środa, 25 lipca 2012

Kayanis - Synesthesis

  Przygodę z muzyką Lubomira Jędrasika zacząłem około 1999 roku. Wtedy to, moja żona Julita namiętnie słuchała jego płyty "Machines and Dreams". Twierdziła, że jest to taki polski Mike Oldfield i naprawdę świetnie gra. Trochę sceptycznie podszedłem do tematu, więc przez następne miesiące Kayanis nie miał u mnie lekkiego pióra w internetowych komentarzach jakie wówczas pisałem. Gdy spotkaliśmy się rok później na KOMPIE 2000 którego był współorganizatorem, artysta patrzył na mnie z lekkim wyrzutem. Kiedy po latach analizuję swoje nieprofesjonalne zachowanie, dochodzę do wniosku, że u jego podłoża mogla leżeć zwykła zazdrość. Tym bardziej, że na kwidzyńskim koncercie Kayanis promieniował charyzmą, a jego żona niebanalną urodą. Bardzo się to podobało mojej kobiecie, podobnie jak mi pięknie toczone nogi trzech towarzyszących Kayanisowi wokalistek. Jednak koncentrując się na jego koncertowej muzyce, nie sposób było odmówić mu zdecydowania i rozmachu w realizacji swojej kompozytorskiej wizji. Ale widocznie wtedy nie byłem na to dobrze przygotowany. Jednak po jakimś czasie doceniłem twórczość słupskiego muzyka.
  Jeżeli jego muzykę z "Machines and Dreams" można w skali relaksacji porównać do przerwy śniadaniowej, to wydana w 2001 roku "Synesthesis" jest niczym długi weekend. Okazało się, że ambitny kompozytor ma nie tylko wystarczająco dużo weny, ale i sił by zrealizować imponujący projekt. Zawartość omawianej płyty to swoista mieszanka stylów, form muzycznych, mnogości pomysłów i niebanalnych rozwiązań. Bardzo podoba mi się dbałość o brzmienie całości jak i poszczególnych detali. Inteligentne wypełnienie muzycznej przestrzeni słychać szczególnie dobrze w cichych momentach które autor wypełnia atrakcyjnymi ozdobnikami. Jest to też pewnie zasługa odpowiedzialnego za mastering Tomasza Roguli.  Trudno jednoznacznie określić przynależność gatunkową tego dzieła, które posiada elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej czy ambitnego popu. Miłe dla uszu są pełne ekspresji gitarowe solówki Andrzeja Czajkowskiego i Mariusza Mojsiuka. Sam mistrz ceremonii  gra na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Jego największy atut, to chyba umiejętność komponowania, synergii różnych elementów układanki, i porwania do realizacji swojego celu innych, uzdolnionych muzyków.  Połączenie w zgrabną całość orkiestracji, partii chóralnych, ciężkich rockowych gitar i współcześnie brzmiących piosenek, wymaga nie tylko odpowiednich kwalifikacji ale również nietuzinkowej wyobraźni. Taką Kayanis posiada, a sądząc po następnej płycie "Where Abandoned Pelicans Die" - nieustannie ją rozwija. Ale o "Umierających pelikanach" następnym razem. Dziś zachęcam do słuchania "Synesthesis", gdyż ma ona w sobie tę moc i ogień, które to spowodują, że wasz puls życia zabije mocniej!

http://www.kayanis.com/pl/index.html