czwartek, 22 grudnia 2011

Edgar Froese - Macula Transfer


     Trzecia solowa płyta Edgara potrafi pobudzić wyobraźnię. Jestem ciekaw czy Froese wydając ją na czarnym winylu, miał tego świadomość. Podobno nagranie materiału zajęło mu tylko dwa tygodnie czerwca 1976 roku. Album "Macula Transfer" stworzony tak spontanicznie, jest jednym z najciekawszych osiągnięć muzyka. Kiedy trochę wcześniej latał różnymi liniami lotniczymi, prawdopodobnie było to dla niego samego ekscytującym przeżyciem, skoro zapamiętał nazwy kolejnych lotów i nazwał nimi wszystkie utwory (ewentualnie kolekcjonował bilety). Jakby nie było, pięciu muzycznych podróży zapisanych na Maculi słucha się doskonale. Już od pierwszych minut w "Os 452" jako tła używa Edgar długich fraz wyciskanych z mellotronu i popisuje się grą na gitarze. Nie robi tego w klasyczny sposób, instrument służy mu raczej do generowania rożnych efektów. Froese silnie szarpie struny, wydawane przez nie dźwięki odbijają się dużym echem tak, że czasami trudno powiedzieć skąd pochodzą pogłosy. Utwór ma swoją dramaturgię i momenty przesileń. W atrakcyjnym stereo efekty spacerują z różną prędkością po kanałach, co nadaje muzyce dużą przestrzenność. Ale ta kompozycja nie kojarzy się bynajmniej z sielanką, to opis spektakularnych i widowiskowych historii. Przez osiem minut więcej się dzieje niż na niejednej całej płycie. "Af 765" jest moim ulubionym utworem z tego krążka. Dużo to elementów psychodelicznych, Edgar wydobywa z  gardła różne dziwne szepty, które oczywiście są sztucznie modyfikowane. Pełne ekspresji gitarowe solówki, zakręcone w niemożliwy do opowiedzenia sposób. Totalny odjazd na tle monumentalnych organowych ozdobników. Dźwięki podlegają ciekawej degradacji, to muzyka wręcz buntownicza i rewolucyjna w swojej formie, o dość dramatycznej końcówce. Szkoda że autor nie powrócił już do takich pomysłów w przyszłości. "Pa 701" przynosi zmianę nastroju, ukojenie. Pojawiająca się sekwencja wije się niczym pustynny wąż.  Czas upływa szybko i przyjemnie. "Quantas 611" jest krótką, mroczną impresją znakomicie nadającą się jako tło do filmu grozy. Dla kontrastu ostatni  "If 81" zaczyna się optymistycznie, niczym z amerykańskiego westernu, zapowiada kierunek jaki będzie Edgar eksploatował do znudzenia w późniejszych latach. Ale tu - w odpowiednich proporcjach, bez zbędnęgo słodzenia - jest doskonałym przykładem na niesamowitą inwencję lidera Tangerine Dream. Aż chciałoby się więcej.
    Płyta nie miała szczęścia do kompaktowych wydań i jest do dziś kolekcjonerskim rarytasem. Legendarnym świadectwem najlepszego okresu muzyki elektronicznej.