środa, 20 lipca 2011

Biosphere: N-Plants


     Słuchanie najnowszej płyty Norwega jest miłym przeżyciem. Podąża on wcześniej wytyczonym szlakiem, w stylu, który uwielbiają słuchacze na całym świecie. Biosphere to już legenda."Płyta N-Plants tematycznie związana jest z powojenną odbudową Japonii i rozwojem jej potencjału nuklearnego. Okazuje się że 30 % energii tego kraju dostarczane jest właśnie tą drogą. Geir, studiując geodezyjne zdjęcia, był zdziwiony, że elektrownie jądrowe mogły powstać tak blisko miejsc narażonych na trzęsienia ziemi. W lutym 2011 r. miał gotowy materiał na płytę, a w piątek 11. marca doszło w Japonii do potwornej katastrofy. Trudno się więc dziwić, że słuchanie teraz tej muzyki jest zupełnie innym doświadczeniem". Tyle w luźnym przekładzie ze strony Biosphere.  Ten album to doskonałe nagrania melancholijnej muzyki ambient. Utwory powoli, ale uparcie podążają jeden za drugim jak pracowici, konsekwentni w swoim trudzie robotnicy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nagrania, podobne do siebie, cechuje  wspaniała monotonia wprowadzająca słuchacza w rodzaj pozytywnego transu. Pomimo bolesnych skojarzeń muzyka tchnie sporą dawką optymizmu.  Sendai-1 zaczyna ten pochód, a Shika-1 rozwija go w delikatny, regularny beat stylizowany na egzotykę. Obie kompozycje trwają około ośmiu minut. Następne są już krótsze: w Joyo-1 słychać podkład o częstotliwości poruszającego się żółwia. W tym projekcie autor przemyca poważniejsze wątki. Z kolei Ikata-1 to kilka urozmaiconych linii; podobnie dzieje się w  Monju-1. Na tle atrakcyjnej, regularnej frazy pojawia się kobiecy głos szepcący tajemnicze słowa. Genkai-1  jest wyrazisty, wręcz przebojowy. W Oi-1 mamy do czynienia z pomysłem użycia brzmień dość orientalnych owiniętych w ciepły, pociągający rytm. Monju-2 zawiera dużo interesujących, dziwnych dźwięków przebiegających swobodnie po kanałach. Końcowe Fujiko to monologi, oczywiście po japońsku, odgłosy mew i ludowych instrumentów perkusyjnych.

     Płyta, zgrabnie nagrana, lekko się słucha i trochę za szybko kończy - co często znamionuje muzykę najwyższych lotów. Geir Jenssen znów objawia się nam w znakomitej formie.