czwartek, 15 września 2011

Władysław Komendarek: Aby świat się rozwijał wraz z muzyką

Władka Komendarka, weterana polskiej muzyki rozrywkowej, poznałem osobiście na jego tegorocznym koncercie w Olsztynie w ramach Elektronicznych Pejzaży Muzycznych. Bardzo chętnie odpowiedział mi na kilka pytań.

- Melomani dobrze znają Twoje wcześniejsze dokonania. Masz nazwisko, które jest swoistą marką wartościowej muzyki, ale nie stoisz w miejscu. Fani z niecierpliwością oczekują płyty "Unexplored Secrets Of REM Sleep". Materiał ten nagrany został z dużo młodszym Przemkiem Rudziem. Możesz przybliżyć kulisy tej współpracy?

W.K: Tak. Przemek napisał do mnie gdzieś około pół roku temu. Dał taki pomysł czy nie można by było nagrać wspólnie jakiegoś materiału. Ja odpisałem i zgodziłem się na to. Ciekawe, że wcześniej kompletnie Przemka nie znałem, nawet od strony muzycznej, a poznałem go dopiero jak grałem swój koncert w gdyńskim klubie "Ucho" w 2010 r. Jeszcze nie mieliśmy wtedy wydawcy, ale po zrobieniu jednego utworu znalazł się - jest nim firma Generator z Izabelina.

Miałem w tym czasie dużo pracy nad moimi płytami, ale tak sobie pomyślałem - dlaczego nie? Zawsze we dwoje można materiał zrobić szybciej i na dużym luzie, a założenie było jedno, zresztą takie tylko wchodziło w rachubę, że się nie spotykamy, tylko cały materiał tworzymy przez Internet przesyłając pliki wave itd. I tak to wszystko zostało stworzone. W tej chwili mastering materiału jest już prawie na ukończeniu i płyta na pewno ukaże się w tym roku. Cały czas moim marzeniem było to, że gdyby kiedykolwiek doszło do współpracy z innym artystą na odległość, to taki artysta musiałby być do tego przygotowany technicznie, itd. I tego się obawiałem. Ale muszę powiedzieć, że praca była szybka, bardzo sprawna i skuteczna. Ja wiedziałem, co do mnie należy. Od razu miałem wizję, co chcę zrobić, a Przemek tak samo wiedział, co do niego należy bez żadnych wcześniejszych ustaleń. To jest przykład na to, że na odległość można zrobić materiał muzyczny w szybkim tempie i skutecznie w dobie 21-wieku, nie spotykając się fizycznie w ogóle, ale muszą być odpowiedni ludzie. Tacy, którzy czują temat i pracują, jak ja to mówię w przenośni "na podobnych falach".



- Byłem widzem i słuchaczem kilku Twoich koncertów. Ciekawie łączysz odległe motywy, skrajne emocje, grając przed publicznością dajesz z siebie wszystko. Deklarujesz całkowitą spontaniczność w czasie rzeczywistym. A jednocześnie słychać wyraźnie, że bardzo dobrze wiesz, co chcesz zagrać i robisz to z pasją. Jak do tego dochodzi?

W.K: Nie wiem jak do tego dochodzi, taki się urodziłem i nie mam żadnych trudności, żeby w czasie rzeczywistym stworzyć na scenie coś nowego w danej chwili i nawet w różnej stylistyce. Wiem jak to się robi, ale wiadomo, nie wszyscy do tego się nadają, bo muszą godzinami i dniami pracować, żeby coś stworzyć i wystawić utwór na koncercie.

- Wiem, że nie lubisz oglądać telewizji, drażni Cię świat polityki. Na świetnej płycie "Zeta Reticuli IV" wydanej w 2000 r. przemyślnie miksujesz wypowiedzi znanego polityka. To genialne połączenie nowoczesnych rytmów, klimatów techno i satyry na skrzywiony świat. Czy ta muzyka to był głos protestu zmęczonego absurdami człowieka?

W.K: Tak, masz rację. Ta muzyka to głos protestu, ale i wyśmiewanie się z naszej prymitywnej cywilizacji, która uważam - jest bardzo uboga i chaotyczna. Nie rozwija się w odpowiednim tempie i kierunku.

- Niedawno wydałeś nową płytę "Chronovizor”. Zawiera nowy materiał?

W.K: Tak. 5 maja tego roku wyszła nowa płyta Chronovizor. Wydana w brytyjskiej firmie Noecho Records, jest utrzymana w różnej stylistyce, ale o inklinacjach w stronę experymentów dźwiękowych. Ta płyta ukazała się tylko na rynku brytyjskim, nigdzie więcej.

- Zdarza się, że grasz koncert akustyczny. Czego można się po nim spodziewać, jaki masz wtedy repertuar?

W.K: Jeśli chodzi o koncert akustyczny, to jest to prawie zawsze materiał tworzony w czasie rzeczywistym, tylko na danym koncercie, czasami zagram jakiś cover, różnie to bywa. Czasami wrócę do 19-wieku i sposobu grania w tamtych latach.

- Jesteś bardzo elastyczny, lubisz grać dla różnej publiczności. Który koncert wspominasz do dziś najmilej?


W.K: Do dzisiaj najmilej wspominam takie koncerty, które są grane dla większej masy odbiorców, tak jak było w Szczecinie dwa lata temu. Ponad 100 000 ludzi - to był festiwal!

- Czy masz chęci i czas na słuchanie innej muzyki niż Twoja, a jeśli tak, to czego słuchasz?

W.K: Słucham głównie muzyki obcej tylko z anteny radiowej Trójki i wybrane audycje prezentujące progresywny rock i elektronikę, ale też i jazz. Słuchając programuję swoje lasery na inne figury, itd.

- Aktywnie działasz: wydajesz płyty, bierzesz udział w koncertach, podejmujesz współpracę z innymi. Czy masz jakieś niespełnione marzenia?

W.K: Moim wielkim marzeniem jest żeby świat był inny: bardziej szczery, normalny a nie fałszywy i szybko się cywilizacyjnie rozwijał wraz z muzyką, która w tym czasie powstaje.

- Jesteś doświadczonym, życzliwym i otwartym dla innych ludzi człowiekiem. Co mógłbyś doradzić młodszym kolegom, pragnącym tworzenie muzyki uczynić swoją główną życiową pasją?

W.K: Trochę takich listów mailowych dostaję od ludzi, którzy wysyłają swoje produkcje. Mówię im wtedy jak ja to widzę i doradzam im, co mają zrobić, żeby było jeszcze lepiej. Ale uważam też, że ludzie powinni dużo razem grać żeby nauczyć się dyscypliny pracy w zespole i grać dużo, jak tylko można w czasie rzeczywistym na scenie - to naprawdę pomaga, a nie utrudnia.

Jestem świeżo po wysłuchaniu Twojej nowej płyty "Chronovizor". To dobry materiał - dowód że jesteś w  znakomitej formie. Wiele też obiecuję sobie po wspólnej płycie z Przemkiem. Życzę Ci, aby wena twórcza nigdy Cię nie opuściła i abyś dalej komponował dużo dobrej muzyki.



poniedziałek, 12 września 2011

Andymian – Elżbieta i Andrzej Mierzyńscy: Pejzaże zaklęte w nutach


Andrzej i Elżbieta Mierzyńscy z Olsztyna tworzą małżeński duet komponując i grając muzykę która mieści się w konwencji Old Electronic Music. Chętnie zgodzili się powiedzieć klika słów o sobie.

- Andrzej, uważnie obserwuję Twoją działalność od pierwszego koncertu Elektronicznych Pejzaży Muzycznych w 2005 roku w Olsztynie. Grałeś na syntezatorach, ale według, mnie było to głównie progresywne granie. Z roku na rok zwiększał się udział akcentów elektronicznych i … Twojej małżonki! Aż pewnego dnia okazało się, że jest to już oficjalny duet. Nie czujesz się jednak zdominowany przez swoją „lepszą połówkę”?

Andrzej: - Nasza, czyli moja i Elżbiety, droga artystyczna i zawodowa była wspólną od początku poznania! Nawet muzykowaliśmy rodzinnie, bo pochodzimy z domów ludzi muzykujących, z pewnymi tradycjami. Koncertowaliśmy też z braćmi Elżbiety. Jeden, z nich, Ryszard, grał ze mną, gdy rodziły się Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w 2004 roku. 

Ela: - Ale czad, Damianie! Ja i dominacja?! Zaczynaliśmy razem w zespole muzycznym, potem praca w mediach, intensywna i absorbująca tak, że aż przyjaciół człowiek pogubił, bo ciągle nie miał dla nich czasu. Mimo to w ostatnich latach Andrzej aktywnie wrócił do grania i komponowania, wydawał płyty. Ja stałam daleko z boku, prawie nie istniałam. Oj, czasem Andrzej wgrywał do swoich utworów moje wokalizy i dawał je na drugim planie. Chyba mało kto wiedział, że jest tam głos prawdziwy, a nie z programu komputerowego, tak jak inni to używają w swoich utworach dla podniesienia efektu. Kiedy spotykaliśmy się w gronie Andrzeja znajomych z el-muzyki, to nawet dla nich nie miałam imienia. Byłam po prostu żoną Andrzeja, czy towarzyszką Andymiana. Aż kiedyś – pod wpływem sugestii osób, które nas dobrze znają od lat – postanowiliśmy ten daleki plan głosowy wyciągnąć do śpiewu z tekstem. Pierwsze próby publiczne – tu biję się w piersi – były cherlawe wyłącznie z mojego powodu. Zżerał mnie stres. A stres był z dwóch źródeł, wypływających z wręcz alergicznych reakcji na moją osobę. Pierwsze źródło: „To jest muzyka elektroniczna, to po co tam ta baba?!”. Drugie źródło: „Ona jest dziennikarką, to po co kurde jej scena?!”. Popłakałam się, bo inni w tym czasie nie takie „głupoty” robili i było dobrze. 

Andrzej: - Muszę stwierdzić, że nie mieliśmy też szczęścia do akustyków, których wiedza polegała jedynie na tym, jak zrobić ciszej – głośniej, a do wokalu dawali taki sam mikrofon jak na konferencje. My skromnie to znosiliśmy i to był błąd, bo o sprawy techniczne i oprawę sceniczną trzeba walczyć jak Władek Komendarek! Teraz umiemy o to powalczyć.

Ela: - Dokończę jeszcze swoją wypowiedź, mogę? A więc jak się wypłakałam, to pewnego dnia uznałam, że żyję w wolnym kraju i jako człowiek wolny mam prawo do własnych wyborów i do własnej twórczości. Ja tego prawa  innym przecież nie ograniczam, to dlaczego ogranicza się go mnie? Potem poszłam na lekcje do sopranistki, by odświeżyć swoje wcześniejsze możliwości. Tak wróciliśmy do dawnych czasów i tyle. No i Damian, ja nie jestem tą „lepszą połówką”, bo to Andrzeja domena, lecz ja jestem tą połówką ładniejszą! Mam nadzieję…    

- Wiem Andrzeju, że rockowe granie w przeszłości miało swój wpływ na Twoje niedawne płyty. Ciekawi mnie jednak najbardziej, jak teraz dochodzi do powstania Waszej muzyki? Siadacie razem przy sprzęcie i…?

Ela: - Andrzej siada przy sprzęcie, a ja mruczę i marudzę!

Andrzej: - Muzyka powstaje i dojrzewa przez dłuższy czas, bo instrumenty klawiszowe stawiają wysokie wymagania od kompozytora i stwarzają większe możliwości aranżacyjne, co pochłania sporo czasu. Jest to fascynująca zabawa. Oczywiście komponując utwór staram się przewidzieć ścieżkę wokalną. 

Ela: - Muszę powiedzieć, że Andrzej w pracy nad utworem jest jak piła tarczowa. Nikt by nie uwierzył, co? Stawia mnie przy mikrofonie i chce abym od razu, natychmiast, z odpowiednią barwą, nuta w nutę, bezbłędnie weszła w napisany utwór! Po takiej próbie zostaje ze mnie cień. Najbardziej lubię, gdy Andrzej jeszcze pracuje nad kompozycją, gdy jeszcze jej nie zamknął, frazy nie wygłaskał, a pozwala mi znienacka swobodnie dołączyć z głosem – wtedy fajnie się poszukuje, kombinuje, uwielbiam to! 

- Ela, co skłoniło dziennikarkę do kariery wokalnej?

Ela: - Ja nie robię żadnej kariery, ja po prostu śpiewam! Śpiewanie jest jak tlen. Od urodzenia tak mam. To zabawne, ale jako mała dziewczynka i córka kolejarza, lubiłam śpiewać… na peronie! Gdy pociąg hałasował, a sapanie lokomotywy nieco tłumiło dźwięk, ja czułam się jak w niebie, bo mogłam się drzeć jak w operze. Dziennikarstwo u mnie wynika zaś z ciekawości poznawania ludzi, daje duże doświadczenie, trzyma w aktywności.

-  Umiecie pozyskać do współpracy innych. Zespoły taneczne i teatralne chętnie dają oprawę do Waszego koncertu. Jak to się udaje?

Ela: - Muzyka Andrzeja jest bardzo ilustracyjna, a my trafiamy na ludzi, którzy to świetnie czują. Nie mamy żadnych problemów w nawiązaniu kontaktu, sugerujemy scenariusze scenicznej ilustracji ruchem, ale zostawiamy swobodę realizacji i prawo do dokonania własnych interpretacji.

Andrzej: - Te zespoły, a współpracowaliśmy z czterema grupami, ćwiczą do nagrań, które przygotowuję z Elżbietą specjalnie dla nich na płycie. Odwiedzamy się na próbach, rozmawiamy. Elżbieta często zmienia teksty, szlifuje. Z pełnym sprzętem gramy dopiero na próbie generalnej, na której też jeszcze modyfikujemy szczegóły, bo niekiedy przychodzą one do głowy, gdy zobaczymy się w kostiumach. Wspaniałe jest potem, po koncercie, usłyszeć od tych młodych artystów, że świetnie im się z nami współpracowało, że występ ich z nami na żywo przed publicznością był dla nich dużym przeżyciem. Zdjęcia na stronie www.andymian.pl  pokazują te klimaty. Ubolewamy, że tak rzadko zaprasza się nas w pełnym składzie, bez tej teatralno-tanecznej oprawy. Organizatorzy szukają oszczędności, a w efekcie bezwzględnie obniżają jakość finalną, choć ona jest przecież największym prezentem dla widowni i jednocześnie jest owocem naszej pracy!  

-  Zgodnie z realiami RP oboje pracujecie zawodowo, nie macie już po 18 lat, a jednak dysponujecie dużą energią i znajdujecie czas, aby realizować swoje ambitne cele. Jest na to jakaś metoda, prócz ciężkiej pracy? Może zdrowe geny?

Ela: - Geny! Ale na wszelki wypadek o zdrowie też dbamy. Ja, na przykład, codziennie rano robię 240 przysiadów (tak!), a Andrzej biega z psem. 

Andrzej: - Zimą popijamy osobiście sporządzone nalewki, które nauczyliśmy się robić od dziadków, a oni byli czerstwi do końca swych dni. A tak poważnie – to trzeba się zaprogramować na pewien rytm. Zorganizować się, żyć bez nagłych zrywów, zbędnych frustracji i bez kompleksów.

-  Podczas naszego ostatniego spotkania wspominaliście o projekcie dla niepełnosprawnych, możecie powiedzieć coś o tym więcej?

Ela: - Pomysł wyszedł ode mnie. Gdy obejrzałam filmik na YouTube o niewidomym żebraku w amerykańskim mieście. Potem widziałam fotograficzną wystawę o życiu niepełnosprawnych w Polsce. Byłam poruszona, bo zobaczyłam inne, niestereotypowe, prezentacje tego trudnego świata. Z dziennikarskim uporem zaczęłam chodzić na spotkania do Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych, a potem do Polskiego Związku Niewidomych w Olsztynie. Poznawałam ludzi, rozmawiałam. Godzinami opowiadałam Andrzejowi o tym, czego się dowiedziałam. Wzruszył mnie na przykład Damian, niewidomy od urodzenia, a muzyk z wykształcenia. On marzy o tym, aby zrozumieć, co to znaczy kolor zielony!… Zaczęłam budować teksty literackie, a Andrzej… Niech sam powie.
Andrzej: - Mam nadzieję, że kompozycje o trudnym świecie będą zrozumiałe choć i wieloznaczne dla wielu światów. Przygotowałem do tego projektu około 70 minut nowej muzyki. Siedzę w miksach, dogrywam kolejne ślady. Będzie to oczywiście muzyka elektroniczna, ilustracyjna, z inaczej użytym wokalem – pejzaże zaklęte w nutach. Całość przygotujemy tak, aby muzyka funkcjonowała samodzielnie, nie tylko w tym projekcie. 

-   Zauważyłem u siebie, że chętniej w ostatnich latach słucham muzyki spokojnej, a mniej rocka i hałasu. Czy u Was jest podobnie?

Andrzej: - Nie zauważam tego u siebie. Jestem konsekwentny w swoich preferencjach muzycznych, wciąż słucham dawnych mistrzów muzyki rockowej i elektronicznej oraz nowych, ciekawych wykonawców, których nie brakuje na współczesnym rynku muzycznym. 

Ela: -  A ja lubię ładny hałas. Ale najbardziej lubię rozwijającą mózgi i wyobraźnię różnorodność, a jej w Polsce nie ma! Jest tylko pop-papka. Potem oglądam program Mam Talent i wyjść z podziwu nie mogę, że ludzie z dalekiego kręgu, ci nieznani wszem i wobec, są lepsi i ciekawsi od tych znanych z pierwszego kręgu z tą ich wielką oglądalnością na YouTube, z tymi ich głośnymi koncertami, z tym graniem w kółko tego samego w radiu, z tą ich plejadą „friendsów”  itp., itd. Jakie to smutne.

Andrzej: - O, właśnie! Jak mamy mówić o dominacji, to mówmy o dominacji niskich gustów w kulturze! To z tego powodu kultura popularna jest tylko popularna, a koncerty o wysokich walorach artystycznych nie stają się wydarzeniami, choć często zasługują na to.

- Bierzecie udział w różnych  festiwalach kojarzonych z muzyką elektroniczną. Czy możemy mówić o odrodzeniu gatunku, rozwoju, wychodzeniu z getta?

Ela: - Wolę określenie „nisza”, bo kojarzy się z elitarnością, a nie krzywdzącym zamknięciem. Nie czuję się krzywdzona tym, że robię to, co lubię i szanuję, i co ma jakąś wartość wychodząc ponad codzienny banał.

Andrzej: - Nie uważam, aby ten gatunek odradzał się, gdyż cały czas istnieje, choć nie ma go w mediach. Jest mnóstwo ludzi, którzy grają różne odmiany tej muzyki i w dodatku naprawdę umieją grać. Ale podam Ci jeszcze fajny przykład nowego spojrzenia na te sprawy. Otóż niedawno słuchaliśmy koncertu klasycznego dwóch muzyków w zamku. Wirtuozi akordeonu i gitary. Muzycy ci w rozmowie z nami powiedzieli, że przyszłością w muzyce są instrumenty elektroniczne, nowe brzmienia! Oni zaś, ci od muzyki klasycznej, będą wraz ze swoimi klasycznymi instrumentami pokazywani w muzeach na lekcjach historii, żeby ludzie poznali dawną kulturę i sztukę oraz wiedzieli, jak się kiedyś grało. Czy to nie zaskakujące stwierdzenie? 

-  W przyszłym roku kolejne Elektroniczne Pejzaże Muzyczne. Czy już wiecie, kto będzie gościem?

Andrzej: - Najpierw trzeba wiedzieć, czy będzie kasa. Fajnych ludzi do pokazania nie brakuje. Mamy pewne nazwiska na oku. Chcemy też bardzo, aby udało się zaoferować dwa dni grania non stop. Jedno jest jednak pewne już dziś, że doprecyzujemy nazwę tego festiwalu przez dodanie Old Electronic Music. Nie chcemy, aby przyszedł ktoś na koncert muzyki klawiszowej, a oczekiwał laptopa i pokręteł na pudełku.

Ela: - Wiem, o czym mówi Andrzej! O koncercie szumnie zapowiadanego artysty, który nie grał, lecz kręcił gałkami! Ludzie za bardzo nie wiedzieli wejść, czy wyjść. Ja wysłuchałam uważnie, żeby nie wyjść na tępaka, poza tym zawsze warto poznać, co ktoś robi, bo to trudniejsze od tego, by nie robić nic.

Andrzej: - OK, taka „muzyka” też ma prawo być, ma swoich odbiorców, ale warto wiedzieć, na co się człowiek wyprawia. Dodatkową kwestią jest to, czy osoba jedynie obsługująca dźwięki z laptopa istotnie umie grać, bo ja mam wątpliwości. I czy w szumnych zapowiedziach powinna nazywać siebie muzykiem, skoro nie potrafi zagrać nawet gamy?

-  Jakiego istotnego pytania nie zadałem?

Ela: - Takiego na przykład, dlaczego ja wymyślam krótkie tytuły utworów, a Andrzej długie! 

Andrzej: - Pozdrawiamy fajnych ludzi i zapraszamy do wpadania na stronę www.andymian.pl

- Dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę duetowi dalszych sukcesów.

Autorem zdjęć jest Wiesław Głownia






Ashra - Walkin' the Desert



     W 1989 roku ukazuje się dwunasty album zespołu Ashra "Walkin' the Desert". Nagrany przez duet uzdolnionych gitarzystów Manuela Göttschinga i Lutza Ulbricha nie był chyba nastawiony na spektakularny, komercyjny sukces. Niewiele w nim efektownych, wirtuozerskich popisów, a jednostajne podkłady nie czynią przełomu w historii muzyki. Ale próby oceny lidera tej grupy według konwencjonalnych technik zawodzą. Manuel z monotonni stworzył nową jakość a z powtarzalności źródło przyjemnych przeżyć. Nie inaczej jest z muzyką zapisaną na tej płycie. Wyraźnie dominuje tu minimalizm i trans.  Skąpe akordy w swojej cykliczności wyostrzają wrażliwość słuchacza na wszelakie niuanse. Już drugi utwór Second Movement: Six Voices tworzy specyficzny, nostalgiczny klimat, a w ostatnich dwóch kompozycjach Göttsching w pełni rozwija skrzydła swojej inwencji. Orientalne sample wykorzystane w Fourth Movement: Twelve Sample pewnie nie zwiększą wpływów liniom lotniczym, ale poprzez swoje specyficzne piękno przemożnie wpływają na wnętrze każdego miłośnika tej muzyki, niejako odciskając w nim swoje piętno. Słuchanie sugestywnego melanżu dalekowschodnich głosów i ciężkich, powłóczystych organo-podobnych fraz jest przeżyciem wyższej próby. W krótkim, kończącym płytę Dessert: Eight Tracks Manuel przypomina sobie że jest niezrównanym gitarzystą i daje temu wyraz w pięknej solówce. Po jej zakończeniu chciałoby się słuchać dalszych utworów aby ponownie rozkoszować się tą muzyką, ale okazuje się to niestety już koniec płyty ... Walkin' The Desert nie jest najlepszym dokonaniem niemieckiego zespołu, ale z pewnością wystarczająco dobrym aby do niego regularnie powracać. Obcowanie z tego typu sztuką zawsze niesie ze sobą pozytywną refleksję.




niedziela, 11 września 2011

Adam Bórkowski Smok - Najczęściej słucham lasu


Adam Bórkowski „Smok”- Indywidualista, myśliciel i autor ciekawych nagrań na instrumentach klawiszowych.

1) Dlaczego publikujesz swoją muzykę tylko w sieci?

AB: Odczytuje pytanie jako: Dlaczego nie wydałeś muzyki na płytach i nie czerpiesz z tego  korzyści. Nie ma takiej kwoty która oddala by ilość pracy, czasu przeznaczonego na środki, na  zakup sprzętu.

2) Ale ... To stara tradycyjna metoda, czy uważasz ze net to zmienił? 
 Nie ma takiej potrzeby? Te 20  kilka kompozycji starczyłoby na 2 - 3 płyty.


AB: Nie ma takiej ceny za ilość emocji włożonej w utwory ;). Korzenie są takie że była i jest to  dla   mnie forma rozrywki, odpoczynku i relaksu. Zawiera wiele emocji spowodowanych obcowaniem ze światem  zewnętrznym. Kompozycji jest    o wiele więcej ;). Net daje jedynie możliwość wypuszczenia muzyki w świat - ja nie reklamuje się, nie świruję na   forach, nie lansuję. Kto chce - ten posłucha.  Zanim pierwszy  utwór  poszedł na net, grałem z 5 lat i to zrobiłem za namową znajomego który stwierdził ze to  strata,  żeby to było tylko dla mnie. Grałem – to wielkie słowo,  jestem samoukiem, słyszę dźwięki ale nie nazwę ich. To amatorka ;).

3) Liczy się chęć grania, a nie bycia gwiazdą, a Ty nie masz takich ambicji, bycia kolejnym Edgarem Froese. Teraz mało kto z „domowych” muzyków ma ukończoną szkołę muzyczną, a jakoś sobie radzi.

AB: Moja miłość do muzyki powoduje ze nie traktuję tego w kwestiach ambicjonalnych - jest to  tak  niemierzalne i niewyobrażalne, że nie sądzę żebym chciał  być np. Edgarem. Aczkolwiek, cokolwiek fakt że ludzie mnie rozpoznają i dają słowne wyrazy  radości ze słuchania moich koślawych dźwięków, jest czymś miłym.  Wiem  ze nie jestem sam, że są ludzie którzy odczytują emocje i te emocje im się udzielają …   W tym  miejscu dziękuje słuchaczom, aczkolwiek zaznaczę - to   nie było motywem przewodnim (być rozpoznawalnym) nawet w myślach.  Tego, co daje mi radość  i pieniądze nauczyłem się sam, jestem wrogiem systemu  szkolnictwa   takim jaki zastałem i jaki pewnie będzie trwał oby niedługi czas ;)  Tu uwaga:  aczkolwiek  mówienie o moich słuchaczach "ludzie" jest nie na miejscu -  oni nie  mają nic wspólnego z gatunkiem który się zdegenerował, lub dał zdegenerować ....

4) Masz oryginalne poglądy na sposób życia, jedzenia, wychowania…

AB:  Oryginalne? Ależ skąd! Wynikają one z obserwacji świata. Mam ten luksus że żyje na skraju:  z jednej strony miasto, z drugiej strony las. Mam czas  poobserwować przyrodę  - ludzie   to  wynaturzenie.  To smutne, ale prawdziwe. Chodzę po lesie nie widzę tu pomników  restauracji,  kuchni, kościołów,  przywódców, skarbówki ZUS-u....Ten świat sobie świetnie radzi  bez tego.  Człowiek - to brzmi   dumnie?  Się podekscytowałem ;). Dlatego jak kupiłem pierwszy  syntezator w 1995 roku stwierdziłem - dlaczego cywilizacja nie kieruje sie w kierunku  produkowania  takich ślicznych maszynek, a nie maszynek do zabijania?


5) Jesteś nie tylko muzykiem, ale też myślicielem, trochę filozofem. Powiedz mi dlaczego według Ciebie tak się dzieje że muzyka łączy ludzi różnych światopoglądów religii i ras?

AB: To ze mamy w sobie czasem te chwile kiedy właśnie muzyka do nas dociera ;)  Religia i rasa nie ma nic do tego… mówimy o muzyce która ludzie sami  sobie polecają. Myślicielem jest każdy. Filozofem nie. Nie przeczytałem żadnego  dzieła filozoficznego  - założyłem sobie ze może u schyłku życia co by porównać  swoje  spostrzeżenia z wielkimi filozofami ;)  To co mówię wynika z obserwacji świata niekiedy tak ulotnych ze trudnych do zauważenia - cieszę się ze mój syn  to odziedziczył.

6) Wróćmy do muzyki, słuchasz już tylko swoich nagrań?

AB: Rzadko słucham muzyki – od  kilku lat prócz tego nad czym powoli pracuje, ostatnio płyty od znajomych muzyków..... Ale najczęściej siadam przed domem i  słucham lasu. Przyglądam się osom które zagnieździły sie w kilku szparach mojego  domu ;).  Powiedziałem im ze jak zaczną być nie miłe - to koniec i wiesz że są miłe? Taka symbioza - pozwalam im mieszkać na swoim domu w zamian ze będą grzeczne ;)  Co denerwuje moją Agusię (żonę) - ona by już je dawno unieszkodliwiła. Ogólnie sam przyznasz jak jedziesz do lasu to wyłączasz muzykę?


7) Jasne. Żona nie ma czasami chęci zagrać lub zaśpiewać z Tobą?

AB:  Wiesz, mamy inne wspólne dzieło/płytę: ma na imię Bogumił ;) powoli będziemy nagrywać    drugą ;) . A jakby chciała zaśpiewać – nie mowie nie,  ani nie zmuszam ;)   może kiedyś...


8) Skąd zamiłowanie do długich włosów?

AB: Dwadzieścia lat temu wypadły, jak na "Misiu", uleczył mnie pewien święty osobnik za  co łaska (nie myślę ile by wzięła nieudolna Służba Zdrowia, o skutku nie  wspomnę).  Co ciekawe podał przyczynę - był takim drogowskazem na przyszłość...  Może  dlatego np. moja muzyka jest na Internecie za co łaska ;) Dzisiaj od czasu jak zaczęły odrastać, Agusia ścina co jakiś czas ze dwa cm - siwe długie włosy  za jakiś czas – rewelacja ;)

9) Od ostatniego wywiadu na mooza.pl minęły 4 lata. dokupowałeś jakieś instrumenty w tym czasie?

AB: Tak, kupiłem Milusiowi - Ipada i uczę się grac rysując dźwięki palcem na ekranie   dotykowym.  Takie esy floresy;) przednia zabawa ;). Póki co, to jest jeden  instrument w moim kręgu zainteresowań który bym kupił ;).

10) Jest taki Twój utwór pt. „Modlitwa” jak to rozumieć skoro jesteś chyba ateistą?

AB: A skąd Ci przyszedł  ateizm do głowy? Na skutek  wcześniej przeprowadzanych dialogów ze  mną?  To, że neguję organizacje które robią na tym kasę, nie  znaczy ze nie posiadam wiary  lub że  się nie modlę. Mój mózg nie jest jeszcze ślepy ;). Modlitwa większości kojarzy się z  padnięciem na kolana w budynku który nie powinien w ogóle istnieć i odklepanie formułki  wtłoczone od najmłodszych lat.  A pogadać z Bogiem lub kimś na wzór wedle  wyznawanych religii można i trzeba na  wszelakie sposoby,   np. pobrzękując na syntezatorze.


11) Jesteś przeciw formalizmom religijnym?
 
AB: Jestem. I jestem przeciwny robieniu czegoś bezmyślnie i tyczy się to całego tego świata.  Jak  np.  można wyznawać wiarę i nie przeczytać  dokładnie najważniejszych dzieł jej dotyczących.   Ale z  drugiej strony spotykam ludzi je  którzy  przeczytali, a są tak ślepi ze aż boli.  Toż to śmieszne ;)


12) Brawo, wróćmy jednak do muzyki i jej wydawania. Wiesz ze koszty tłoczenia spadły? Konkurencja w tej branży coraz większa - teraz wytłoczenie 500 krążków kosztuje ok. 800zł.

AB: To takie troszkę dla mnie dziwne - bo nie taki był genesis mojego grania, ale sprawy zaczęły  się toczyć własnym biegiem. Kiedy stałem na górze, puściłem  kamyczek ze szczytu i on już sobie teraz sam powolutku się toczy.  Jest jedno ale -  postanowiłem ze wydam album - ale będzie dwu płytowy  czyli nowy   materiał plus wydana na necie "Bandy Sound"  z 2007r.

 13) Inspiracje?

AB: Raczej wyrażam swoje stany emocjonalne lub utwór jest takim lekarstwem  na to co widzę  - taka zasłona dymna, lub są takie które nazywam - z biblioteki Boga ;).  Słucham czegoś co robiłem wcześniej następnego dnia i stwierdzam - że jako samouk nie  byłbym w  stanie tak zagrać itp. itd. …jakbyś był prowadzony ręką mistrza ;).  I proszę nie domniemywać sobie czegokolwiek w tym temacie, jakiegoś przesłania,  wyjątkowości lub czegokolwiek. Dwa dni po śmierci Karola Wojtyły nagrałem utwór   w kilka godzin. Nie był to hołd dla  papieża, ale dla człowieka który był inny. Dostałem po łbie że  się lansuje na czyjejś śmierci ;). Nawet nie odpowiedziałem na   krytykę,  bo i po co. Nigdy nie byłem na żadnym spotkaniu kiedy papież był w kraju, więc  emocje były typu nieuzasadnionego. Do dziś nie potrafię sobie  tego wytłumaczyć.

 14) Ciekawe, jak padły wieże WTC tez coś czułeś, chciałeś coś nagrać?

AB: Nie zapalałem świec ale nie gadajmy o polityce bo mnie zamkną ;) Dla mnie to jedna  wielka  ściema. Tak się zdarzyło ze obserwowałem to na żywo w TV,  miałem na  kanale CNN i jak zobaczyłem ze w tle reporterki że samolot wlatuje w  budynek  powiedziałem k****wa ale numer.

15) Chodzi mi o to że obserwujesz świat…  i w wyniku jego oddziaływania na Ciebie coś tworzysz.

 AB: Jak bym miał stworzyć muzykę na podstawie emocji związanych z polityką, to sądzę że  nie  nadawałoby się to do słuchania ;).


16) Kontakt z naturą wyzwala w Tobie to co najlepsze?
 AB: Przyznam się że mnie koi bardziej niż cokolwiek stworzone przez człowieka jako  dzieło.


17) Dzieła ludzkie są marnością, to już Salomon zauważył, mimo wszystko wierzysz w społeczeństwo ?  Bo Twoja muzyka jest optymistyczna.

AB: I pełna ciepła oraz impresjonizmu ;)   A Toś mnie zaskoczył ;). Może pełna wiary w coś  lepszego? Wszystko powstawało spontanicznie, bo spontaniczność  jest wspaniałym darem. Społeczeństwo? Od czasu jak przestałem żyć w wielkim skupisku  społecznym,  mogę zaparkować samochód otwarty, zostawić otwarty dom  i nic -  brama na noc szeroko otwarta i nic.

18) Zapomniałbym… Co to był za tajemniczy instrument na którym grałeś kilka lat temu w Olsztynie?

 AB: Zacny Nord modular G2 -  najlepszy syntezator w rozsądnej cenie.

19) Kochasz te maszyny?

 AB: Tę szczególnie ;). Ma nieograniczone możliwości.

20) W naszym wywiadzie podczas składu pominąłem trochę ciekawych wątków. Tych o Unabomberze i bezkompromisowości w poglądach. Pewnie niedługo znów porozmawiamy, bo Adam Bórkowski Smok lubi dyskutować. Życzę powodzenia w samorealizacji.

czwartek, 8 września 2011

Tangerine Dream - Ricochet



Czy warto pisać o muzyce doskonale znanej? Uważam że tak. Wielu fanów twierdzi, że płyta Ricochet zespołu Tangerine Dream jest jedną z najlepszych w historii zespołu. I trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na ilość pomysłów tam zawartych, niespodziewanych zwrotów akcji, czy przemawiających do wyobraźni przygotowanych efektów dźwiękowych. Porywające, działające na emocje kaskady generowanych przebiegów, lekko schizofreniczne solo gitary Edgara Froese w Part I, czy genialne połączenie w jedną całość kontrastujących ze sobą elementów - wrażliwego melomana nie pozostawi obojętnym. Ta muzyka jest tak wciągająca, że często się zdarzało słuchaczom odtwarzać ją w domu aż do znudzenia, do pełnego nasycenia. Pewne fragmenty Part II niektórym odbiorcom kojarzą się z religijnym kultem, ich katedralne brzmienie może doprowadzać do duchowej ekstazy, swoistego katharsis. Choć nie jestem zwolennikiem takowych ekstremalnych reakcji, nie da się zaprzeczyć że wpływ tej fantastycznej muzyki na ducha drzemiącego w człowieku, tego wewnętrznego "Ja" cieszącego się dziełem sztuki, jest doprawdy niesamowity. I nie ma znaczenia że w istocie dokładnie takiego koncertu nie było, że to zlepek różnych fragmentów z wielu sal koncertowych. Słuchacz urzeczony mnogością fascynujących skojarzeń wybacza muzykom ten drobny niuans. Efekt pracy studyjnej jest bowiem powalający. Połączenie w tak krótkim czasie tak przemyślnie wielu barw, splotu spektakularnych brzmień, przypomina podróż w inne kolorowe wymiary, niepoznane dotąd światy. Ciekawe są te odgłosy pracujących maszyn, po których słychać smutny mellotron i powracają urozmaicone pochody sekwencji. Wydawać by się mogło że zespół już nic nie wyciśnie ze swojej Mandarynki, a tu na deser piękne zakończenie. I za to właśnie kochamy tę muzykę. Dzięki takim nagraniom lider zespołu wyrobił sobie dobrą markę i w konsekwencji do dziś dnia zespołem interesują się różni ludzie.
   Ale to już inna historia.   






środa, 7 września 2011

Marcin Bachtiak: Muzyka - moja pasja


Szukając nietuzinkowej, pasjonującej muzyki trafiłem na kilka płyt Cold Fusion. Ta twórczość trafiła mi do przekonania.  Dotarłem więc do jej autora a zarazem wydawcy - Marcina Bachtiaka.

       1) Jesteś nie tylko muzykiem ale i edytorem swoich nagrań, jak do tego doszło?

MB: Moja działalność jako muzyka i jako właściciela firmy opiera się przede wszystkim na pasji - nie jest to dochodowe zajęcie, poza tym mam pracę zawodową, która daje mi pieniądze na życie.

Firma Rage in Eden Records jest wynikiem chęci dbania o moje własne sprawy, została powołana do wydawania mojej muzyki, później przyszły inne zespoły z Polski i zagranicy. Muzyką pasjonuję się od ok. 20 lat, wcześniej pogrywałem w różnych zespołach, ale nic z tego nie wyszło :] Potem nastała era dostępnych PC i programów do robienia muzy. Zacząłem eksperymentować z dźwiękiem i tak się narodziło pierwsze demo "Elisabeth Bukez" to był rok 2001 - demo to wydało Beast of Prey. Później następne płyty i wspomniana chęć zadbania o swoje sprawy, czyli powołanie do życia firmy War Office Propaganda. Ale z tą nazwą miałem problemy na poczcie, w urzędach celnych, co najmniej jakbym w paczkach wysłał instrukcje do składania bomb, więc powstała Rage in Eden - to taka złość, że w tym "raju" niby wszystko wolno, ale nie do końca.

         2) Jakiego sprzętu używasz do tworzenia muzyki, wirtualne syntezatory?


MB:  Zwykłego PC z oprogramowaniem, wtyczki VST,  banki brzmień pod kontakt,  czasami dogrywam gitarę lub bas przez kartę tone port. Klawiatura midi Novation Mk II 49 monitory Alesis m1. Większość muzyki osłuchuję na słuchawkach AKG i to chyba tyle co do sprzętu, dość często go wymieniam, to coś odsprzedam a tu coś dokupię. Ale bazą są przede wszystkim te wszystkie programy wirtualne.

       3) W Twojej muzyce często słychać odgłosy wojenne, różne tajemnicze dźwięki, skąd to bierzesz?

MB: Wycinam z filmów, pasuje, sklejam, przerabiam:).

       4) Czyli nie gotowce, a swoje własne?

MB: Gotowców to chyba nawet nie ma... Trzeba sobie materiałów poszukać samemu.

     5) Skąd takie wojskowe inspiracje: mieszkałeś kolo koszar, tata był wojskowym czy to zupełnie coś innego?


 MB: Mieszkałem obok koszar ;]. W Białogardzie stacjonowało 3500 żołnierzy radzieckich, codziennie rano budziły mnie biegi żołnierzy. W okolicznych lasach stacjonowało wojsko radzieckie i polskie,  ale to raczej nie było inspiracją, po prostu kręci mnie ta forma muzyki. Płyta "Report" jest bardziej ambientowa, równa. To taka spokojna interpretacja jakichś zdarzeń w pola walki - kilka raportów z tego co się dzieje na froncie. Do tych refleksyjnych płyt obok "Report" zaliczyłbym także "ORP Orzeł". Inne moje płyty są bardziej ekspresyjne, np. "Simmetria", "Occupatria".


        6) Coś jednak musi w tym być skoro według Wikipedii w Białogardzie stacjonowały rosyjskie  jednostki 83 Brygady Desantowo-Szturmowej (wycofanej w 1990r.), 293. gwardyjski pułk artylerii samobieżnej,  669. samodzielny dywizjon rakietowy,  465. samodzielny dywizjon artylerii przeciwpancernej, 126. samodzielny batalion rozpoznawczy, 663. składnica sprzętu pancernego,  650 samodzielny batalion remontowy,  86 batalion r/techniczny, 1995 batalion WRE i szpital ... Płyty nagrywasz sam, a koncerty?

  
MB: Zagraliśmy kilka koncertów wspólnie z Robertem Marciniakiem - razem mieliśmy taką możliwość, teraz brakuje czasu na granie - sam też nie jestem w stanie zagrać koncertu - ograniczenia techniczne. A  granie z laptopa jakoś mnie nie satysfakcjonuje.

       7) Czyli jak dochodzi do koncertów, Robert Cię wspiera?

MB: Tak, może nie tyle co wspiera (wszystkie koncerty jakie zagraliśmy to były koncerty Cold Fusion/Rukkanor - trochę materiału Rukkanor i trochę Cold Fusion) - wspieraliśmy się razem - tak brzmi lepiej i jest bliższe prawdy.

       8) Płyta "Report". Reklamujesz ją jako "military ambient", to według Ciebie dobre określenie?

MB:  Pojęcie "military ambient" sugeruje coś, czego można się spodziewać po muzyce zawartej na płycie, jednak osobiście nie lubię szufladkowania choćby z tego powodu, że szufladkowanie upraszcza. Ale przyznam, że też pomaga w skrócie zapoznać się z zawartością płyty. Ostatecznie zalecam zawsze posłuchać i samemu ocenić.

         9) Twoje wydawnictwa to zawsze CD-r?

MB: Skądże, pierwsza wersja "Report" była na CDr, ale następna już na tłoczonym CD, CD-romy wydawałem na początku działalności firmy, później już na CD.


       10) Zmieniłeś "Report" okładkę...

MB: Ta stara okładka to dość znane zdjęcie, na oficjalnym CD nie chciałem zamieszczać tego zdjęcia a praca Michała Karcza mi się bardzo spodobała.

       11) Na świecie military ambient ma jakieś znane nazwiska, hitowe płyty?

MB: Na tę scenę muzyczną nie przekłada się mechanizm ze sceny "oficjalnej"  i raczej nie można mówić o hitowych płytach i znanych nazwiskach.

      12) Outofsight and Hotel de Prusse - "Forgotten Taste of the Province"  to też Twoja muzyka.

MB: Tak, ale inne wcielenie, nie ambient, nie military. W 2012 roku, myślę, że na początku roku, wydam premierową płyte Hotel de Prusse – „Neurotic Disco”. Ta płyta leży w szufladzie od ok. 4 lat, dałem sobie czas do 2012 roku na skończenie i wydanie:]

      13) Muzyk o rożnych obliczach?

MB: A widzisz... stałem się niewolnikiem szufladki, mogłem to nagrać jako Cold Fusion - tylko nie tego słuchacze chcą w CF.

      14) Wróćmy do wydawnictwa. Zacząłeś grać sam a teraz w ofercie labelu widzę sporo innych nazw zespołów.


 MB: Tak,  label miał być skrojony pod mój projekt, ale wyszło co innego

      15) Poznałeś po prostu środowisko mużyków niezależnych...

 MB:  Tak,  War Office Propaganda/Rage in Eden, stał się też marką, muzycy chcieli wydawać w tej firmie, nie jest to marka na miarę Cold Meat Industry, czy Cold Spring, ale daje rade, że tak powiem :).

     16) Oferta obejmuje sporo tytułów wykonawców z różnych krajów. Industrial, neofolk, dark wave, military ambient. Sukces?
  
MB: Zależy jako to mierzyć - jeżeli ekonomicznie - to do niczego nie doszedłem. Jeżeli mierzyć to miarą spełnienia swoich zamiarów - to tak, zrealizowałem i realizuję swoją pasję i zabawę mam przednią.
  
       Życzę Ci więc dalszej satysfakcji z tworzenia muzyki i wielu sukcesów dla Twojego labelu.

Strony labelu Marcina:


www.waroffice.org
www.rageineden.org

niedziela, 4 września 2011

Vanderson - Two Worlds



    Najnowsza płyta Macieja Wierzchowskiego Two Worlds jest mini albumem. Okładka autorstwa grafika Pawła Chwedczuka przedstawia dziwny krajobraz sugerujący różne interpretacje. Ale muzyka  - (6 utworów trwających łącznie ok. 30 min.)  to w większości dość przystępna treść o charakterze jednoznacznie relaksacyjnym. Autor pokazuje tu swoje nowe oblicze: umiejętność tworzenia wpadających w ucho motywów. Na jakiś czas odpoczywa od długich, typowo berlińskich sekwencji na rzecz pogodnej kontemplacji. Mniej tu rocka, więcej popu. Ten zabieg z pewnością pozyska mu nowych zwolenników. Zawsze bowiem istnieje zapotrzebowanie na muzykę przyswajalną, optymistyczną i lekko strawną. A Two Worlds taka właśnie jest. Jedyny wyjątek od tej reguły stanowi najdłuższy, drugi utwór: On The Run. To hipnotyczna, transowa struktura z lekko egzotyczną melodią wiodącą w części środkowej. Tak czasami nagrywa Manuel Göttsching. "On The Run" to również ukłon Macieja w stronę natury, czemu muzyk dał wyraz w ciekawym teledysku na YouTube pod tym właśnie tytułem. Sposób potraktowania pozostałych melodii na tej płycie może kojarzyć się miejscami z muzyką Mikołaja Hertla czy nowszymi nagraniami Tangerine Dream. A rozpoczynający płytę "New Chapter" zawiera w sobie brzmienia w stylu Drum and bass. Ta różnorodność wywoływanych skojarzeń dobrze świadczy o możliwościach warsztatowych Vandersona.
    Pewnie jeszcze nie raz pokaże nam różne światy widziane przez pryzmat jego muzyki.
  

sobota, 3 września 2011

Maciej Wierzchowski Vanderson - Kocham sequencery




    Maciej Wierzchowski Vanderson - bardzo płodny muzyk z Grudziądza, którego płyty z klasyczną elektroniką sekwencyjną znane są już za granicą. Poznałem go kilka lat temu na koncercie w Olsztynie a teraz namówiłem na wywiad:

D: Od albumu "Earth" zacząłeś regularnie wydawać, płytę za płytą, jest już ich kilkanaście. Przyznaje że to spora dawka, masz dużo energii, skąd ją czerpiesz?

V: Powiedziałbym z kosmosu :) Ale sam nie wiem dokładnie, to chyba życie. Muzyka to dla mnie taki pamiętnik, w zależności od tego co się dzieje, od nastroju, itp. Siadam  najczęściej wieczorem lub nocą i nagrywam.

D: Komponowanie - sposób na życie?

V: Tak, dokładnie, czasem tworzę tylko taką "zajawkę" kilka taktów 8 – 16 i później z tego "rodzi" się cały utwór. Lubię improwizować, bawić się barwami, sekwencjami. Wrzuciłem dziś właśnie nowy "mini album" na Jamendo, możesz posłuchać w wolnej chwili. Aha, tym razem to nie „Berlin” :)

D: Czyli eksperymentujesz, rozwijasz się, ale Aero" to tez było już coś ciut innego, prawda? Uśmiech w stronę Francuza?

V: Tak, nagrania te powstały wiosną/latem w ubiegłym roku. Ale J.M.Jarre?  Zupełnie o nim nie myślałem :D. Raczej udzielił mi się taki letnio - wakacyjny klimat. Szczerze mówiąc – to ostatnio niezbyt za panem Miszelem przepadam, kiedyś jeszcze mnie trochę inspirował, ale obecnie wcale.

D: Czym były  albumy  as X-Vire/Vanderson's Groove Project?

V: Jak mówię czasem to "pozostałości naleciałości z młodości" :) Od dziecka słuchałem mnóstwo muzyki, nie tylko elektronicznej; alternatywy, techno, trance, minimal, rave, itp. I pierwsze moje kroki muzyczne to było granie właśnie techno, nie elektroniki.

D: Czyli płyty X-Vire zawierają  utwory techno?

V: Tak, miksowałem w klubach jako live-act ze sprzętu i grałem takie różne tam mocne klimaty. Te płytki powstały zdecydowanie później, ale jakby wracają klimatem do tamtych czasów. Zresztą do dziś lubię sobie pograć coś bardziej z bitem  :).

D: Dajesz sporo koncertów,  jesteś już chyba bardzo znany w swoim mieście?

V: No, to dobre pytanie :)  W moim mieście jestem bardzo mało znany, to raczej małe miasto, dosyć kiepsko podążające kulturalnie, grudziądzcy artyści nie maja łatwo, ostatnio grałem tu  w 2007 roku i dopiero teraz we wrześniu będę, więc raczej kiepsko. Gdyby to była łatwiejsza muzyka to na pewno coś więcej by się podziałało. Niestety z elektroniką jest słabo.

D: Dużo publikujesz na Jamendo. Jest tam jakiś ranking pobrań, popularności?

V: Tak, są prowadzone takie statystyki:

http://www.jamendo.com/pl/artist/Vanderson/publicstats

D: Obecnie zmieniasz sprzęt, sprzedajesz stary, kupujesz nowy. Czy uważasz że z dotychczasowego wycisnąłeś wszystko co chciałeś i szukasz nowych brzmień?

V: Tak dokładnie, dzieje się to też z przyczyn finansowych i objętościowych :) Chętnie bym sobie powrócił do niektórych starych syntezatorów, ale dla 2 - 3 barw nie jestem w stanie ich trzymać w mieszkaniu no i zawsze wolę zainwestować w coś nowego (innego). Często jest tak że z udziałem jakiegoś sprzętu powstaje kilka nagrań lub nawet cała płyta. Ale później nie da się już dłużej go wykorzystywać bo brzmienie  już tak nie zaskakuje i nie inspiruje.

D: Twoja muzyka jest dostępna w zagranicznych labelach, to pewnego rodzaju nobilitacja, jak ci się to udało?

V: Przygoda z SynGate to w sumie przypadek. We wrześniu 2007 roku skończyłem album Echoes Of Darkness. Było kilka podchodów do naszych "rodzimych wydawców" nie będę lepiej cytował jak to wyszło i czy w ogóle dostałem jakieś konkretne odpowiedzi. Pomyślałem że może warto spróbować gdzieś za polską granicą.

D: I udało się - ktoś kto przesłuchał tam Twój materiał, wydał pozytywną opinię.

V: SynGate miał w ofercie jeden mój kawałek „Ticket To Mars”, pomyślałem że nie jestem już aż taki anonimowy i spróbowałem. Wysłałem na początku mp3 do Lothara Lubitz'a, po kilku dniach odpisał że muzyka jest dobra, podoba mu się i są zainteresowani wydaniem więc bardzo mnie to ucieszyło. Następne CD: Music In My Mind oraz Fluorescentix były na początku tylko do pobrania w Music Zeit, po kilku tygodniach Lothar sam zaproponował mi ich wydanie. Ponoć były dosyć dużo razy pobierane i słuchacze sami dopytywali się o materiał na CD no i tak jakoś potoczyło się to dalej. Bardzo pomogła mi "promocja" na Youtube, którą sobie sam zafundowałem :)

D: To krzepiące wieści ;)

V: Myślę że przez to sporo osób miało dostęp do mojej muzyki i możliwość poznania Vandersona. Zaczęło się to od takiej zabawy z filmikami video, a teraz już nieźle się "rozrosło" :)

D: Najnowsza płyta: Two Worlds -  jakbyś określił tę muzykę, w którą stronę zmierzasz obecnie?

V: Ten tytuł chodził mi po głowie już jakiś czas, to takie moje dwa światy - dwa oblicza, może to też wynik ostatnich wydarzeń, itp. Zdecydowanie krótsze utwory, więcej rytmu, więcej życia na planecie niż kosmosu ;) A dokładnie w którą stronę zmierzam obecnie to Ci nie odpowiem ;)

D: Obserwując Ciebie na koncercie, zauważyłem ze jesteś bardzo spokojny, wyluzowany, a muzyka jaką grasz jest dość dynamiczna. Taka projekcja żywiołowego ego?

V: Może na koncercie jestem zbyt skupiony na muzyce i "siedzę" w jej wnętrzu.

D: Dużo u Ciebie muzyki sekwencyjnej, to wynik wcześniejszych fascynacji  muzycznych? Czy masz zamiar spróbował sił w muzyce bardziej refleksyjnej, medytacyjnej?

V: Tak, to zdecydowanie fascynacje muzyczne, kocham sequencery, podążające sekwencje, siarczyste solówki i całą tą otoczkę, to bardzo ekspresyjna muzyka, napędzająca, dająca mi przysłowiowego kopa. Z typowym ambientem nie daję rady - to jest dla mnie zbyt nużące, nie wytrzymałbym grać typowego ambientu :)

D: Zobaczysz kolo 50. może zmienisz zdanie :) (to do tematu  ambientu)

V: Nigdy nie negowałem też wpływów starego dobrego TD na moją osobę ;) Nie chodzi o totalne wzornictwo, ale na pewno jest to duża inspiracja dla mnie ogólnie lata 75 – 83. Jedyny ambient dla mnie to Brian Eno - „The Shutov Assembly”, ta płyta jest wspaniała i do tej pory nic mi się tak nie podobało.

D: Wolisz grę solo, czy przyjmiesz ofertę gry zespołowej?

V: Bardzo lubię współpracować z innymi muzykami, chociaż niewielu jest chętnych, ale kilka małych projektów już było np. remix utworu Andymiana:

http://www.soundclick.com/bands/page_songInfo.cfm?bandID=370523&songID=7170966

albo współpraca z artystą z USA Obeelektro i jego siostrą:

http://www.soundclick.com/bands/page_songInfo.cfm?bandID=370523&songID=8585010

Na Anything Can Happen gra też mój znajomy -  gitarzysta Steve Tudruj w kawałku „Supernova”. Jak się tylko daje chętnie współpracuję z innymi artystami, ostatnio namawiałem holenderskiego artystę Haulshoven'a (Eppie E.Hulshof)

D: Tak, znam go, to taki holenderski Vanderson ;)

V: Czy by nie wspomógł mnie właśnie swoją gitarą na albumie oraz dodatkami na syntezatorach. Na początku się zgodził, ale później odmówił, nie wiem czemu. Napisał że przeprasza i na pewno nie są to sprawy osobiste (w stosunku do mnie) po prostu nie może. Szkoda że się nie udało, bo mogło by fajnie to zabrzmieć -  robiliśmy już pierwsze przymiarki i zapowiadało się ciekawie.

D: Powiedz jeszcze mi coś o sobie osobistego np. Czy lubisz zwierzęta, kwiaty, lub blondynki...

V: Lubię brunetki :). Jestem żonaty od 10 lat i mam jednego syna :) Poza tym jestem zwykłym gościem, który tak jak wszyscy zmaga się z codziennością naszego kochanego życia, może trochę zakręconym,  ale to pewnie przez tę muzykę :)

D: Życzę Ci więc jeszcze więcej sukcesów na muzycznej niwie!

Strony związane z Vandersonem:

http://www.vanderson.pl/

http://www.soundclick.com/members/default.cfm?member=vandersons+groove+project

http://www.jamendo.com/pl/artist/Vanderson

Kilka dni później Maciek wziął udział w  imprezie pt. : II Pomorska Gala Światła i Energii - Grudziądz 2011

wtorek, 30 sierpnia 2011

Cold Fusion - Report


     Co można znaleźć na płytach z muzyką określaną jako "military ambient"? Między innymi marsze nieugiętych żołnierzy, odgłosy wystrzałów, fragmenty patriotycznych przemówień i tę niezwykłą aurę zagrożenia ciążącą nad całością. Takie między innymi elementy składają się na zawartość płyty Report. Po raz pierwszy została ona  wydana w wersji CD-R w 2005 roku w ilości 200 egz. przez niekomercyjny label War Office Propaganda. Po dwóch latach wznowiono ją w Rage in Eden na CD z nową okładką Michała Karcza. Pod nazwą tych wytwórni i projektu  Cold Fusion kryje się obecnie jedna osoba - Marcin Bachtiak. Ten wrażliwy kompozytor z Białogardu, człowiek o nieposkromionej wyobraźni, szybko stał się znany w wąskich kręgach miłośników muzyki niezależnej jako płodny twórca i wydawca, zarówno w Polsce jak i za granicą. Omawiana płyta należy już do kanonu gatunku. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak rzadko można spotkać tak sugestywną muzykę. Zawarte w niej śmiałe wizje i wymowne odniesienia robią wrażenie na słuchaczach. W kilku sprawozdaniach z wojennych zmagań autor opowiada barwne historie. Oczywiście to, jakie wizje powstaną w  umyśle podczas odsłuchu, zależy też od wrażliwości samego odbiorcy.  Mnie np. podczas poznawania tej muzyki pojawiają się takie obrazy:
Report part I: Triumfalne fanfary ogłaszają wejście zwycięskiej armii. Report part II: Nastrój ciężki jak żołnierski rynsztunek, pełen determinacji marsz, potrzeba nieugiętego parcia naprzód - aż do zwycięstwa. Za każdą cenę! Żołdacy posłuszni padającym suchym tonem rozkazom - idą dalej i dalej. Report part III: Na teren bitwy wjeżdża czołg, który niezgrabnie obraca się na gąsienicach. Muzyka, jaką teraz słychać, to już nie gloryfikacja zwycięstwa, to przygnębiająca i dołująca fraza klęski. Dobrze ilustruje ona krajobraz dokonanej masakry. Członkowie załogi czołgu, choć niejedno w życiu widzieli, ze zgrozą obserwują spalony po ciężkiej walce obszar. Dookoła widać  okaleczone ciała i czuć potworną woń spalonej ludzkiej  tkanki. Report part IV: Wojna jak ślepy huragan niszczy wszystko wokół. Wojsko posłuszne propagandzie w ślepym posłuszeństwie zdobywa coraz to nowe tereny. Nie ma litości dla wroga. Monotonne, powtarzane co rusz te same dźwięki brzmią niczym spełnienie obłąkanej wizji bezdusznego wojownika. Report part V: Wojskowy werbel narzuca bezwzględny rytm niezaspokojonej śmierci. Coraz częściej powtarza się dźwięk sonaru, walki toczą się wszędzie. W tle mieszają się ze sobą pełne euforii krzyki skandujących tłumów  oklaskujących ukochanego wodza. W dalszym ciągu nad opowiadaną  historią ciąży widmo nieuniknionej eksterminacji.

Jednak w tej odhumanizowanej epopei finał utworu kryje jakiś ludzki akcent.  Report part VI: W powietrzu wisi gęsta mgła, spośród której wyłania się dwóch rannych żołnierzy.  Trwa ostrzał z kilku rodzajów broni. Fortepian jak zepsuty gramofon powtarza tę samą frazę. Z głośników całkiem wyraźnie, po polsku, padają archiwalne teksty z czasów "wielkiego" Stalina. Ciekawa jest ostatnia minuta tej ścieżki dźwiękowej wzbogacona o kolejny przestrzenny instrument. Report part VII: Muzyka, jaka teraz dominuje stanowczo nie nadaje się na tło wiejskiej sielanki. To posępny obraz wyludnionej krainy, która nie zawiera w sobie pozytywów. Nieomal słychać deklamacje po  niemiecku zniekształcone przez głośną grę na perkusji. Panuje destrukcyjny klimat,  atmosfera, która coraz bardziej gęstnieje.Perkusja powraca, nadając swoją ciężką grą dziwny, dekadencki ton. Report part VIII: Powtarzające się angielskie dialogi co jakiś czas zataczają koło. Kojarzy mi się to z nocną przeprawą. Słychać szum wody i słowa 'Tędy droga". Uratowano z koszmaru grupę cywilów i zamknięto ich w bezpiecznym miejscu...

    I tak w sumie nieoczekiwanie kończy się fascynująca muzyka z płyty  "Report". Niejednoznaczna, niepokojąca... i bardzo wciągająca. Motywy  militarne obecne na całej płycie przesądzają o jej formie. Ta bardzo sugestywnie oddana mechaniczność, determinacja - elementy wyraźnie widoczne w sferze zmilitaryzowanej wyróżniają tę płytę spośród  innych polskich wydawnictw. Ważne jest przesłanie, jakie podano przy zmianie nazwy labelu:

"Jesteśmy i zawsze byliśmy tylko wydawnictwem muzycznym. Nie ma w tym ukrytej jakiejkolwiek propagandy. Ani lewicowej, ani prawicowej, ani żadnej. Ale okazuje się, że w tym świecie wojen, kłamstw, głodu, śmierci, chciwości i propagandy nawet same takie słowa nie są mile  widziane"







niedziela, 28 sierpnia 2011

Przemysław Rudź - Jestem wielkim piewcą wolności człowieka


     Warto czasem spenetrować pozornie hermetyczne zakamarki niszowych gatunków muzyki, w których natknąć można się na interesujących twórców. Jednym z nich jest Przemysław Rudź  - utalentowany kompozytor z Gdańska, którego dokonania mają coraz więcej wielbicieli na wąskim rynku polskiej klasycznej elektroniki ale również poza granicami kraju.  Regularnie nagrywa nowe płyty, a kolejna premiera już na jesieni. Postanowiłem przybliżyć jego postać Czytelnikom i zadałem artyście kilka pytań:

1)      Prowadzisz bardzo aktywne życie: nagrywasz płyty, napisałeś kilka książek, wygłaszasz prelekcje i wykłady, bierzesz udział w zlotach astronomicznych, pracujesz jako freelancer, bawisz się, znajdujesz także czas dla swoich najbliższych. Jak udaje Ci się pogodzić tyle spraw?

PR: Dobre pytanie! Tym bardziej, że generalnie nie jestem człowiekiem, który jest jakoś specjalnie uporządkowany, zdyscyplinowany, którego życie ma z góry założony harmonogram. Większość z tego, co udało mi się dokonać wyłoniło się z chaosu. Pracuję zrywami przedzielonymi okresami błogiego lenistwa. Natchnienie to dobre słowo, choć prawdziwy  sens jego realizacji przypisuję większym i bardziej zasłużonym ode mnie.  Tak czy siak, takie okresy pozornej bezczynności pozwalają ładować moje mózgowe baterie potencjałem inspiracji, a ciało siłami fizycznymi niezbędnymi do podtrzymania aktu tworzenia.

2)      Kiedyś powiedziałeś  że dużo ludzi prowadzi „życie ograniczone do jedzenia i wydalania, pracy i spania, kopulacji...”.  Jako artysta masz coś własnego do przekazania, ponad przyziemne sprawy. Co Cię inspiruje, jakie masz przesłanie dla świata?

PR: Dowodem na takie życiowe credo wielu jest wielomilionowa publiczność różnego rodzaju sitcomów, telewizyjnych show i seriali, lektury brukowców oraz temu podobnych rozrywek.  Rzuca się więc łatwo w oczy brak dążeń, aspiracji, czy elementarnej chęci spełniania indywidualnych marzeń. Ludzie ci znajdują substytut własnego szczęścia w postaci ekranowej papki i sukcesów podobnych sobie przedstawicieli tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Jeżeli dodamy do tego modną w  cywilizacji Zachodu postawę, że najważniejsze to być i mieć, „vox populi” z jego stosunkiem roszczeniowym (to i to mi się należy), zawiść, brak życzliwości, obraz naszego świata nie napawa optymizmem.

Jestem wielkim piewcą wolności człowieka. Niezbywalnego prawa do realizacji swoich planów, kreowania przedsięwzięć często daleko wykraczających poza aktualne możliwości. Chciałbym, żeby planeta ta była domem dla takich właśnie istot, które w rozumnym indywidualizmie potrafią współdziałać w imię wyższych idei. Postęp nauki i medycyny, sięganie ku krańcom Wszechświata, czynienie świata lepszym dla nas i przyszłych pokoleń. Być może to utopia, ale zawsze jest ku czemu zmierzać...

Nie ufam zarazem wszelakim instytucjom, które tą wolność ograniczają, a sens swojego istnienia tłumaczą tzw. czynieniem dobra. Jeżeli np. patrzę na obrady naszego parlamentu, to aż nadto przekonuję się, że wielki czterdziestomilionowy naród skazany jest na działalność legislacyjną intelektualnych miernot, których horyzont myślenia nie wykracza poza termin następnych wyborów. Zresztą w Parlamencie Europejskim sytuacja niewiele się różni...


3)      Zauważyłeś pewnie, że miłośnicy muzyki elektronicznej to często czytelnicy fantastyki, miłośnicy astronomii, pasjonaci świata nauki. Jak byś wytłumaczył tę szczególną zależność?

PR: To ludzie, którzy poza codzienną egzystencją posiadają drugi, o wiele głębszy świat przeżyć wewnętrznych. To osoby wrażliwe, czasem niepozorne, schowane gdzieś za niewidzialną ale szczelną kurtyną. Niektórzy z nich może nawet czują się zaszczuci przez rzeczywistość, stłamszeni przez system. Lektura opowieści o lotach kosmicznych, przygodach bohaterów zdobywających nieznane pozaziemskie światy, a do tego regularne studium nowinek naukowych, odkryć i temu podobnych kwestii, skutecznie pomijanych w wiodących środkach masowego przekazu, sprawia, że to oni daleko bardziej i pełniej rozumieją otaczający nas świat niż przeciętny człowiek. Ich nie obchodzi, czy w tysięcznym odcinku telenoweli Irenka rozwiedzie się ze Staszkiem. Ile osób zastanawiało się dlaczego ptak potrafi latać, albo w jaki sposób powstaje obraz w ludzkim oku, czy dlaczego nagle urywa się Lacrimosa w Requiem Mozarta? Pytań jest całe mnóstwo i właśnie tego typu ludzie łakną na nie odpowiedzi. Są przy tym uodpornieni na demagogię, krytycznie przyjmują polityczną propagandę, potrafią uzasadnić swój punkt widzenia, czy godzinami rozprawiać o swoich pasjach...


   4)  Któregoś razu wspomniałeś mi: „Każde przelanie ludzkiej myśli na papier, ubranie w słowa  powoduje,  że ona się materializuje, inaczej by jej nie było, zostałaby niezauważona w kosmicznym chaosie. To jedna z cech człowieka, która odróżnia go od zwierząt, że poza wrodzonymi instynktami potrafi coś stworzyć” Czy będziesz dalej pisał książki?

PR: Oczywiście! Jesienią tego roku ukaże się kolejny przewodnik astronomiczny, który jednak wyczerpuje formułę tego typu wydawnictw mojego autorstwa. Nie chcę popełniać z każdym nowym tytułem swoistego autoplagiatu. Poza tym przy aktualnym poziomie czytelnictwa, zwrot finansowy z tego typu przedsięwzięcia w najlepszym razie jest daleko odłożony w czasie, choć generalnie i tak nie jest w stanie godnie zrekompensować poniesionych wyrzeczeń i ogromnego nakładu pracy. Pewne jednak jest, że coś w przyszłości jeszcze popełnię, może zwrócę uwagę i skoncentruję się na popularnych ostatnio e-bookach z ich bezpośrednim dostępem do Czytelnika, bez pośrednictwa żadnego wydawnictwa.


5)      Tworzysz muzykę dla ludzi lubiących rozmyślać, penetrujących swoje ego. Na swojej stronie piszesz: „Kontrola nad każdym aspektem brzmienia, tworzenie nowych barw i modyfikowanie już istniejących (…), daje poczucie pełnej wolności”. A  jednak niedawno postanowiłeś to rozszerzyć i nawiązać współpracę z Władysławem Komendarkiem „geniuszem egzystującym w podziemiu”. Jak do tego doszło?

PR: Zacytuję tu fragment tekstu, jaki pojawi się we wkładce do naszego albumu, a który doskonale w moim odczuciu odda atmosferę, w jakiej doszło tej współpracy:

„Kulisy powstania tego albumu są niezwykłe. Wystarczyło jedno spotkanie i krótka wymiana zdań z okazji koncertu Władka, aby po jakimś czasie pomysł wspólnej płyty nabrał realnych kształtów. Znając i ceniąc muzyczny dorobek Gudonisa wiedziałem, że im bardziej progresywny materiał przygotuję, tym chętniej weźmie On udział w przedsięwzięciu. Gdy miałem już wstępnie zmiksowane utwory, to choć brzmiące świetnie i pełne rozmachu, oczywiste było, że sporo w nich jeszcze brakuje, aby mogły ujrzeć światło dzienne. Gdy odebrałem wreszcie długo wyczekiwaną płytę DVD ze ścieżkami nagranymi przez Władka, po wstępnym miksie niemal nie spadłem z krzesła. To było to, o co chodziło! Internet pokazał tu swe jasne oblicze. Płyta duetu Komendarek & Rudź to efekt ciężkiej i sumiennej pracy, dyscypliny czasowej i, co niezwykle istotne, wymiany ponad setki e-maili, bez których trudno byłoby nam przekazać jeden drugiemu uwagi, osobiste życzenia i sugestie.”


6)      Przesłuchałem fragment Waszych nowych wspólnych dokonań. Kapitalna muzyka. Wiem, że ta płyta będzie dużym wydarzeniem w naszym małym światku fanów muzyki elektronicznej. To ciekawe połączenie: nieujarzmiony sceniczny szaman Komendarek i skupiony na swojej pracy, „okresowo” dyscyplinujący się Przemysław Rudź.  Łączy Was jednak kilka spraw: obaj dysponujecie dużym potencjałem i rewelacyjnie miksujecie różne brzmienia. Co powstaje z takiego zderzenia jasno świecących komet?

PR: Jak na razie powstała płyta „Unexplored Secrets Of REM Sleep”, która jest muzyczną ilustracją tego, co chyba każdemu z nas przytrafia się podczas marzeń sennych. Cudowna byłaby świadomość, że nasi Słuchacze, ciepło odebrali zawartość krążka i włączyli do swego żelaznego kanonu ulubionych el-muzycznych albumów. Osobiście uważam, że płyta jest godna większej uwagi nie tylko ze względu na udział legendarnego Władka Komendarka, ale może też dlatego, że rzadko w naszych czasach można spotkać tak eklektyczne i świeże podejście do tematu. Może to brzmi nieskromnie, ale gdybym nie czuł, że to może być coś naprawdę dobrego, nigdy nie zdecydowałbym się na publikację materiału. Czy kiedyś jeszcze zrobimy coś wespół z Gudonisem? Czas pokaże, choć frajda ze współpracy z nim prędzej czy później przypomni mi ten niesamowity projekt. Muzyczne przyjaźnie zawiązywane są wszak na lata!

7)      Bardzo jestem ciekaw w jakim kierunku rozwinie się Twoja kariera. Życzę Ci, abyś siłą swojego talentu przebił dla tej muzyki mury ludzkiej ignorancji i pozyskał jej wielu nowych wielbicieli.

PR: Kolejny album solowy, o roboczym tytule „Back To The Labyrinth” to mój powrót do odległych czasów szkolnego zespołu, który miał aspiracje aby grać rocka progresywnego i dzięki któremu w ogóle zacząłem myśleć poważnie o muzykowaniu. Będzie to próba uchronienia od zapomnienia części tamtych kompozycji, oczywiście w kompletnie zmienionej formie, nowoczesnej aranżacji i instrumentacji. Szkielet kompozycji już jest gotowy, a ostateczny efekt powinien udowodnić, że album duetu Komendarek & Rudź, to nie był przypadek.

      Bardzo dziękuję za miłe słowa o mojej muzyce oraz możliwość udzielenia odpowiedzi na powyższe pytania. Zainteresowanych moja twórczością zapraszam do kontaktu za pomocą poczty elektronicznej, śledzenia mojej strony internetowej, profilu na Facebooku.



piątek, 26 sierpnia 2011

Baffo Banfi - The Sound Of Southern Sunsets


    Giuseppe "Baffo" Banfi, włoski klawiszowiec, swoją muzyczną karierę zaczynał w latach 70. Grał w  Biglietto per l'Inferno (cóż za  prowokacyjna nazwa: bilet do piekła),  zespole z gatunku progresywnego rocka. Podczas tournee Klausa Schulze po Italii w 1975 r. doszło do spotkania tych dwóch muzyków. Niemiecki kompozytor uznał, że w Banfim tkwi niemały potencjał i pomógł mu wydać analogowe płyty - "Ma, dolce vita" 1978  i"Hearth" 1979 w  Innovative Communicaton. Kilka lat później w 1988 r. ukazuje się składanka plus parę nieznanych utworów na kompaktowym dysku The Sound Of Southern Sunsets. Jego zawartość dobrze oddaje pogodny charakter muzyki autora. Giuseppe ciekawie rozwija tematy, serwując rozkołysane melodie i przenikające serce solówki (Oye Cosmo Va). Wesołe rytmy gra z rozmachem właściwym  muzyce filmowej i idealnie nadające się jako podkład do westernów (Quelle Dolce Estate). Pewne fragmenty obsesyjnie się powtarzają, a  muzyka sprzyja bujaniu w obłokach. Czego jak czego, ale poczucia humoru nie sposób odmówić temu sympatycznemu Włochowi - ujawnia się ono w tytułach utworów. W Vino, Donne e Una Tastiera (Wino, kobiety i jedna klawiatura) słychać miłą melodię unoszącą się coraz wyżej i wyżej  niczym ze stopnia na stopień. Z kolei w Astralunato  Baffo ciekawie moduluje  ludzki głos. Miłośnikom dłuższych kompozycji może przypaść do gustu suita Fantasia Di Un Pianeta Sconosciuto. Pełno w niej kosmicznych efektów, wystrzałów, muzyka przyspiesza niczym rozpędzona rakieta, artysta epatuje zestawieniem pewnych podobnych wątków i wprowadza dynamiczne sekwencje. Treść kolejnych minut tej suity to trochę  pogłosów, dalszy wzrost prędkości, mocne nasycenie dźwiękami spectrum i królestwo sekwencji. Kompozytor (podobnie jak jego niemiecki promotor) wpada w pewien rodzaj amoku, stan  uniesienia, aż wreszcie ogranicza  natłok instrumentów, oczyszcza muzykę do rytmu (który przypomina mi stukot przejeżdżającego pociągu), po czym wszystko cichnie w oddali... Ostatnie trzy utwory  potwierdzają dotychczasowy pozytywny przekaz. Witalność, energia, relaks. Doskonała gra na perkusji i gitarze. Ta lekkość, z jaką Włochowi przychodzi komponowanie  zgrabnych kawałków na granicy popu, jest wręcz godna podziwu.
     Szkoda, że jego kariera zakończyła się na kilku krążkach.



wtorek, 23 sierpnia 2011

Michael Rother - Esperanza





      Niemiecki kompozytor Michael Rother jest bardzo barwną postacią, gitarzystą i multiinstrumentalistą kooperującym z wieloma znanymi muzykami. Współpracował z zespołem Kraftwerk, wspierając go we wczesnych latach 70., głównie na koncertach. Pomagał przy pięciu projektach krautrockowego zespołu Neu! i czterech płytach tercetu Harmonia, gdzie nagrywał muzykę wspólnie z Hansem-Joachimem Roedeliusem i Dieterem Moebiusem. Lista jego przyjaciół składa się ze znaczących dla muzyki elektronicznej i rozrywkowej nazwisk i jest o wiele dłuższa. Sama w sobie stanowi bardzo ciekawą lekturę. Dość powiedzieć, że w Harmonii współpracował z Brianem Eno, a pozyskać go do sesji chciał sam Dawid Bowie. Mimo tak wybornego towarzystwa ten oryginalny i pełen pomysłów klawiszowiec wydaje się być mało znany w naszym kraju. Jego debiutancki solowy album "Flammende Herzen" z 1977 wydano w ponadmilionowym nakładzie. Mnie przypadła go gustu ósma solowa płyta wydana przez własną firmę muzyka - Random Records - Esperanza z 1996. Jest to zbór siedemnastu krótkich nagrań, z których większość trwa mniej niż cztery minuty. Mimo tak krótkiej formy autorowi udało się zmieścić na nich sporo pomysłów. Są tu dziwne konstrukcje rytmiczne i wymyślne melodie, często o romantycznym zabawieniu, szybkie przebieranie palcami po strunach gitary i zapętlone sekwencje. To muzyka nieprzewidywalna i jednocześnie elegancka. Czasami słychać w niej orientalne motywy (Wolkenwelt). Rother nie waha się skutecznie stosować prostych zabiegów studyjnych takich jak ujmowanie i dodawanie barwy granych właśnie tonów, co sprawia wrażenie grania na żywo (Spirit of '72). Dobrze pasuje do tych dokonań tytuł innej płyty Michaela: kocia muzyka. Czasami motywy zanikają, sugerując koniec utworu, ale za chwilę powracają. Mimo użycia wielu sampli czuć na całości indywidualne piętno Michaela. Trzeba też przyznać, że w jego produkcjach można usłyszeć rzadko spotykane dźwięki. Wszystkie kolejno następujące utwory układają się w harmonijną opowieść, co daje dużo satysfakcji podczas słuchania.

    Michael Rother do dziś aktywnie gra z przyjaciółmi koncerty w różnych krajach. Ostatnio w maju 2011 w Japonii podjął się muzycznej oprawy instalacji Noritoshi Hirakawy. Można wyciągnąć z tego wniosek, że artysta jeszcze nieraz zaskoczy słuchaczy.