czwartek, 21 lipca 2011

Steve Roach - Live at SoundQuest Fest


   Steve Roach jest popularnym i płodnym muzykiem. To ciekawe, gra bowiem muzykę, która nie jest łatwa w odbiorze, a jednak pociąga ku sobie pewną grupę fanów. Od lat badam ten fenomen. Widocznie istnieje zapotrzebowanie na taki rodzaj przekazu, a Roach dobrze wypełnia swoją rolę. Bez spektakularnych efektów dźwiękowych czy szokujących wydarzeń osiąga swój cel. W 2011 roku wydaje płytę  Live at SoundQuest Fest 


nagraną 20.10. 2010r. na festiwalu w Berger Center - Tuscon. Wystąpili tam również Erik Wøllo, Mark Seelig, Loren Nerell - w różnych konfiguracjach. Na albumie Roach prezentuje pięć kompozycji. Rozpoczyna ją najdłuższa, blisko półgodzinna suita Momentum Of Desire (28:36). Jest ona zgrabnym ciągiem długich zestawów stojących brzmień, które w pewnym momencie uzupełnione są delikatną muzyką sekwencyjną. Nie wiadomo nawet, kiedy mija te pierwsze pół godziny. W Medicine Of The Moment (12: 06) ożywa  pustynia. Słychać egzotyczne instrumenty, łatwo wyobrazić sobie poruszające się po piasku węże, czy nocne zwierzęta porozumiewające się swoimi językami. Niepostrzeżenie przechodzi w Thunderwalkers (11:13) gdzie na identyczne tło dodatkowo nałożone są bębny Byrona Metcalfa. W dość swobodnym tempie grają one przez cały czas trwania tej kompozycji, a towarzyszą jej odgłosy ptaków oraz postękiwania niczym z rytualnego tańca szamanów. Często słychać digeridoo, na którym gra aż dwóch muzyków: Dashmesha Khalsa i Briana Parnhama. W Morphic (5: 37) mniej słuchamy uporządkowywanej muzyki, a więcej efektów. Nic dziwnego skoro Roach korzysta z urządzeń Oberheima, Waldorfa, Korga, Yamahy, Rolanda i Doeplera.Aż kusi je wypróbować :).W Off Planet Passage (16: 19) dochodzi do do zmiany barw i klimatu na bardziej przestrzenne. Opisywany tu kosmos jest tajemniczy, momentami groźny, a na pewno niepokojący. Zmiany w nim zachodzą jakby siłą inercji. Płyta kończy się wyciszeniem bez specjalnych rewolucji.  To nocna muzyka, nocą prezentowana i w tym czasie najlepiej odbierana. Choć nie odkrywa nowych światów, to jest wystarczająco intrygująca, aby poświęcić jej trochę czasu.