środa, 2 listopada 2011

Suzanne Doucet - The most precious moment is always here


English version below, move your mouse down

Każdy miłośnik nagrań w stylu New Age powinien znać osobę która bardzo dużo zrobiła dla tej muzyki w USA. Suzanne ma swoją wytwórnię płytową, sklep, od  wielu lat nagrywa CD i angażuje się w różne projekty.  Przeczytajcie co mówi o sobie.

- Ładnie śpiewasz, komponujesz, wydajesz płyty, jesteś pisarką, malarką, grafikiem, producentem..... Czegoś nie lubisz robić w życiu?

 S.D.: Nauczyłam się czerpać przyjemność z tego, co robię. Nawet zmywanie garów potrafi być przyjemną czynnością.

- Robiłaś karierę jako piosenkarka i gospodarz programu telewizyjnego w Europie, co Cię skłoniło do przeprowadzki zza ocean? Ciekawość świata?


S.D.: Uwielbiam podróżować odkąd pamiętam. W wieku 25 lat zwiedziłam większą część świata. Byłam w wielu krajach, mogąc doświadczyć ich kultury. Gdziekolwiek byłam, czułam się jak w domu. Jednakże klimat oraz natura, jak i wielokulturowe środowisko w Los Angeles zafascynowały mnie od mojej pierwszej tam wizyty, w 1968 roku. Wiedziałam, że pewnego dnia tam zamieszkam. Stało się to w 1983 roku – byłam na to gotowa. To miasto miało wszystko, czego według mnie mógłby sobie zamarzyć artysta, producent czy muzyk. Czuję się szczęściarą, że mogłam się tam przeprowadzić.

- Kiedyś Peter Baumann stwierdził że Niemcy nie umieją cieszyć się życiem, Amerykanie zaś to potrafią, czy to trafne spostrzeżenie?

S.D.: Nie wiem, na ile generalizowanie w ogóle odzwierciedla prawdę. Mam wielu znajomych w Niemczech, którzy naprawdę potrafią korzystać z życia, poznałam także wielu Amerykanów, którzy byli strasznymi ponurakami.  Być może zależy to od indywidualnego rozumienia słowa „radość”. Szczęście budowane na zasadzie gromadzenia dóbr materialnych nie będzie trwało zbyt długo, jeśli jednak znajdzie się je w samym sobie, może trwać wiecznie…
 

- Od lat promujesz w USA muzykę New Age. Kupują ją znani celebryci. Musisz mieć chyba duży dar przekonywania?



S.D.: Po prostu wierzę w to, że New Age jest muzyką tworzoną świadomie oraz w celu „leczenia” oraz relaksacji. Są to wartości potrzebne obecnie temu światu bardziej niż kiedykolwiek. Wielu celebrytów zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest „Świadoma Rozrywka” i mają różny w nią wkład. Mam niewyobrażalne szczęście mogąc być w miejscu nie tylko innowacyjności i kreatywności, ale także tam, gdzie ma miejsce wspaniałe „przebudzenie”. Czasami można je wyczuć w różnych miejscach całe lata, nim gdziekolwiek indziej na świecie.




- Czy na fakt że tworzysz New Age miała wpływ konkretna literatura, ludzie czy odwiedzane miejsca?

S.D.: To, że tworzę Muzykę New Age jest wynikiem moich własnych życiowych przemyśleń i poszukiwań. Dzięki mojemu ojcu, dr. Friedrichowi W. Doucetowi, autorowi ponad 40 książek z dziedziny parapsychologii, dość wcześnie zetknęłam się z naukami Carla Gustava Junga. Tata studiował z nim w Zurychu, dzięki czemu mogłam dowiedzieć się bardzo dużo o ludzkiej psyche. Od ósmego roku życia interesowałam się filozofią. Książki które czytałam nie należały do typowych, czytanych przez dzieci lub młodzież. Później poznałam bardzo interesujących ludzi, starszych ode mnie, a moje poszukiwania prawdy doprowadziły mnie na drogę duchową oraz na studia. Przejście z popu przez chanson, bycie piosenkarką oraz autorką piosenek aż do New Age następowało stopniowo. Między rokiem 1970 a 1980 moja osobista przemiana postępowała równolegle z wyrażaniem artystycznym.

 - Czytam Twoją biografię i widzę że prowadzisz bardzo aktywne życie, a muzykę nagrywasz wyjątkowo spokojną. Jak to godzisz?

S.D.: Gdy człowiek osiągnie swoisty spokój wewnętrzny, może być niezwykle aktywny, zaś w swej twórczości wyraz znajdzie wspomniany spokój.


- Wydałaś kilka płyt z Christianem Buehner i Tajalli.  Jak do tego doszło?


S.D.: Zawsze lubiłam współpracować z przyjaciółmi. W Niemczech współtworzyłam teksty piosenek z Anją Hauptmann, zaś w latach 60. z Rio Gregorym i Udo Juergensem współtworzyłam teksty oraz komponowałam. W latach 70. byli to Abi Ofarim, Ralph Toursel, Christian Buehner oraz wielu innych. Wraz z Christianem napisałam i wyprodukowałam mnóstwo piosenek, później jednak stworzyłam taśmy do medytacji dla duchowego nauczyciela z Monachium, Thorwalda Dethlefsena. To było na przełomie lat 1980/81. Po tym wszystkim postanowiliśmy stworzyć album z muzyką instrumentalną, „Transformation”, który nagraliśmy w 1982 roku. Własną wytwórnię otworzyłam w 1979, „Transformation” ukazał się nakładem Isis Music. Był to nasz pierwszy album instrumentalny z gatunku New Age. Dalej było „Transmission” z 1983 roku. Ta inicjatywa spotkała się z dobrym odbiorem w Niemczech, więc postanowiliśmy wyjechać do Stanów aby sprawdzić, jak nasza muzyka zostanie przyjęta za oceanem. Efekt był bardzo pozytywny. Mogliśmy zaimportować nasze kasety i rozpocząć dystrybucję w USA. Christian wrócił do Niemiec i tam pozostał, ja znalazłam swoje miejsce tutaj. Swoją wytwórnię przemianowałam w Stanach na Beyond. Udało się wydać różne albumy od Christiana oraz innych niemieckich i amerykańskich artystów.

- Byłaś producentem filmu Starflight, lubisz tematykę SF?

S.D.: „Starflight” powstało we współpracy z Chrisem Toussaintem. Wykorzystaliśmy moją muzykę oraz obrazy włoskiego malarza, żyjącego w Himalajach. Był to owoc Miłości. Stworzenie odpowiedniego ruchu obrazów do muzyki zajęło nam dwa lata. Wspaniała robota. Zawsze interesowało mnie synchronizowanie obrazów z muzyką, przez co stworzyłam później wiele innych filmów muzyczno-wizualnych. Część z nich powstała w latach 80. przy użyciu syntezatora wideo Fairlight. Teraz cały proces jest o wiele prostszy! To jest jedna z moich pasji! Niektóre z moich dokonań można zobaczyć na YouTube…


- Na pewno się cieszysz, że córka Natasha, syn Shaman i wnuczek Anthony również pasjonują się muzyką. Pewnie mają to po Tobie?

S.D.: Cieszę się widząc, jak interesują się muzyką i sztuką! Każde z nich robi to na swój sposób. Mam także kolejnego wnuczka, na imię ma Zen. Ma półtora roku i już widzę, jak bardzo podoba mu się muzyka.

- W Twoim życiu tak wiele się działo. Jakie masz najmilsze wspomnienie?

S.D.: Nie mam jednego, najmilszego wspomnienia. Pamiętam tyle wspaniałych wydarzeń. Jednakże najważniejsze jest TU i TERAZ, to właśnie obecnie mam najwspanialsze wspomnienia. Najważniejsza chwila ma miejsce w tej chwili, jestem za to niezmiernie wdzięczna. Wszystko przecież przemija, jednak nieskończone, niezmienne TERAZ nigdy nie odchodzi. To jest coś, czego nie można obrócić we wspomnienie…

- Dziękuję za poświęcony czas!

S.D.:  Dziękuję, Damian, za stworzenie mi tej sposobności.

Dodatek od Suzanne, podesłany kilka dni później później:

Wspaniale, dziękuję, Damian. Zdałam sobie sprawę, że mówiłam o współpracy z Christianem, a nie wspomniałam nic o Tajali. Może dodam jeszcze: Jedną z pierwszych osób którą spotkałam po przybyciu do USA był Tajali. Stał się jedną z najbliższych mi tutaj osób. Mieszkaliśmy razem przez jakiś czas w San Jose (1984-1985). Pewnego dnia podjęliśmy współpracę. W ciągu kilku lat stworzyliśmy kilka albumów. Pierwszym był „Brilliance”, później „Tantra Zone”. Wspólnie z Chuckiem Pliasance wydaliśmy „Garden of the Goddess”. Tajali (a.k.a. William Wichman) zapoczątkował Prąd Sacred Sound, był Szamanem i prawdziwą „oświeconą istotą”.

Tłumaczył Marcin Siudak






The English version:

1) You nicely sing, compose, release CDs.  You're a writer, painter, graphic designer, producer ..... Is there a something that you do not like to do in your life?

I have learned to enjoy whatever is required for me to do! Even washing the dishes is a joyful task...

2) You were doing a career as a singer and host of a TV program in Europe. What prompted you to move overseas? Curiosity about the world?

I loved traveling since I can remember. I had traveled most of the world by the age of 25. I had seen many countries and many cultures.

I always felt at home wherever I was. However the climate and diverse nature as well as the multi-cultural environment in Los Angeles fascinated me when I came here for the first time in 1968. I knew somehow that one day I would live here... In 1983 I was ready and I stayed. LA had everything I envisioned an artist, producer and musician would want. I feel very blessed that I was able to move to LA.

3) Once Peter Baumann said that Germans do not know how to enjoy life, but Americans can do it. Is this observation true?

I don't know if any generalization is true. I have many friends in Germany who know quiet well how to enjoy life and I have also met numerous Americans, that are miserable. Maybe it depends on what "joy" means to someone. Joy based on the acquisition of material goods as a source of happiness will not last very long, but if one finds joy within the Self, it may last forever...

4) For years, you promote the music of New Age in the USA. This music is bought by famous celebrities You probably have a large gift of persuasion?

I just believe that New Age Music is music that is created with Consciousness and the intention to heal and relax. Something this world needs more than ever. Many celebrities are aware of the importance of Conscious Entertainment and contribute in many ways. I am very fortunate to be not only in a place of innovation and creativity, but also in a place of a tremendous "awakening" taking place. This awakening is felt in many areas sometimes years ahead of everywhere else in the world...

5) Does the fact that you are creating a New Age is a consequence of the impact of a particular literature, people, or perhaps the places you visited?

The fact that I am creating New Age Music is a result of my own insights and studies throughout my life. Through my father Dr. Friedrich W. Doucet, author of over 40 books on Parapsychology I came very early in touch with the teachings of Carl Gustav Jung. My father studied with him in Zuerich and I was able to learn a lot about the human psyche. Since the age of 8 I was very interested in philosophy. The books I was interested in were not average children's or teenage literature. Subsequently I met very interesting people who were much older than me and my search for truth led me to many spiritual paths and studies. My transition from Pop music to Chanson, Singer/Songwriter and New Age came gradually. Between 1970 and 1980 my personal transformation went hand in hand with my artistic expression.

6) I read your biography and see that you lead a very active life but the music that you are recording is very peaceful. How do you connect these two issues?

Once you reach a state of Inner Peace you can be extremely active, but your peacefulness will always be in your expression.

7) You released a several CDs with Christian Buehner and Tajalli. How did it happen?

I always loved collaborating with my friends. I co-wrote many lyrics in Germany with my friend Anja Hauptmann and co-wrote and composed songs with my friends Rio Gregory and Udo Juergens  in the '60s, Abi Ofarim, Ralph Toursel and Christian Buehner and others in the '70s. Christian and I wrote and produced many songs together, but then did some guided meditation tapes for a spiritual teacher in Munich by the name Thorwald Dethlefsen. That was in 1980/81. After we completed this work we decided to do an instrumental album together, "Transformation", which we recorded in 1982. I had started my own record label in 1979 and released "Transformation" on cassette only on Isis Music. That was our first instrumental "new age" album. It was followed by "Transmission" in 1983. We had very good feedback in Germany and had the idea to go to the US and see how our music would be received overseas. The result was very positive. We were able to import our cassettes and started to get distribution in the US. Christian went back to Germany. I stayed here. I expanded my label here into the US label "Beyond" and released other titles from Christian and other German and American artists.

8) You were a producer pf Starflight movie. Do you like SF themes?

"Starflight" was a visual music video I produced and directed with Chris Toussaint. We used my music and paintings from an Italian painter who lived in the Himalayas. It was a work of Love. It took us almost two years to create movements with the paintings to the music. Wonderful work. I was always interested in the synchronization of images and music and produced many other visual music videos. Some of them were done in the early '80s with a Fairlight video synthesizer... Now it is so much easier to create visual music! It is definitely one of my passions! You can see some of my clips on Youtube...

9)You will surely be glad that your daughter Natasha, son Shaman, and grandson, Anthony, are also passionate about music. They probably inherited it after you?

I am very happy to see that they all love music and art! Everyone of them in their own way. I have a new grandson. His name is Zen. He is 18 months old and I can see how much he enjoys music already.

10) Much has happened in your life. What is your dearest memory?

I can't really say that I have one dearest memory. There are so many wonderful events I remember. Probably the most important realization for me is that there is only NOW and the dearest and most wonderful memories are now. The most precious moment is always here. I am very grateful to know this. Everything comes and goes, but That which is the unchangeable timeless NOW cannot pass. This is my dearest knowing, which cannot turn into a memory...

-----

Great - Thank you Damian - I just realized that I only talked about my collaboration with Christian Buehner but not about Tajalli. Maybe you can add: One of the first peopel I met when I came to the USA was Tajalli. He became one of my dearest friends here. We lived together for some time in San Jose (1984-1985). We started collaborating musically from day one. We created several albums over the years. Brilliance was our first album, then we did much later Tantra Zone, and Chuck Pliasance and I produced Garden of the Goddess with him. Tajalli (aka William Wichman) was an initiate of the Sacred SoundCurrent, a Shaman and a truly "enlightened being."

-----

Thank you very much for your time!

Thank you Damian for giving me this opportunity.

wtorek, 1 listopada 2011

Edward Artemiev - Solaris, The Mirror, Stalker



     Tytan pracy twórczej, rosyjski muzyk Edward Artemiev w dalszym ciągu nie jest wystarczająco doceniany przez masowego odbiorcę. Chociaż skomponował muzykę do bardzo wielu filmów, chyba niewielu słuchaczy kojarzy nawet te głośne, najbardziej udane obrazy z jego płytowymi wydawnictwami. Całkiem naturalną koleją rzeczy więc było retrospektywne wydanie. W labelu jego syna Artemiya,  ukazała się składanka z fragmentami muzyki do trzech podanych w tytule płyty filmów reżysera Tarkowskiego. Materiał jaki wytłoczono w 1999r został na nowo zmiksowany. Ciekawe, że o ile film Solaris jest świadectwem pewnej epoki, to do oglądania Stalkera trzeba po prostu dorosnąć. Jednak z muzyką nie jest tak samo. Podlega innej percepcji niż konsumowany obraz, znakomicie go uzupełni, ale może również funkcjonować samodzielnie. Dlatego film może kiedyś się zestarzeć, ale muzyka nie musi - jest dziełem trwalszym, jakby doskonalszym. Dobrze to słychać w trakcie odbioru nagrań Artemieva. Mimo iż pomysły pochodzą z lat 70. to nad muzyką nie unosi się patyna czasu.  Wyraziste i mocno nasycone dźwięki wlewają się do jestestwa przynosząc ze sobą różne doznania.  Niekiedy niepokój, mrok i strach (Exodus, Dream, Ocean). Czasami zadumanie, trochę tajemnicy i relaks (Stalker - Theme, They Go Long, Meditation). Nie brak też form bardziej eksperymentalnych (Train, Picture P. Bruegel "Winter"). Znalazło się również  miejsce na inspiracje Bachem (Listen to Bach -The Earth). Jest też trochę tradycyjnej elektroniki sekwencyjnej (Solaris - Ill). Płytę kończy jeden z lepszych utworów: 'Dedication to Andrei Tarkovskiy".

    Rozmarzony i patetyczny stanowi dobre podsumowanie całości. Muzyki którą znać należy a i polubić można.

piątek, 28 października 2011

Konrad Kucz - Railroad paths


          Co rusz rzesze wykonawców przypominają o tym płodząc wiele tego typu nagrań, penetrując szerokość, wysokość i głębokość gatunku. Konrad Kucz, muzyk uniwersalny i wciąż  poszukujący, zgrabnie wpisał się w ten trend nagrywając w 2008r. Railroad paths. Płyta wydana przez  www.generator.pl została zauważona w małym światku nie tylko rodzimej el-muzyki. Świadczą o tym liczne recenzje, a po 3 latach od jej wydania dalej ma wysoką notę w rankingu sprzedaży tego sklepu. Ucieszył mnie ten fakt, bo ta muzyka niejako sama mówi: "jestem tego warta" ;). Zdarzają się  w stylu Szkoły Berlińskiej produkcje nużące i tworzone trochę mechanicznie. Konrad Kucz jest starym wyjadaczem, zbyt inteligentnym aby wpaść w tę pułapkę. Jego "trzy grosze" dołożone do tej odmiany dynamicznej elektroniki, to po prostu dobra muzyka. Choć materiał nie nowy i przerabiany - brzmi korzystnie. Jest w tym zasługa użytych "zasłużonych" dla gatunku instrumentów, ale przede wszystkim inwencji autora. Słychać ją wyraźnie gdy w muzyce dominują soczyste sekwencje, mellotronowe zawodzenia czy wstawki z vocodera. Po prostu: sposób w jaki jest to przetwarzane, przyciąga ucho do głośnika. I nie jest ujmą dla tego artysty fakt, że podobnie już kiedyś zagrał Kraftwerk czy Tangerine Dream. My, słuchacze, o tym wiemy, właśnie dlatego tego słuchamy i dalej to lubimy.
    Klasyka muzyki elektronicznej która w wykonaniu Kucza brzmi świeżo i atrakcyjnie.





czwartek, 27 października 2011

Cadenced Haven - Peregrination


         Laila Quraishi znana jako Cadence Haven swoją muzyczną wędrówkę rozpoczęła od stąpania po wysokich górach pod pięknym niebem :). Wydana w 2010 roku debiutancka płyta Peregrination zawiera dziewięć kompozycji w tym początkową, piętnastominutową "Devoted Loss" która wprowadza słuchacza w specyficzny, bo mocno rozmarzony klimat całości. Akurat tak się złożyło, że najpierw słuchałem muzyki, a potem dopiero sprawdziłem opis płyty. Bez specjalnego zdziwienia (coś takiego chodziło mi po głowie) dowiedziałem się po fakcie o udziale na niej Gerta Emmensa. Jest on obecnie narzeczonym tej miłej dla oka artystki z Bangladeszu. Chociaż powiem szczerze, Gert zaznacza swoją obecność na tej płycie dość powściągliwie i w rozsądnych proporcjach. Dzięki temu jego powłóczyste sekwencje nie przesłaniają pomysłów i rozwiązań autorki. Muzyka w założeniu ciepła, romantyczna i odrobinę egzotyczna płynie swoim ustalonym rytmem. Oprócz orientalnych wokaliz usłyszeć można jakieś komunikaty z publicznych głośników, jednostajne rytmy (Confronting Conscience), ale też i typowe berlińskie osinato (Atmosphere Of Amalgamation). Jednak twierdzenie, że ta muzyka to po prostu kolejna produkcja w stylu New Age, byłoby dla Cadence krzywdzące. Trochę zaskoczył mnie telefon na - "The Silent Visit" - przez kilka chwil zastanawiałem się czy to do mnie ktoś dzwoni :). Utwory nie są więc takie same, a emocje choć raczej zrównoważone, wyraża Laila na różne sposobyCzęstotliwość sekwencji rytmicznych jest zmienna, w ich dawkowaniu można zauważyć dbałość o zachowanie równowagi. Ten szacunek dla słuchacza opłacił się. Płyta zostaje w pamięci jako udany mariaż łagodnej elektroniki i subtelnych uniesień, otoczonych pewną aurą tajemniczości.



wtorek, 25 października 2011

Steve Jolliffe - I really believe everybody should tell their story



The English version below

Steve Jolliffe - muzyk Steamhammer, Tangerine Dream i przyjaciel Klausa Schulze. Autor około 30 solowych płyt z piękną muzyką elektroniczną. Spełnił moje marzenie udzielając mi obszernego wywiadu.
 
- Czytałem Twoją biografię. Opisałeś kilka smutnych wydarzeń, więc powiedz  jakie chwile w życiu pamiętasz jako wyjątkowo dobre i dni które były szczęśliwe?

S.J.: Życie jest pełne smutku, szczęścia, dobra i zła. Przeczytaj moją Autobiografię aby uzyskać pełen obraz tego o czym mówię. Biografia zamieszczona na stronie internetowej to tylko mały skrót, napisany z przymrużeniem oka. Lata sześćdziesiąte w szkole artystycznej były magiczne, podobnie jak lata siedemdziesiąte w Grecji. Także czas spędzony w kościele w Somerset. Kluczem do wszystkiego jest w moim przekonaniu zdanie się na intuicję i słuchanie głosu serca, inaczej życie staje się pasmem szukania kolejnych siatek bezpieczeństwa. Mój ojciec zawsze mi mówił, że twoje życie to jedyne w swoim rodzaju wakacje i staram się zachować i realizować ten pogląd. Jestem teraz szczęśliwy realizując swoje chałupnictwo. To wielka zabawa decydować co i  kiedy stworzyć, cieszyć się procesem tworzenia i wyjść z tym do moich słuchaczy. Kocham też podtrzymywać kontakt i reakcje z każdym kto do mnie pisze.

- W naszym kraju słuchacze poznali Cię  po radiowych prezentacjach płyty "Journeys out of the body".  Bardzo lubię tę muzykę. Czy z perspektywy lat uważasz tę płytę za ważną w swojej dyskografii?

S.J.: Napisałem to w Somerset gdy mieszkałem w kościele Bruton Church. To był dla mnie bardzo magiczny okres. Ten album zawsze będzie zajmował specjalne miejsce w moim sercu. Został stworzony tylko z użyciem czterościeżkowca, syntezatora Pro One i pianina. Nie spodziewałem się, ze ktoś ktokolwiek to wyda. Mój przyjaciel wysłał kopię do wydawnictwa Nada Pulse a Dave odpisał mi, że już kaseta leżała spakowana aby ją do mnie odesłać, ale coś go podkusiło, żeby ją rozpakować i przesłuchać ponownie. Kolejne przesłuchania kompletnie zmieniły jego zdanie i wtedy podjął decyzję aby zapytać mnie o pozwolenie na wydanie tego materiału. Wciąż dostaję listy od ludzi, którzy mają z tego radość, chociaż minęło już ponad 30 lat. Album był inspirowany moimi duchowymi przeżyciami i przygodami, jakie miały miejsce w tym czasie. To portret mnie z tamtego okresu, podobnie jak przy pozostałych albumach. Co roku pojawiała się kolejna płyta, co oznacza, że to ponad 30 albumów, które tworzą swego rodzaju muzyczny pamiętnik. Frustrujące jest dla mnie tylko to, że przez te wszystkie lata nie miałem żadnego wsparcia ze strony wydawnictw. Jednak patrząc wstecz, pozwoliło mi to zachować szczerość przekazu i możliwość pisania bez żadnych ograniczeń. Pozwoliło to na wyrażanie myśli z mojej podróży przez życie.

- Flight and returning to the body - ostatni utwór z tej płyty ma ekspresyjne zakończenie  (gong i efekty z Emulatora 1). Jak rozumiem  obrazuje powrót jaźni do ciała... Miałeś jeszcze później takie dziwne przeżycia?


S.J,: Miałem te wszystkie doświadczenia i one wciąż niespodziewanie płoną w mojej świadomości. Mam nadzieję, że będzie się to dziać dalej, nawet gdy mojemu fizycznemu ciału ostatecznie zabraknie pary. Było to bardzo ekscytujące gdy po raz pierwszy sobie na to pozwoliłem. Możliwość, że możemy przetrwać poza fizycznością dało mi szansę na ocenę faktów, porównanie jednego świata do drugiego. Wspomnienia z tamtych chwil są oczywiście ujęte w Autobiografii i rzecz jasna zawarte są też na płycie.


- Nieco później  w 1984 nagrałeś świetną muzykę na "Beyond The Dream". Całkiem inne nastroje i zmiana stylu. Zgrabnie zaśpiewane piosenki. Co było tego inspiracją?

S.J.: Zaczęło się od utworu instrumentalnego i jest słyszalne w tej postaci w Temmenu. Małe wydawnictwo zasugerowało aby dodać tam nieco wokalu, dlatego też napisałem słowa i dodałem ścieżkę wokalną do tego utworu. Podobnie stało się na płycie "Cyclone" Tangerine Dream. Album początkowo nie miał linii wokalnych ale stało się tak, że w końcu jeden z poetyckich pomysłów i eksperymentów został wcielony w życie. Piszę słowa utworów w ten sam sposób jak muzykę, prawie automatycznie. Od tego czasu wydałem też książkę, która jest oparta na moich tekstach i obrazach.

- W 1986 nagrałeś z Klausem Schulze płytę Miditation. Jak doszło do tego spotkania?

S.J.: Pierwszy raz spotkałem Klausa w latach sześćdziesiątych gdy Edgar i ja szukaliśmy perkusisty aby skompletować nasze trio. Na początku nie byłem pewien co do jego stylu, był bardzo siarczysty i kipiał energią. Zagraliśmy koncert ze Swedish Fella, który zwykł rzucać blachami po pokoju, a ja wyobrażałem sobie, że w końcu komuś utnie tym głowę. Pomyślałem, że powinniśmy skorzystać z szansy i wprowadzić zmiany. Klaus to świetny facet. Po latach od odejścia z TD napisałem do niego wspominając dawne czasy, a w szczególności stary niemiecki płaszcz żołnierski, który dał mi abym się ogrzał podczas lodowatych berlińskich zim. Klaus zaprosił mnie do współpracy przy jednej z płyt. Pracowaliśmy godzinami jammując pomiędzy sekwencjami, które Klaus programował na jego Moogu Modularze. Powstał z tego świetny materiał i jestem dumny, że część z niego zachowała się do naszych czasów.

- Płyty Space, Temmenu, Deep Down Far,  i dużo innych… Nagrałeś tyle pięknej muzyki, czy ludzie czasami piszą Ci, że doceniają Twoją  twórczość?

S.J.: Otrzymałem wiele cudownych listów od ludzi i cenię je sobie. To zaszczyt wiedzieć, że ludzie czerpią przyjemność z moich skromnych poczynań.

- W 2004 wziąłeś udział w edycji Ricochet Gathering w Jeleniej Górze. Jak Ci się grało w Polsce? Czy może coś Cię zaskoczyło w naszym kraju?

S.J.: Spędziłem w Polsce wspaniałe chwile i poznałem cudownych ludzi. Polacy, których spotkałem byli prawdziwie głęboko zamyśleni. Zadawali prowokujące i szczere pytania. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym kraju. Koncert został zorganizowany przez Vica Reka, hojnego człowieka, który od tamtego czasu stał się moim bliskim przyjacielem. Jechałem z Londynu autokarem aby uniknąć lotu samolotem. Po czterech godzinach oczekiwania w Victorii i bardzo niewygodnych 16 godzinach w zapełnionym autokarze, dojechaliśmy do granicy, gdzie Vic na mnie już czekał. Byłem potwornie zmęczony, rozbity po bezsennej nocy, kompletnie wyczerpany podróżą. Przysięgam, nigdy tego więcej nie powtórzę. Koncert był zaplanowany w okolicach weekendu, pod szyldem Richochet Gathering. Wysłuchałem tam wiele świetnej muzyki. Przed każdym indywidualnym koncertem Vic zawsze kładzie nacisk na wspólny jam wszystkich muzyków. Muszę przyznać, że nie podobał mi się ten pomysł. To dla mnie jak muzyczny koszmar z dziesiątkami syntezatorów, z których każdy walczy aby być słyszalnym. Zgodziłem się jednak aby wziąć w tym udział w imię tego, co Vic dla mnie zrobił. Moje obawy były całkowicie bezpodstawne. To było niesamowite doświadczenie i mój pierwszy wstęp do syntetycznej orkiestry. Jestem przekonany, że ten pomysł ma przed sobą przyszłość. Pod koniec weekendu, świetny support do głównego koncertu (nazwaliśmy go Boombox) został wyznaczony aby odwieźć mnie na granicę abym złapał autokar powrotny. Po czułych pożegnaniach wyjechaliśmy, ale po około 2 godzinach Boombox patrząc na znaki drogowe zdawał się być coraz bardziej zdezorientowany.  Zacząłem się martwić o moje połączenie. Uparłem się aby się zatrzymać i zapytać miejscowych o wskazówkę. Pamiętam tych ludzi podnoszących ręce i wskazujących na nas. Wiedziałem, że jesteśmy w tarapatach. Zjechaliśmy w dół drogi w przeciwnym kierunku, Boombox stawał się coraz bardziej wzburzony, naciskany przez mój niepokój. Wkrótce po przejęciu kierownicy zdałem sobie sprawę, że nie damy rady być na czas, ruszyliśmy więc z powrotem do punktu startu w sam raz, aby złapać wspólny autokar ze wszystkimi przyjaciółmi, z którymi pożegnałem się wcześniej. Potem była podróż z zaciśniętymi zębami aby zdążyć złapać autokar. Spóźniliśmy się na moje połączenie około 20 minut, postanowiłem więc wrócić tam, gdzie Vic organizował lot z powrotem do Londynu. Pojechałem z Vic'em przez Czechy aby złapać lot z Pragi. To była wspaniała podróż, ale byłem gotowy uderzyć w kimę gdy już będziemy w Pradze. Vic nie zgodził się na to i podkreślił, że przekimamy na mieście. Dzięki jego pozytywnemu myśleniu to była wspaniała noc. Byłem wdzięczy Boomboxowi, że się zgubiliśmy. W nocy wsiadłem do samolotu, stłumiłem swoje lęki i miałem piękny, bezstresowy powrót do Londynu.

- Na Twojej stronie internetowej można kupić cztery książki plus CDR, DVDR,  pamiętniki, wiersze, Twoje obrazy, animacje i zapisy nutowe. Próbowałeś pisać książki beletrystyczne?

S.J.: Nie, zawsze skłaniałem się ku biografii, a w szczególności Autobiografii. Wierzę, że każdy powinien opowiedzieć swoją historię. Nie chodzi o to co robisz albo kim się stajesz, ale jak radzisz sobie z kartami, które są rozdane przed tobą. Obawiam się, że jestem słabym pisarzem, ale cieszą mnie moje starania nawet gdy zacząłem pisać bez wiary w swoje możliwości. Początkowo martwiłem się, że nie będę miał nic do powiedzenia ale w trakcie pisania coraz więcej wspomnień napływało mi do głowy. Czuję, że musiałbym się wstydzić gdybym pozostawił moją historię nieopowiedzianą.

- Jakie dzieła z muzyki klasycznej uważasz za wybitne? Czy Bach dalej jest Twoim liderem?

S.J.: Bach jest jak wszystkie emocje jakie doświadczyłem, spakowane w pudełko i czekające na eksplorację kiedykolwiek nadarzy się okazja i potrzeba. Jest dla mnie niedoścignionym w muzycznej ekspresji. Ustanawia emocje w zupełnie nieosiągalny sposób, nic nie jest tam przemilczane, nic niedopowiedziane, nie ma żadnej brakującej lub nadmiarowej nuty. On jest największym powodem dla którego mógłbym uwierzyć w istnienie Boga - jak inaczej człowiek mógłby kreować taki geniusz? Bach wydaje się komunikować z siłami wyższymi. Jego czystość i skala ekspresji wydaje się być ponad możliwości ludzkiego umysłu.

- W 2010 wydałeś kilka płyt: Heart And Soul, Amuletum, a w 2011 Purple Dream.  Napisałeś że to minimalistyczna muzyka gdzie głosu udzielił Twój ojciec. Możesz powiedzieć o niej kilka słów więcej niż na stronie WWW?

S.J.: Jak już wspomniałem wcześniej, wszystkie albumy są wyrazem pewnego czasu w moim życiu. Napisałem Heart&Soul krótko po utracie matki. Opiekowałem się nią podczas walki z rakiem. Oglądanie ukochanej matki, której stan się stopniowo i nieubłaganie pogarsza jest katastrofalne. Pozostawiło to wyrwę w mojej duszy. Zacząłem wtedy głęboko myśleć o jej życiu, życiu jej matki i życiu matki jej matki. Moja matka zostawiła trochę pieniędzy dla jej czterech synów aby mogli iść na obiad. Stało się to okazją, aby brat John zaskoczył nas nagraniem, które zrobił z naszym ojcem prawie pięćdziesiąt lat wcześniej. To zainspirowało mnie, aby dodać jego głos do ostatniego utworu na Purple Dream, kończąc go z odrobiną mojej mamy z poprzedniego albumu. Purple Dream również wychodzi także z płytą DVD, która jest tak naprawdę kolażem mojego codziennego życia i fragmentów animacji. Zwróć uwagę na mój wygląd w 1967 roku, tuż przed moim pierwszym spotkaniem z TD.

- Czy jako artysta czujesz się spełniony, zadowolony ze swojego dorobku? Grasz ambitną muzykę,  odkrywasz nowe rejony.. jesteś szczęśliwy?

S.J.: Jestem szczęśliwy pozostawiając ślad po mnie tak szczery, jak tylko jestem w stanie. Jeżeli komuś przyniesie to choć odrobinę przyjemności - warto było to robić.




---------------
The English version:
1) I read your biography. You described a number of sad events there,so please say - what moments in your life you remember as extremely good and the days that were happy?

LIfe is full of sad, happy, good and bad. You need to read my Autobiography to get a thorough picture. The biography on the website is just a short tongue in cheek affair.

Art school in the sixties was a magic time as was Greece in the seventies. Also my time living in the church in Somerset.

I think possibly the key is allowing your intuition to take president and to follow your heart, otherwise life can become a succession of mundane safety nets.

My Father always said that my life was one long holiday and I guess I have always tried to keep that achievement in mind.

I am happy right now running my cottage industry. It's fun deciding what and when to create and be able to enjoy the process of my output right through to the posting to my listeners.

I love keeping in contact with everybody and the reactions and feedback from those who write to me.

2) Polish listeners know you thanks to the radio broadcasts of your "Journeys out of the body". I really like this music. Do you consider in retrospect that this album is very important in your discography?

That was written in Somerset when I lived in the Bruton Church. A very magic time for me. That album will always have a special place in my heart. The whole album was created on a 4 trk reel to reel with mainly a Pro One and an upright piano. I really didn't expect anybody to release it.  A friend sent a copy to a record company (Nada Pulse) and Dave wrote back to me saying he had packed the cassette back up to return it to me, having decided it wasn't for him when he suddenly felt he should unpack it again and have one more listen. On the second listen he completely changed his mind and asked me if he could release it. I still receive letters now from friends who still get a kick out of it over thirty years later. Of course the album was inspired by my spiritual adventures at the time. And so it has been throughout my life with the albums remaining a portrayal of a period in my life.

There has been one album for every year since then which means there are now over thirty albums representing my life like a musical diary.

The frustrating experience for me was never being able to achieve any record company support  over the years. But in retrospect that helped to keep my work honest, as I always wrote what I wanted without any constraints being forced upon me. leaving me free to express my thoughts on my journey through life.
 

3) "Flight and returning to the body" - the last track on this CD has an expressive ending (gong and Emulator 1 effects). As I understand well, it illustrates the return of the self to the body. Have you ever experienced such strange states of consciousness later?

I have had those experiences throughout my life and they still unexpectedly fire into my consciousness. I hope they continue when my physical body finally runs out of steam.

It was very exciting when I first allowed myself into that world. The possibility that we could survive beyond the physical gave me a chance to check facts, to compare one world with another.

The diary from those times is included in the autobiography and of course comes with the album.
  
4) A little bit later in 1984 you recorded great music "Beyond The Dream". Quite different moods and significant change of style. Nicely sung songs. What was the inspiration?

It started out as instrumental and can be heard in this mode in parts of Temmenu.

A small record company suggested adding some vocals, so I started writing some lyrics and adding them to the instrumental parts. Similar to what I did with TD on the Cyclone album. It was the same with that album I had nopreconceived  thoughts to introduce lyrics there, it just happened to be one of the many ideas flying around and poetry I was experimenting with at the time. I write lyrics in the same way I write music, almost like automatic writing.

I have since released a book that is based on my lyrics and Paintings.
  
5) In 1986 you recorded a CD with Klaus Schulze - "Miditation". How was your meeting? How did it happen?

  
I first met Klaus in the 60s when Edgar and I were looking for a drummer to complete the trio we had began. I  wasn't sure about his style at first he was very racy and bursting with energy. we had been playing with a Swedish

Fella who used to throw his cymbals around the room and I imagined somebody being decapitated, so I thought we should take the chance and make a change.

Klaus is a lovely guy and over the years after  leaving TD for the second time I wrote to him reminding him of the old days. In particular about an old German soldiers trench coat he had given me to keep me warm through those icy Berlin winters.

Klaus Invited me over to work on an album together. We worked for hours jamming around sequences that Klaus had programed on his Modular synth. There was some good stuff that came out from that time I'm glad some of it survived.
 
6) The albums Space, Temmenu, Deep Down Far, and much more ....You wrote so much beautiful music. Do people write sometimes to you that they appreciate your work?

I have had many wonderful letters from people and I treasure them. It is such a buzz for me to know people have found enjoyment from my humble endeavors.

7) In 2004 you took a part in Ricochet Gathering edition in Jelenia Gora. How did you play in Poland? What were your impressions? Was there a something that surprised you in this country?

I had a great time in Poland and met some lovely people. There was a genuine sense of deep thinking from the Polish that I met. The questions asked were thought provoking and sincere. I am really looking forward to another visit.

The concert was set up by Vic Rek a generous man who has since become a close friend.

I travelled  from London on a coach thinking to avoid plane flights.

After a 4 hour wait at Victoria and a very uncomfortable 16 hours on a packed coach, we arrived on the polish border where Vic collected me, very tired and very bedraggled after a sleepless night on a gruelling bus journey.

I swore I'd never do it again.

The concert was arranged around a weekend of performers and billed as the Richochet Gathering.  There was some great original music to listen out for. Before the individual concerts Vic always insists on a communal jam, with all the artists gathered together for a combined concert. I have to admit I didn't like this idea. it struck me like a musical nightmare, with dozens of synthesizers all battling to be heard.

I agreed to partake for Vic's sake after all he had done for me.

My fears were completely unfounded. It was quite an amazing experience and my first introduction to a  synthesized orchestra. I am convinced this idea has a lot of mileage.

At the end of the weekend a great supporter to the event (who we nicknamed Boombox) was designated to drive me back to the border to catch my return coach.

We set off with heart felt farewells but after driving for about 2 hours and Boombox looking more and more confused at the road signs I began to worry about making my connection. I insisted he stop and ask some locals by the roadside for directions. I could see these people raising there arms and pointing behind us.  I knew then we were in trouble.

We spurted down the road in the opposite direction but Boombox was becoming very agitated, pressured by my anxiety. Shortly after taking over the driving I realized we wern't gonna make it and  we headed back to the start, just in time to catch the communal coach with all the friends I had bade farewell to earlier. Then came a gritting teeth journey on a coach rushing to catch a coach.

We missed my connection by about 20 minutes so I decided to take the same bus back again to the start, where Vic arranged a flight back to London.

Vic and I had to drive through slovakia to catch the flight in Prague. That was a great drive but I was ready to hit the sack once we were in Prague.  Vic would have none of that and insisted we hit the town. It was a great night thanks to Vic's positivity.

By this time I was thanking Boombox for getting us lost.

I boarded the flight in the morning determined to quell my fears and had a beautiful stress free flight back to London.

8) On your website we can buy your four books plus CDR/DVDR, diaries, poems,  paintings, animations and scores. Did you try to write novels?

No I have always been into Biography particularly Autobiographies. I really believe everybody should tell their story. Its not so much about what you do or who you become, but how you deal with the cards that are laid out to you.

I'm afraid I am a very poor writer but I enjoyed my endeavor, once I had got started and got over my lack of confidence. initially I was worried I'd have nothing to say, but the more you write the more the memories come flooding back.

I feel it would have been a shame to have left my story untold.
 

9)What the works of classical music do you consider to be outstanding? Is J.S. Bach still your favourite composer?
 
Bach for me is like all the emotions I have felt in my life wrapped up in a package, ready to explore whenever the need arises.
For me he is the ultimate in musical expression, he lays down emotion in a completely understated way, nothing unsaid, without a note missing or unnecessarily added.

He is the nearest I have come to believing that their could be a God. How else could a human being create such genius.

Bach seems to be in communication with a higher force. His purity and ability of expression would seem to be beyond the ability of the human mind.
 
10) In 2010 you released several CDs: Heart And Soul, Amuletum in 2011 Purple Dream. You wrote that this a minimalist music where the voice was given by your father. Could you say a few words about it more thanon the web page?
 
As I said all the albums are expressions of a certain time in my life. I wrote Heart&Soul shortly after losing my Mother. I had nursed her through cancer.  Watching your Mother deteriorate before your eyes is
devastating. It left a gaping hole in my soul. It made me think deeply of her life, her Mothers life and her Mothers Mothers life.

My Mother left some money for her four sons to go for a dinner and it was on this occasion that Brother John surprised us with a recording he had made with our Father nearly fifty years previously.

That inspired me to add his voice to the last track on Purple Dream ending it with a hint of my Mum from the previous album.

Purple Dream also comes with a DVD which is really just a collage of my everyday life and bits of animation.  Watch out for the shot of me in 1967,  just before my first stint with TD.
 
11) Do you feel fulfilled and satisfied (as an artist) with your previous achievements?  You play an ambitious music, discover new areas .. Are you happy?

I am happy to leave behind an imprint of myself as honestly as I am able and if any of it can give pleasure to somebody then my resolve was worthwhile.


Wolf Spyra - I compose and install acoustic situations

The English version below

Wolfram Spyra, znany również jako Der Spyra, jest popularnym niemieckim kompozytorem muzyki elektronicznej. Gra bardzo różnorodne utwory, w których swobodnie operuje formą. Wydaje płyty, które trudno jednoznacznie zaklasyfikować. 

- Jakie były początki Twoich muzycznych fascynacji, kupiłeś sobie jakąś płytę w sklepie? Byłeś na koncercie czy też usłyszałeś ciekawą muzykę w radio?
  
W.S.: Zaczęło się od jakiejś audycji w radiu... WDR (Westdeutcher Rundfunk) w Kolonii, magicznym mieście eksperymentalnej elektroniki, którą wysłuchałem przez bardzo ekskluzywny odbiornik wyposażony w lampy cyfrowe. Miałem około dziesięciu lat, zaś audycja dotyczyła Muzyki Elektronicznej. Fragment audycji nagrałem moim "bardzo prostym" rejestratorem kasetowym w mono... i pomyślałem, że to magia!!! Miałem wrażenie, że te dźwięki pochodziły z innego świata... nie wyobrażałem sobie, że taka muzyka mogła zostać nagrana typowymi "mechanicznymi" instrumentami. Gdy tylko wujek mi powiedział, że ta muzyka została nagrana na instrumentach nazywanych "syntezatorami", od razu wiedziałem, że w przyszłości muszę nagrać muzykę tymi magicznymi maszynami!  Od tego czasu bardziej dokładnie słuchałem utworów muzycznych... i odkryłem, że bardzo często w muzyce pop syntezatory są używane, i to w utworach które znałem, np. Abba czy The Beatles. W tym czasie coraz więcej słuchałem audycji radiowych i... czasem nagrywałem muzykę, która mi i siostrze wydawała się "dziwna"... Naprawdę nie podobała mi się, ale wydawała mi się wystarczająco interesująca, by do niej powracać. Jak się później dowiedziałem, owa muzyka nazywana była "Rockiem Progresywnym", my zaś nagraliśmy utwory zespołów takich jak na przykład "Stormy Six", "ELP" czy "Triumvirat". A właśnie, pierwszy (wspomniany powyżej) utwór elektroniczny, który nagrałem to był "The Hut of Baba Yaga" w wersji Tomity! Dziękuję Ci, Panie Tomita!

- Na Twojej stronie internetowej często powtarza się pojęcie "instalacja dźwiękowa". Jak to wygląda?

W.S.: Choć niektórzy ludzie używają tego terminu na wszystko co nie jest typowym koncertem rockowym, ja preferuję nazywać sztukę "Instalacją dźwiękową" tylko wtedy, gdy pozwala ona słuchaczom (a nawet jednej osobie) odbierać otoczenie w specyficznej, innej albo niespodziewanej dla słuchu formie. W moim przypadku, "Instalacje dźwiękowe" mogą być samodzielnie zbudowanym sprzętem elektronicznym, który pozwala użytkownikom doświadczać niezwykłych wrażeń (np. "Plecak dźwiękowy", "System PASS" czy "Łoże dźwiękowe"). Albo też, jako że jestem plastykiem (przynajmniej to studiowałem), komponuję oraz instaluję "akustyczne sytuacje", które zmieniają percepcję specyficznych przestrzeni albo miejsc (np. "Hush Hour" w garażu parkingowym), "Numer 7" (w pokoju hotelowym) czy "Kąpiel" (pierwotnie stworzone dla pustego basenu, a potem wydane na płycie CD). Instalacja dźwiękowa może być instalacją artystyczną, która nie produkuje dźwięku, ale gra z medium... np. dzieła takie jak "Eksperyment myślowy" czy... "Elektroakustyczne krzesło", które pyta "co by było gdyby..."

- Wydałeś około 30 płyt ale różnią się między sobą, co uważam za zaletę. Nie chcesz być szufladkowany?

W.S.: No, z jednej strony nie chcę być zaszufladkowany jako "gość od tego i tego" ... i nic poza tym. Z drugiej strony czasem myślę, że tak byłoby łatwiej dla fanów specyficznego rodzaju muzyki... i nawet jeśli to czasem jedyny powód, żeby mogli łatwiej znaleźć to co szukają! (?). Wszystko to takie pomieszane ;-). Komercyjnie nie ma to dużo sensu... W innym przypadku nikt by nie tworzył innych nazw projektów na utwory, które mogą się nieco różnić od "typowego" grania. Może w przyszłości powinienem użyć różnych pseudonimów na "klasyczny", "eksperymentalny" czy "progresywny" styl... Ale... nie chcę by mi to przeszkadzało! To wszystko gram ja, nie ważne czy to "January in June", "Homelistening is killing Clubs" czy "Etherlands"... i jestem najbardziej szczęśliwy jak ludzie mi piszą, że lubią moją wszechstronność.

- Nagrałeś serię płyt z Namlookiem. Wasze wspólne płyty są naprawdę dobre, jak doszło do tej współpracy?

W.S.: Dzięki! Jak to się zaczęło? Razem lubimy nieco jazzujące kawałki oraz Fusion... i jeśli dokładnie posłuchasz płyty od pierwszej "Virtual Vices" do najnowszego wydania, to zobaczysz, jak razem wzajemnie i powoli się odkrywaliśmy, krok po kroku (i bajt po bajcie) :-), mimo że kierunek był już nadany na samym początku.

- Często koncertujesz. Kontakt ze słuchaczem wyzwala w Tobie dodatkowe emocje?

W.S.: Mimo że wyglądam na spokojnego i zrelaksowanego na scenie, w rzeczywistości jestem tak nakręcony, że czasem wręcz kolana mi się trzęsą jak zaczynam!!! U innych artystów jest pewnie podobnie, więc nie różnię się tak bardzo od innych wykonawców - jak zaczniesz myśleć, ile rzeczy może się nie udać podczas koncertu (zwłaszcza gdy w użyciu są komputery i elektronika), to już jesteś stracony! Staram się nie myśleć o takich rzeczach... i zazwyczaj, jak już wszystko się zaczęło, to jest ten wielki przypływ wydarzeń, rezonans / komunikacja ze słuchaczami poprzez fale dźwiękowe (czy też umysłowe?), i to na tych falach próbuję pływać, czasem skręcam, czasem gubię się, aby ponownie odnaleźć drogę, a nawet zadziwiam siebie samego tym co przyjdzie....tak, to jest zawsze nowe i stymulujące doświadczenie!!! Czego nie lubię podczas koncertów na żywo... Szczerze aż do teraz, nigdy nie miałem "idealnego brzmienia" (czyli brzmienia, o którym marzę), ani na scenie, ani wśród publiczności! Próbowałem grać na systemach kwadrofonicznych (które są obiecujące, ale w większości przypadków niemożliwe do realizacji), próbowałem ze słuchawkami dla całej publiczności (to też fajne doświadczenie)... ale... wciąż chcę aby moja muzyka była słuchana w jakości "studyjnej". Zatem, drodzy słuchacze, nie myślcie że płyta CD czy nawet winyl jest czymś nadzwyczajnym!!!  Jeśli słuchacie dobrze skomponowanej i nagranej muzyki z dobrego systemu analogowego albo cyfrowego źródła (ale nie mp3!), i poprzez dobry sprawdzony system Hi-Fi, to w końcu odczujecie podobne wrażenie dźwiękowe, jak to którego doświadczam ja (czy też inni muzycy) podczas siedzenia w studio próbując godzinami tworzyć muzykę i niewidzialne przestrzenie... to jest dla mnie najbardziej błogie.

- Na płycie Headphone Concert Little Garden of Sounds II gra polski gitarzysta Rober Golla. Poznałeś go w Kassel?

W.S.: Tak, Robert żyje w Kassel (gdzie pracuje dla znanej firmy Hi-Fi / High-End) i często przychodził do mojej wystawy "My Little Garden of Sounds II" w 2002 roku! Gdy mu wspomniałem pomysł o "Koncercie słuchawkowym" w ogrodzie, w którym muzycy graliby w szklarni, zaś publiczność słuchałaby tylko poprzez słuchawki bezprzewodowe, od razu zgodził się aby z nami zagrać :-) Potem przeprowadziłem się do Berlina, więc nie spotykaliśmy się za często, ale gdy zostałem zaproszony przez Józefa Skrzeka do koncertu "Schody do Nieba" w Chorzowie w 2009 roku, to poprosiłem go, aby zagrał ze mną ten koncert. A ponieważ płyta z tamtego okresu (January in June) była częściowo zainspirowana bluesem, to było bardzo przyjemnie, że wspólnie graliśmy z prawdziwym gitarzystą bluesowym. Zawsze będę wdzięczny Robertowi (i oczywiście Józefowi), za przedstawienie mnie Roksanie Vikaluk... a dlaczego, to pozostawię fantazji czytelników i fanów. Konkretny wynik tego historycznego spotkania znajduje się na "Moon & Melody" a także na www.myspace.com/derspyraband

- Na tym koncercie słuchacze mieli na uszach bezprzewodowe słuchawki firmy Sennheiser. Należy rozumieć że ilość wzmacniaczy i kolumn głośnikowych była ograniczona?

W.S.: Dzięki bardzo miłemu wsparciu firmy Sennheiser mieliśmy około 250 bezprzewodowych słuchawek, dużą stację ładującą, zbudowany na zamówienie nadajnik bezprzewodowy - aby zapewnić dobrą jakość sygnału dla takiej ilości słuchawek. Nie wiem czy byliśmy pierwszymi osobami na planecie, które zorganizowały "Koncert Słuchawkowy", ale podczas innych takich imprez używa się wejść na wiele jacków, a ludzie muszą przynosić własne słuchawki. Albo były to też głównie sety DJ-ów, a nie prawdziwe koncerty na żywo! No ale nie ważne, czy byliśmy pierwsi, czy też nie, bardzo nam się podobało granie na tych koncertach (a publiczności również się podobało!) no i nikt nie narzekał na hałas :-).

P.S. - Właśnie znalazłem to na Wikipedii: "Pierwszy koncert słuchawkowy na żywo odbył się w maju 2000 roku. Był to w ramach "BBC Live Music", gdzie odbył się "cichy koncert" w Centrum Chapter Arts w Cardiff, gdzie publiczność słuchała zespołu Rocketgoldstar oraz różnych DJ-ów przez słuchawki (z artykułu http://en.wikipedia.org/wiki/Silent_disco, nie ma tam wzmianki o "Koncercie Słuchawkowym" Spyry... może warto by dać znać?).

- Kick the Bucket (co za nazwa!) Kassel, 2001 to był koncert w świątyni, domu pogrzebowym?

W.S.: "Kich the Bucket" było instalacją dźwiękową zrealizowaną jako wspólny projekt z performerem, nauczycielem oraz dobrym przyjacielem Adrianem Palka (z Wielkiej Brytanii, ale z polskim pochodzeniem!). Na początku instalacja była pokazana w galerii sztuki "KunsTTempel" w Kassel, potem na różnych wystawach w Europie, ale również w szklarni podczas "Little Garden of Sounds" w 2002 roku... Ludzie musieli rzucać kamieniami w beczki po ropie, i gdy trafiali, rozlegał się samplowany dźwięk. W pierwszych wystawach, dźwięki były skoncentrowane wokół tematu upadku reżimów komunistycznych w centralnej i wschodniej Europie po 1989 roku. Później zmieniliśmy dźwięki i temat instalacji koncentrując się na "bombardowaniu Londynu" oraz temu, iż w stacji metra Stockwell (gdzie Adrian i jego rodzina żyła w tamtych czasach), policja zastrzeliła niewinnego mężczyznę! W tym kontekście dodaliśmy podtytuł "Śmietnik Historii".

- Komponujesz przy użyciu nieznanych instrumentów “Triangle-pads” in “Electrolyte”. Możesz objaśnić to szerzej?

W.S.: Od zawsze myślałem jak budować dziwne i hybrydowe instrumenty muzyczne do występów na żywo, i wciąż mam tysiące pomysłów na przyszłość! "Triangle-Pads" i "Elektrolyra" (Harfa Elektroniczna) to tylko dwa z nich. Nie używałem ich za często, ponieważ były ciężkie (zbudowane z metalu) i trudne do ustawienia! Zbudowałem również "Blachę dźwiękową" w różnych formach, którą można opisać jako głośniki z wbudowaną płytą ze stali zamiast membrany. Grałem już parę koncertów używając tych instrumentów (np. w Chorwacji), ale głównie używam ich do występów w odpowiednim kontekście i dla małej publiczności. Obecnie czasem stosuję na koncertach, "Bow Chimes", co jest też instrumentem ze stali... ale to nie mój wynalazek. Jest to wspaniały pomysł Boba Rutmana (http://www.rutman.de) Ja tylko dodałem "samplowanie na żywo" podczas gry na instrumencie, co dodaje interwału, subharmonii oraz filtry tworzące dźwięk podobny do droningu.

- Co Cię teraz zajmuje? Planujesz nowe płyty, koncerty?

W.S.: W tej chwili przygotowuję kilka (dźwiękowych) projektów artystycznych... W następnym tygodniu nagrywam kolejny "Acoustic City Map" z uczniami szkół... Potem planuję parę innych płyt, ale nie mam czasu by zakończyć je do końca roku (no... może z jednym się uda :) ) Co więcej, jestem członkiem zespołu "Curious Egg" (http://www.curious-egg.com). No i to będą moje następne koncerty na żywo:

3 listopada, Nikodemuskirche Berlin - Curious Egg

11 listopada, Owca Cała, Zamość - Spyra Solo

24 listopada, Warszawa, na festiwalu folkowym... najszybciej mogę powiedzieć, że będzie to Moon & Melody wraz Roksaną Vikaluk.

Thank you for the interview.

W.S.: Best wishes, Wolf

English version:

 1) What were the beginnings of your musical fascinations? Did you buy some CD of such music style? Were you at a concert or did you listen to interesting music on the radio?

W.S.: It happened through some broadcast on the radio..from WDR (Westdeutscher Rundfunk) in Cologne, the magic city of experimental electronics, it's through, a very posh Radio-Receiver with Nixie-Tubes ... I was around 10 years old, and this broadcast was about Electronic Music. I recorded a bit of it on my "very basic" Mono-Cassette-recorder...and thought it was magic!!! To me, the sound seemed to come from another world...at least I could not imagine, that this music would have been produced with usual "mechanic" instruments. When my uncle told me that the music was played on instruments called "Synthesizers", I immediately knew that once in the future, I must make music with these magic machines! - From this moment on, I listened more carefully to music productions...and found that very often in pop music, these Synthesizers have already been used in music which I knew... for example by Abba or the Beatles! meanwhile, I listened to radio broadcasts more and more ... and sometimes recorded music which my sister and me considered to be "strange" ...  I didn't really like it, but thought it was interesting enough to listen to it repeatedly ... As I've learned later, this music was called "Progressive Rock" and tracks we had recorded were -for example- by "Stormy Six", "ELP" or "Triumvirat". -

By the way, this very first electronic piece (mentioned above) I had recorded was "The Hut of Baba Yaga" in the version of Tomita!  Thank You, Mr. Tomita!

 2) "Sound installation" term is very often reminded on your web site.

  What is it and how does it look like?

W.S.: Though some people use the term for almost anything which is not a usual rock concert, I prefer to call a work of art "Sound Installations" only when it enables an audience (or even a single person) to perceive their surroundings in a special, different or at least unexpected way through the sense of hearing!  In my case, "Sound Installations" can either be self-built electronic (hardware) units which  enable the users to make unusual sonic experiences (e.g. the "Klangrucksack" / "PASS System" or the "Klangbett") or -since I'm a Fine Artist (at least, this is what I studied...)- I compose and install "acoustic situations" which change the perception of specific spaces or places (e.g. "Hush Hour" in a Parking Garage), "No. 7" (in a Hotel Room) or "Bath" (originally for an empty swimming pool, but later released on CD). - A sound installation can also be an art installation which does not produce sound, but plays with the medium ... or works as a "Gedankenexperiment" .. like the work "Elektroakustischer Stuhl" asks the question "what would happen, if ..."

 3) You have released about 30 albums. They differ what I consider to
 be their advantage. Don't you want to be pigeonholed?

W.S.: Well, on the one hand, I would not like to be categorized as "the guy who makes this and that" ... and nothing else; then on the other hand, sometimes I think that this would make it easier for fans of a specific kind of music...and if it's only for the reason of making it easier for them to find what they're looking for!(?) It's a jungle sometimes!! ;-) Commercially, this does make a lot of sense... otherwise no-one would invent different Project names for any releases which might be slightly different from their "usual" stuff. - Maybe, in the future, I should also use different pseudonyms for "classic", "experimental" or "progressive" styles ... but then ... I just can't be bothered!!! It's all me, no matter if it's "January in June", "Homelistening is killing Clubs" or "Etherlands" ... and I'm most happy if people write to me that they like my versatility ...

 4) You recorded a serie of CDs with Namlook. Your albums are really
 good.   - S: Thank You!!! -  How did this collaboration come about?

W.S.: We both like slightly Jazzy tunes and Fusion ... and if you listen carefully from the first "Virtual Vices" album to the most recent, you will be able to hear/find out, how we both discovered this mutuality slowly, bit by bit (and byte by byte :-), though the path was already set in the very beginning!

 5) You often give concerts. Does the contact with your listeners
 trigger in you the extra excitement?

W.S.: Though I might look quite calm and relaxed on stage, in fact, I get so excited that sometimes, my knees are shaking when I have to start!!! This is possibly true for many many other artists as well, so I'm not so different from most of the other performers. - If you start thinking how many things there are during a concert, which can go wrong (especially with computers and electronics), you'll be lost! In my case, I try to avoid thoughts like these ... and usually, once I've started, there's only the big flow of events, the resonance / communication with the audience through means of sonic (..or mental?) waves, and on these waveforms, I try to swim, make some new turns, sometimes get lost, but find the way back, surprise myself with whatever might come along ... and yes, this is always a new and stimulating experience!!! - What I don't like with live concerts ... truly spoken: Up to now, I never had "the perfect sound" (the sound that I'm dreaming of), neither on stage, nor in the audience! I tried to play with quadraphonic sound systems (which is promising, but not possible in most cases), I tried with headphones for the whole audience (also a nice experience) ... but ... still I prefer my music being listened to with a "studio sound"! So, worthy listeners, please do not consider CD or even Vinyl to be something superfluous!!! If you listen to thoroughly composed and well-recorded music from a good analogue or digital source(not mp3!), and though a very good old-fashioned Hi-Fi - System, you'll eventually be able to get a similar feeling / sonic experience to the one which I (or other musicians) might get while sitting in their studios and endlessly try to create musical and architectural spaces with invisible waves ... for me, this is pure bliss!

 6) Polish guitarist Robert Golla plays on the The Headphone Concert Little Garden of Sounds II. You met him in Kassel?


W.S.: Yes, Robert lives in Kassel (where he works for a quite renowned Hi-Fi / High-End company), and he came very often to my exhibition "My Little garden of Sounds II" in 2002! When I mentioned the idea of doing "Headphone Concerts" in the garden, in which the musicians would play inside a greenhouse, and the audience would only be able to listen via wireless headphones, he immediately agreed to play with us:-) - Later, I moved to Berlin, so we couldn't meet very often, but when I was invited by Jozef Skrzek to play at "Schody do Nieba" in Chorzow 2009, I've asked him to play with me at this concert ... and since the actual album at that time (January in June) was partly blues-inspyred, it was a great pleasure to play together with a real Blues-guitarist!!! I will always be thankful to Robert (and, of course, to Jozef) for introducing me to Roksana Vikaluk ... why this is, I'll leave to the phantasy of the dedicated fans and readers! A concrete result of this historic meeting is the existence of "Moon & Melody" ... and also www.myspace.com/derspyraband

 7) At this concert the audience used Sennheiser wireless headphones. It should be understood that the number of amplifiers and loudspeakers was limited?


W.S.: Due to the very friendly support by Sennheiser, we had about 250 wireless headphones, a huge recharging station and a custom-built wireless broadcast - station to make sure that this big number of headphones would all be fed with a powerful signal. I don't know, if we were the first ones who did a "Headphone Concert" on this planet, but other people who organized similar events often used very simple multiple-jack connections and people had to bring their own headphones, or were mainly DJ-events, not actually Live concerts! But, no matter whether we were the first ones or not, we hugely enjoyed playing those concerts (and so did the audience!), and no-one ever complained about noise - pollution :-)

p.s. - Just found this on Wikipedia: "The first Live concert with headphones was: In May 2000 ‘BBC Live Music’ held a "silent gig" at Chapter Arts Centre in Cardiff, where the audience listened to a band, Rocketgoldstar, and various DJs through headphones."[3 ... taken from the article http://en.wikipedia.org/wiki/Silent_disco...who actually doesn't know about "Headphone Concerts" by Spyra ... could eventually someone tell' em?

 8) Kick the Bucket (what a title!) Kassel, 2001 - it was a concert in
 the church or funeral home?

W.S.: "Kick the Bucket" was a sound installation done as a collaborative project with the performance artist, lecturer and great friend Adrian Palka (from the UK, but with Polish roots!) Firstly, this installation was shown in the art gallery "KunsTTempel" in Kassel, later in several exhibitions in European countries, but also in a greenhouse at the "Little Garden of Sounds" in 2002... People had to throw stones at oil barrels, and would trigger sampled sounds whenever a stone hits a barrel. In the first exhibitions, the sounds were themed around the collapse of the communist regimes of central and eastern Europe,  post 1989. Later, we changed the sounds and the theme of the installation, now relating to the "London Bombings" and the fact that in Stockwell underground station (where Adrian and his family lived at that time),  an innocent man was shot dead by the police! In this context, we added "The Dustbin of History" to the title.

 9) You compose using not well known instruments - "Triangle-pads" in "Electrolyte". Can you explain this further?

W.S.: I've always been thinking about how to construct strange and hybrid musical instruments for live performances, and there are still thousands of ideas for the future! The "Triangle Pads" and the "Elektrolyra" (Electric Lyra) were just two of them. I didn't use them so often, because they were heavy (made of metal) and difficult to set up! I've also constructed the "Klangbleche" in different forms, which could be described as loudspeakers with a resonating steel plate instead of a membrane, and I played several concerts (e.g. in Croatia) with them, but mainly in the fine arts - context and with small audiences. Nowadays, I sometimes use the "Bow Chimes"at concerts, which is a steel instrument, too ...but it's not my invention, but the honour of having had this ingenious idea is up to Bob Rutman http://www.rutman.de. What I have added is to use "real-time-sampling" while I play the instrument, which adds intervals, subharmonics and filter effects to the drone-like sound of the instrument.

 10)  What do you do now? Do you plan a new album and concerts?

 Thank you for your time.

W.S.: At the moment, I'm preparing several (sonic) art projects ... Next week, I'll be recording another "Acoustic City Map" with school-kids... Then, there's several albums planned, but not enough time to finish them before the end of the year (well...maybe ONE:) Furthermore, I'm member of the band "Curios Egg" (http://www.curious-egg.com). Finally, these will be my next live concerts :

3rd of November, Nikodemuskirche Berlin - Curious Egg

11th of November, Owca Cala, Zamosc - Spyra Solo

24th of November, Warszawa, at a Folk Festival ... I'll specify this one asap - as Moon&Melody, with Roksana Vikaluk

11th of December, EM - breakfast in Bochum-Wattenscheid

Best wishes, Wolf

piątek, 21 października 2011

Can Atilla - Mevlana'dan Cagri

       Turcja do tej pory kojarzyła mi się z legendą według której, jako jedyny kraj odmówiła uznania rozbiorów. Dużo się też mówi o turystycznych atrakcjach tureckiej Riwiery i malowniczego wybrzeża. Okazuje się że w tym narodzie są również utalentowani muzycy. Urodzony w Ankarze kompozytor Can Atilla, jest kojarzony z muzyką New Age. Ale swobodnie porusza się po różnych obrzeżach muzycznych gatunków. Któregoś razu spodobał mi się na płycie Ave nagranej w klimatach Tangerine Dream, teraz zachwyca wydaną w 2008r muzyką filmową. A konkretniej oprawą baletu. Niewiele tu popularnej muzyki elektronicznej w klasycznym rozumieniu tego słowa. Mevlana'dan Cagri to zgrabna mieszanka motywów ludowych, symfonicznych, wokalnych uniesień i sentymentalnych melodii. Piętnasta płyta tego uzdolnionego muzyka przypomina miejscami stylistykę Kitaro, pozbawiona jest jednak manierycznej pompatyczności Japończyka. Główne zalety tych nagrań to - prócz wprowadzania w pozytywny nastrój, wyczucie proporcji i smaku. Bo chociaż niczego nie odkrywa, nie obala standardów i nie zmienia kanonów, to znakomicie wykorzystuje konwencję oprawy widowiska.

         Działa profesjonalnie i z tą wyczuwalną pewnością siebie znamionującą wizjonerów. Przewijający się co jakiś czas wzruszający motyw przewodni zapadnie do serc romantykom. Ciekawie też radzi sobie z orkiestracją. Akcenty ludowe podane są w mniej komercyjny sposób, za to z werwą i nerwem. Miejscami swoją formą muzyka przypomina nagrania znanych amerykańskich wykonawców ambientu. Płyta spodoba się również miłośnikom "Symphonic Landscapes" Gandalfa. Te bogactwo skojarzeń, umiejętne wprowadzenie w czyn muzycznych pomysłów powoduje że ta płyta wraca co jakiś czas do odtwarzacza.















...

Brunette Models - Magnus Luctus In Ergastulo



      Miłośnicy muzyki Piotra Krzyżanowskiego zachwycają się znakomitymi płytami  Impressions of whispers z 2000r, czy bardzo popularną Last Poem z 2008r. Ale warto też pamiętać o ciekawych początkach jego dokonań z lat 1995-97, dziele o dziwnym łacińskim tytule: Magnus Luctus In Ergastulo. Muzykę tę - z pewną dozą samokrytycyzmu - udostępnił mi sam autor. Ta wrodzona skromność nie ma tu jednak większego uzasadnienia. Kilku utworów osadzonych w średniowiecznym klimacie słucha się przecież przyjemnie. Być może nie wzbudzają one emocji na poziomie wyśrubowanym przez późniejsze płyty, ale mają co najmniej jedną, bardzo cenną zaletę: są rozpoznawalne i ułożone zgodnie z pewną ideą. Piotr nie kryje tu swoich fascynacji dokonaniami Dead Can Dance, co w niektórych fragmentach można delikatnie usłyszeć. Całość składa się z dziesięciu spójnych i nastrojowych kompozycji. Jednak nie tak molowych i przerażających jak wiszący na okładce człowiek ;). Umiejętnie rozłożone akcenty symfoniczne, chóry zakonników, specyficzne dźwięki czy proste instrumenty rytmiczne tworzą pożądaną aurę zadumania nasączoną lekko posępną nutką. Ale myślę że naturalny optymizm, silne poczucie ładu oraz pragnienie wyrażania piękna w sumie zwycięża w tej walce. W bonusowym utworze męski głos w stylizacji Niemena przejmująco śpiewa o rozrywaniu przez wiatr i otaczającej ciszy. Bardzo to przekonywujące i ciekawe.
     Nietuzinkowa twórczość. Ciepły, rycerski ambient. Szkoda tylko że muzyk kryjący się pod nazwą Brunette Models tak rzadko wydaje swoje płyty.