środa, 11 stycznia 2012

Insomnia - Można czasem złamać schematy



1) "Insomnia" to dwóch przyjaciół z Łodzi: Adam Mańkowski i Łukasz Modrzejewski. W 2005 roku postanowiliście dać upust swojej kompozytorskiej pasji tworząc muzyczny duet. Nad czytaniem, słuchaniem i oglądaniem wzięła górę chęć tworzenia swoich projekcji  otaczającego świata.  Jak do tego doszło?

A: Gdy wspominam rok 2005, to odnoszę wrażenie, że narodziny Insomnii były bardzo naturalnym procesem - ilość muzyki, którą odkrywaliśmy w tamtym czasie, była naprawdę ogromna. Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej poznałem solowy, poboczny projekt lidera Porcupine Tree – Bass Communion. Ambientowe pejzaże zawarte na albumach Stevena Wilsona tak bardzo mnie oczarowały, że postanowiłem sam spróbować swoich sił w tworzeniu mrocznych, długich konstrukcji dźwiękowych. Tak właśnie wyglądała nasza muzyka na początku, właściwie pozbawiona rytmu czy jakichkolwiek beatów, była po prostu muzyką tła. 
Ł: Dodajmy, że na początku dość dziwnie patrzyłeś na moje fascynacje na przykład „Ghosts on Magnetic Tape” (śmiech). Znamy się i tak znacznie dłużej, słuchaliśmy podobnej muzyki, w niektórych kwestiach mamy bardzo podobne gusta, choć w innych radykalnie się różnimy. Dla mnie muzyka, w ogóle dźwięk był od dziecka czymś najważniejszym. Zawsze miałem też dość zróżnicowany gust i choć lubię, cenię artystów z różnych muzycznych półek, to twórczo chciałem tworzyć coś z pogranicza takich grup, jak Nurse With Wound, Hafler Trio czy Throbbing Gristle.

2) Nazwa projektu "Insomnia". Czy inspirowaliście się książką Lema, Kinga, lub tytułem filmu Christophera Nolana? A może to po prostu wyraz niepokoju jaki towarzyszy zaburzeniom snu?

Ł: Insomnia, znaczy „bezsenność”. Generalnie, niczym wprost się nie inspirowaliśmy, przynajmniej w sposób jawny, świadomy. Niemniej bardzo lubimy książki Kinga czy Lema, podobnie jak filmy Nolana. Chociaż jego „Bezsenność” widziałem dopiero dwa albo trzy lata temu. Bardzo podobała mi się jego „Incepcja”.
A: Zazwyczaj nazwy muzycznych projektów powstają dość przypadkowo i spontanicznie, w naszym przypadku też nie było inaczej. W bardzo upalny, czerwcowy dzień 2005 roku pracowaliśmy nad muzyką i zdecydowaliśmy, że w końcu wypadałoby jakoś sformalizować nasze poczynania. Wybrać nazwę, założyć stronę internetową itd. Nazwa nie jest szczególnie oryginalna czy też unikatowa, nie była też zaczerpnięta z konkretnej książki czy filmu (chyba, że podświadomie). Chcieliśmy aby zawierała w sobie ludzki pierwiastek, aby kojarzyła się bądź opisywała ludzkie zachowania, procesy życiowe, a że obaj prowadziliśmy i do dziś raczej preferujemy nocny tryb życia, to bezsenność okazała się najbardziej trafna. Z jednej strony jest źródłem cierpienia i jednym z objawów depresji, a z drugiej strony nocna bezsenność może być twórczym okresem w pracy nad muzyką – tak właśnie często jest w naszym przypadku.

3) Wydaliście do tej pory dwie płyty: „Places” w 2010 i " Shadows and Mists" w 2011. Czy przez poprzednie klika lat szlifowaliście warsztat, szukaliście swojej formy wyrazu?

A: Tak, de facto to płyt bądź też kompilacji powstało już znacznie więcej, jednak dopiero od „Places” postanowiliśmy wyjść z naszą muzyką do szerszego grona odbiorców. Praca nad dźwiękami stanowi dla nas ogromną radość i początkowo zgrywaliśmy kompozycje jedynie dla siebie i grona najbliższych przyjaciół. Spływające do nas pozytywne sygnały i reakcje na muzykę Insomnii zachęciły nas do tego, aby zainwestować i własnym nakładem przygotować trochę płyt w wersji fizycznej. Po raz pierwszy zrobiliśmy tak przy okazji naszego innego projektu, Extreme Agony – „Grains” w lutym 2010 roku, później przy okazji „Places”, a teraz krążków „Shadows and Mists” było już znacznie więcej i - co jest bardzo miłe - większość już się rozeszła. 
Ł: W okresie przed „Places” Insomnia była projektem bardziej Adama. Można powiedzieć, że byłem kimś na zasadzie patrona czy ojca chrzestnego projektu. W 2006 roku założyłem niezależny label Larch Records, w którym wydajemy swoje albumy, do większości z nich robiłem także projekty graficzne. Dopiero przy okazji wspomnianego „Grains” rozpoczęliśmy muzyczną współpracę.

4) Waszą muzykę można różnie określić: elektronika, trochę ambientu, minimalizm, szczypta popu.  Ale domyślam się, że bardziej niż poddawanie się definicjom interesuje Was kreowanie pewnych wizji...

A: Tak, masz absolutną rację. Nasza muzyka ewoluowała przez lata i ocierała się zarówno o ambient, chłodniejsze dronowe brzmienia czy też przeróżne formy elektronicznego wyrazu. Dużo zależy od tego, co akurat w danym momencie nas inspiruje muzycznie, a ostatnio także filmowo, czego wyrazem jest właśnie „Shadows and Mists”. Te inspiracje często są zawiłe i zupełnie nie interpretowalne wprost, są po prostu naszym specyficznym systemem odbierania emocji i ich przetwarzania.
Ł: Bo my bardzo nie lubimy definicji, zawsze miałem z tym problem. Z jednej strony wszelkie gatunki to w dużej mierze wymysł krytyków. Z drugiej strony można powiedzieć, że przecież pewne rzeczy musiałyby zostać jakoś semantycznie określone. Jakby nie patrzeć, my skupiamy się na muzyce, jej słuchaniu, tworzeniu, poznawaniu, a nie na dopasowywaniu się do jakiegoś konkretnego gatunku.
A: Nie każdy wyraziłby nieme kino właśnie w taki sposób, jak my. Uważamy, że nie wszystko należy zamykać w ścisłych ramach, a wręcz przeciwnie - można czasem złamać schematy i zachęcić słuchaczy bądź też widzów do poszerzenia horyzontów odbioru. Być może właśnie takie podejście i te dźwięki będą inspiracją dla kogoś innego…

5) Słuchając "Shadows and Mists", płyty ciekawej i przemyślanej, odnoszę wrażenie, że jest tam  gradacja: pierwsze utwory mają w sobie odrobinę optymizmu, im dalej, tym więcej chłodnych klimatów. Jakby zanurzyć się  jeszcze bardziej we mgle...  Czy był to zamierzony efekt? 

A: Utwory na ten album powstawały w długim okresie czasu i zanim jeszcze przystąpiliśmy do wybierania i składania tracklisty wydawało mi się, że każdy z nich to odrębna, skończona forma. Na pewno jest w tym trochę racji i można o tej płycie powiedzieć, że jest mniej spójna niż poprzedniczka. Gdy zdecydowaliśmy się już na 6 kompozycji i ułożyliśmy je w całość, wówczas zacząłem odbierać tę muzykę trochę inaczej i faktycznie jest w tym coś z procesu, w którym zachodzą stopniowe zmiany. W utworze „Empire” jest dużo przestrzeni - motyw przewodni snuje się delikatnie w tle, a kompozycja kończąca to wręcz swoisty epilog swą formą skłaniający do przemyśleń i podsumowań. Określenie epilog nie jest przerysowane, bo tę kompozycję dograliśmy w ostatnim etapie prac nad „Shadows and Mists”.

6) W Waszej muzyce podoba mi się jej "drugie dno", czyli taka konstrukcja, która pozwala na wielokrotne słuchanie i odkrywanie  jej dodatkowych atrybutów. Macie zamiar trzymać się takiego podejścia do materiału?

A: To bardzo miłe spostrzeżenie, które daje wiele sił do dalszej pracy, bo jeśli słuchacze przy kolejnych odsłuchach potrafią odczytać w naszej muzyce inne, nowe emocje, to oznacza to, że struktura tych kompozycji nie jest jedno-linijna. Docierają do nas różne opinie i recenzje, ale wiem też, że każdy odbiera dźwięki subiektywnie, dla jednego będzie to jedynie zbiór kilku niezwiązanych ze sobą elektronicznych dźwięków, a dla kogoś innego te trzy kwadranse będą oznaczać interesującą muzyczną opowieść, być może dźwiękową ilustrację filmowych obrazów albo coś jeszcze innego. Jako słuchacz, poznając nowe płyty, zawsze doszukuję się w nich kilku płaszczyzn, im jest ich więcej, tym lepiej. To samo odczucie staram się przelać na dźwięki powstające pod szyldem Insomnia.
Ł: Widzisz, to w muzyce jest najpiękniejsze, że niczego słuchaczowi nie podpowiada, każdy interpretuje ją na swój sposób. Jeśli odkrywasz drugie, trzecie dno, to tym lepiej. My na co dzień też słuchamy dużo muzyki innych artystów i w bardzo podobny sposób ją postrzegamy. Każdy odbiera dźwięki na swój subiektywny sposób, a im bardziej coś mnie zaskoczy, tym lepiej. To chyba najlepszy komplement dla artysty, więc dziękujemy.

7) Na Waszej stronie internetowej dajecie wyraz fascynacji geniuszami czarnobiałego kina. Ja również lubię czasami do tego wracać. To ciekawe, że ta - patrząc okiem współczesnego odbiorcy - prymitywna technika potrafi do siebie przyciągnąć. Co jest w niej takiego intrygującego Waszym zdaniem? 

Ł: Nie zgadzam się, że kino nieme cechowało się prymitywną techniką. Niektóre rozwiązania i dzisiaj wydają się bardzo nowatorskie. Wystarczy spojrzeć na przykład na „Metropolis” Langa, „Pancernik Potiomkin” czy dokumentalne filmy Wiertowa, Audena, Griersona. Z krótszych form warto wspomnieć o rewelacyjnym, surrealistycznym „Psie andaluzyjskim” Luisa Buñuela i Salvadora Dali. Z rzeczy fabularnych, ale mniej znanych, bardzo lubię „Nietolerancję”. Filmy te są interesujące także od strony emocji. Widzisz, dzisiaj często, choć na szczęście nie zawsze efekty, estetyka idą w parze z emocjami, jakie powinien przekazywać film. Często dostajemy bardzo ładny obraz i na tym się kończy, bo fabuła jest tak płytka, że zmieściłaby się w dwóch, trzech zdaniach.
A: Należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rozwój technicznych możliwości jest wyznacznikiem dobrego kina? Moim zdaniem absolutnie nie, najcenniejszą wartością jest pomysł sam w sobie, sposób w jaki ukazane są sceny, emocje. Z łatwością można wskazać współczesne, wykorzystujące najwspanialsze efekty specjalne i techniczne rozwiązania - obrazy, które jednak nie zachwycają, ponieważ ich przekaz emocjonalny jest zatarty. Stare, w szczególności nieme kino jest urzekające, bo, choć pozbawione możliwości wyrazu za pomocą dialogów, wielokrotnie przyprawia mnie o dreszcze i podwyższony puls – tak silne są w swym wyrazie te sceny. Myślę, że już na stałe pozostanie mi sentyment do kultowego obrazu Murnau’a i scen ukazujących przerażenie w oczach Grety Schröder, czy też spojrzenie owładniętego głodem krwi wampira.
Ł: Oczywiście to nie znaczy, że obecnie nie kręci się dobrych, przesiąkniętych emocjami filmów.

8) Koniecznie zapytam o instrumenty. Czy preferujecie symulatory, laptopy czy korzystacie  również z tradycyjnego sprzętu?

Ł: Owszem, aczkolwiek na najnowszej płycie nie ma tradycyjnych instrumentów, za to na „Places” były na przykład klawisze. Natomiast pierwszy album Extreme Agony opiera się w dużej mierze na dźwiękach przetworzonych gitar, klawiszy oraz krzyków, szeptów, przeróżnych modyfikacjach mojego głosu.
A: Na chwilę obecną korzystamy z dwóch laptopów, samplera, kilku różnorodnych generatorów brzmieniowych i klawiatury sterującej. A z tradycyjnego instrumentarium, tak jak Łukasz wspomniał – wykorzystujemy czasami  gitarę akustyczną i elektryczną – wciąż szlifujemy warsztat w tym kierunku i być może z czasem brzmienie żywych instrumentów stanie się stałym elementem na naszych płytach.

9) Mając tak zwarty i dobrze przygotowany materiał realizujecie się na koncertach?

A: Do koncertów przygotowujemy się intensywnie od jakiegoś czasu. Wciąż jeszcze nie mamy pełnego kompletu sprzętu, aby móc zagrać naszą muzykę na żywo bez uciekania się do odgrywania pewnych fragmentów z gotowych plików. Tu ograniczeniem są niestety finanse, ale całą energię wkładamy teraz w to, aby tę sytuację zmienić i mamy nadzieję, że latem bądź jesienią tego roku uda się stanąć na scenie i zaprezentować „Shadows and Mists” w wersji live.
Ł: Przygotowanie koncertu nie jest wcale takie łatwe. Poza tymi wszystkimi kwestiami ekonomicznymi i technicznymi, graniem fragmentów z pada, co w przypadku elektroniki w mniejszym lub większym stopniu jest nieuniknione, zostaje jeszcze problem miejsca. Jeśli znajdzie się jakiś klub i organizator to jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje.

10) Muzyk ma w sobie wenę, która go napędza do ciągłej kreacji. Domyślam się, że pracujecie nad trzecią płytą?

A: Mamy już pewne pomysły na to, co dalej. Temat starych filmów wciąż pozostanie na pierwszym planie, a nawet zostanie potraktowany znacznie poważniej. Chcemy przygotować ścieżkę dźwiękową do pełnometrażowego niemego filmu. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, ale chcemy wybrać ważny dla nas obraz, taki, który nie doczekał się dotychczas dźwiękowej ilustracji.
Ł: Chcemy znaleźć też coś w miarę oryginalnego. Poza tym aktualnie pracujemy, a raczej dopracowujemy drugi album naszego projektu Extreme Agony. Adam ma jeszcze inne projekty, więc będzie też pochłonięty nimi.

Życzę zatem sukcesów i dziękuję za wywiad!

Linki do stron związanych z zespołem:
http://soundcloud.com/insomnia-pl
http://shadowsandmists.wordpress.com/
http://www.facebook.com/insomniapl
http://insomnia-pl.bandcamp.com/








niedziela, 8 stycznia 2012

Johannes Schmoelling - Time and Tide

 
     Każda kolejna płyta jaką nagrywa Johannes Schmoelling cieszy się dużym zainteresowaniem. Nic dziwnego, zważywszy na jego udział w legendarnym zespole Tangerine Dream, oraz kilka solowych płyt z których może być dumny. Pamiętam też jego energiczny sceniczny image, jaki pokazał na polskich koncertach T.D. w Warszawie zimą 1983r. Ale o tym szerzej napiszę innym razem. Najnowsza płyta "Time and Tide" reprezentuje dobry, profesjonalny poziom. Nie tylko pod względem opanowania instrumentów czy warsztatu, bo to logiczne przy jego wieloletnim doświadczeniu. Istotny jest fakt że Schmoelling dalej jest pomysłowy. W pewnym momencie każdemu artyście ciężko jest przeskoczyć samego siebie i zaoferować coś nowego, atrakcyjnego. Jednak w przypadku ambitnego Niemca tak nie jest - wena mu dopisuje. Słuchając nagrań z "Time and Tide" odnoszę wrażenie że komponowanie przychodzi mu lekko. Poszczególne fragmenty płyty zawierają w sobie zarówno pozytywne emocje jak i refleksję. Johannes umiejętnie rozkłada akcenty, nie nużąc ciągle tymi sami pomysłami. Muzyka ma często charakter ilustracyjny i jest zróżnicowana (Splendid Isolation, The Gift). Niesie ze sobą dużo energii i spontaniczności (Lone Warrior). Spodobać się może solo na fortepianie w "The Answer".  Dalej, w "Zero Gravity" Johannes ładnie wyeksponował poszczególne motywy, przestrzeń i stereofonię. "Beacon Of Hope" faktycznie jest optymistyczny i przyjemny, a pełen napięcia "Life In The Dark" nadaje się na tło filmu akcji. Całość kończy wielowątkowy "Genetic Diversity" i tytułowy "Time and Tide". Zresztą, jedną z cech charakterystycznych tej muzyki jest różnorodność i złożoność. W ciągu kilku minut trwania utworów zmienia się parę razy tempo i nastrój. Tez zabieg może nie pozwala na bardzo głębokie doznania, ale chroni przed nudą.
   Johannes Schmoelling ponownie o to dla nas zadbał.



sobota, 7 stycznia 2012

Marek Biliński - Mały Książę


     Marek Biliński jest jednym z niewielu krajowych muzyków którzy nagrywając programową muzykę elektroniczną osiągnęli medialny sukces. W latach 80. ubiegłego stulecia stał się bardzo znany i do dziś obok Józefa Skrzeka i Niemena jest najszybciej kojarzony z taką twórczością. Pamiętam jeszcze konkurs na tytuły utworów do pierwszej jego płyty "Ogród króla świtu". Ogłosił go Jerzy Kordowicz w PR III Polskiego Radia. I pamiętam też tę satysfakcję że i u nas w kraju mamy tak uzdolnionych kompozytorów. Faktycznie, już od debiutanckiego albumu udało się Markowi wylansować autentyczny przebój: "Fontanna radości" a później niesamowity "Dom w Dolinie Mgieł". Na pewno w ugruntowaniu renomy pomógł mu też teledysk "Ucieczka z tropiku". Marek koncertował i nagrywał kolejne płyty popularyzując skutecznie muzykę elektroniczną w kraju i za granicą. Po czterech latach spędzonych w Kuwejcie, czterech albumach z lat 80. były widowiskowe występy w latach 90 i wysokie miejsca w rankingach popularności. W międzyczasie twórczość teatralna, baletowa, filmowa i oprawy programów telewizyjnych. Ale muzyki na płytach ukazało się później niewiele. Po trochę kontrowersyjnej "Fire" z 2008r, dwa lata później - miła niespodzianka. Marek Biliński wraca z bardzo dobrą, retrospektywną płytą "Mały Książę". Ta przestrzenna muzyka, ideowo oparta na kilku wcześniejszych pomysłach, fragmentach nagranych na Polymoogu z lat 80., poddana została nowej aranżacji. Ale klimat starych analogowych syntezatorów pozostał. I to jest piękne! Czternaście krótkich utworów zainspirowanych książką Antoine'a de Saint-Exupéry'ego tworzy przyjemną w odbiorze mieszankę różnorodnych tematów. Czasami są to fragmenty ciepłe i sentymentalne (Miłość), a czasami dynamiczne, przebojowe, w których Marek ujawnia swoją wysoką manualną sprawność. Tematy Małego Księcia i Róży przeplatają się wzajemnie, dając artyście pretekst do zagrania kilku krótkich, ale ekstrawaganckich solówek (Róża, Pożegnanie Róży). Na tej płycie usłyszeć można również dużo akcentów kosmicznych (Katastrofa) i wstawek niemal transowych (Na Ziemi), tak popularnych w muzyce Bilińskiego blisko trzy dekady wcześniej. "Mały Książę" to dobra muzyka.
     Być może niektórzy będą mieli za złe powtarzalność głównych motywów, ale ja słucham tych dokonań z prawdziwą przyjemnością, doceniając starania kompozytora.




piątek, 6 stycznia 2012

Tangerine Dream - Mona Da Vinci



      Cieszę się że nie piszę recenzji dla jakiegoś sklepu muzycznego aby im podnieść poziom sprzedaży. Możliwość wyrażania tego co się naprawdę myśli jest przyjemnym aspektem wolności. Każdy był kiedyś w dyskoncie i widział te same produkty mleczne stojące w szeregu. Również w fabryce samochodów, rzędy lśniących egzemplarzy tego samego modelu gotowe do zejścia z taśmy. Coś podobnego przychodzi mi na myśl gdy słucham nowych płyt Tangerine Dream. Przypominają one artykuły do masowej konsumpcji. Bardzo podobne do siebie kompozycje z płyty "Mona Da Vinci" wydanego jako CUPDISC (EP) z 2011r, są pozbawione cech wybitnych. Nie zapadają w pamięć, nie są oryginalne. Papka serwowana przez Edgara Froese obnaża jego artystyczny marazm. Nie potrafi uwolnić się od brzmień jakie kiedyś znalazł i uznał za warte publikacji. Jednak to, co zachwycało na "Stuntmanie", "Hypeborei" czy "Poland", przetrawione po raz tysięczny jest po prostu mdłe. Wielka szkoda że Tangerine Dream - kiedyś marka znakomitej muzyki, symbolu żmudnych artystycznych poszukiwań, jest dzisiaj pretekstem do głównie handlowych działań. Być może nie jest to wina Edgara Froese, tylko taki jest otaczający nasz, zły świat? Teraz wartości ulegają spłyceniu, a liczy się być kimś i dużo mieć... Wracając do muzyki. Z tej fali nijakości zalegających "Mona Da Vinci" wyróżniłbym jednak kompozycję "Phantoms And Oracles" - wykonane z zapałem przez Zlatko Perica solo na gitarze odrobinę odróżnia je od reszty, oraz ostatnią - "Hunting For Illusions" utwór mający w sobie pazur, dramatyzm i odpowiednią dynamikę. Choć to oczywiście nic nowego pod słońcem. Przeczytałem swoje wcześniejsze recenzje nowych płyt Tangerine Dream. I zauważyłem z przykrością, że też się powtarzam w używaniu określeń i przymiotników mających oddać istotę tego "problemu".
   Ale trudno znaleźć poezję na półkach spożywczego marketu.






czwartek, 5 stycznia 2012

Remote Spaces - Silos



      Ta płyta to już historia polskiej muzyki elektronicznej. Dwóch zdolnych kompozytorów: Krzysztof Horn i Konrad Jakrzewski stworzyło dość ambitny projekt w ciekawych klimatach starych mistrzów gatunku. Album "Silos" został nagrany około 2000/2001 roku, a wydany przez Requiem Records w roku 2004. Bardzo ciekawa okładka zaprojektowana przez Łukasza Pawlaka z silosem sfotografowanym przez Daniela Robaszewskiego zapowiada treść cokolwiek tajemniczą. Faktycznie muzyka jest spokojna, fragmentami melancholijna, a jednocześnie intrygująca. Jak na klasyk przystało, sporo o niej można przeczytać w Internecie. Dodać od siebie pragnę, że muzycy wykorzystując wzajemne oddziaływanie, chemię jaka bez wątpienia przez kilka lat między nimi istniała, nagrali delikatną, wielobarwną, nadającą się do częstego odsłuchu muzykę. Choć składa się ona z popularnych kiedyś składników, nadali swemu dziełu wysoką jakość. Próby odtworzenia klimatu kosmicznych przestrzeni zapisywane przez wielu zdolnych przedstawicieli Szkoły Berlińskiej, w wykonaniu Remote Spaces są wyjątkowo udane. Celebrowanie nastroju, powolne rozgrywanie pomysłów tak, aby na końcu ubrać je w przystępniejszą formę, to jeden z atutów i sposobów duetu na realizację. Najbardziej "przebojowa" i tchnąca szczególnym ciepłem jest "Arpematik Part 2". Korzystając z okazji, poprosiłem Krzysia Horna o wyłuskanie paru nieznanych szerzej szczegółów dotyczących realizacji:
"Płyta miała się nazywać "Infrared" - podczerwień w pierwotnych założeniach, ale zmieniły się one właśnie po koncercie na Mooszelce. Materiał był podwójnie miksowany. To co dostałem od Jerzyka 3N zremiksowałem ponownie. Gdzieś jest on jeszcze w stanie surowym, przed moim ostatecznym miksem. Myślę, ze ma go Maciek "Juma" Gozdek. Wiele osób pyta o nazwę "Arpematik".To skrót od mathematic arpeggiator - arpe-matic: matematyczny pasaż. Przebiegi w tym kawałku (mam na myśli drugą część) były zaprogramowane na podstawie funkcji matematycznej. Pierwsza część z kolei powstała pod wpływem "Aqua" Froese'go. "Silos" - tytułowy kawałek to oczywiście ukłon w stronę Schulze, a "Świt" to Mandarynki lat 80-tych. Więc generalnie każdy utwór powstał pod wpływem czyjejś muzyki, dwa pierwsze Infraredy nagrał Konrad, znając jego upodobania pewnie wzorował się na TD. Jeszcze dodam, ze sam Arpematik miał być osobnym materiałem, po jakimś czasie dograłem 3 część, ale mam tylko skopaną wersję z koncertu w Jeleniej Górze na Ricochet Gathering. Na Jamendo skleciłem to do kupy: http://www.jamendo.com/pl/album/95880. Arpe2 powstał pod wpływem klubowej składanki drum'n'bassowej [smile]. Miałem w tamtych czasach kumpli DJ-ów, którzy podrzucali mi inne klimaty, żebym jak on twierdzili - zaczął grać normalną muzykę [smile]".
Tyle współautor nagrań Krzysztof Horn. Cóż jeszcze można dodać?

   Uważam że dobrej muzyki powinno się przede wszystkim słuchać, a dopiero później o niej  dyskutować, zapraszam więc tych których jeszcze nie znają tego zapisu do premierowego dla nich odsłuchu na Jamendo: http://www.jamendo.com/es/album/95712. 


środa, 4 stycznia 2012

Ultravox - Rage in Eden


      Ultravox "Rage in Eden" z 1981r. to moja ulubiona płyta tego zespołu. Grupa uwolniła się wreszcie od grania w manierze Kraftwerk, odczuwalnej na albumie "Vienna" i wydała znakomity materiał będący kwintesencją ich własnych przemyśleń. Dynamiczne kompozycje, ułożone w dopasowany logicznie ciąg, przez wiele lat porywały mi nogi do wybijania rytmu, a rękę w celu wzmocnienia potencjometru głośności sprzętu, do granicy tolerowanej przez uszy sąsiadów. Pomijając pierwszą, trochę komercyjną w warstwie muzycznej piosenkę "The Voice", pozostałe nagrania są rewelacyjne. Prawdziwa uczta dla młodego człowieka, który ma wysokie zapotrzebowanie na "inteligentny hałas". Ale i teraz, po 30 latach, dobrze mi się tego słucha. Tak więc "We Stand Alone" po dziwnej wstawce syntezatora, szybko wciąga swoim rytmem. Gdy Midge Ure zastanawia się - "Być może poszliśmy za daleko" - ekspresyjna perkusja wspaniale współgra z basową frazą. Rytmiczna gitara i wyraziste solo syntezatora idealnie uzupełniają resztę spektrum. Tytułowy "Rage in Eden" jest spokojniejszy. Lepiej słychać towarzyszące chórki, a muzyka nabiera psychodelicznego charakteru. Więcej pogłosów, dźwięki to zanikają, to wracają niczym z rozregulowanego odbiornika radiowego. W "I Remember (Death in the Afternoon)" Midge Ure śpiewa o piciu dużych ilości alkoholu i rozpamiętywaniu ekstremalnych zdarzeń. Choć muzyka jest znów żywiołowa, nie sposób nazwać ją popową. Delikatnie zmodyfikowana, świetna konstrukcja rytmiczna basu i perkusji wprowadza w "The Thin Wall". Dziwna poezja i znów mroczne teksty w stylu "A ci, którzy szydzą znikną i umrą". Zespół nagrał do tej piosenki ciekawy klip który bez trudu znajdziecie na YouTube i pod tą recenzją. Obsesyjnie wygrywanej kadencji ciąg dalszy słychać w utworach: Accent on Youth - The Ascent. Napięcie uzyskane w kilku powtarzanych taktach pięknie urozmaica tu smyczkowy instrument. Rytmiczna kaskada wygasa w spektakularny sposób w łączniku z kończącym album  utworem "Your Name". Te "przejście" tak bardzo spodobało się redaktorom PR III Polskiego Radia, że chyba do dziś jest tam odtwarzane... Smutny koniec i retrospektywne wizje jakie ma wokalista, być może nie nastrajają pozytywnie, ale trafiają do takich słuchaczy, który nie lubią cukierkowatych zakończeń. Ta bardzo zaangażowana muzyka doczekała się 42 wydawniczych wersji (kilku na kasetach), w tym poszerzonej, dwupłytowej edycji CD z 2008r. Zawiera ona na dodatkowym krążku przeważnie koncertowe nagrania z Crystal Palace i Hammersmith Odeon, zarejestrowane również w 1981r. Nie są to więc jakieś kombinacje z materiałem studyjnym, tylko autentyczne wersje "live". 
   Prawdziwy rarytas dla fanów ambitnego synth-popu.







wtorek, 3 stycznia 2012

Kitaro - Kojiki


      Kitaro jest bardzo płodnym japońskim kompozytorem łagodnej muzyki elektronicznej i filmowej. Od 1978 roku do chwili obecnej wydał ponad 50 albumów. Do moich ulubionych należą między innymi: "Astral Trip", "From the Full Moon Story", "Kojiki" i "Dream". Na tych dwóch ostatnich, Kitaro jest już doświadczonym profesjonalistą, wręcz weteranem. W życiu każdego artysty przychodzi moment kiedy jest u szczytu formy i pełen wiedzy którą umie przekuć na dzieło swojego życia. Potem często, choć nie zawsze, występuje tendencja schyłkowa. Dla Kitaro takim doniosłym momentem było nagranie w 1990r. płyty "Kojiki". Dobrze wykorzystał na niej swoje atuty: umiejętność tworzenia nastroju, precyzyjne budowanie monumentalnych struktur rozsypujących się w imponujących chwilach ich spełnienia, wrażliwość i delikatność w obróbce muzycznej tkanki, oraz inteligencję widoczną w programowaniu całości. Legenda o stworzeniu i historii Japonii okazała się dobrą inspiracją. Tak jak towarzystwo muzyków z The Skywalker Symphony Orchestra. Użycie ludowych instrumentów rytmicznych, obecność kilku rockowych akcesoriów i syntezatorów Yasuo Ogaty dało kapitalny efekt końcowy. Nie wiem co bardziej podziwiać: grozę "Hajimari" słodycz "Sozo", zwiewność i romantyzm "Koi", czy mocne akcenty orientalne w "Orochi"? Ten ostatni z wymienionych utworów to amalgamat form i stylów kontrolowany przez prawdziwego wizjonera. Zresztą, na pozostałych utworach i całej płycie pięknie przeplatają się smyczki, harfy, flety, bębny i syntezatory. Jak nigdy dotąd udało się Japończykowi zachować idealne proporcje między harmonią a chaosem, dosłownością przekazu i patosem, który niejednokrotnie wcześniej Masanori Takahashi serwował z dużą przesadą.

      Jednak "Kojiki" - jego opus vitae - jest nie tylko idealnym połączeniem tradycji z nowoczesnością (piękne solówki na gitarze elektrycznej Hiroshi Araki), ale również świadectwem dobrego wykorzystania talentu, kompozytorskich umiejętności i zarządzania ludzkim zespołem.




poniedziałek, 2 stycznia 2012

Vangelis - Soil Festivities


     Vangelisa znają i lubią melomani na całym świecie. Wirtuozom syntezatorów ta sztuczka nie zawsze się udaje. Co jest więc do tego potrzebne? Zastanawiając się nad tym fenomenem doszedłem do wniosku, że to wynik pewnego uniwersalnego spojrzenia na muzykę jakie ma ten artysta. Sposób tworzenia: intuicyjny, spontaniczny a jednocześnie wizjonerski. Na pewno też oryginalność przekazu. Jakby nie było, Vangelisowi udało się przebić wszelkie bariery ludzkiej ignorancji i jest rozpoznawalny pod każdą szerokością geograficzną. W 1984r wydaje płytę "Soil Festivities". Co ciekawe, nie zawiera ona żadnego przeboju, choćby na miarę tego tytułowego z "Chariots of Fire". Autor wspomina w jednym z wywiadów, że z tego powodu wydawcy nastawieni na komercyjny sukces byli niepocieszeni. Ale Vangelis nie nagrywał dla kasy, tylko z potrzeby serca. Dlatego wyszła mu spod ręki piękna muzyka. Pięć części "Movement" naprawdę może się podobać! Muzyka jest delikatna i subtelna jak na mało której jego płycie, a przecież jest to z natury bardzo wrażliwy muzyk. Fascynacja przyrodą i ruchem niewielkich stworzeń które obserwował artysta w dzieciństwie, zaowocowała minimalistyczną, trochę romantyczną kompozycją. Nareszcie Vangelis rozsądnie zredukował wszechobecne wcześniej akcenty pompatyczne i górnolotne zacięcia. Nie ma tu też chórów, ani zbyt dynamicznej perkusji. Właściwie tę muzykę można śmiało podciągnąć pod termin ambient. Odgłosy burzy na samym początku trafnie zapowiadają klimat całości. Bez pośpiechu i zbędnych emocji obrazuje procesy zachodzące na powierzchni Ziemi. 48 minut upływa błyskawicznie. Nagrywając tę muzykę przede wszystkim dla siebie, zdolny Grek sprawił przyjemność wielu fanom.
     Proponuję przed słuchaniem wygodnie się położyć, zgasić światło i odpłynąć przy tych eterycznych dźwiękach. Polecam!


niedziela, 1 stycznia 2012

C. R. Guerra - Synth Faction: Synthesizers are an amazing world

English version below

Carlos Rodrigues Guerra, pochodzący z Portugalii prowadzi sprzedaż syntezatorów, które są jego życiową pasję. Poprosiłem go aby opowiedział o tej fascynacji kilka słów. 

1) Carlos, masz wspaniałą pasję: zbierasz syntezatory i stworzyłeś ich małe muzeum. Grasz na nich wszystkich?

C.R.G.: Syntezatory to cały oddzielny zdumiewający świat, nieograniczony. Myślę że ci z czytelników którzy tak jak ja są entuzjastami klawiszy zrozumieją co mam na myśli. Istnieje wręcz zagrożenie że gdy tak zbierasz i zbierasz, to w końcu staje się to frustrujące - bo nigdy nie ma końca. Ja zdecydowałem po kilku latach zatrzymać tylko te na których często gram. Ostatnio odkryłem Circuit Bending, to moja równoległa pasja. Zdumiewające jak możesz tworzyć własne instrumenty w dość chaotyczny sposób.
 
 2) Jaki był twój pierwszy syntezator?

 C.R.G.: Zacząłem się zajmować syntezatorami gdy ukazał się model Access Virus, to był mój pierwszy syntezator, ale fascynacja sięga znacznie dalej w przeszłość, były zespoły Kraftwerk, Throbbing Gristle, Front 242.  Potem zanurzyłem się w syntezatory analogowe.
3) Jacy są twoi ulubieni wykonawcy na polu el?

C.R.G.: Trochę już odpowiedziałem w poprzednim pytaniu. Lubię głównie EBM, Techno/Electro, Industrial, Noise, Experimental, Ambient, nieco Krautrocka i brzmień lat 80. A także muzykę robioną na 8-bitowcach! Słucham Combichrist, Nitzer Ebb, Merzbow, Human League, Depeche Mode, Accessory, Assemblage 23, i wielu innych, kocham muzykę.

4) Czy zdarzyło ci się sprzedać instrument znanym na scenie muzykom, których znasz na Facebooku?

C.R.G.: Nie, myślę że takie znane osoby wolą kupować anonimowo.


5) Czy potrafisz rozpoznawać słuchem poszczególne modele syntezatorów?

C.R.G.: Chyba nie, pewnie zależy od konkretnego syntezatora. Nie znam ich wszystkich niestety. Mimo że grałem na wielu, takie rozpoznawanie jest niełatwe.

6) Na twojej stronie jest wiele opisów syntezatorów, i ich specyfikacji. Skąd zdobywasz te informacje?



C.R.G.:  Przez lata zbierania syntezatorów zgromadziłem też wiele książek, ogłoszeń, opisów, skanów itd. Stąd to wszystko wziąłem. Pomaga też szukanie w sieci oraz wiele osób które spotykam w swojej pasji.

7) Pomagasz też ludziom kupować syntezatory. Wspierasz poszukiwania konkretnego modelu?
Nie jestem zawodowym sprzedawcą syntezatorów, raczej entuzjastą któremu wiele osób ufa że pomogę im sprzedać ich instrumenty. Lubię zawsze postępować uczciwie i profesjonalnie, dlatego mam bardzo dobrą historię sprzedaży i każdy z moich znajomych który coś ode mnie kupił, jest zadowolony. To naprawdę miłe uczucie wiedzieć że sprzęt trafia do osób które będą go używać z radością, zwłaszcza gdy sprzedaję instrument który dla mnie nie był przydatny.

8) Czy rodzina podziela Twą pasję?

C.R.G.:  Żona zawsze była bardzo pomocna w tej pasji, podobnie córka która również lubi syntezatory, ich gałki i efekty. W tym roku Mikołaj przyniósł jej pierwszy syntezator, mały Korg Monotron, oraz oczywiście lalkę!



9) Pochodzisz z Hiszpanii? Może znasz Michela Huygena?

C.R.G.: Tak naprawdę jestem z Portugalii, ale znam Europę i mieszkałem w różnych krajach. Michela nie znam. Bardzo dziękuję za zaproszenie do tego wywiadu, nieoczekiwana i miła niespodzianka. Wszystkiego dobrego i jestem do usług w razie potrzeby. Carlos Rodrigues Guerra @ Synth Faction http://www.synthfaction.com/



 I wish you success in further developing the passion and thank you for the interview.


1) Carlos, you have a beautiful passion: collect synthesizers, created a small museum of these instruments. Placed them all run and play on them?

C.R.G.:  Synthesizers are an amazing world to get into, endless really, I am sure most people that will read this and are synthesizer enthusiasts will know what I mean, there is a danger however when you collect to over collect and for the passion to become a little frustrating at times, I have been collecting for a few years and learnt to keep only what I use so what I have gets played often...Lately I discovered Circuit Bending, which is something running parallel to the synthesizer passion, but also very interesting, it is amazing to be able to create your own instrument in a sort of chaotic way.

 2) What was your first synthesizer when he was born, and your fascination?


C.R.G.:  I got into synthesizers when the Access Virus came out, and that was the first synthesizer I owned, my fascination with synthesis however comes well before that from listening to electronic bands like Kraftwerk, Throbbing Gristle, Front 242 to name a few.. I got really into Analog synths later on.

3) If you love synthesizers, and it's probably listening to electronic music. Who is your favorite musicians?
 
C.R.G.:  Althought my answer above partly answers this one, when it comes to electronic music. I like mostly EBM, Techno/Electro, Industrial, Noise, Experimental, Ambient some Krautrock and 80s stuff..Got quite into 8-bit tunes lately for some reason!!Bands are many, but the ones mentioned before and bands like Combichrist, Nitzer Ebb, Merzbow, Human League, Depeche Mode, Accessory, Assemblage 23, too many to mention, I love music!

 4) It happened that the synthesizer sold to some famous musician whom you have so much in your contacts on Facebook?

C.R.G.: Not that I know of, most people would prefer to buy anonymously if they were famous, I am guessing..


5) Can you play by ear to recognize a model synthesizer?
 
 C.R.G.: Not sure, I guess it would depend on the synthesizer?I dont know all of them, unfortunately.. Although have played with a fair amount of them it can be a tricky thing to do that type of guessing...


6) Want your website where you place a systematic description of these instruments, their capabilities and specifications. Where do you get this knowledge, service manuals and similar information?



C.R.G.:  Years of collecting Synthesizer related ads, books, manuals, scans etc, you get through a few synths as a collector!! The World wide web also helps sometimes and of course the various people you meet along the line...


7) In addition to driving sales presentation synthesizers. Does the client may also ask you for help in finding a particular model?

C.R.G.: I am not a synth seller in such a professional way, I am an enthusiast with way too much stuff and one who some people trust their gear when they wish to sell it, so more of an enthusiast than a professional seller, I do like to , as in all of my business relationships, act honeslty, correctly and professionally at all time, hence my good track record at selling, and the numerous(every single one of them in fact) happy fellow synthesizer enthusiasts that bought gear from me, it really makes me happy that the gear goes to people that will use it and love it, especially when I am selling something that particularly didnt work for me..

8) Does your family share your passion?

C.R.G.: My wife has always been very supportive of my passion which is great, my daughter, really likes synthesizers and has been around them since birth, very keen on lots of faders and knobs, Santa Claus this here will bring her, her first ever synth in the shape of the little Korg Monotron, that and a doll of course!!

9) You come from Spain? This may Michel Huygen know? 

C. R.G.: I am Actually from Portugal, but have been around and lived in Europe.  I do not Know Michael!  Many thanks for inviting me to do this interview, very unexpected and heart warming, all the best with your ventures and we are at your  service should you ever need! All the very best Carlos Rodrigues Guerra @ Synth Faction  Here is a link to a video I have on youtube:  http://youtu.be/iNUWuhdznWs and  http://www.synthfaction.com/
....
I wish you success in further developing the passion and thank you for the interview.







Kraftwerk - Radioactivity


    Kraftwerk Radioactivity, a właściwie "Radioaktivität". Prawie wszystko co jest związane z tą płytą i muzyką na niej zawartą ciepło mi się kojarzy. Nagrano ją w dobrym dla muzyki elektronicznej 1975 roku, kiedy jednocześnie pojawiło się kilka innych, znaczących dla gatunku płyt równie ambitnych zespołów. Grupa nagrywała w najlepszym, stabilnym i pełnym twórczej inwencji składzie: Schneider, Hütter, Flür i Bartos. Udało się im osiągnąć równowagę między odkrywczą muzyką a jej przystępnością. Cała płyta to krótkie, ale atrakcyjne w swoim brzmieniu utwory, które w odróżnieniu od wcześniejszych i późniejszych nagrań, nie nużą i nie nudzą się zbyt szybko. Nowatorstwo słychać od samego początku. Pierwszy, minutowy wstęp wypełniony coraz szybszymi odgłosami pracy licznika Geigera (domyślnie wzrasta poziom promieniowania) płynnie przechodzi w przeplatany alfabetem Morse’a, rytmiczny utwór tytułowy. Industrialny charakter nadają mu zarówno odgłosy jak i beznamiętny głos Ralfa Hüttera opowiadający o skażeniu radioaktywnym i zjawisku promieniotwórczości odkrytym przez Madame Curie. Leniwy, prosty rytm, jest umiejętnie zagłuszany przez modulowane komunikaty. Pojawia się kolejna piosenka „Radioland” inspirowana tym razem odgłosami wydawanymi przez radio. Ponownie słychać flegmatyczny, stonowany głos na przemian z najróżniejszymi dźwiękami które mogą pojawić się podczas kręcenia gałką radiowej częstotliwości. Tych dodatków jest sporo i umiejętnie wpleciono je w konstrukcję utworu. Po leniwie snujących się pierwszych nagraniach słychać najsłabszą, dynamiczną i przebojową „Airwaves” przypominającą inne późniejsze hity zespołu. Kolejne trzy utwory trwają łącznie niecałe trzy minuty. Są to właściwie same różnorakie efekty: głosy nakładające się na siebie, odgłosy, zimne deklamacje... Pozostałe kompozycje są dalszą tego rodzaju mieszanką akustycznych pogłosów i komercyjnej melodii (Antenne) z przewagą dźwiękowych sztuczek. Dwukrotnie jeszcze niemieccy muzycy wzbudzają mój podziw: stworzeniem niesamowitego klimatu zagrożenia w "Radio Star" i "Uran", oraz przyjemną końcową piosenką "Ohm sweet ohm". Ta powolna kołysanka i uboga, choć przystępna melodia, rozkręca się w pozytywny w wydźwięku utwór. Tempo rośnie, rytmiczne maszyny coraz bardziej przyspieszają, aż do końca, jak na karuzeli. Fascynacja muzyką generowaną przez bezduszne instrumenty odcisnęła na Radioactivity swoje piętno. Ta dopracowana, koncepcyjna płyta jest jakby trochę niedoceniania, na korzyść bardziej przebojowych płyt - a szkoda. Warto pamiętać że Kraftwerk publikując swoje niesamowite pomysły inspirował dziesiątki innych wykonawców muzyki rockowej, synth-popowej, industrialnej i awangardowej.
    Dziś Radioactivity (ukazały się 63 różne wydania !) to lektura obowiązkowa dla każdego keyboardzisty i fana elektronicznych brzmień.






czwartek, 29 grudnia 2011

Wojciech Kania - Muzyka którą tworzę, wymaga wsłuchania się w jej treść



Wojciech Kania urodził się  25.11.1995r w Kamiennej Górze. Po raz pierwszy usiadł przy keyboardzie, kiedy miał zaledwie pół roku. Od tamtej pory zaczął fascynować się różnymi dźwiękami. Spędzał przy instrumencie bardzo wiele czasu i nigdy nie był tym znudzony.  I właściwie do dziś to się nie zmieniło.

1) W Twojej biografii można przeczytać że bardzo szybko okazałeś zainteresowanie muzyką i instrumentami klawiszowymi. Jakie masz najwcześniejsze wspomnienia z tego okresu?

W.K.: Wiem od rodziców oraz z różnych zdjęć  jednak nie pamiętam tego, że już jako małe dziecko interesowałem się wszelkimi odgłosami, dźwiękami i muzyką. Jeszcze kiedy dobrze nie potrafiłem chodzić, już siedziałem przy instrumencie i próbowałem  „grać”. Pierwsze zdarzenie, które dobrze zapamiętałem to moment kiedy dostałem mój pierwszy instrument (Korg is-40), później  rodzice kupili mi jeszcze 2 keyboardy (Ketron SD1 oraz Gem Solton SG1) i to na nich stworzyłem moje pierwsze, własne utwory. Było to 4 lata temu gdy  pewnego dnia przeczytałem  komentarz na YouTube z prośbą, że mógłbym stworzyć swój własny kawałek. Szczerze mówiąc byłem wtedy trochę niechętny, bo nie wierzyłem, że dam radę(wcześniej robiłem tylko covery), ale mimo to, udało się. Mój pierwszy utwór stworzyłem w grudniu 2007 roku, który po upływie kilku miesięcy umieściłem w mojej pierwszej serii Loofersnone. Później powstały  takie albumy jak Big Mountains, Technologie, Dreams i Supernova, więc trochę się w to „wkręciłem". Były to albumy, dzięki którym rozwinąłem nieco swoje umiejętności.

Skoro Wojtek siłą rzeczy nie mógł pamiętać swoich pierwszych kroków w przygodzie z muzyką, poprosiłem tatę Wojtka, Pana Stefana o kilka wspomnień:

S.K.: "Wojtek zaskoczył mnie, kiedy miał kilka miesięcy, nie mógł zasnąć i płakał nie wiadomo z jakiego powodu. Nosiliśmy go z żoną na zmianę a on płakał bez końca. żona już nie miała siły więc ja go wziąłem na ręce i nosiłem. Po jakimś czasie już nie wiedziałem co zrobić beczał i beczał. Nogi mnie zaczęły boleć, więc usiadłem sobie koło wieży i puściłem cichutko Ennio Morricone, i wtedy Wojtek przestał oddychać oczy wybałuszył a ja myślałem że on umarł. Przestraszyłem się wtedy strasznie, a on po prostu słuchał muzyki. Kiedy stanął na nogach, potrafił godzinami stać przy wersalce na której leżał mój keyboard i wydobywać różne dźwięki. Kiedy miał dwa latka, zabrałem go do poprzedniej mojej pracy, gdzie były różnorodne rytmy maszyn. Najbardziej zainteresowała Wojtka maszyna pakująca, ale nie jej wygląd tylko rytm w jakim pracowała. Dowiedziałem się o tym fakcie, jak po około dwóch latach słuchał czegoś i powiedział: Tato ten rytm jest jak u Ciebie w pracy! Rzeczywiście, rytm był identyczny jak moja maszyna pakująca. Wtedy byłem przekonany że Wojtek jest w tym kierunku uzdolniony. Do kościoła oczywiście chciał tylko chodzić na górę, ale nie dla tego, bo fajnie się patrzy z góry tylko aby patrzeć na organistę. Po powrocie do domu brał keyboard i odstawiał nam drugą mszę. Kiedy poszedł do szkoły wysłaliśmy go do kółka muzycznego, aby się nauczył nut. Żona również tam pracuje, ale swoje dzieci się źle uczy. Nauczyciel był bardzo z Wojtka zadowolony mówił o nim: Łapie w lot. Wojtkowi by się długo udawało być dobrym uczniem, niestety raz zapomniał otworzyć nuty na odpowiedniej stronie i wydało się że Wojtek wszystko grał ze słuchu. Nauczyciel powiedział nam że on nie wie w takim razie jak ma go uczyć. Ma niewątpliwie doskonały słuch, ale nuty zna słabo. Na początku grał covery, ale internauci pisali aby spróbował coś własnego i tak w zasadzie się zaczęło. Później zmiana keyboardów na syntezatory, bo Wojtek powiedział że nie będzie grał na czyiś gotowcach. Wojtek może ma też trochę szczęście że ma możliwość mieć taki sprzęt, ale jeśli on nie zarasta kurzem to nie żałuje wydanych pieniążków".

2) Wojtku, Twoim mistrzem jest J.M.Jarre (ale pewnie nie tylko on), za co go cenisz?

W.K.: Oczywiście moim mistrzem i w pewnym sensie wzorem do naśladowania jest Jean Michel Jarre, ponieważ dzięki niemu zainteresowałem się muzyką elektroniczną.  Moimi  ulubionymi  wykonawcami  są też Vangelis  i Marek Biliński.

3) Porozmawiajmy o procesie tworzenia: czy włączasz instrumenty z nakreślonym planem w głowie i go przelewasz na dźwięki, czy po prostu siadasz i szukasz inspiracji w dźwiękach?

W.K.: Zazwyczaj jest tak, że siadam przy instrumentach i próbuję stworzyć jakąś interesującą sekwencję, więc robię to z reguły bez żadnych przygotowań. Oczywiście na 100 prób kilka brzmi sensownie. Więc nie każdy utwór stworzony przeze mnie jest nagrywany. Większość utworów, które mi  „nie wyszły" zostaje w instrumencie i tylko nieliczne nagrywam na komputer i wrzucam do Internetu. Proces tworzenia jakiś czas temu trwał od 2 do 4 godzin. Teraz przywiązuję dużo więcej uwagi barwie dźwięków oraz staram się stworzyć utwór tak, żeby było to znośne dla ucha - więc tworzę dłużej (od 10 do 30 godzin - włączając nagrywanie, mastering w komputerze oraz korygowanie niedociągnięć). Moimi  zaplanowanymi albumami są Universe (już skończony) oraz Mystique 2012, który planuję skończyć na styczeń/luty 2012.

4) Skąd bierzesz pomysły? Czy szukasz natchnienia w muzyce i tworzysz pod wpływem fascynacji na podobieństwo, czy raczej układasz kompozycje będące konsekwencją pozamuzycznych zdarzeń?

W.K.: Inspiracją dla mnie jest zazwyczaj wszechświat, pogoda, natura oraz wiele innych rzeczy. Często pomysły przychodzą także pod wpływem doznanych przeze mnie dobrych przeżyć i zdarzeń. Złe zdarzenia, uczucia etc. blokują moją  wenę  i oczywiste jest, że nic wtedy dobrego nie tworzę. Więc takie rzeczy jak odpoczynek od szkoły - teraz w czasie przerwy świątecznej, dobrze wpłyną na komponowanie.

5) Który instrument jest Twoim ulubionym? Czy masz jeden, który jest podstawą, a reszta dopełnieniem, czy ich wykorzystanie i upodobanie jest zrównoważone?

W.K.: Moje dwa ulubione instrumenty to:
Yamaha Motif XS6, która służy mi jako workstation. To na tym instrumencie robię wszystkie podkłady oraz jest  to moja baza w komponowaniu.
Access Virus TI2, który służy mi jako moduł barw granych przeze mnie na żywo, też jako linia główna, ale również do wzbogacania utworów naprawdę głębokimi i pełnymi dźwiękami oraz  rozległymi efektami np. przy przejściu z utworu do utworu.
Inne instrumenty (keyboardy), w chwili obecnej są mi bardzo mało przydatne.

6) Myślisz czasami o tym aby sięgnąć do innego rodzaju muzyki, poeksperymentować ze stylami?

W.K.: Interesuje mnie także muzyka filmowa, ale uświadomiłem sobie, że potrzeba do tego nie tylko 2 syntezatorów i 3 keyboardów ale także dużych umiejętności zapisywania partytur dla orkiestry. Więc jest to na chwilę obecną dla mnie niemożliwe. Oczywiście da się dzięki moim syntezatorom imitować dźwięki symfoniczne ale nic nie odda prawdziwego brzmienia skrzypiec, trąbki czy też innych instrumentów, których brzmienie jest nie do podrobienia.

7) Nie często zdarza się być kompozytorem w młodym wieku. Jak Twoja pasja jest odbierana przez rówieśników?  Jak dzielisz czas miedzy szkolę i muzykę?

W.K.: Zazwyczaj szkoła jest szkołą, a muzyka muzyką... W szkole ważne jest tylko wkuwanie formułek i umiejętności ogólne i generalnie nikt nie interesuje się moim komponowaniem, nawet moi koledzy. Tym bardziej, że jest to muzyka elektroniczna a nie np. pop, w którym wszystko jest  „podane na tacy". Muzyka, którą tworzę jest muzyką, która wymaga wsłuchania się w jej treść i zrozumienie sensu oraz domyślenie się intencji autora, dlatego, szczerze mówiąc, podziwiam ludzi którzy naprawdę tego słuchają. Niestety moi koledzy nie widzą w tym nic interesującego oraz wpatrzeni są tylko w muzykę  Hip-Hop, Rap itp.

8) Na pewno dużo pomogli Ci rodzice, a potem zmobilizowały nagrody i wyróżnienia otrzymane na konkursach...

W.K.: Moi rodzice naprawdę mi w tym pomogli – stworzyli mi warunki do nauki, wyposażyli mnie w potrzebny sprzęt. Zachęcają  mnie do udziału w różnych konkursach, dopingują cały czas. Nagrody i wyróżnienia  są miłe ale bardziej cenię  spotkania z ciekawymi ludźmi i ich uwagi, rady oraz słuchanie na żywo muzyki  innych twórców.  Mobilizuje mnie natomiast pragnienie bycia kompozytorem zawodowo i to daje mi tego „kopa".

9) Podoba mi się szczególnie Twoja spokojna muzyka, cykl Dream czy Sound of Space.. Zamieściłeś już ponad 100 utworów na YouTube. Imponująca liczba. Na Jamendo albumy: Technologie, Supernowa..Loofersnone, Big Mounains i inne.. Inwencji i pomysłów Ci nie brak.  I dostajesz pozytywne oceny od słuchaczy, to musi być miłe!

W.K.: Rzeczywiście dostawanie pozytywnych komentarzy jest miłe, ale czasem się już nudzą powtarzające się opinie typu wow, thumbs up, super etc. Wolałbym czasami, żeby każdy napisał, co mu nie pasuje w danym utworze. Z pewnością pomogło by to w komponowaniu nowych kawałków.

10) Chciałbyś nawiązać współpracę z innymi muzykami poznanymi na przeglądach, czy raczej wolisz zostać solistą?

W.K.: Na razie zostanę solistą, lecz być może w przyszłości nawiążę jakąś współpracę. Nawet byłoby to wskazane, ponieważ chciałbym jak najwięcej pokazywać na żywo (perkusja grana przez perkusistę na żywo etc.), a nie tylko dogrywać na Accessie linię do wcześniej stworzonego  podkładu. Ale na razie jest to poza moim zasięgiem, ponieważ wszyscy muzycy, których osobiście znam interesują się raczej muzyką rockową, a nie elektroniczną. 

11) Jakie masz plany, czy wiążesz przyszłość z muzyką, czy chcesz być zawodowym muzykiem?

W.K.: Moim największym marzeniem jest to, aby zostać zawodowo twórcą muzyki elektronicznej i filmowej. Byłoby to coś wspaniałego, ponieważ robiłbym to, co naprawdę kocham. Połączenie pasji z pracą zawodową byłoby najlepszą możliwą mieszanką  jaka mogłaby  spotkać mnie w życiu.

I tego Ci Wojtku życzę! Dziękuję za wywiad.






środa, 28 grudnia 2011

Przemysław Rudź - Cosmological Tales


     Według niektórych teorii Wszechświat istnieje od niespełna 14 miliardów lat. Jak jednak doszło do jego powstania i rozwoju? Jaka przyszłość czeka ludzkość? Takie pytania zadawał sobie Przemysław Rudź podczas komponowania płyty "Cosmological Tales". Jest to druga część tryptyku poświęconego naszej planecie, Człowiekowi, wytworom cywilizacji, postępowi, wiedzy i pułapkom jakie stoją przed ludzkością. "Through The Planck Era" zaczyna się mocnym akcentem. Nic dziwnego skoro początek tego utworu obrazuje moment Wielkiego Wybuchu. Jest to snop natężonych dźwięków które niczym iskry rozsypują się w przestrzeni (niestety mój kot nie chciał rozkoszować się akustycznymi efektami Big Bangu, więc musiałem założyć słuchawki). Dużo się tu dzieje we wszystkich rejestrach, a solo grane w pierwszych i ostatnich fragmentach utworu bardziej kojarzy mi się z rockiem progresywnym niż typową elektroniką. Te rozważania o grawitacji i czasoprzestrzeni wyrażane w dynamicznych eksplozjach i implozjach trwają osiem minut. The "God Particle's Dance" z kolei, jest prawdziwą relaksacją, która stopniowo nabiera energii i wlewa du uszu słuchacza sporo optymizmu. W końcu jest to "taniec boskiej cząstki", gdzie materia stopniowo nabiera swojej masy. Szybko upływa niespełna sześć minut i rozpoczyna się chyba najbardziej spektakularna na płycie kompozycja "Let There Be Light". Długi wstęp jest przygotowaniem do czegoś wyjątkowego. I faktycznie, "kiedy staje się Światło", pędzi ono z prędkością 299 792 458 m/s, co muzyka przedstawia wyjątkowo obrazowo. Rudź zilustrował to efektem narastających talerzy puszczonych od tyłu, nałożonych rytmicznie na basowe ostinato wydobywające się z legendarnego Oberheima. Niesamowite, jak przekonywujący jest ten trick! Już do końca utworu światło będzie żwawo przemierzać Wszechświat... w rytm transowych, elektronicznych sampli perkusyjnych. "Islands Of The Universe" - najdłuższa,  21-minutowa suita, podczas której wyobrazić można sobie powstawanie galaktyk - tych ogromnych wysp Wszechświata. Przemek świadomie czy nie, wpisuje się tu w nurt muzyki abstrakcyjnej, kontynuując poszukiwania pionierów niemieckiej muzyki elektronicznej z lat 70. Ale robi to już na swój sposób: w cyfrowej, nowoczesnej szacie. "We Live Here" jest krótką fortepianową impresją, swoistym hymnem o powstaniu Układu Słonecznego i Ziemi. Autor rezygnuje tu z feerii elektronicznych dodatków na rzecz ciepłej fortepianowej melodii granej na tle burzy i padającego deszczu. Niejako mówi: tu jest nasz dom, szanujmy go! Tę koncepcyjną płytę kończy "Disputable Future", różnorodny, o zmiennych klimatach utwór. Te różne nastroje wyrażają troskę o przyszłość ludzkości i naszej planety. Wtóruje temu znakomita gitara Jarka Figury. Płyta zdaje się kończyć optymistycznie, ale pytanie pozostaje otwarte.

   Ciekawa płyta z wyraźnie zarysowanym pomysłem, doskonałą realizacją i barwną muzyką.




wtorek, 27 grudnia 2011

Jean-Michel Jarre - Oxygene


         Ukazanie się na rynku muzycznym płyty Oxygene Jean-Michela  Jarre'a  w 1976r. było wydarzeniem spektakularnym, przełomowym i znamiennym. Pamiętam artykuły prasowe z lat 80. w których krytycy zarzucali francuskiemu artyście schlebianie populistycznym gustom, efekciarstwo i komercjalizację. A jednak ponad 70 wydań tej płyty sprzedane w nakładzie 10 milionów egzemplarzy jest dowodem na to, że ta muzyka ma niezwykłą siłę oddziaływania, a wizja artysty wartość uniwersalną. Jarre osiągnął wielki sukces, przedstawił światu świeży sposób pojmowania muzyki, powielany z zapałem do dziś przez rzesze jego entuzjastów. Jako jedyny obok Vangelisa, jest natychmiast rozpoznawalnym symbolem popularnej muzyki elektronicznej na całym świecie. Przy pomocy ciepło brzmiących organów Eminent 310 Unique i Farfisa, syntezatorów A.R.P., A.K.S. i V.C.S.3., tworzy nowy wzorzec budowania kompozycji. Co słychać na tej płycie? Kosmiczną przestrzeń, dominujący współczynnik harmoniczny, klarowne komponenty łagodnie wlewające się do uszu słuchacza, efekty powstałe podczas kręcenia gałkami oscylatorów. Te atrybuty zadecydowały też o użytkowej przydatności płyty Oxygene. Okazało się, że jest ona świetnym tłem do filmów dokumentalnych I wszelakich animacji obrazów. Wyjątkowo melodyjne fragmenty stanowiły atut w odniesieniu do  elitarnej i trudnej w odbiorze muzyki niemieckich elektroników pierwszej połowy lat 70. Czy muzyka JMJ jest komercyjna? Gdy słucham pierwszych trzech części suity utrzymanych w melancholijnym tonie nie odnoszę takiego wrażenia. A czyż  "Oxygene part 6" nie jest po prostu piękną melodią na tle falującego morza i kwilących ptaków? Wbrew sugestiom recenzentów, twórczość Jarre'a i jego kolejne dokonania spopularyzowały samą muzykę elektroniczną oraz syntezatory w sposób do tej pory niespotykany, a jego koncerty przez lata biły rekordy frekwencji. Jean-Michel Jarre szybko stał się gwiazdą wydając kolejne znaczące dla gatunku płyty. 

   Mija 35 latach i frapująca muzyka Francuza dalej stanowi źródło inspiracji dla nowych pokoleń kompozytorów.





niedziela, 25 grudnia 2011

konkurs BlogRoku 2011

Godfrey Reggio, Philip Glass: Koyaanisqatsi - film & muzyka



     Człowiek zawsze miał pragnienie opisywania świata jaki wokół siebie widział. Technika filmowa XX wieku umożliwiła podniesienie procesu oglądania do rangi sztuki - czegoś, co pobudza wyobraźnię, jest nowatorskie i niebanalne w przesłaniu. Taki efekt osiągnęli twórcy projektu "Koyaanisqatsi" - filmu i muzyki mu towarzyszącej. Znakomicie zintegrowane obrazy Godfreya Reggio z muzyką Philipa Glassa nikogo nie pozostawią obojętnym. Pewnie każdy kto słyszał coś o tym filmie już wie, że tytuł nawiązuje do języka Indian Hopi i oznacza między innymi życie pozbawione równowagi. Rzeczywiście, w prawie półtora godzinnym ciągu obrazów taki wniosek co do działań ludzkich łatwo się nasuwa. Historia zaczyna się (po krótkiej sekwencji malowideł naskalnych) startem statku kosmicznego i kończy fragmentem jego katastrofy. Pierwsze 11 minut to różne ujęcia amerykańskich gór i płaskowyżów najczęściej filmowane z lotu ptaka. Towarzyszącą temu delikatna  muzyka jest pełna wyczekiwania, napięcia, jakby oglądany wschód słońca miał być już ostatni. Piękne jest te dostojeństwo i majestat oszałamiających krajobrazów. Chór męskich głosów powtarza monotonnie słowo Koyaanisqatsi. Muzyka lekko nabiera mocy, a kamery filmują piękne sekwencje chmur, wodospadów i morza. Jakże wspaniałe i potężne to żywioły! W szesnastej minucie, muzyka będąca do tej pory po prostu dobrze dopasowanym tłem, wyraźnie się ożywia. Dzieje się tak dlatego, że kamera mocno przyspiesza swój bieg nad polami kolorowych upraw. Jeszcze kilka monumentalnych skał i dla kontrastu przed oczami widza pojawiają się efekty działania człowieka. Kontrolowane wybuchy, potężne maszyny, dzieła rąk ludzkich. Dramatyczna muzyka sugeruje że te wielkie przedsięwzięcia są niczym skaza na pięknym ziemskim diamencie.  Słupy dymu z kominów, potężne zapory wodne i olbrzymie urządzenia kruszące kamienie. Człowiek bezwzględnie podporządkowuje sobie przyrodę. Ale czy robi to mądrze? Widać unoszące się grzyby bomb atomowych... Muzyka obsesyjnie powtarza wybrane motywy. Plaża koło fabryki - czy to ma sens?
     Ludzie podziwiają swoje wysokie szklane domy. Wielkie stalowe ptaki i sznury samochodów spieszące się po autostradzie lub setkami czekające na parkingach. Gdyby tylko to! Widać mnogość czołgów, śmiertelnie groźne wojskowe samoloty wielozadaniowe. Kosmiczne rakiety, monstrualne bomby i zuchwałe lotniskowce. Ogień i zniszczenie. Po tych złowieszczych obrazach i równie szalonej, zakręconej muzyce wszystko cichnie... Operator filmuje opustoszałe, martwe bloki wśród których kręcą się ludzie. Z lotu ptaka widać 11 długich, zdewastowanych budynków Pruitt-Igoe - osiedla mieszkaniowego w St. Louis, które po 17 latach od chwili zbudowania zostaje wyburzone. Co za marnotrawstwo! Padają też mosty, dźwigi i wieżowce w innych miastach. No cóż, widocznie człowiek w swojej pysze doszedł do wniosku że stać go i na to. Po 40. minutach filmu akcja przenosi się do żyjących, zapełnionych miast. Masy ludzkie przemierzające ulice podczas swoich codziennych rutynowych czynności. Trochę dziwnych ujęć portretowych i nad miastem zapada noc. Przyspieszone zdjęcia pokazują rzekę pojazdów, szybko wędrujący księżyc. Ludzki trud nie ustaje i w nocy i w dzień. Zmieniające się obrazy ukazują monotonną pracę krawcowych, sprzedawców czy produkcję wyrobów mięsnych. Gry na automatach, sale kinowe i galerie handlowe. Pakowaczki różnych wyrobów żywnościowych, ludzie składający podzespoły samochodowe. Mocno zaangażowana muzyka  jest w tym momencie dość nachalna i przez swą powtarzalność chyba mniej strawna. Być może jest to celowy zabieg, mający pokreślić marność ludzkiej gonitwy. Jeżeli tak - to uzyskano zamierzony efekt. Szereg obrazów ukazujących specyfikę amerykańskich miast końca lat 70. przebiega przed oczami jak w jakimś obłąkańczym transie. W końcu reżyser Godfrey Reggio lituje się i zmienia się zarówno muzyka jak i obrazy. Ziemia widziana z kosmosu, pokazywana na zmianę z rzutami na układy scalone i seria portretów ludzkich - tym razem zazwyczaj w zwolnionym tempie. Przygnębione, zmęczone twarze, policja zabierająca bezdomnego, inny poobijany biedak przeliczający centy na ręku ... W tle muzyka pełna żałości i  melancholii. Czy ludzkie życie ma sens? W tej formie raczej nie, zdają się mówić autorzy pokazując w ostatnich minutach katastrofę kosmicznej maszyny. Jej odłamek leci i leci spalając się w atmosferze. Film, choć ma blisko 30 lat niewiele się zestarzał.  Mimo iż teraz technika pozwala na więcej, obraz Reggio ma w sobie tę szczególną wrażliwość i umiejętność zatrzymania chwili. Praca nad nim trwała około siedmiu lat, ale było warto. Płyta z muzyką miała wiele wydań i co najmniej dwie reedycje, na których stopniowo dodawano ilość utworów.
    Przy pomocy klasycznej orkiestry i Michaela Hoeniga udało się Glassowi skomponować oprawę która wraz z obrazem tworzy wartość wybitną.




piątek, 23 grudnia 2011

Roksana Vikaluk: Eksperymentujemy, zaskakujemy samych siebie


Urodzona w Ternopolu (Ukraina) śpiewająca aktorka,  od 1994r nagrywająca i koncertująca w Polsce. Otwarta na eksperymenty wokalno-instrumentalne, ostatnio współpracuje z Wolframem Der Spyrą.

1) Już kilkanaście lat sprawiasz radość melomanom śpiewając swoim pięknym, "białym" głosem. W Internecie można przeczytać o Twojej jazzowej pasji, ludowej muzyce ukraińskiej i żydowskiej którą tak chętnie wykonujesz. Mnie bardzo interesuje Twoje otwarcie na łączenie gatunków, na eksperymenty i obecność w Twoim muzycznym życiu takich postaci jak np. Józef Skrzek czy... ale o tym za chwilę. Józef sam zadzwonił do Ciebie z propozycją współpracy. Co dała Ci przyjaźń ze śląskim wirtuozem syntezatorów?

R.V.: Przede wszystkim, jeśli chodzi o śpiew, zaczynałam od Jazzu... i poświęciłam temu ponad 10 lat. A śpiew ludowy odkryłam dla siebie (w sobie?) stosunkowo nie tak dawno. Co do śpiewu białego, zostałam wtajemniczona w jego technikę i filozofię dopiero około trzech lat temu. Pragnienie eksperymentu, zwłaszcza w łączeniu gatunków towarzyszyło mi od zawsze, a ostatnio wręcz nasiliło się cudownie :).  Z pewnością sprzyjał temu cały klimat, w którym rosłam i dojrzewałam: jazz i muzyka klasyczna, która najpierw była słuchana i grana w domu rodzinnym, pieśni ukraińskie i żydowskie, których uczyli mnie dziadek z babcią... brzmienie mojego kraju... Wszystko to, co działo się w sztuce w latach 70-80 i co samo „wlewało“ się w duszę – wszystko to ma ciągły wpływ na muzykę, którą czuję i która wyłania się ze mnie, aż do teraz. Przyjaźń z Józefem Skrzekiem przyniosła ze sobą wielkie odkrycie zupełnie nowego świata brzmień oraz myślenia twórczego. Józef i jego muzyka pozostaje dla mnie wielką inspiracją do dziś...

2) W filmach umieszczonych na YouTube często widać jak podczas wykonywania tych oszałamiających wokalnych ewolucji grasz na Kurzweilu. To prawdziwa rzadkość widzieć kobietę grającą na syntezatorze. Czy to zasługa Twojego "muzycznego ojca" Józefa Skrzeka, czy już wcześniej miałaś takie zainteresowania?

R.V.: Z pewnością, jest to rezultat wielkiego muzycznego odkrycia siebie innej, którego doświadczyłam współpracując z Józefem Skrzekiem. Józef był pierwszy, który uwierzył i powiedział kiedyś: “Spróbuj...“. I spróbowałam. I zagrałam, akompaniując sobie, odkrywając przestrzenie brzmień elektronicznych... I tak trwa do dziś :).

3) W pewnym wywiadzie wspominasz o znajomości muzyki Klausa Schulze i ogólnie "Szkoły Berlińskiej". To też ciekawostka, bo oprócz mojej żony, mało znam kobiet które mogą z upodobaniem słuchać takiej muzyki. Masz jakieś swoje ulubione tytuły płyt nagrane przez tych elektroników?

R.V.: Jeśli mówić ogólnie o inspiracji muzyki elektronicznej w moim życiu, to na samym początku, w dzieciństwie był to Jean Michel Jarre... Był również taki zespół w Związku Radzieckim, „Zodiak“ (Łotwa), który zaczął działać w latach 80’ i był ponoć pierwszym zespołem, grającym el-muzykę w Sowietach. Bardzo go lubiłam. Pod koniec 80’ zaczęłam się zachwycać twórczością Alexeya Rybnikova, do dziś ubóstwiam jego dzieło p.t. „Junona i Avos“. Jednak, jak już wspominałam, w domu rodzinnym słuchaliśmy przede wszystkim dużo jazzu, tak zwanego: akustycznego. Ale z czasem zaczęłam interesować się el-jazzem. Otóż, zaczęłam zwracać coraz większą uwagę na Chick Corea El-band, el-muzykę, tworzoną przez Milesa Davisa, Tomasza Stańkę, np. „Freelectronic“... Czesława Niemena odkrywam przez cały czas... zarówno jak i twórczość Władysława Komendarka. Nagrania solo Roberta Frippa, zwłaszcza „Radiophonics“, dalej – pięknie zrealizowany projekt międzynarodowy Boris Feoktistov & Bill Laswell – Russian Chants «Parastas»; eksperymenty Walter, a później jako Wendy Carlos, Isao Tomita, zwłaszcza jego el-wizja „Obrazków z wystawy“ Modesta Musorgskiego... To tak ogółem, jestem ciągle w drodze odkrywania i zgłębiania muzyki elektronicznej.

Teraz o Szkole Berlińskiej. Klaus Schulze. Niełatwo mi wyróżnić konkretnie któreś z jego dzieł, można by wymienić nagrania pochodzące z płyt „Cyborg“, która porusza mnie do głębi, „Moondown“,  „Mirage“, „Miditerranean Pads“ .... Inspiruje mnie przede wszystkim jego muzyka z lat 70-80 oraz niektóre z 90’... Podobnie jest w przypadku Tangerine Dream, z tym że najpierw zwróciłam uwagę na późniejsze nagrania, z lat 80-90, a z wcześniejszych to „Alpha Centauri“, dalej „Rubycon“, „Encore“ ... I ciągle odkrywam, i wsłuchuję się w tę magię brzmień... I długa jeszcze droga przede mną ;).

4) Wolfram Spyra, poszukiwacz i eksperymentator, jest od jakiegoś czasu Twoim przyjacielem. Jak doszło do Waszego spotkania? Opowiedz trochę o Waszej znajomości i pomyśle na wspólne granie Moon & Melody.

R.V.: W 2004-2005 roku pewien wydawca z Warszawy wydał płyty każdego z nas z osobna. I właśnie w tamtym czasie zwróciłam uwagę na wyjątkową postać twórczą - Wolframa DER Spyrę.... A do osobistego spotkania pomiędzy nami doszło w 2009 roku podczas festiwalu el-muzyki „Schody do nieba“ na Śląsku, w Chorzowie. Zostaliśmy zaproszeni przez Józefa Skrzeka, który ten festiwal organizował. Wystąpiliśmy z odrębnymi projektami, Wolfram przedstawiał Niemcy, ja – Ukrainę. Wtedy poczuliśmy, że pragniemy stworzyć coś razem. No i tak się stało! :-). Eksperymentujemy, zaskakujemy samych siebie, inspirujemy się, odkrywamy się nawzajem… Melodie ludowe - rosyjskie, żydowskie, lecz z przewagą ukraińskich, dźwięki ulicy, przyrody, pulsujące rytmy, śpiew biały, połączenie wyjątkowego instrumentarium akustycznego z elektronicznym, efekty dźwiękowe – wszystko to można określić jako styl Folk – Electronic - Progressive, w ramach którego tworzymy. Nam, dwóm absolutnie samodzielnym muzykom, wypadło wielkie szczęście w postaci możliwości tworzenia czegoś “trzeciego”...

I to właśnie nazywamy “Moon & Melody”! :).

5) Wolf do gry używa specyficznego instrumentu Stell Cello skonstruowanego przez Boba Rutmana. Można przeczytać o tym w sieci. Ale Ty miałaś możliwość poznania Boba osobiście w Berlinie. Możesz powiedzieć kilka słów o tym spotkaniu i ciekawym człowieku?

R.V.: Bob Rutman... niesamowita postać, pełna światła i pomysłów, o bardzo ciekawym i trudnym losie. Jest to artysta wszechstronny – wynalazca, plastyk, autor rzeźb... Mam wielką przyjemność bywać w jego domu, w Berlinie. Jest to człowiek, który poświęcił się sztuce całkowicie. Koncertuje, odkrywa i tworzy po dziś dzień.

6) Wiem że podobnie jak ja, bardzo kochasz koty, czy praca i koncerty śpiewającej aktorki pozwalają na posiadanie swojego stworzenia?

R.V.: Zdecydowanie nie. Kot potrzebuje twojej regularnej obecności, a w moim przypadku jest to niemożliwe, przynajmniej teraz, kiedy cały czas podróżuję. Oczywiście, były pomysły, by zabierać zwierzątko ze sobą... albo oddawać na czas mojej nieobecności znajomym... Ale tak by się działo zbyt często, kocie było by ciągle zestresowane... Bardzo chcę kota. Ale nie mam moralnego prawa.

7) Płyty: "Barwy", "Jaskółka" i "Drzewo światów" to twoja autorska muzyka. Dużo w niej brzmień elektronicznych, celebracji, barw podniosłych czy klimatów ambientowych. Ciekawa mieszanka tradycji z nowoczesnością, ludowości ze współczesną technologią. Możesz przybliżyć proces powstawania tej muzyki?

R.V.: Jeszcze dodam, że na początku była płyta „Mizrah“ (2002) – płyta w charakterze multi-kulti ludowym, o brzmieniu zdecydowanie jazzującym, nagrana w typowo jazzowym składzie. Tak szczęśliwie się złożyło, że z moim zespołem zostaliśmy laureatami konkursu „Nowa Tradycja“ (2002, Warszawa), a przewodniczącym komisji wówczas był Czesław Niemen. No i zadecydował, byśmy dostali nagrodę w postaci nagrania płyty. I tak powstał album „Mizrah“.

„Barwy“ (2005) – nagranie mojego pierwszego koncertu solo. Bazowałam głównie na ukraińskich ludowych melodiach. Tu też słychać wpływy jazzu, ale wtedy już zaczęłam eksperymentować z brzmieniami elektronicznymi, wykorzystując sampler Akai S-2300 XL.

„Jaskółka“ - zawiera muzykę teatralną. Jest to muzyka stworzona przeze mnie do spektaklu “Jaskółka” (2008) reż. Ż. Gierasimowa) na podstawie pieśni starosłowiańskich, rosyjskich, białoruskich - głównie obrzędowych. Tu po raz pierwszy jako wykonawczyni zetknęłam się z folkiem rosyjskim, białoruskim – czyli znanym mi, ale teraz odkrywanym w zupełnie innym wymiarze. W trakcie tworzenia tej muzyki, zdobywając nową wiedzę, odkrywałam inne, nieznane dotąd obszary siebie, własnych możliwości. Zostałam wtajemniczona w technikę białego śpiewu.  A spektakl “Jaskółka” gramy w Teatrze Rampa, w Warszawie. Zapraszam!

„Drzewo światów. Opowieść czterech szamanów” – jest to wspaniały zbiór baśni, głównie ludów Syberii (pomysł i opracowanie – Maciej Panabażys).

Projekt został wydany w formie książki z płytą CD z muzyką mojego autorstwa, ilustrującą treść opowieści szamańskich, zawartych w książce. Tutaj spotkałam się z bardzo mało znaną mi kulturą. Proces komponowania muzyki polegał przede wszystkim na wczytywaniu się, wsłuchiwaniu się w historię szamanizmu, zwłaszcza syberyjskiego, na poznawaniu, zrozumieniu i głębokim wewnętrznym przetworzeniu kolorystyki brzmienia tamtego dalekiego świata, by później ująć to po swojemu.

Można jeszcze dodać, że w przypadku “Jaskółki” I “Drzewa Światów”, królują głębokie, ambientowe brzmienia elektroniczne  jak również wykorzystywanie tzw. map dźwiękowych. Eksperyment. Śpiew. A stworzone zostały w ulubiony mój sposób, czyli w formie suity.

8) Podobnie jak Der Spyra chętnie badasz nowe obszary dźwiękowych przestrzeni dodając do niej swoją energię, pomysły i niebanalny trzy oktawowy głos. Czego zwolennicy Twojego talentu mogą spodziewać się w przyszłości?

R.V.: Sama nie wiem, czego po sobie w twórczym planie spodziewać się. Więc niewykluczone, że będziemy zaskoczeni wszyscy ;-). I ja też. I jeszcze – mam taki pomysł, by nagrać płytę “Barwy 2”. Teraz pojawiła się płyta, „Moon & Melody. Overture”.  A właściwie – jest to zapowiedź płyty, którą planujemy wydać z Wolframem Spyrą niebawem. Krążek zawiera fragmenty naszych najnowszych wspólnych odkryć form brzmieniowych...

Dziękuję za udzielenie mi wywiadu.
R.V.: Mnie również było bardzo miło podzielić się tym, co czuję... Życzę wszelkich pomyślności Tobie oraz wszystkim czytelnikom!

Więcej informacji można znaleźć tu: