poniedziałek, 13 czerwca 2011

VI Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2010


   Niewiele brakowało aby tegoroczne EPM nie doszły do skutku. Aura była niesprzyjająca, wiatr płatał figle i targał sceną.  Najpierw impreza miała odbyć się na Starówce pod otwartym niebem, potem niewielka przestrzeń pod sceną olsztyńskiego amfiteatru zmusiła do drastycznej modyfikacji swojego programu Teatr Ognia „Exodus”. Mimo tych problemów i obaw pogoda się wyklarowała i publiczność chociaż odwołano imprezę, wiernie oczekiwała na początek koncertów. Jako pierwszy wystąpił duet Electronic Revival. Dwóch energicznych muzyków postanowiło swoje wyróżniające cechy zewnętrze przekuć na zalety. Marcina i Tomasza zareklamowano jako największy gabarytowo elektroniczny duet w kraju. Faktycznie, zasobne w kilogramy ciała muzyków, jak się okazało nie były przeszkodą w stworzeniu dynamicznego show. W krótkim programie zagrali El-muzykę przystępną, ciepłą, okraszoną gitarowymi solówkami oraz urozmaiconą melodyjnymi zaśpiewami. Pod koniec pokazu grupa dała wyraz swoim rockowym pasjom i bardzo ostro połączyła heavy metal z elektronicznym rockiem. Widać było że muzycy dobrze się czują w swoim stylu, sprawia im to przyjemność i umieją robić to co lubią. Wyglądało to bardzo sympatycznie, aczkolwiek koncertowali trochę za krótko. Po blisko półgodzinnej pierwszej części na scenie pojawia się Andymian ze swoją żoną Elą, a pod sceną przyciągają oczy oryginalnie ubrani członkowie Exodusu. Andrzej Mierzyński gra niecodzienną odmianę muzyki, od lat nie poddając się komercjalizacji, realizuje kolejne ambitne projekty. To nie jest łatwa ani lekka forma muzyki elektronicznej. Korzeniami tkwiąca w progresywnym rocku lat siedemdziesiątych, o gęstej fakturze, bez widowiskowej oprawy dla oczu, być może nie zostałaby doceniona przez większość fanów gatunku. Jednak pomysł popularyzacji swojej muzyki poprzez połączenie jej z atrakcyjnym dla oczu obrazem, po raz kolejny znakomicie się sprawdził. Widz z zapartym tchem obserwujący ekwilibrystyczne wyczyny uzdolnionych aktorów-tancerzy, wchłania całość w przystępny sposób. Przyznaję że na małej powierzchni pod estradą poruszanie się z trudnym do kontrolowania ogniem dodawało akcji dużo emocji. Walka dobra ze złem, przedstawiona językiem ciała, poświęcenie bosych aktorów w kontakcie z pod zamkowym brukiem były to rzeczy doprawdy imponujące. Mimo iż tancerze ograniczeni niewielką przestrzenią placu zrezygnowali ze skoków przez wielką ścianę ognia na której postawienie w tym miejscu nie było technicznych możliwości. Warto wspomnieć jeszcze o coraz częstszym udziale Eli w projektach męża. Jej wokalizy narzucają pewien teatralny styl całości muzycznej oprawy ale nie wydaje mi się to wadą tylko cechą. Jest to też bardzo krzepiący przykład dobrej małżeńskiej współpracy – zjawisko wcale nie tak częste w obecnych czasach. Podsumowując: udana impreza, dwa kontrastowe, różnorodne widowiska nie pozwalały się nudzić.
   Co zobaczymy za rok? Czas pokaże. Póki co, Elektroniczne Pejzaże Muzyczne mają się dobrze.