacje. Przed samym wejściem  miałem okazje przywitać się z animatorem muzyki elektronicznej w Polsce Arturem Lasoniem, z którym na przerwie koncertu zażarcie dyskutowaliśmy  :) (ale o tym później). Po wejściu na sale DMiT do dziś pamiętam dziwne uczucie narastającego napięcia, migające lampki klawiatur Edgara Froese i kolegów oraz krzątającej się ekipy technicznej TD. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie frekwencja fanów, jak się później dowiedziałem, zdecydowanie więcej fanów pojawiło się na tym Zabrzańskim koncercie, niż  dwa miesiące później w Sali Kongresowej,  na który niestety nie udało mi  się dotrzeć. Pamiętam jak z kolegą i jego żoną siedzieliśmy blisko sceny  a wokół nas pojawiła się grupa inwalidów na wózkach, naprawdę robiło się tłoczno - ale to dobrze, podskórnie wyczuwałem, że będę świadkiem historycznego koncertu TD.
        Kiedy światła wygasały nastąpiła dziwna cisza, zauważyłem muzyków, którzy już byli gotowi do odegrania swojego El muzycznego spektaklu. Edgar po lewej stronie ze swoim  zestawem syntezatorów. Jerome po środku i po prawej  Zlatco Perica, którego energia rozsadzała wręcz, oczywiście to nie cały skład TD.
    Przyznam, że dość sceptycznie podchodziłem do set listy gdyż promowany album "Goblin club"   nie przekonywał mnie i liczyłem na zdecydowanie starsze kompozycje TD i... absolutnie dostałem olśnienia kiedy to o czym skrycie marzyłem, stało się faktem już w po pierwszym zresztą znakomitym utworze  "Waterborn"  z albumu "Oasis", który  przepięknie wybrzmiał wtedy w Zabrzu! Cudowna sekwencja  okraszona spontaniczną partia gitary Zlatco Pericy. Później było  jeszcze ciekawiej, bo  fragment utworu "Poland"  oraz "Siliver scale" , "Exit",  "Stratosfear"  czy też  fantastyczny   fragment  z albumu "Underwater sunlight"  -   wywołały u mnie dreszcze podniecenia  a przy ”Silver scale"  pamiętam, wstałem z łzami w oczach i biłem  gromkie oklaski! Zresztą ta pierwsza cześć koncertu to  była swoista set lista  moich marzeń, aczkolwiek zabrakło wielu pięknych tematów z dekady lat 70. czy 80.,  to i tak byłem usatysfakcjonowany tą mandarynkową muzyką. Koniec części pierwszej dobiega  końca i chwila na ostudzenie  emocji, już po kilku minutach spotykają się fani TD by relacjonować na gorąco ta pierwszą część. Mile wspominam tą piękną, przyjacielską atmosferę entuzjastycznych dyskusji. Jak pamiętam, udało mi się zdobyć piękny plakat promujący tournée TD  "Goblins Club", przyznam zakup był  perfidnie przemyślany, bowiem sądziłem, że uda mi się zdobyć autograf Edgara Froese - tak jednak się nie stało.
       Muszę dodać, że w gronie dyskutantów obok wspomnianego Artura Lasonia (szefa klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej  - współpracownika  Polskie Radio PR II oraz Polskie Radio PR III (biografie Tangerine Dream i Klausa Schulze końcówka lat 80) oraz jednego z największych animatorów wówczas El muzyki w Polsce. Był również Ziemowit Poniatowski   wówczas fanzin Generator news oraz szef Fanklubu  Tangerine Dream  Tangram  - Sławomir Więckowski itd., itd. Tak więc pamiętam, to było swoiste spotkanie na szczycie kochających nie tylko TD ale w ogóle muzykę elektroniczną. Moja  dyskusja z Arturem Lasoniem była na tyle intensywna, iż spóźniliśmy się kilka minut na drugą część, a konkretnie na tą perkusyjną cześć,   cała druga część w większości składała się z wydanego w tym czasie albumu „Goblin Clubs".  Zresztą   o dziwo, znakomicie wypadły wersje  ze studyjnego albumu  "Rockoon",  gdzie  Zlatco Perica popisywał się żarliwymi solówkami gitarowymi, wręcz eksplodował  metalową furią za co otrzymał gromkie brawa. Bardzo ciekawie w drugiej części koncertu wypadły projekcje wideo, w tle można było obejrzeć  fragment filmu "Canyon Dreams"  -  naprawdę zrobiło się bardzo refleksyjnie, muzyka niezwykle działała na wyobraźnie  fanów, zrobiło się nostalgicznie i jakaś nieodgadniona fala utraty każdej upływającej minuty z legendą El muzyki kazała nam absorbować wszystkie zmysły  aby zostało to na długie lata. Kiedy się zaczynały bisy a w Zabrzu  a były trzy, wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami  wyjątkowego spektaklu, który został powtórzony  dwa miesiące później tj, 13 czerwca 1997 roku w Warszawskiej Sali Kongresowej  i jak doniósł mi kolega później -  to ten z  którym wybrałem się do Zabrza a który przybył na drugi koncert TD w Warszawie  –  atmosfera  i  frekwencja zdecydowanie  różniła się od tej z Zabrza, a mimo to bardzo żałowałem gdyż wtedy Edgar Froese spotkał się z fanami i był zdecydowanie bardziej rozmowny niż w Zabrzu. Kiedy po dwóch bisach zbliżaliśmy się do definitywnego końca tego mandarynkowego show, wielkie brawa i w ogóle bardzo entuzjastyczne przyjęcie fanów spowodowały kolejny bis chociaż myślę, że Edgar Froese z góry set listę miał przygotowaną, ale to szczegół bo na sam koniec przyznam zostałem mile zaskoczony fantastyczną wersją geniusza gitary Jimiego Hendrixa! Utwór „Purple Haze" wręcz  eksplodował feerią intensywnych świateł oraz fenomenalną partią Zlatco Pericy  -  przez chwile miałem wrażenie uczestnictwa bardziej w koncercie...  Deep Purple  ;), niż legendy muzyki elektronicznej ;). Na sam koniec Edgar podziękował polskiej publiczności za ciepłe przyjęcie  ale troszkę był zły na nie ogrzewaną sale DMi T  jakby ze złości wymachiwał ręką, zresztą dość sarkastycznie to ujął … przybywam do WAS ... i znowu zimno ;). Tak, Edgar miał rację, bo 23 kwietnia sala Domu Muzyki i Tańca rzeczywiście nie była ogrzewana, choć przyznam szczerze, że od niesamowitych emocji było przynajmniej w moim przypadku bardzo gorąco ;).
   Czekaliśmy uparcie dalej na Edgara, niestety menadżer TD wyszedł i oznajmia nam, że maestro Froese przeprasza nas ale nie może wyjść, no cóż pamiętam moją reakcję – bierzcie ze sobą plakaty i biegiem pod busa, gdzie muzycy TD odpoczywali po koncercie. Podbiegliśmy, ale  okazało się iż Edgar, wyszedł do nas  dosłownie na chwile, zresztą faktycznie zmęczony i przeprosił ale nie będzie rozmawiał,  dopiero po kilku minutach wyszedł z busa Jerome Froese i chętnie z nami porozmawiał itd. Wtedy też stojąc przy drzwiach autokaru pierwszy i ostatni raz miałem okazje zobaczyć Monikę Froese. Drzwi się zamykają, ciepłe i serdeczne pożegnanie i… kończy się moja przygoda  z mandarynkową legendą.
 Kiedy pakowaliśmy się do auta, było już naprawdę zimno, księżyc w pełni… i naszły mnie dziwne myśli… to już naprawdę koniec??... Smutek spełnionego marzenia. Po nieprzespanej nocy, oraz po trudach jazdy do Zabrza, oraz po koncercie TD o dziwo… Nie mogłem zasnąć w aucie. To były tak wielkie emocje, że nie pozwoliły mi na spokojny sen, do dziś kiedy słucham "Tournado" czyli album TD z rejestracją tego Zabrzańskiego koncertu - zawsze wracają wspomnienia z... mandarynkowego snu AD 1997.

      Zespół Edgara Froese nagrywa i koncertuje do dziś, z jakim skutkiem - oceńcie sami, ale nam te stare widowiska zapadły głęboko do serca.


  The album "Poland", a record of Tangerine Dream's concert on 10th December 1983 in Torwar, Warsaw, went down in history of electronic music. By fans it is considered as one of the most important concerts of this original group from Germany. In my case I have been trying to describe this music for over 20 years! Why so long? Why, while writing about dozens of more or less worthy albums of el-music, or albums from other music genres, this is the album of my life which is being described only now...? Truly, I don't know... I think one of the reasons is that I have a very emotional relationship with sounds that have completely captured me!

When in music bookstores in the 80s this beautiful analogue album (two discs) appeared on the shelves, released by the noble Tonpress label, I had to be financially supported to buy it. I didn't hesitate at all with the decision to buy it, of course my parents had to help me at that time, because it was my school period. I remember proudly carrying the album to school to show it off to my friends. As a rule they were fans of new romantic and hard rock, unfortunately the name Tangerine Dream made me feel cold... But there were people who literally snatched this album from me, my friends, however, after hearing, or rather browsing the cover, with distaste returned saying that: "they have never listened to such bizarre music in their lives". It's a nice anecdote, but I didn't mention it by accident, because the whole phenomenon of Tangerine Dream lies in emotions, this music has to find a fertile ground. And it did for me...

The album begins with an announcement by editor Kordowicz, whose voice was broadcast at the beginning of the concert. I must admit that every time I listen to the first minutes of this concert, I get a strange tingling sensation, the applause of the Polish audience is unbelievable, I am not at all surprised by Edgar Froese, who in interviews spoke very warmly about the great reaction of the audience gathered at Torwar Hall. Interestingly, when you listen to this enchanting tangerine music today, you feel waves of warm sounds. The first part of "Poland", which is completely worn out on my analogue, proves that I listened to this piece many times, but I don't really see a weak moment here. Everything intertwines perfectly, although I realize (there are witnesses to this concert) that what we hear now does not really correlate with the authentic setlist from December 10, 1983. But this is not the priority, what is important is the MUSIC itself, which bites into our mind and even envelops us in a balmy, ethereal magic mist. Mandarin dream sharpens our senses, causes almost metaphysical experiences. How not to mention here the sometimes frosty, full of arctic cold winds track "Tangent"? Capital bass percussion drops invade our tangerine spectacle like creeping monsters from sci-fi movies. What a delight it is to listen to these sounds, which were once completely separate from what constituted my personal playlist. It can't be compared to rock music or jazz, nor can it be compared to avant-garde or alternative music. It is the music of the cosmos, it is the sounds of our astral body, the sounds of our personal inner universe! It is one musical organism. Edgar Froese, Chris Franke together with the then perfectly capable Johannes Schmoelling presented "Warsaw in the Sun", a piece that was a must-see on the world tours of Edgar Froese and his friends. A beautiful tribute to Warsaw, this piece definitely sounds more vivid or juicy in the analogue album version, and the same goes for all its fragments. These are not significant differences in perception, but this music has more spirit, it is more natural. I have the impression of communing with analogue instruments and also the definitely pastel and warm sound of all the instruments gives more dynamics. An example can be the beautiful "Barbakane", but about this track in a moment. The composition "Rare Bird" is something that definitely differs from the contemplative raptures of "Poland" or "Tangent". These quite melodic and lively sounds diversify this release, the composition is rich in floral synth samples, which enchant with their beauty, they still sound dignified, although it smacks a bit of pop music. The thunderous applause of the audience confirms the words of Edgar Froese, enchanted by the reaction of Polish fans.
Let me move on to a track that for Tangerine Dream fans is one of the most beautiful compositions from this album - "Barbakane"... How many emotions here, how many subtle musical structures, which fans could hear earlier on Edgar Froese's solo album "Pinnacles". This composition is brimming with analog synthesizer colors. Just close your eyes and listen, listen, listen... This is one of the most picturesque Tangerine Dream tracks I have ever heard. It's like a musical journey in Edgar Froese's footsteps around the world. And so we enter with these icy sounds into the amazing part of "Horizon". Hardly accessible arctic landscapes are a real contemplation, calming and entering the dark, hermetic for the average listener, regions of music working on imagination. Sequential fireflies and percussion drops, even change the whole of these inaccessible landscapes. Moments later there is a flood of keyboard parts, a kind of electronic turmoil grows - we are carried away by a wave of el-nostalgia. I've always been intrigued by the very well-planned dramaturgy in the beginning of the track "Horizon". The sublime keyboard parts seem to end, but to our joy they intensify even higher, like a fabulous kite they glide high into the air, so that the pensive auditorium of the Warsaw Torwar is still in rapture. It is as if the fans were watching a beautiful, robust eagle flying majestically somewhere over the heads of the audience... The spectators, not to waste a second, stared, thoughtful and... fulfilled... This spell of intimacy with the beautiful music of Tangerine Dream continues. Here comes the most painterly moment - I am not surprised that some time ago Edgar Froese received paintings from Polish fans inspired by the music from the album "Poland". Whenever I listen to this very charming fragment of "Horizon" I have the impression of entering the paradise world. It's music as if completely detached from the grey reality, carrying a lot of charm and delicate parts of analogue sound oozing from the keyboards of Tangerine Dream musicians, until suddenly... there is a transition to a completely different musical world. "Bombarding" every now and then a drum solo takes us into a completely different tangerine dimension. The sequencer also enters into sharp, biting and sulfurous solos, which explode our senses, there is a synthetic attack on our sensory organs... But all this is perfectly thought out, the trio works fantastically together. Every sound here introduces us into a cacophonous trance.

I have an impression that with every listening of this album I would write a different review, although it's not really about that; what's important is an authentic transmission of emotions accompanying me during the contact with a completely different MUSICAL DIMENSION. The other one, available only to the initiated music fans, which is far from the predictable junk that floods the media.

I hope that the above description of the Tangerine Dream concert will be an inspiration for those talented young people who are looking for new musical inspirations, looking for something special in the times of throttling values and will be for at least a handful of them something positive in this declining world of illusion...
Mariusz Wójcik





sobota, 21 stycznia 2012

Alpha Flight - Ring of Worlds



   "Alpha Flight - Ring of Worlds" to płyta utrzymana w konwencji tradycyjnej muzyki elektronicznej. Autor Chris Höppner tę senną impresję nagrał w 1994 r. W remiksowaniu projektu pomagał mu sam Peter Mergener. Ale fakt ten nie zdominował zawartości opublikowanego materiału. Słychać że kompozytor miał konkretną wizję, którą konsekwentnie zrealizował. Zawartość można określić jako dość zróżnicowaną muzykę medytacyjną, space music czy fragmentami strawny, ciepły ambient. Dobrze się tego słucha leżąc z zamkniętymi oczami, chłonąc leciwą, spokojną treść... Można nawet zapaść w stan półsnu i wtedy dźwięki krążą swobodnie gdzieś w trzewiach jestestwa... Jest w tym melancholia, zaduma i jakaś głębsza, znana tylko Chrisowi tajemnica. Z wyczuciem dodał ozdobniki i subtelne sekwencje (World of Caves). Trochę odgłosów otoczenia - niby nic nowego - ale ładnie podane, z wyobraźnią. Poszczególne światy jakie słuchacz będzie zwiedzał dzięki inwencji autora, pociągają ciepłymi barwami, pastelowymi pejzażami. Sporadycznie usłyszeć można nieprzyjemne dla ucha efekty (World of Liquid Metal). Budowanie klimatu jest jedną z największych zalet tej edycji. Chrzęst liści pod nogami (World of Endless Forests) rozpoczyna i co jakiś czas wznawia somnambuliczny spacer po bezkresnych puszczach. Gdzieś tam skrzeczą dziwne stwory... Długie, stojące frazy, towarzyszą przedzieraniu się przez "The Space Between Worlds". Potem trochę mroczny, pięknie rozwijający się "World of Crystals" (ciekawie zrobione efekty rozsypujących się kryształków pod koniec utworu). Całość kończy popisowy, zmienny w klimatach i pełen wewnętrznej energii "Lost World - Epilog". Po przesłuchaniu całości zostają bardzo miłe wrażenia. Sporo przebiegów, zmyślne ostinato prawie w każdej ścieżce, dla każdego coś dobrego. We wkładce płyty odniesienia do paru znanych każdemu nazwisk. Muzyka dla romantyków, szukających wytchnienia od udziwnień i eksperymentów. 



czwartek, 19 stycznia 2012

Richard Pinhas - Rhizosphere


    
   W roku 1977, gdy płyta "Oxygene" J.M.Jarre'a już na dobre podbijała świat i tą szczególną lekkością oraz prostotą przekazu przynosiła sławę swojemu pomysłodawcy, pewien dyplomowany profesor Sorbony realizował całkiem odmienną wizję komponowania. Nie wiem jeszcze czy Richard Pinhas zdawał sobie sprawę nagrywając pierwszą solową płytę "Rhizosphere" że również tworzy historię francuskiej muzyki elektronicznej. Ale udało mu się udowodnić, że jego wyrafinowane, dźwiękowe produkcje naprawdę silnie działają  - tyle że na inny, bardziej wymagający typ słuchacza.
      Od początku słychać że Pinhasa rozpiera energia.  Muzyka zawiera bowiem  wiele dynamicznych fragmentów. "Rhizosphere Sequent" niczym rozpędzający się pociąg, pomyka przed siebie skrząc się wielobarwnością wątków, zmiennością sekwencji i mnogością efektów. Biegają one po stereofonicznej przestrzeni w jakiejś niezwykłej, hipnotycznej determinacji.  Spokojniejszy utwór "A Piece For Duncan" brzmi jak kosmiczna wędrówka przesycona niepokojem i ciekawością astronautów. Richard eksploruje tu możliwości jakie daje Moog 55 i Arp 2600. Kręci rozkosznie gałkami oscylatorów. Dalej, obsesyjnie powtarzane motywy zdominują klimat kilkuminutowej ścieżki "Claire P.". Nic dziwnego, skoro utwór dedykowany jest postaci Philipa Glassa.  Solo brzmi czysto i bardzo wyraźne.  W "Trapeze/Interference" muzyka toczy się dość leniwie,  jest trochę mroczną impresją - jakby dla wyciszenia przez tytułową, zakręconą suitą. "Rhizosphere" rozkręca się powoli, przy znacznym udziale perkusisty Françoisa Augera. Ładnie to brzmi na słuchawkach. I tu, jak na początku wydawnictwa, słychać tę nieustępliwość - choć jakby bardziej kontrolowaną.  Przypomina mi ona mozolną wspinaczkę po górskim stoku coraz wyżej i wyżej. W końcu całość przyspiesza tempo, jakby muzykom zaczęło się gdzieś spieszyć (smile). Zmienne przebiegi podkręcają napięcie, można odnieść wrażenie że to nieskończona pętla... Po wyciszeniu, jako track 6, na minutę ponownie wchodzą same efekty... Dziwne to trochę, ale chyba taki podział utworów wyszedł dopiero na wersji CD. Bardzo dobra muzyka, w której słuchacz znajdzie wiele odniesień do tamtych złotych lat EM i pięknego brzmienia analogów. 

     Ciekawe że ta płyta byłą jedną z pierwszych elektronicznych perełek które wysłuchałem w radio około 1979 roku i nagrałem na monofoniczny magnetofon. I bardzo dobrze, bo nic nie straciła ze swojego uroku. A prekursor progresywnej elektroniki był w świetnej formie.


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Polaris & Krzysztof Horn Collision



     Ricochet Gathering oznacza wyjątkowe wydarzenie dla fanów muzyki elektronicznej. To koncerty często w unikalnych lokalizacjach, w międzynarodowej obsadzie muzyków. Ostatni odbył się Berlinie w 2011 roku i miał swój polski akcent. Nie po raz pierwszy zresztą. Zagrali na nim wspólnie Jakub Kmieć znany bardziej jako Polaris, oraz Krzysztof Rzeźnicki który woli sceniczne nazwisko Horn. Owocem tej przyjacielskiej sesji jest płyta "Collision" - muzyka będąca wypadkową zetknięcia się dwóch niebanalnych muzycznych indywidualności. Jednocześnie zadziałał efekt spontaniczności i swobody w podejściu do realizowanego materiału. Muzycy zrezygnowali ze szczegółowo opracowanego planu działania i w dużej mierze zdali się na swoją intuicję. Pierwsza, tytułowa kompozycja "Collision"  to bardzo stonowana muzyka. Aby wychwycić wszelkie niuanse potrzeba skupienia, warunków w których nikt nie rozproszy zbytnio uwagi. Słychać trochę różnych efektów, dość skomplikowany, połamany beat i smutne solo. Mocno odrealniona twórczość z pogranicza delikatnego, ciepłego ambientu. Po tym okresie "dopasowywania się" kolejne kompozycje wydają się być bardziej wyraziste. Więcej pomysłów, barw i energii. W "Mal Du Siecle" usłyszeć można próbki jakby orientalnych instrumentów oraz ludzkich głosów. Wprawne ucho usłyszy też motywy grane w stylu wielkiego Greka oraz rytmiczne rozwiązania charakterystyczne dla amerykańskiej muzyki obrazującej życie pustyni. Ciekawy kolaż. Im dalej tym przytulniej. "Octahedron Moon" w porównaniu do poprzednich utworów można śmiało nazwać "przebojowym". Ale to oczywiście żart z mojej strony. Mam wrażenie że słyszę brzmienie symulatora Eminent, któremu towarzyszą akcenty orientalne. Prawdziwe tygrysy polujące na perełki el-muzyki na pewno polubią ten utwór. "The Parent of All Others" jest krótkim dwuminutowym pośrednikiem między dwoma ciepłymi impresjami. Obecna syntetyczna gitara i trzaski niczym z analogowej płyty pozwalają na określone skojarzenia. "Berolina Train" sięga jeszcze głębiej do klasyki muzyki elektronicznej i w szczególny sposób czaruje słuchacza licznymi modyfikacjami dźwięków. Przez piętnaście minut można jak w transie poddać się pozytywnej energii która płynie z głośników. Ta moim zdaniem najciekawsza na płycie kompozycja, ma w sobie wszelakie cechy dynamicznej relaksacji. I być może jest najbardziej dopracowanym, przygotowanym wcześniej fragmentem materiału. Powinna się spodobać wszystkim fanom. Pozornie beztroskie granie co jakiś czas urozmaica kobiecy głos naśladujący styl dworcowych komunikatów. Rozpędzona kaskada przyjaznych uszom barw w końcu ulega degradacji. Wagon typu "Berolina"  zatrzymuje się u swego celu. Szkoda. No, ale niektórzy mówią że nic nie trwa wiecznie.  Pewną pociechę stanowi fakt, że kończący płytę "Subconscious Choice" utrzymany jest w podobnej konwencji. Z trochę inaczej ustawionym rytmem zachował ten szczególny optymizm poprzednika. Cóż, być może był to podświadomy wybór ;). Płyta kończy się zasłużonymi oklaskami. Kris Horn i Polaris pokazali swoją klasę. 
   Nic dziwnego że płytę oprócz labelu The Ricochet Dream wydał również nasz Generator. Polecam!

sobota, 14 stycznia 2012

Biosphere - Patashnik


       Geir Jenssen jest mistrzem samplingu, intuicyjnego montażu i błyskotliwym realizatorem swoich pomysłów. Ten Norweg mieszkający od jakiegoś czasu w Krakowie, najbardziej znany jest z doskonałej płyty "Substrata". Ale zanim ją stworzył, wydał kilka innych znakomitych albumów. Moim ulubionym jest Patashnik z 1994 - pełen inwencji twór zawierający masę zmiksowanych fragmentów filmów, kosmicznych dźwięków i tylko Geir raczy wiedzieć jeszcze czego. Jego umiejętność stapiania w całość różnych wątków jest tu, na "Patashniku" szczególnie wyczuwalna. I choć poszczególne ścieżki dają się słuchać osobno, razem stanowią integralną całość. W Internecie można znaleźć szczegółowy spis obrazów z jakich Jenssen wyłuskał fragmenty do swoich potrzeb (Scanners, Roxanne czy Village of Damned), mi szczególnie spodobały się rozmowy radzieckich kosmonautów z "Odysei Kosmicznej 2010". Podobnych filmowych odniesień na tej płycie jest więcej i radość sprawia ich odnajdywanie. Miła jest również dla uszu spora ilość misternie i wyczuciem zapisanych rytmów, dzięki którym niekiedy przykleja się Biosphere termin prekursora techno-ambientu. Przyjemnie się tego słucha, mimo iż część utworów jest mroczna jak głębia kosmosu. Najkrótsze podsumowanie tej muzyki to: intelektualna zabawa dźwiękami na wysokim poziomie.
    Wydano do tej pory 13 różnych edycji tego albumu, co świadczy o dużym zapotrzebowaniu na ten rodzaj rozrywki.


czwartek, 12 stycznia 2012

Insomnia - Shadows and Mists


        Cienie i mgły to zjawiska tajemnicze i ulotne. Trudne do kontrolowania, wymykające się logice i wyraźnej definicji. Dokonanie konwersji wyobrażeń powyższych procesów na język muzyki będzie zawsze działaniem  w jakimś stopniu subiektywnym. Niedawno autorzy nagrań z płyty "Shadows and Mists" - Adam Mańkowski i Łukasz Modrzejewski czyli duet "Insomnia" udzielili mi wywiadu. Wspominają w nim o fascynacji mistrzami kina niemego. To źródło inspiracji posłużyło im do stworzenia utworów będących ich własną propozycją ilustracji czarno-białych filmów. Zastanawiałem się jaki to może mieć wpływ na wartość samej muzyki. I doszedłem do wniosku że jeśli już ma, to pozytywny. Bo płyta świetnie broni się bez dodatkowej ideologii. Sześć ścieżek utrzymanych w klimacie stonowanej, ale zazwyczaj lekko uwypuklonej rytmicznie elektroniki, wytrzymuje wiele odtworzeń. Kompozytorzy wiedzą co chcą grać i potrafią to zrealizować. Muzyka jest momentami zwiewna, enigmatyczna, ale jednocześnie jakaś... swojska. Może to skutek subtelnych bitów, które jakby z drugiego planu dodają całości kolorytu? Wydaje mi się, że łódzcy artyści nie tyle chcą zaimponować słuchaczom opanowaniem warsztatu, co pragną stworzyć pewien klimat. Nastrój nie do końca mroczny, nie całkiem też jasny. Ciąg inteligentnie proponowanych skojarzeń, bynajmniej nie trywialnych. Produkt dla słuchacza już trochę wyrobionego, wrażliwego na akustyczne niuanse. Lub propozycja dla całkiem nowych rzesz przyszłych fanów, tych specyficznych barw jakie można wydobyć z elektronicznych samplerów.

    Płyta została wydana w grudniu 2011 przez własny, niezależny label zespołu - Larch Records. Ciekaw jestem, co będzie na ich kolejnych krążkach.

Linki do stron związanych z zespołem:
http://soundcloud.com/insomnia-pl
http://shadowsandmists.wordpress.com/
http://www.facebook.com/insomniapl
http://insomnia-pl.bandcamp.com/


środa, 11 stycznia 2012

Insomnia - Można czasem złamać schematy



1) "Insomnia" to dwóch przyjaciół z Łodzi: Adam Mańkowski i Łukasz Modrzejewski. W 2005 roku postanowiliście dać upust swojej kompozytorskiej pasji tworząc muzyczny duet. Nad czytaniem, słuchaniem i oglądaniem wzięła górę chęć tworzenia swoich projekcji  otaczającego świata.  Jak do tego doszło?

A: Gdy wspominam rok 2005, to odnoszę wrażenie, że narodziny Insomnii były bardzo naturalnym procesem - ilość muzyki, którą odkrywaliśmy w tamtym czasie, była naprawdę ogromna. Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej poznałem solowy, poboczny projekt lidera Porcupine Tree – Bass Communion. Ambientowe pejzaże zawarte na albumach Stevena Wilsona tak bardzo mnie oczarowały, że postanowiłem sam spróbować swoich sił w tworzeniu mrocznych, długich konstrukcji dźwiękowych. Tak właśnie wyglądała nasza muzyka na początku, właściwie pozbawiona rytmu czy jakichkolwiek beatów, była po prostu muzyką tła. 
Ł: Dodajmy, że na początku dość dziwnie patrzyłeś na moje fascynacje na przykład „Ghosts on Magnetic Tape” (śmiech). Znamy się i tak znacznie dłużej, słuchaliśmy podobnej muzyki, w niektórych kwestiach mamy bardzo podobne gusta, choć w innych radykalnie się różnimy. Dla mnie muzyka, w ogóle dźwięk był od dziecka czymś najważniejszym. Zawsze miałem też dość zróżnicowany gust i choć lubię, cenię artystów z różnych muzycznych półek, to twórczo chciałem tworzyć coś z pogranicza takich grup, jak Nurse With Wound, Hafler Trio czy Throbbing Gristle.

2) Nazwa projektu "Insomnia". Czy inspirowaliście się książką Lema, Kinga, lub tytułem filmu Christophera Nolana? A może to po prostu wyraz niepokoju jaki towarzyszy zaburzeniom snu?

Ł: Insomnia, znaczy „bezsenność”. Generalnie, niczym wprost się nie inspirowaliśmy, przynajmniej w sposób jawny, świadomy. Niemniej bardzo lubimy książki Kinga czy Lema, podobnie jak filmy Nolana. Chociaż jego „Bezsenność” widziałem dopiero dwa albo trzy lata temu. Bardzo podobała mi się jego „Incepcja”.
A: Zazwyczaj nazwy muzycznych projektów powstają dość przypadkowo i spontanicznie, w naszym przypadku też nie było inaczej. W bardzo upalny, czerwcowy dzień 2005 roku pracowaliśmy nad muzyką i zdecydowaliśmy, że w końcu wypadałoby jakoś sformalizować nasze poczynania. Wybrać nazwę, założyć stronę internetową itd. Nazwa nie jest szczególnie oryginalna czy też unikatowa, nie była też zaczerpnięta z konkretnej książki czy filmu (chyba, że podświadomie). Chcieliśmy aby zawierała w sobie ludzki pierwiastek, aby kojarzyła się bądź opisywała ludzkie zachowania, procesy życiowe, a że obaj prowadziliśmy i do dziś raczej preferujemy nocny tryb życia, to bezsenność okazała się najbardziej trafna. Z jednej strony jest źródłem cierpienia i jednym z objawów depresji, a z drugiej strony nocna bezsenność może być twórczym okresem w pracy nad muzyką – tak właśnie często jest w naszym przypadku.

3) Wydaliście do tej pory dwie płyty: „Places” w 2010 i " Shadows and Mists" w 2011. Czy przez poprzednie klika lat szlifowaliście warsztat, szukaliście swojej formy wyrazu?

A: Tak, de facto to płyt bądź też kompilacji powstało już znacznie więcej, jednak dopiero od „Places” postanowiliśmy wyjść z naszą muzyką do szerszego grona odbiorców. Praca nad dźwiękami stanowi dla nas ogromną radość i początkowo zgrywaliśmy kompozycje jedynie dla siebie i grona najbliższych przyjaciół. Spływające do nas pozytywne sygnały i reakcje na muzykę Insomnii zachęciły nas do tego, aby zainwestować i własnym nakładem przygotować trochę płyt w wersji fizycznej. Po raz pierwszy zrobiliśmy tak przy okazji naszego innego projektu, Extreme Agony – „Grains” w lutym 2010 roku, później przy okazji „Places”, a teraz krążków „Shadows and Mists” było już znacznie więcej i - co jest bardzo miłe - większość już się rozeszła. 
Ł: W okresie przed „Places” Insomnia była projektem bardziej Adama. Można powiedzieć, że byłem kimś na zasadzie patrona czy ojca chrzestnego projektu. W 2006 roku założyłem niezależny label Larch Records, w którym wydajemy swoje albumy, do większości z nich robiłem także projekty graficzne. Dopiero przy okazji wspomnianego „Grains” rozpoczęliśmy muzyczną współpracę.

4) Waszą muzykę można różnie określić: elektronika, trochę ambientu, minimalizm, szczypta popu.  Ale domyślam się, że bardziej niż poddawanie się definicjom interesuje Was kreowanie pewnych wizji...

A: Tak, masz absolutną rację. Nasza muzyka ewoluowała przez lata i ocierała się zarówno o ambient, chłodniejsze dronowe brzmienia czy też przeróżne formy elektronicznego wyrazu. Dużo zależy od tego, co akurat w danym momencie nas inspiruje muzycznie, a ostatnio także filmowo, czego wyrazem jest właśnie „Shadows and Mists”. Te inspiracje często są zawiłe i zupełnie nie interpretowalne wprost, są po prostu naszym specyficznym systemem odbierania emocji i ich przetwarzania.
Ł: Bo my bardzo nie lubimy definicji, zawsze miałem z tym problem. Z jednej strony wszelkie gatunki to w dużej mierze wymysł krytyków. Z drugiej strony można powiedzieć, że przecież pewne rzeczy musiałyby zostać jakoś semantycznie określone. Jakby nie patrzeć, my skupiamy się na muzyce, jej słuchaniu, tworzeniu, poznawaniu, a nie na dopasowywaniu się do jakiegoś konkretnego gatunku.
A: Nie każdy wyraziłby nieme kino właśnie w taki sposób, jak my. Uważamy, że nie wszystko należy zamykać w ścisłych ramach, a wręcz przeciwnie - można czasem złamać schematy i zachęcić słuchaczy bądź też widzów do poszerzenia horyzontów odbioru. Być może właśnie takie podejście i te dźwięki będą inspiracją dla kogoś innego…

5) Słuchając "Shadows and Mists", płyty ciekawej i przemyślanej, odnoszę wrażenie, że jest tam  gradacja: pierwsze utwory mają w sobie odrobinę optymizmu, im dalej, tym więcej chłodnych klimatów. Jakby zanurzyć się  jeszcze bardziej we mgle...  Czy był to zamierzony efekt? 

A: Utwory na ten album powstawały w długim okresie czasu i zanim jeszcze przystąpiliśmy do wybierania i składania tracklisty wydawało mi się, że każdy z nich to odrębna, skończona forma. Na pewno jest w tym trochę racji i można o tej płycie powiedzieć, że jest mniej spójna niż poprzedniczka. Gdy zdecydowaliśmy się już na 6 kompozycji i ułożyliśmy je w całość, wówczas zacząłem odbierać tę muzykę trochę inaczej i faktycznie jest w tym coś z procesu, w którym zachodzą stopniowe zmiany. W utworze „Empire” jest dużo przestrzeni - motyw przewodni snuje się delikatnie w tle, a kompozycja kończąca to wręcz swoisty epilog swą formą skłaniający do przemyśleń i podsumowań. Określenie epilog nie jest przerysowane, bo tę kompozycję dograliśmy w ostatnim etapie prac nad „Shadows and Mists”.

6) W Waszej muzyce podoba mi się jej "drugie dno", czyli taka konstrukcja, która pozwala na wielokrotne słuchanie i odkrywanie  jej dodatkowych atrybutów. Macie zamiar trzymać się takiego podejścia do materiału?

A: To bardzo miłe spostrzeżenie, które daje wiele sił do dalszej pracy, bo jeśli słuchacze przy kolejnych odsłuchach potrafią odczytać w naszej muzyce inne, nowe emocje, to oznacza to, że struktura tych kompozycji nie jest jedno-linijna. Docierają do nas różne opinie i recenzje, ale wiem też, że każdy odbiera dźwięki subiektywnie, dla jednego będzie to jedynie zbiór kilku niezwiązanych ze sobą elektronicznych dźwięków, a dla kogoś innego te trzy kwadranse będą oznaczać interesującą muzyczną opowieść, być może dźwiękową ilustrację filmowych obrazów albo coś jeszcze innego. Jako słuchacz, poznając nowe płyty, zawsze doszukuję się w nich kilku płaszczyzn, im jest ich więcej, tym lepiej. To samo odczucie staram się przelać na dźwięki powstające pod szyldem Insomnia.
Ł: Widzisz, to w muzyce jest najpiękniejsze, że niczego słuchaczowi nie podpowiada, każdy interpretuje ją na swój sposób. Jeśli odkrywasz drugie, trzecie dno, to tym lepiej. My na co dzień też słuchamy dużo muzyki innych artystów i w bardzo podobny sposób ją postrzegamy. Każdy odbiera dźwięki na swój subiektywny sposób, a im bardziej coś mnie zaskoczy, tym lepiej. To chyba najlepszy komplement dla artysty, więc dziękujemy.

7) Na Waszej stronie internetowej dajecie wyraz fascynacji geniuszami czarnobiałego kina. Ja również lubię czasami do tego wracać. To ciekawe, że ta - patrząc okiem współczesnego odbiorcy - prymitywna technika potrafi do siebie przyciągnąć. Co jest w niej takiego intrygującego Waszym zdaniem? 

Ł: Nie zgadzam się, że kino nieme cechowało się prymitywną techniką. Niektóre rozwiązania i dzisiaj wydają się bardzo nowatorskie. Wystarczy spojrzeć na przykład na „Metropolis” Langa, „Pancernik Potiomkin” czy dokumentalne filmy Wiertowa, Audena, Griersona. Z krótszych form warto wspomnieć o rewelacyjnym, surrealistycznym „Psie andaluzyjskim” Luisa Buñuela i Salvadora Dali. Z rzeczy fabularnych, ale mniej znanych, bardzo lubię „Nietolerancję”. Filmy te są interesujące także od strony emocji. Widzisz, dzisiaj często, choć na szczęście nie zawsze efekty, estetyka idą w parze z emocjami, jakie powinien przekazywać film. Często dostajemy bardzo ładny obraz i na tym się kończy, bo fabuła jest tak płytka, że zmieściłaby się w dwóch, trzech zdaniach.
A: Należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rozwój technicznych możliwości jest wyznacznikiem dobrego kina? Moim zdaniem absolutnie nie, najcenniejszą wartością jest pomysł sam w sobie, sposób w jaki ukazane są sceny, emocje. Z łatwością można wskazać współczesne, wykorzystujące najwspanialsze efekty specjalne i techniczne rozwiązania - obrazy, które jednak nie zachwycają, ponieważ ich przekaz emocjonalny jest zatarty. Stare, w szczególności nieme kino jest urzekające, bo, choć pozbawione możliwości wyrazu za pomocą dialogów, wielokrotnie przyprawia mnie o dreszcze i podwyższony puls – tak silne są w swym wyrazie te sceny. Myślę, że już na stałe pozostanie mi sentyment do kultowego obrazu Murnau’a i scen ukazujących przerażenie w oczach Grety Schröder, czy też spojrzenie owładniętego głodem krwi wampira.
Ł: Oczywiście to nie znaczy, że obecnie nie kręci się dobrych, przesiąkniętych emocjami filmów.

8) Koniecznie zapytam o instrumenty. Czy preferujecie symulatory, laptopy czy korzystacie  również z tradycyjnego sprzętu?

Ł: Owszem, aczkolwiek na najnowszej płycie nie ma tradycyjnych instrumentów, za to na „Places” były na przykład klawisze. Natomiast pierwszy album Extreme Agony opiera się w dużej mierze na dźwiękach przetworzonych gitar, klawiszy oraz krzyków, szeptów, przeróżnych modyfikacjach mojego głosu.
A: Na chwilę obecną korzystamy z dwóch laptopów, samplera, kilku różnorodnych generatorów brzmieniowych i klawiatury sterującej. A z tradycyjnego instrumentarium, tak jak Łukasz wspomniał – wykorzystujemy czasami  gitarę akustyczną i elektryczną – wciąż szlifujemy warsztat w tym kierunku i być może z czasem brzmienie żywych instrumentów stanie się stałym elementem na naszych płytach.

9) Mając tak zwarty i dobrze przygotowany materiał realizujecie się na koncertach?

A: Do koncertów przygotowujemy się intensywnie od jakiegoś czasu. Wciąż jeszcze nie mamy pełnego kompletu sprzętu, aby móc zagrać naszą muzykę na żywo bez uciekania się do odgrywania pewnych fragmentów z gotowych plików. Tu ograniczeniem są niestety finanse, ale całą energię wkładamy teraz w to, aby tę sytuację zmienić i mamy nadzieję, że latem bądź jesienią tego roku uda się stanąć na scenie i zaprezentować „Shadows and Mists” w wersji live.
Ł: Przygotowanie koncertu nie jest wcale takie łatwe. Poza tymi wszystkimi kwestiami ekonomicznymi i technicznymi, graniem fragmentów z pada, co w przypadku elektroniki w mniejszym lub większym stopniu jest nieuniknione, zostaje jeszcze problem miejsca. Jeśli znajdzie się jakiś klub i organizator to jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje.

10) Muzyk ma w sobie wenę, która go napędza do ciągłej kreacji. Domyślam się, że pracujecie nad trzecią płytą?

A: Mamy już pewne pomysły na to, co dalej. Temat starych filmów wciąż pozostanie na pierwszym planie, a nawet zostanie potraktowany znacznie poważniej. Chcemy przygotować ścieżkę dźwiękową do pełnometrażowego niemego filmu. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, ale chcemy wybrać ważny dla nas obraz, taki, który nie doczekał się dotychczas dźwiękowej ilustracji.
Ł: Chcemy znaleźć też coś w miarę oryginalnego. Poza tym aktualnie pracujemy, a raczej dopracowujemy drugi album naszego projektu Extreme Agony. Adam ma jeszcze inne projekty, więc będzie też pochłonięty nimi.

Życzę zatem sukcesów i dziękuję za wywiad!

Linki do stron związanych z zespołem:
http://soundcloud.com/insomnia-pl
http://shadowsandmists.wordpress.com/
http://www.facebook.com/insomniapl
http://insomnia-pl.bandcamp.com/








niedziela, 8 stycznia 2012

Johannes Schmoelling - Time and Tide

 
     Każda kolejna płyta jaką nagrywa Johannes Schmoelling cieszy się dużym zainteresowaniem. Nic dziwnego, zważywszy na jego udział w legendarnym zespole Tangerine Dream, oraz kilka solowych płyt z których może być dumny. Pamiętam też jego energiczny sceniczny image, jaki pokazał na polskich koncertach T.D. w Warszawie zimą 1983r. Ale o tym szerzej napiszę innym razem. Najnowsza płyta "Time and Tide" reprezentuje dobry, profesjonalny poziom. Nie tylko pod względem opanowania instrumentów czy warsztatu, bo to logiczne przy jego wieloletnim doświadczeniu. Istotny jest fakt że Schmoelling dalej jest pomysłowy. W pewnym momencie każdemu artyście ciężko jest przeskoczyć samego siebie i zaoferować coś nowego, atrakcyjnego. Jednak w przypadku ambitnego Niemca tak nie jest - wena mu dopisuje. Słuchając nagrań z "Time and Tide" odnoszę wrażenie że komponowanie przychodzi mu lekko. Poszczególne fragmenty płyty zawierają w sobie zarówno pozytywne emocje jak i refleksję. Johannes umiejętnie rozkłada akcenty, nie nużąc ciągle tymi sami pomysłami. Muzyka ma często charakter ilustracyjny i jest zróżnicowana (Splendid Isolation, The Gift). Niesie ze sobą dużo energii i spontaniczności (Lone Warrior). Spodobać się może solo na fortepianie w "The Answer".  Dalej, w "Zero Gravity" Johannes ładnie wyeksponował poszczególne motywy, przestrzeń i stereofonię. "Beacon Of Hope" faktycznie jest optymistyczny i przyjemny, a pełen napięcia "Life In The Dark" nadaje się na tło filmu akcji. Całość kończy wielowątkowy "Genetic Diversity" i tytułowy "Time and Tide". Zresztą, jedną z cech charakterystycznych tej muzyki jest różnorodność i złożoność. W ciągu kilku minut trwania utworów zmienia się parę razy tempo i nastrój. Tez zabieg może nie pozwala na bardzo głębokie doznania, ale chroni przed nudą.
   Johannes Schmoelling ponownie o to dla nas zadbał.



sobota, 7 stycznia 2012

Marek Biliński - Mały Książę


     Marek Biliński jest jednym z niewielu krajowych muzyków którzy nagrywając programową muzykę elektroniczną osiągnęli medialny sukces. W latach 80. ubiegłego stulecia stał się bardzo znany i do dziś obok Józefa Skrzeka i Niemena jest najszybciej kojarzony z taką twórczością. Pamiętam jeszcze konkurs na tytuły utworów do pierwszej jego płyty "Ogród króla świtu". Ogłosił go Jerzy Kordowicz w PR III Polskiego Radia. I pamiętam też tę satysfakcję że i u nas w kraju mamy tak uzdolnionych kompozytorów. Faktycznie, już od debiutanckiego albumu udało się Markowi wylansować autentyczny przebój: "Fontanna radości" a później niesamowity "Dom w Dolinie Mgieł". Na pewno w ugruntowaniu renomy pomógł mu też teledysk "Ucieczka z tropiku". Marek koncertował i nagrywał kolejne płyty popularyzując skutecznie muzykę elektroniczną w kraju i za granicą. Po czterech latach spędzonych w Kuwejcie, czterech albumach z lat 80. były widowiskowe występy w latach 90 i wysokie miejsca w rankingach popularności. W międzyczasie twórczość teatralna, baletowa, filmowa i oprawy programów telewizyjnych. Ale muzyki na płytach ukazało się później niewiele. Po trochę kontrowersyjnej "Fire" z 2008r, dwa lata później - miła niespodzianka. Marek Biliński wraca z bardzo dobrą, retrospektywną płytą "Mały Książę". Ta przestrzenna muzyka, ideowo oparta na kilku wcześniejszych pomysłach, fragmentach nagranych na Polymoogu z lat 80., poddana została nowej aranżacji. Ale klimat starych analogowych syntezatorów pozostał. I to jest piękne! Czternaście krótkich utworów zainspirowanych książką Antoine'a de Saint-Exupéry'ego tworzy przyjemną w odbiorze mieszankę różnorodnych tematów. Czasami są to fragmenty ciepłe i sentymentalne (Miłość), a czasami dynamiczne, przebojowe, w których Marek ujawnia swoją wysoką manualną sprawność. Tematy Małego Księcia i Róży przeplatają się wzajemnie, dając artyście pretekst do zagrania kilku krótkich, ale ekstrawaganckich solówek (Róża, Pożegnanie Róży). Na tej płycie usłyszeć można również dużo akcentów kosmicznych (Katastrofa) i wstawek niemal transowych (Na Ziemi), tak popularnych w muzyce Bilińskiego blisko trzy dekady wcześniej. "Mały Książę" to dobra muzyka.
     Być może niektórzy będą mieli za złe powtarzalność głównych motywów, ale ja słucham tych dokonań z prawdziwą przyjemnością, doceniając starania kompozytora.




piątek, 6 stycznia 2012

Tangerine Dream - Mona Da Vinci



      Cieszę się że nie piszę recenzji dla jakiegoś sklepu muzycznego aby im podnieść poziom sprzedaży. Możliwość wyrażania tego co się naprawdę myśli jest przyjemnym aspektem wolności. Każdy był kiedyś w dyskoncie i widział te same produkty mleczne stojące w szeregu. Również w fabryce samochodów, rzędy lśniących egzemplarzy tego samego modelu gotowe do zejścia z taśmy. Coś podobnego przychodzi mi na myśl gdy słucham nowych płyt Tangerine Dream. Przypominają one artykuły do masowej konsumpcji. Bardzo podobne do siebie kompozycje z płyty "Mona Da Vinci" wydanego jako CUPDISC (EP) z 2011r, są pozbawione cech wybitnych. Nie zapadają w pamięć, nie są oryginalne. Papka serwowana przez Edgara Froese obnaża jego artystyczny marazm. Nie potrafi uwolnić się od brzmień jakie kiedyś znalazł i uznał za warte publikacji. Jednak to, co zachwycało na "Stuntmanie", "Hypeborei" czy "Poland", przetrawione po raz tysięczny jest po prostu mdłe. Wielka szkoda że Tangerine Dream - kiedyś marka znakomitej muzyki, symbolu żmudnych artystycznych poszukiwań, jest dzisiaj pretekstem do głównie handlowych działań. Być może nie jest to wina Edgara Froese, tylko taki jest otaczający nasz, zły świat? Teraz wartości ulegają spłyceniu, a liczy się być kimś i dużo mieć... Wracając do muzyki. Z tej fali nijakości zalegających "Mona Da Vinci" wyróżniłbym jednak kompozycję "Phantoms And Oracles" - wykonane z zapałem przez Zlatko Perica solo na gitarze odrobinę odróżnia je od reszty, oraz ostatnią - "Hunting For Illusions" utwór mający w sobie pazur, dramatyzm i odpowiednią dynamikę. Choć to oczywiście nic nowego pod słońcem. Przeczytałem swoje wcześniejsze recenzje nowych płyt Tangerine Dream. I zauważyłem z przykrością, że też się powtarzam w używaniu określeń i przymiotników mających oddać istotę tego "problemu".
   Ale trudno znaleźć poezję na półkach spożywczego marketu.






czwartek, 5 stycznia 2012

Remote Spaces - Silos



      Ta płyta to już historia polskiej muzyki elektronicznej. Dwóch zdolnych kompozytorów: Krzysztof Horn i Konrad Jakrzewski stworzyło dość ambitny projekt w ciekawych klimatach starych mistrzów gatunku. Album "Silos" został nagrany około 2000/2001 roku, a wydany przez Requiem Records w roku 2004. Bardzo ciekawa okładka zaprojektowana przez Łukasza Pawlaka z silosem sfotografowanym przez Daniela Robaszewskiego zapowiada treść cokolwiek tajemniczą. Faktycznie muzyka jest spokojna, fragmentami melancholijna, a jednocześnie intrygująca. Jak na klasyk przystało, sporo o niej można przeczytać w Internecie. Dodać od siebie pragnę, że muzycy wykorzystując wzajemne oddziaływanie, chemię jaka bez wątpienia przez kilka lat między nimi istniała, nagrali delikatną, wielobarwną, nadającą się do częstego odsłuchu muzykę. Choć składa się ona z popularnych kiedyś składników, nadali swemu dziełu wysoką jakość. Próby odtworzenia klimatu kosmicznych przestrzeni zapisywane przez wielu zdolnych przedstawicieli Szkoły Berlińskiej, w wykonaniu Remote Spaces są wyjątkowo udane. Celebrowanie nastroju, powolne rozgrywanie pomysłów tak, aby na końcu ubrać je w przystępniejszą formę, to jeden z atutów i sposobów duetu na realizację. Najbardziej "przebojowa" i tchnąca szczególnym ciepłem jest "Arpematik Part 2". Korzystając z okazji, poprosiłem Krzysia Horna o wyłuskanie paru nieznanych szerzej szczegółów dotyczących realizacji:
"Płyta miała się nazywać "Infrared" - podczerwień w pierwotnych założeniach, ale zmieniły się one właśnie po koncercie na Mooszelce. Materiał był podwójnie miksowany. To co dostałem od Jerzyka 3N zremiksowałem ponownie. Gdzieś jest on jeszcze w stanie surowym, przed moim ostatecznym miksem. Myślę, ze ma go Maciek "Juma" Gozdek. Wiele osób pyta o nazwę "Arpematik".To skrót od mathematic arpeggiator - arpe-matic: matematyczny pasaż. Przebiegi w tym kawałku (mam na myśli drugą część) były zaprogramowane na podstawie funkcji matematycznej. Pierwsza część z kolei powstała pod wpływem "Aqua" Froese'go. "Silos" - tytułowy kawałek to oczywiście ukłon w stronę Schulze, a "Świt" to Mandarynki lat 80-tych. Więc generalnie każdy utwór powstał pod wpływem czyjejś muzyki, dwa pierwsze Infraredy nagrał Konrad, znając jego upodobania pewnie wzorował się na TD. Jeszcze dodam, ze sam Arpematik miał być osobnym materiałem, po jakimś czasie dograłem 3 część, ale mam tylko skopaną wersję z koncertu w Jeleniej Górze na Ricochet Gathering. Na Jamendo skleciłem to do kupy: http://www.jamendo.com/pl/album/95880. Arpe2 powstał pod wpływem klubowej składanki drum'n'bassowej [smile]. Miałem w tamtych czasach kumpli DJ-ów, którzy podrzucali mi inne klimaty, żebym jak on twierdzili - zaczął grać normalną muzykę [smile]".
Tyle współautor nagrań Krzysztof Horn. Cóż jeszcze można dodać?

   Uważam że dobrej muzyki powinno się przede wszystkim słuchać, a dopiero później o niej  dyskutować, zapraszam więc tych których jeszcze nie znają tego zapisu do premierowego dla nich odsłuchu na Jamendo: http://www.jamendo.com/es/album/95712. 


środa, 4 stycznia 2012

Ultravox - Rage in Eden


      Ultravox "Rage in Eden" z 1981r. to moja ulubiona płyta tego zespołu. Grupa uwolniła się wreszcie od grania w manierze Kraftwerk, odczuwalnej na albumie "Vienna" i wydała znakomity materiał będący kwintesencją ich własnych przemyśleń. Dynamiczne kompozycje, ułożone w dopasowany logicznie ciąg, przez wiele lat porywały mi nogi do wybijania rytmu, a rękę w celu wzmocnienia potencjometru głośności sprzętu, do granicy tolerowanej przez uszy sąsiadów. Pomijając pierwszą, trochę komercyjną w warstwie muzycznej piosenkę "The Voice", pozostałe nagrania są rewelacyjne. Prawdziwa uczta dla młodego człowieka, który ma wysokie zapotrzebowanie na "inteligentny hałas". Ale i teraz, po 30 latach, dobrze mi się tego słucha. Tak więc "We Stand Alone" po dziwnej wstawce syntezatora, szybko wciąga swoim rytmem. Gdy Midge Ure zastanawia się - "Być może poszliśmy za daleko" - ekspresyjna perkusja wspaniale współgra z basową frazą. Rytmiczna gitara i wyraziste solo syntezatora idealnie uzupełniają resztę spektrum. Tytułowy "Rage in Eden" jest spokojniejszy. Lepiej słychać towarzyszące chórki, a muzyka nabiera psychodelicznego charakteru. Więcej pogłosów, dźwięki to zanikają, to wracają niczym z rozregulowanego odbiornika radiowego. W "I Remember (Death in the Afternoon)" Midge Ure śpiewa o piciu dużych ilości alkoholu i rozpamiętywaniu ekstremalnych zdarzeń. Choć muzyka jest znów żywiołowa, nie sposób nazwać ją popową. Delikatnie zmodyfikowana, świetna konstrukcja rytmiczna basu i perkusji wprowadza w "The Thin Wall". Dziwna poezja i znów mroczne teksty w stylu "A ci, którzy szydzą znikną i umrą". Zespół nagrał do tej piosenki ciekawy klip który bez trudu znajdziecie na YouTube i pod tą recenzją. Obsesyjnie wygrywanej kadencji ciąg dalszy słychać w utworach: Accent on Youth - The Ascent. Napięcie uzyskane w kilku powtarzanych taktach pięknie urozmaica tu smyczkowy instrument. Rytmiczna kaskada wygasa w spektakularny sposób w łączniku z kończącym album  utworem "Your Name". Te "przejście" tak bardzo spodobało się redaktorom PR III Polskiego Radia, że chyba do dziś jest tam odtwarzane... Smutny koniec i retrospektywne wizje jakie ma wokalista, być może nie nastrajają pozytywnie, ale trafiają do takich słuchaczy, który nie lubią cukierkowatych zakończeń. Ta bardzo zaangażowana muzyka doczekała się 42 wydawniczych wersji (kilku na kasetach), w tym poszerzonej, dwupłytowej edycji CD z 2008r. Zawiera ona na dodatkowym krążku przeważnie koncertowe nagrania z Crystal Palace i Hammersmith Odeon, zarejestrowane również w 1981r. Nie są to więc jakieś kombinacje z materiałem studyjnym, tylko autentyczne wersje "live". 
   Prawdziwy rarytas dla fanów ambitnego synth-popu.







wtorek, 3 stycznia 2012

Kitaro - Kojiki


      Kitaro jest bardzo płodnym japońskim kompozytorem łagodnej muzyki elektronicznej i filmowej. Od 1978 roku do chwili obecnej wydał ponad 50 albumów. Do moich ulubionych należą między innymi: "Astral Trip", "From the Full Moon Story", "Kojiki" i "Dream". Na tych dwóch ostatnich, Kitaro jest już doświadczonym profesjonalistą, wręcz weteranem. W życiu każdego artysty przychodzi moment kiedy jest u szczytu formy i pełen wiedzy którą umie przekuć na dzieło swojego życia. Potem często, choć nie zawsze, występuje tendencja schyłkowa. Dla Kitaro takim doniosłym momentem było nagranie w 1990r. płyty "Kojiki". Dobrze wykorzystał na niej swoje atuty: umiejętność tworzenia nastroju, precyzyjne budowanie monumentalnych struktur rozsypujących się w imponujących chwilach ich spełnienia, wrażliwość i delikatność w obróbce muzycznej tkanki, oraz inteligencję widoczną w programowaniu całości. Legenda o stworzeniu i historii Japonii okazała się dobrą inspiracją. Tak jak towarzystwo muzyków z The Skywalker Symphony Orchestra. Użycie ludowych instrumentów rytmicznych, obecność kilku rockowych akcesoriów i syntezatorów Yasuo Ogaty dało kapitalny efekt końcowy. Nie wiem co bardziej podziwiać: grozę "Hajimari" słodycz "Sozo", zwiewność i romantyzm "Koi", czy mocne akcenty orientalne w "Orochi"? Ten ostatni z wymienionych utworów to amalgamat form i stylów kontrolowany przez prawdziwego wizjonera. Zresztą, na pozostałych utworach i całej płycie pięknie przeplatają się smyczki, harfy, flety, bębny i syntezatory. Jak nigdy dotąd udało się Japończykowi zachować idealne proporcje między harmonią a chaosem, dosłownością przekazu i patosem, który niejednokrotnie wcześniej Masanori Takahashi serwował z dużą przesadą.

      Jednak "Kojiki" - jego opus vitae - jest nie tylko idealnym połączeniem tradycji z nowoczesnością (piękne solówki na gitarze elektrycznej Hiroshi Araki), ale również świadectwem dobrego wykorzystania talentu, kompozytorskich umiejętności i zarządzania ludzkim zespołem.




poniedziałek, 2 stycznia 2012

Vangelis - Soil Festivities


     Vangelisa znają i lubią melomani na całym świecie. Wirtuozom syntezatorów ta sztuczka nie zawsze się udaje. Co jest więc do tego potrzebne? Zastanawiając się nad tym fenomenem doszedłem do wniosku, że to wynik pewnego uniwersalnego spojrzenia na muzykę jakie ma ten artysta. Sposób tworzenia: intuicyjny, spontaniczny a jednocześnie wizjonerski. Na pewno też oryginalność przekazu. Jakby nie było, Vangelisowi udało się przebić wszelkie bariery ludzkiej ignorancji i jest rozpoznawalny pod każdą szerokością geograficzną. W 1984r wydaje płytę "Soil Festivities". Co ciekawe, nie zawiera ona żadnego przeboju, choćby na miarę tego tytułowego z "Chariots of Fire". Autor wspomina w jednym z wywiadów, że z tego powodu wydawcy nastawieni na komercyjny sukces byli niepocieszeni. Ale Vangelis nie nagrywał dla kasy, tylko z potrzeby serca. Dlatego wyszła mu spod ręki piękna muzyka. Pięć części "Movement" naprawdę może się podobać! Muzyka jest delikatna i subtelna jak na mało której jego płycie, a przecież jest to z natury bardzo wrażliwy muzyk. Fascynacja przyrodą i ruchem niewielkich stworzeń które obserwował artysta w dzieciństwie, zaowocowała minimalistyczną, trochę romantyczną kompozycją. Nareszcie Vangelis rozsądnie zredukował wszechobecne wcześniej akcenty pompatyczne i górnolotne zacięcia. Nie ma tu też chórów, ani zbyt dynamicznej perkusji. Właściwie tę muzykę można śmiało podciągnąć pod termin ambient. Odgłosy burzy na samym początku trafnie zapowiadają klimat całości. Bez pośpiechu i zbędnych emocji obrazuje procesy zachodzące na powierzchni Ziemi. 48 minut upływa błyskawicznie. Nagrywając tę muzykę przede wszystkim dla siebie, zdolny Grek sprawił przyjemność wielu fanom.
     Proponuję przed słuchaniem wygodnie się położyć, zgasić światło i odpłynąć przy tych eterycznych dźwiękach. Polecam!


niedziela, 1 stycznia 2012

C. R. Guerra - Synth Faction: Synthesizers are an amazing world

English version below

Carlos Rodrigues Guerra, pochodzący z Portugalii prowadzi sprzedaż syntezatorów, które są jego życiową pasję. Poprosiłem go aby opowiedział o tej fascynacji kilka słów. 

1) Carlos, masz wspaniałą pasję: zbierasz syntezatory i stworzyłeś ich małe muzeum. Grasz na nich wszystkich?

C.R.G.: Syntezatory to cały oddzielny zdumiewający świat, nieograniczony. Myślę że ci z czytelników którzy tak jak ja są entuzjastami klawiszy zrozumieją co mam na myśli. Istnieje wręcz zagrożenie że gdy tak zbierasz i zbierasz, to w końcu staje się to frustrujące - bo nigdy nie ma końca. Ja zdecydowałem po kilku latach zatrzymać tylko te na których często gram. Ostatnio odkryłem Circuit Bending, to moja równoległa pasja. Zdumiewające jak możesz tworzyć własne instrumenty w dość chaotyczny sposób.
 
 2) Jaki był twój pierwszy syntezator?

 C.R.G.: Zacząłem się zajmować syntezatorami gdy ukazał się model Access Virus, to był mój pierwszy syntezator, ale fascynacja sięga znacznie dalej w przeszłość, były zespoły Kraftwerk, Throbbing Gristle, Front 242.  Potem zanurzyłem się w syntezatory analogowe.
3) Jacy są twoi ulubieni wykonawcy na polu el?

C.R.G.: Trochę już odpowiedziałem w poprzednim pytaniu. Lubię głównie EBM, Techno/Electro, Industrial, Noise, Experimental, Ambient, nieco Krautrocka i brzmień lat 80. A także muzykę robioną na 8-bitowcach! Słucham Combichrist, Nitzer Ebb, Merzbow, Human League, Depeche Mode, Accessory, Assemblage 23, i wielu innych, kocham muzykę.

4) Czy zdarzyło ci się sprzedać instrument znanym na scenie muzykom, których znasz na Facebooku?

C.R.G.: Nie, myślę że takie znane osoby wolą kupować anonimowo.


5) Czy potrafisz rozpoznawać słuchem poszczególne modele syntezatorów?

C.R.G.: Chyba nie, pewnie zależy od konkretnego syntezatora. Nie znam ich wszystkich niestety. Mimo że grałem na wielu, takie rozpoznawanie jest niełatwe.

6) Na twojej stronie jest wiele opisów syntezatorów, i ich specyfikacji. Skąd zdobywasz te informacje?



C.R.G.:  Przez lata zbierania syntezatorów zgromadziłem też wiele książek, ogłoszeń, opisów, skanów itd. Stąd to wszystko wziąłem. Pomaga też szukanie w sieci oraz wiele osób które spotykam w swojej pasji.

7) Pomagasz też ludziom kupować syntezatory. Wspierasz poszukiwania konkretnego modelu?
Nie jestem zawodowym sprzedawcą syntezatorów, raczej entuzjastą któremu wiele osób ufa że pomogę im sprzedać ich instrumenty. Lubię zawsze postępować uczciwie i profesjonalnie, dlatego mam bardzo dobrą historię sprzedaży i każdy z moich znajomych który coś ode mnie kupił, jest zadowolony. To naprawdę miłe uczucie wiedzieć że sprzęt trafia do osób które będą go używać z radością, zwłaszcza gdy sprzedaję instrument który dla mnie nie był przydatny.

8) Czy rodzina podziela Twą pasję?

C.R.G.:  Żona zawsze była bardzo pomocna w tej pasji, podobnie córka która również lubi syntezatory, ich gałki i efekty. W tym roku Mikołaj przyniósł jej pierwszy syntezator, mały Korg Monotron, oraz oczywiście lalkę!



9) Pochodzisz z Hiszpanii? Może znasz Michela Huygena?

C.R.G.: Tak naprawdę jestem z Portugalii, ale znam Europę i mieszkałem w różnych krajach. Michela nie znam. Bardzo dziękuję za zaproszenie do tego wywiadu, nieoczekiwana i miła niespodzianka. Wszystkiego dobrego i jestem do usług w razie potrzeby. Carlos Rodrigues Guerra @ Synth Faction http://www.synthfaction.com/



 I wish you success in further developing the passion and thank you for the interview.


1) Carlos, you have a beautiful passion: collect synthesizers, created a small museum of these instruments. Placed them all run and play on them?

C.R.G.:  Synthesizers are an amazing world to get into, endless really, I am sure most people that will read this and are synthesizer enthusiasts will know what I mean, there is a danger however when you collect to over collect and for the passion to become a little frustrating at times, I have been collecting for a few years and learnt to keep only what I use so what I have gets played often...Lately I discovered Circuit Bending, which is something running parallel to the synthesizer passion, but also very interesting, it is amazing to be able to create your own instrument in a sort of chaotic way.

 2) What was your first synthesizer when he was born, and your fascination?


C.R.G.:  I got into synthesizers when the Access Virus came out, and that was the first synthesizer I owned, my fascination with synthesis however comes well before that from listening to electronic bands like Kraftwerk, Throbbing Gristle, Front 242 to name a few.. I got really into Analog synths later on.

3) If you love synthesizers, and it's probably listening to electronic music. Who is your favorite musicians?
 
C.R.G.:  Althought my answer above partly answers this one, when it comes to electronic music. I like mostly EBM, Techno/Electro, Industrial, Noise, Experimental, Ambient some Krautrock and 80s stuff..Got quite into 8-bit tunes lately for some reason!!Bands are many, but the ones mentioned before and bands like Combichrist, Nitzer Ebb, Merzbow, Human League, Depeche Mode, Accessory, Assemblage 23, too many to mention, I love music!

 4) It happened that the synthesizer sold to some famous musician whom you have so much in your contacts on Facebook?

C.R.G.: Not that I know of, most people would prefer to buy anonymously if they were famous, I am guessing..


5) Can you play by ear to recognize a model synthesizer?
 
 C.R.G.: Not sure, I guess it would depend on the synthesizer?I dont know all of them, unfortunately.. Although have played with a fair amount of them it can be a tricky thing to do that type of guessing...


6) Want your website where you place a systematic description of these instruments, their capabilities and specifications. Where do you get this knowledge, service manuals and similar information?



C.R.G.:  Years of collecting Synthesizer related ads, books, manuals, scans etc, you get through a few synths as a collector!! The World wide web also helps sometimes and of course the various people you meet along the line...


7) In addition to driving sales presentation synthesizers. Does the client may also ask you for help in finding a particular model?

C.R.G.: I am not a synth seller in such a professional way, I am an enthusiast with way too much stuff and one who some people trust their gear when they wish to sell it, so more of an enthusiast than a professional seller, I do like to , as in all of my business relationships, act honeslty, correctly and professionally at all time, hence my good track record at selling, and the numerous(every single one of them in fact) happy fellow synthesizer enthusiasts that bought gear from me, it really makes me happy that the gear goes to people that will use it and love it, especially when I am selling something that particularly didnt work for me..

8) Does your family share your passion?

C.R.G.: My wife has always been very supportive of my passion which is great, my daughter, really likes synthesizers and has been around them since birth, very keen on lots of faders and knobs, Santa Claus this here will bring her, her first ever synth in the shape of the little Korg Monotron, that and a doll of course!!

9) You come from Spain? This may Michel Huygen know? 

C. R.G.: I am Actually from Portugal, but have been around and lived in Europe.  I do not Know Michael!  Many thanks for inviting me to do this interview, very unexpected and heart warming, all the best with your ventures and we are at your  service should you ever need! All the very best Carlos Rodrigues Guerra @ Synth Faction  Here is a link to a video I have on youtube:  http://youtu.be/iNUWuhdznWs and  http://www.synthfaction.com/
....
I wish you success in further developing the passion and thank you for the interview.







Kraftwerk - Radioactivity


    Kraftwerk Radioactivity, a właściwie "Radioaktivität". Prawie wszystko co jest związane z tą płytą i muzyką na niej zawartą ciepło mi się kojarzy. Nagrano ją w dobrym dla muzyki elektronicznej 1975 roku, kiedy jednocześnie pojawiło się kilka innych, znaczących dla gatunku płyt równie ambitnych zespołów. Grupa nagrywała w najlepszym, stabilnym i pełnym twórczej inwencji składzie: Schneider, Hütter, Flür i Bartos. Udało się im osiągnąć równowagę między odkrywczą muzyką a jej przystępnością. Cała płyta to krótkie, ale atrakcyjne w swoim brzmieniu utwory, które w odróżnieniu od wcześniejszych i późniejszych nagrań, nie nużą i nie nudzą się zbyt szybko. Nowatorstwo słychać od samego początku. Pierwszy, minutowy wstęp wypełniony coraz szybszymi odgłosami pracy licznika Geigera (domyślnie wzrasta poziom promieniowania) płynnie przechodzi w przeplatany alfabetem Morse’a, rytmiczny utwór tytułowy. Industrialny charakter nadają mu zarówno odgłosy jak i beznamiętny głos Ralfa Hüttera opowiadający o skażeniu radioaktywnym i zjawisku promieniotwórczości odkrytym przez Madame Curie. Leniwy, prosty rytm, jest umiejętnie zagłuszany przez modulowane komunikaty. Pojawia się kolejna piosenka „Radioland” inspirowana tym razem odgłosami wydawanymi przez radio. Ponownie słychać flegmatyczny, stonowany głos na przemian z najróżniejszymi dźwiękami które mogą pojawić się podczas kręcenia gałką radiowej częstotliwości. Tych dodatków jest sporo i umiejętnie wpleciono je w konstrukcję utworu. Po leniwie snujących się pierwszych nagraniach słychać najsłabszą, dynamiczną i przebojową „Airwaves” przypominającą inne późniejsze hity zespołu. Kolejne trzy utwory trwają łącznie niecałe trzy minuty. Są to właściwie same różnorakie efekty: głosy nakładające się na siebie, odgłosy, zimne deklamacje... Pozostałe kompozycje są dalszą tego rodzaju mieszanką akustycznych pogłosów i komercyjnej melodii (Antenne) z przewagą dźwiękowych sztuczek. Dwukrotnie jeszcze niemieccy muzycy wzbudzają mój podziw: stworzeniem niesamowitego klimatu zagrożenia w "Radio Star" i "Uran", oraz przyjemną końcową piosenką "Ohm sweet ohm". Ta powolna kołysanka i uboga, choć przystępna melodia, rozkręca się w pozytywny w wydźwięku utwór. Tempo rośnie, rytmiczne maszyny coraz bardziej przyspieszają, aż do końca, jak na karuzeli. Fascynacja muzyką generowaną przez bezduszne instrumenty odcisnęła na Radioactivity swoje piętno. Ta dopracowana, koncepcyjna płyta jest jakby trochę niedoceniania, na korzyść bardziej przebojowych płyt - a szkoda. Warto pamiętać że Kraftwerk publikując swoje niesamowite pomysły inspirował dziesiątki innych wykonawców muzyki rockowej, synth-popowej, industrialnej i awangardowej.
    Dziś Radioactivity (ukazały się 63 różne wydania !) to lektura obowiązkowa dla każdego keyboardzisty i fana elektronicznych brzmień.