czwartek, 22 grudnia 2011

Edgar Froese - Macula Transfer


     Trzecia solowa płyta Edgara potrafi pobudzić wyobraźnię. Jestem ciekaw czy Froese wydając ją na czarnym winylu, miał tego świadomość. Podobno nagranie materiału zajęło mu tylko dwa tygodnie czerwca 1976 roku. Album "Macula Transfer" stworzony tak spontanicznie, jest jednym z najciekawszych osiągnięć muzyka. Kiedy trochę wcześniej latał różnymi liniami lotniczymi, prawdopodobnie było to dla niego samego ekscytującym przeżyciem, skoro zapamiętał nazwy kolejnych lotów i nazwał nimi wszystkie utwory (ewentualnie kolekcjonował bilety). Jakby nie było, pięciu muzycznych podróży zapisanych na Maculi słucha się doskonale. Już od pierwszych minut w "Os 452" jako tła używa Edgar długich fraz wyciskanych z mellotronu i popisuje się grą na gitarze. Nie robi tego w klasyczny sposób, instrument służy mu raczej do generowania rożnych efektów. Froese silnie szarpie struny, wydawane przez nie dźwięki odbijają się dużym echem tak, że czasami trudno powiedzieć skąd pochodzą pogłosy. Utwór ma swoją dramaturgię i momenty przesileń. W atrakcyjnym stereo efekty spacerują z różną prędkością po kanałach, co nadaje muzyce dużą przestrzenność. Ale ta kompozycja nie kojarzy się bynajmniej z sielanką, to opis spektakularnych i widowiskowych historii. Przez osiem minut więcej się dzieje niż na niejednej całej płycie. "Af 765" jest moim ulubionym utworem z tego krążka. Dużo to elementów psychodelicznych, Edgar wydobywa z  gardła różne dziwne szepty, które oczywiście są sztucznie modyfikowane. Pełne ekspresji gitarowe solówki, zakręcone w niemożliwy do opowiedzenia sposób. Totalny odjazd na tle monumentalnych organowych ozdobników. Dźwięki podlegają ciekawej degradacji, to muzyka wręcz buntownicza i rewolucyjna w swojej formie, o dość dramatycznej końcówce. Szkoda że autor nie powrócił już do takich pomysłów w przyszłości. "Pa 701" przynosi zmianę nastroju, ukojenie. Pojawiająca się sekwencja wije się niczym pustynny wąż.  Czas upływa szybko i przyjemnie. "Quantas 611" jest krótką, mroczną impresją znakomicie nadającą się jako tło do filmu grozy. Dla kontrastu ostatni  "If 81" zaczyna się optymistycznie, niczym z amerykańskiego westernu, zapowiada kierunek jaki będzie Edgar eksploatował do znudzenia w późniejszych latach. Ale tu - w odpowiednich proporcjach, bez zbędnęgo słodzenia - jest doskonałym przykładem na niesamowitą inwencję lidera Tangerine Dream. Aż chciałoby się więcej.
    Płyta nie miała szczęścia do kompaktowych wydań i jest do dziś kolekcjonerskim rarytasem. Legendarnym świadectwem najlepszego okresu muzyki elektronicznej.
 




wtorek, 20 grudnia 2011

Pink Floyd - Ummagumma


     Dla niektórych popularna muzyka elektroniczna zaczęła się od tej płyty. Eksperymenty jakie zarejestrowali muzycy z zespołu Pink Floyd na płycie Ummagumma w 1969r. dziś niektórym słuchaczom mogą wydać się lekko archaiczne. Ale taka opinia byłaby dla grupy krzywdząca. Legendarny kwartet Brytyjczyków zawsze wydawał znakomicie brzmiące albumy ustanawiając wysoki poziom jakości utworów, do dziś warty naśladowania. Pierwsza płyta wypełniona jest koncertowymi wersjami wcześniejszych nagrań, rozbudowanymi do mini suit o kosmicznym zabarwieniu. Elementy progresji, brawurowej gry na perkusji i akcenty psychodeliczne tworzą atrakcyjną, aczkolwiek wybuchową mieszankę. Długie improwizacje mieszczą się jednak w skali rozsądku. Niezwykły klimat jaki się wytwarza podczas słuchania tych nagrań na długo pozostaje w pamięci. Za niemniej udaną uważam drugą studyjna płytę. Choć niektórzy krytycy zarzucają jej niespójność i pretensjonalność, myślę że po prostu materiał swoją wagą przerósł oczekiwania recenzentów. Przygotowane przez artystów nagrania w większości są awangardą przeznaczoną dla wybrednych koneserów.  Pierwsza część to 4 częściowa suita Richarda Wrighta "Sysyphus" podobno inspirowana mitem o Syzyfie. Bogata w efekty perkusyjne, patetyczna, miejscami (rozchwiane wstawki fortepianowe) straszna, kakofoniczna, mroczna i trochę zwariowana. "Grantchester Meadows"  Watersa brzmią po niej faktycznie wręcz jak relaks. Odgłosy ptaków, łabędzi zrywających się do lotu, natrętnego owada, są tu obecne na długo przed zdefiniowaniem terminu ambient. "Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict" jest psychodelicznym żartem, pełnym efektów przypominających odgłosy gryzoni, a stworzonymi podobno z nagrań głosu Watersa. Nie sprawdzałem czy we fragmencie końcowym jest zamieszczony ukryty przekaz. I bez tego słucha się tej muzyki z "otwartymi ustami".  Trzy częściowy "The Narrow Way" w swojej pierwszej części: "Baby Blue Shuffle in D major" wydaje się być najsłabszym pomysłem na płycie, ale potem David Gilmour "łapie oddech". W "The Grand Vizier's Garden Party" słychać świetny flet Lindy Mason dodający uroku tej kompozycji, a końcowe perkusyjne eksperymenty Masona znakomicie pasują do postępowego charakteru całej muzyki. Po tym ciepło przyjętym albumie były kolejne znakomite płyty Pink Floyd, ale to wydawnictwo Ummagumma było bardzo odważnym krokiem  naprzód w muzyce i stało się inspiracją dla wielu późniejszych, młodszych muzyków.
    Lektura obowiązkowa dla każdego kto lubi rock progresywny, psychodeliczny i ciekawe eksperymenty.



niedziela, 18 grudnia 2011

Robert Schroeder - New Frequencies Vol.1


     Trudno nie lubić muzyki Roberta Schroedera. Kiedyś okrzyknięty następcą Klausa Schulze, okazał się nie tylko wrażliwym muzykiem, ale i uniwersalnym kompozytorem. Może jest tak dlatego że zaczynał od gitary, która taką szczególną ekspresję pozwala w sobie odnaleźć? W odróżnieniu od swojego o osiem lat starszego kolegi i mentora, komponuje muzykę wymykającą się sztywnym szablonom i kanonom nazewnictwa, a jednocześnie taką, która jest wartościowym materiałem i autor nie musi się jej wstydzić. Taka oceniam płytę "New Frequencies Vol.1" z 2010r. To urocze połączenie wielu gatunków współczesnej muzyki rozrywkowej, daje się słuchać lekko i sprawia uszom przyjemność. Jednocześnie nie ociera się o kicz. Jedenaście utworów z których kilka mogłoby stać się radiowymi przebojami. Gdyby pojawił się oczywiście chętny do ich promocji prezenter. Wnikliwi słuchacze odnajdą w niej chillout, odrobinę ambientu czy down beat. Robert umie się odnaleźć pośród obecnych trendów, dodając do nich porcję swoich pomysłów. Brzmią one świeżo i atrakcyjnie. Siłą swojego talentu nadaje charakterystyczny dla siebie kształt muzycznemu tworzywu. I chociaż emocje na tej płycie nie są tak głębokie jak na jego najbardziej znanych albumach, jest to dalej inteligentna muzyka. Jej przyswajalność jest raczej atutem niż słabością. Zamiast rozwlekłych suit mamy około sześciu minutowe utwory które ładnie ułożone, sprawdzą się zarówno w samochodzie, jak i na dużych domowych głośnikach. Jako tło do czytania książki i gry w karty.
   Lekka elektronika, czysta i pozbawiona negatywnych emocji. 


czwartek, 15 grudnia 2011

Radio Massacre International - 'City 21'




     W maju 2011r ukazuje się pierwsza filmowa płyta zespołu Radio Massacre International. Bardzo byłem ciekaw jak grupa poradzi sobie z nowym wyzwaniem. Z wywiadu jakiego udzielił mi kilka miesięcy wcześniej Steve Dinsdale interview dowiedzieć się można że praca w studio nad wcześniej przygotowanym materiałem zajęła im trzy dni. Ktoś może pomyśleć: jaką wartość może mieć muzyka nagrana w tak krótkim czasie? Pamiętać jednak należy, że trio RMI to profesjonaliści grający od około 30 lat. Był o tym przekonany dyrektor artystyczny Chris Zelov gdy słuchał ich koncertu w 2007r. W lutym 2008r zespół komponuje 12 utworów z których kilka trwa zaledwie minutę a najdłuższy blisko 13 minut. Jest to oczywiste, skoro są tłem pod konkretne filmowe obrazy. W tym przypadku inspiracją były dokumentalne sceny omawiające historię powstawania miast i perspektywy kształtowania przyszłości urbanistycznej. Jak również polemiki na temat ich planowania oraz designu. Kompozycje są więc różnorodne. Już pierwsza  Intro/Hawes (11.40) na pewno spodoba się miłośnikom muzyki elektronicznej.  Na początku mamy trochę minimalizmu aż stopniowo dołączane instrumentarium wypełni fakturę, a perkusja toczy zmagania z gitarą. Tworzy się ciekawa kakofonia dźwięków, która dość wyraźnie mi się kojarzy z muzyką pewnego kompozytorem z Berlina ... Dynamiczny "City Plans" (1.40) będący popisem perkusyjnej inwencji, mógłby ilustrować równie dobrze sceny akcji, nie tylko miejskie plany. "Interlude 1" (1.04) jest króciutkim, miłym dla ucha graniem na gitarze, przygotowaniem pod dłuższy, równie ciepły w odbiorze "Earthrise" (3.37). To piękna rozmarzona impresja, aż szkoda że tak krótka. "Lighthouse" (3.02) z wyeksponowanym fortepianem, trochę nostalgiczny fragment na chwilę schładza atmosferę. Kolejne "Green Futures" (1.37),  Open City (3.50), mają dość wyraźny, romantyczny charakter. Łagodne niczym owieczki na łące. Najdłuższy - Damanhur (12.56) można śmiało odebrać jako samodzielną formę nie będącą podparciem dla obrazów. Celebrowanie nastroju przy pomocy fortepianowych wstawek i tradycyjna sekwencja poddawana różnych modulacjom, czyli to co większość fanów muzyki elektronicznej lubi najbardziej. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość muzykom, że w ich wykonaniu brzmi to dalej świeżo i dobrze. "Iceland" (6.08) - nie widziałem tego filmu, ale jeśli rzeczywiście ukazuje on fragmenty Islandii, to zimny i anemiczny utwór trafnie oddaje charakterystyczne cechy tej krainy. "Interlude 2" (1.23) ponownie ładny, krótki przerywnik, który poprzedzi równie sentymentalny "Findhorn" (8.14). Osiem minut kapitalnej relaksacyjnej muzyki, która snuje się i owija niczym długi, ciepły szal. Kawałek pięknego ambientu. Kończący album "End Titles" (9.05) to powtórzony motyw manierycznej perkusji która w drugiej części utworu z kilku dźwiękowych warstw wysuwa się na plan pierwszy. Im bliżej końca, tym więcej niepokoju w tej muzyce, ale taki widocznie był zamiar artystów. Dziwnie zmiksowane instrumenty, brzmią jak dusiły się w przestrzeni.
   Bardzo dobra płyta, inteligentnie zrobiona i sprawnie zagrana. Podoba mi się szczególnie kilka fragmentów o sentymentalnym zabarwieniu których do tej pory nie było za dużo w muzyce tej grupy. Utwory czy długie czy krótkie, tworzą logiczną całość, strawną nawet dla osoby nie obytej z kanonem gatunku.




wtorek, 13 grudnia 2011

Komendarek & Rudź - Unexplored Secrets Of REM Sleep


    W niewielkim środowisku polskich fanów i twórców muzyki elektronicznej wieści roznoszą się szybko. Informacja o wspólnym nagrywaniu płyty przez Komendarka i Rudzia wywołała skrajne emocje. Po publikacji fragmentów zwolennicy z radością i niecierpliwością czekali na cały materiał, a ludzie zawistni dali upust swojej małostkowości. Ale to chyba dobrze, bo najgorsza byłaby obojętność, a muzyka - jeśli jest wartościowa - obroni się sama. Wreszcie płyta się ukazała i można poddać ją ocenie. "Unexplored Secrets Of REM Sleep" to pięć różnych impresji będących efektem wymiany mnóstwa e-maili, sugestii i konfrontacji wizji obu kompozytorów. Ilustrowanie muzyką odmiennego stanu świadomości jakim jest ludzki sen, jest tu nie tylko wyrazem poszukiwań artystów, ale również pretekstem do prezencji potencjału i pomysłowości obu przyjaciół. Najkrótsza, pierwsza ścieżka "Standing On The Shoulders Of Giants" jest swoistym intro poprzedzającym trzy ponad 15-minutowe suity. Ten wstęp do długiej podróży jednoznacznie określić można jako przyjazny odbiorcy, gęsty i patetyczny. Pełne ekspresji solo Komendarka na syntezatorze Nord Wave kończy tę relaksację. Tytułowy "Unexplored Secrets Of REM Sleep" zaczyna się krokami. Te doskonałe technicznie nagranie ma tak szeroką bazę stereo, że nawet na laptopie ma się wrażenie, że ktoś chodzi dwa metry od lewej do prawej i przechodzi przez głowę. Po odgłosach stąpania, oddychania, kosmicznych efektach, słychać przetworzony elektronicznie głos Władka Komendarka. Zagęszcza się atmosfera i zaczyna odjazd w krainę odbioru - jakby podświadomego. Słychać równomierne uderzenia automatu perkusyjnego wokół którego pląsają elektroniczne ozdobniki, zakręcone solówki... Wybitnie transowy charakter kompozycji nie jest może awangardowy w swojej formie, ale jakże skuteczny w oddziaływaniu! "Reminiscences From Beyond Infinity" - najdłuższy 24-minutowy utwór składający się z czterech części, rozpoczynają skrzypce Dominika Chmurskiego. Przejmująco smutne, dodają muzyce ten rodzaj kolorytu który jest nieosiągalny przez cyfrowe przetworniki. Stopniowo jednak elektronika opanowuje dźwiękową scenę. Ponownie, ale w innej konfiguracji niż w tytułowej części płyty, wszechogarniająca rytmiczna struktura wypełnia rejestry. Tworzy się ściana brzmień może i kontrolowanych, ale niespokojnych niczym stado dzikich koni wyczuwających węchem obcego człowieka. Trwa to kilka minut, aż rytm cichnie i ponownie do głosu dochodzą bardziej subtelne dźwięki. Nie jest to jednak sielanka, a dość mroczna i refleksyjna prezentacja. Znów sztucznie zmodyfikowany głos Komendarka cedzi sobie znane formuły, kojarząc mi się z zadumanym filozofem z ubolewaniem komentującym losy ludzkiego gatunku. Koniec utworu brzmi jednak optymistycznie, a instrumenty walczące o prymat z powracającym beatem przypominają barwy syntezatorów z lat 80-tych. "Lonely Spirits Over The Post-megalopolis Badland" swój piękny początek zawdzięcza gitarze Fendera, na której delikatnie gra Jarek Figura. Przeplata się ona z subtelnymi pasażami syntezatora i cichą, prawie poetycką deklamacją głosu Władka przepuszczonego przez vocoder. Atmosfera jaka jest generowana z głośników przez pierwsze osiem minut to wręcz muzykoterapia. Dla urozmaicenia ożywia ją rytmiczna sekwencja, aby szybko ustąpić gitarze Jarka grającej elektronicznie zmodyfikowaną wariację w stylu hiszpańskiego flamenco. To chyba najbardziej nowatorski fragment płyty. Ostatni utwór "Interrupted Stream Of Consciousness" ma ciekawie zbudowaną linię rytmiczną, dość lekką w odbiorze, której jednak dla kontrastu dodano masę nie zawsze przyjemnych efektów przestrzennych. Na początku rozwijają się dwie niezależne linie basu (lekko rozrzucone po kanałach stereo), które po kulminacyjnym crescendo przechodzą w jedną, pulsującą ostinatową partię. To zasługa Maćka Wardy obsługującego gitarę basową. Tworzy się coś w rodzaju progresywnej elektronicznej psychodelii. Urywa się ona dość gwałtownie, aby dać miejsce ekscentrycznym popisom Władka Komendarka. To również wyraz szacunku Przemka Rudzia dla starszego kolegi, który kończy dzieło. "Unexplored Secrets Of REM Sleep" jest eklektyczną płytą, na której artyści starali się umieścić to co nowoczesne, ważne i atrakcyjne dla ucha.
    Stworzyli projekt, który łączy świetne rzemiosło i doświadczenie z wybuchami nieokiełznanej wyobraźni.




Tim Blake - There is always light at the end of tunnels


English version below.

Tim Blake, urodzony w Londynie muzyk legendarnych formacji Gong, Hawkwind. Jako pierwszy wprowadził laserowe oświetlenie na koncertach. Znany również z ciekawych solowych płyt z muzyką elektroniczną, przede wszystkim "Crystal Machine". Od 40 lat mieszka we Francji.

 
1) Zanim zacząłeś grać, kogo wcześniej słuchałeś? Jakich muzyków?

T.B.: Do czynienia z muzyką miałem od całkiem młodego wieku. Nie było to zainteresowanie jakimś konkretnym gatunkiem, lecz bardziej ogólne. Swojego rodzaju pierwszy trening miałem w wieku 8 lat, jako chórzysta. Dzięki temu zapoznałem się z prostym zapisem nutowym i nauczyłem podstaw pracy na nutach. Muzyka kościelna także miała spory wpływ na muzykę zachodnią (zapewne z powodu tego, że to właśnie władze kościelne przez dłuższy czas były najlepszymi klientami dla kompozytorów, głównie w epoce Baroku). W związku z powyższym miałem okazję zapoznać się z utworami Bacha, Haendela, Purcela i wielu innych, w tym angielskich kompozytorów którzy tworzyli scenę muzyczną na początku XX wieku – Elgara, Vaughan-Williamsa, itd. W szkole z własnej chęci zacząłem uczyć się gry na trąbce. Był tam świetny wydział muzyczny. Mogłem pobierać lekcje u tak inspirujących nauczycieli jak Derek Bourgeois, który był kompozytorem i późniejszym dyrektorem Narodowej Orkiestry Młodzieżowej Wielkiej Brytanii. Uczył mnie także Jared Armstrong, który później zajmował się edukacją muzyczną w szkole Charterhouse, gdzie sięgają początki Genesis. Naprawdę inspirujący człowiek. Dorastając w latach 60. szybko poznałem Rhythm & Blues, Rock’n Roll, zaś później muzykę pop i inne gatunki. Myślę że największy wpływ, swoisty skarb mojej muzycznej edukacji, miał otwarty umysł na fakt, że istnieje tak wiele form muzyki i muzycznej ekspresji. Dało mi to solidne podstawy jak grać, jak zrozumieć podstawy Harmonii i kompozycji, podobnie jak granie i występowanie. Miałem też szczęście, że objął mnie plan nauki Nuffield, w którym stawia się bardziej na praktykę niż teorię. Dzięki temu w wieku 16 lat miałem podstawową wiedzę z zakresu elektryki, fal dźwiękowych, itp., którą mogłem wykorzystać jako muzyk i inżynier dźwięku. Mając te 16 lat moja wiedza z zakresu muzyki poszerzyła się o Rock: The Who, Hendrix, Cream, The Blues (uwielbiałem grać na ustnej harmonijce, kiedy byłem mały), The Beatles, itd. Poznałem także „Muzykę konkretną” – zwłaszcza chodzi mi o Delię Derbushire i Pierre’a Henry’ego – oraz muzykę elektroniczną w wykonaniu Berio. W 1969 roku zacząłem pracować jako inżynier dźwięku, z własnym wyobrażeniem dość „obszernej” muzyki, łączącej znane przeze mnie elementy. W tamtym czasie w grę wchodziło inspirowanie się twórczością Simona House’a (grającego w High Tide), Soft Machine, Kelvin Awers (znajomości dzięki którym poznałem Gonga) i wiele innych. W 1969 roku miały miejsce dwa ważne wydarzenia:
- usłyszałem „Switched on Bach” Waltera Carlosa;
- podczas prac nad moim systemem dźwiękowym na potrzeby koncertu High Tide podeszło do mnie kilku muzyków informując, że zakładają grupę. Zapytali, czy mogą zagrać i… tamtego wieczora narodził się Hawkwind.

 2) Wziąłeś udział w nagraniu pierwszej solowej płyty Steve Hillage - Fish Rising. Czy jest możliwa jeszcze współpraca z tym bardzo ciekawym muzykiem?

T.B.: Czas jaki spędziłem z Gongiem był dla mnie inspirujący z wielu powodów. Dostarczył niestety także wielu rozczarowań! Jednak najważniejszy w tym wszystkim jest „flow”, który wyrabia się współpracując z innymi twórcami. Przykładowo Didier Malherbe jest jednym z najwspanialszych muzyków jakich kiedykolwiek słyszałem, nie licząc tych z którymi grałem! Poznaliśmy Steve’a poprzez naszego znajomego, Kevina Ayersa. Steve brał udział w odtworzeniu Gonga po tym, jak zespół Daevida Allena rozpadł się w trakcie nagrań Flying Teapot. Wydaje się, że wtedy wydarzyło się coś magicznego i miejsce miała wspaniała muzyczna fuzja między naszą dwójką. Chciałem kontynuować tę współpracę, ale sprawy nie potoczyły się po mojej myśli. Co prawda było po drodze Fish Rising, ale wydaje mi się, że gdyby Steve włożył więcej pracy w kolejne nagrania po You, sprawy wyglądałyby zupełnie inaczej. Nagranie Steve’a Hillage’a w którym czuć największą inspirację moją twórczością jest Green, w którym nie brałem udziału, ale dzięki pracy Nicka Masona w roli producenta odczuwamy tę iskierkę twórczości Steve’a, a początek tego można datować na erę Hillage’Blake. Od prawdziwego rozpadu „GONG” w 1975 roku zawsze czekało wolne miejsce na Steve’a w moich projektach, a niedługo z mojej strony pobrać będzie można nagranie z sesji na żywo dla francuskiego radia. Miałem nadzieję, że będziemy współpracować ze Steve’em na zasadzie kontynuowania okresu pracy Gong z roku 73, kiedy to zreformowaliśmy tworzenie muzyki bez swojego rodzaju retrogradacji wpływu Daevida lub jako coś zupełnie innego. Taki w sumie był plan kiedy żegnałem się z Gongiem, ale nic z tego nie wyszło. Mimo wszystko cieszę się, że miałem możliwość pokazania twórczości Steve’a światu syntezatorów i muzyki elektronicznej – moich znaków towarowych. Przez ostatnie 35 lat Steve włożył mnóstwo wysiłku w nauczenie swojej dziewczyny, Miquette Giraudy, grania na syntezatorach. W efekcie chyba nawet ja stałem się już za stary by uczestniczyć w jego planach. Podobała mi się współpraca ze Steve’em nad projektem Gong 2006, ale przerażał mnie jego/ich pomysł, aby pozostać wiernym formie z przeszłości. Mam wrażenie, że każdy potrzebuje iść naprzód, co nie jest łatwe gdy pracujemy z kimś, z kim współpracowało się przed czterdziestu laty! Zauważyłem, że Steve oraz Miquette w wywiadach udzielanych obecnie wskazują mnie jako źródło ich zainteresowania muzyką elektroniczną. To pierwszy projekt od 36 lat, nigdy nic nie wiadomo! Planuję stworzyć wyjątkowe widowisko, aby uczcić moje 60. urodziny. Oboje są na nie oczywiście zaproszeni!






 
3) Crystal Machine - ta płyta podoba mi się do dziś. Czy ludzie często ci o tym piszą? Że jest wyjątkowym dziełem? Last Ride Of The Boogie Child - skąd pomysł na taki tytuł utworu?

Tak, Crystal Machine najwidoczniej miało spory wpływ na wiele osób, poza tym, że nie było to coś udoskonalonego. W sumie to różne fragmenty spontanicznych i improwizowanych bitów, uchwycone „przy okazji”. Muzycy próbują stworzyć coś kompletnego, dającego do myślenia, ja zauważyłem, że najlepsze są te chwile najczystszej kreacji! Crystal Machine sprzedaje się po dziś dzień i wciąż jest komentowane. Last Ride? To kawałek improwizowany, zagrany na żywo, kiedy mikrofon był włączony! W pewnym momencie zacząłem śpiewać „Ride, Ride on, Boogie Child”. Tytuł powstał w ten sposób.

 4) Nie masz gdzieś w archiwum starych solowych koncertów, które warto byłoby opublikować?

T.B.: Zacznijmy od Waterfalls ze Space recordings – razem z Jean-Philippem stworzyliśmy go na przełomie lat 78/79. Można pobrać go w dwóch częściach stąd: http://moonweed.free.fr/store.htm Spotkałem Jean-Philippe’a kiedy miał 12 lat, a przyprowadził go do mnie jego ojciec. Był obecny w wielu ważnych dla mojej kariery solowej momentach. W 2006 roku nagraliśmy “Waterfalls – New Jerusalem”, które także graliśmy na żywo. Można ten album pobrać z sieci… Jak być może wiesz lub nie, moje życie zmieniło się w 2004 roku w wyniku wypadku. Przez jakiś czas byłem sparaliżowany i zacząłem tworzyć nowe, zremasterowane wersje moich starych nagrań. Jest ich dużo – przynajmniej 14 albumów, niestety w związku ze zmianami w moim życiu spowodowanymi wypadkiem zaufałem komuś, kto nadużył mojego zaufania i zagrabił moje archiwa! Sprawę bada obecnie francuska policja.
 
 5) Blake's New Jerusalem nagrałeś wiosną podczas pełni księżyca na Ridge Farm. To było jakieś szczególne miejsce? Podobnie Magic. Masz w nocy lepsze natchnienie, inspirację?

T.B.: “New Jerusalem” powstawało w Ridge Farm, później zaś w Barclay Studios w Paryżu, „Między pełniami księżyca wiosną i latem” – to pokazuje w jakich warunkach powstawał album! Ridge Farm było wyjątkowym miejscem, na pewno. Było to miejsce, gdzie przeprowadzano próby i miałem szczęście, że mogłem tam wybudować swoje studio, ale sprzęt wynajmowałem, np. nowiutki magnetofon Amper 24 Mike’a Oldfielda. Później stworzono tam studio, gdzie nagrywało wiele osób zainspirowanych moimi działaniami. Z pewnością wiele z tych nagrań miało miejsce w nocy. Co było tego powodem? Większość kawałków Crystal Machine stworzono, aby były grane w ciemnościach. Patrice Warrenem stworzył świetne oświetlenie, doskonale współgrające z muzyką! Będąc młodszym uważałem, że za dnia mogły powstać pewne „zaburzenia”, bowiem w nocy człowiek o wiele lepiej słyszy. A może po prostu młodsi twórcy wiodą nocne życie? Jeśli posłucha się Crystal Island, z albumu Tide of the Century, to na początku słychać dźwięki nocy, świerszczy nagranych w studio Windmill, na końcu zaś słyszymy poranny śpiew ptaków. Jak we śnie! Dla kontrastu muszę wspomnieć o nagrywaniu „Caldea”. Musiałem skończyć to bardzo szybko, przez co wstawałem o 4:30 każdego dnia i pracowałem do południa – nagrania odbywały się od świtu do południa.



  6) Magic została nagrana  bez żadnych dogrywek. Gratuluję, to nie lada sztuka! Inni muzycy często miesiącami poprawiają nagranie i nie osiągają tak dobrych efektów.

T.B.: Jak wspomniałem przy okazji Crystal Machine, czasami oczekiwania artysty i odbiorców różnią się. Słuchacze preferują spontaniczność, zaś artyści wolą dopracowane utwory. Ale takie doszlifowywanie trwa! Dave Brock z Hawkwind także preferuje pierwsze wersje, przepełnione często oryginalną energią, niż późniejsze, poprawiane wersje.
Jeśli chodzi o wyjątkowość “Magick”, to w grę wchodzi fakt, że po wielu miesiącach nagrań wszystko w obroty bierze komputer. Przy tym albumie pracowałem na ATARI, na pro-24 przy minimalnej konfiguracji midi. To było dość śmiałe ze strony Robina Aylinga, który stanął kiedyś w progu mojego domu z rejestratorem DAT. Ustawiliśmy mikrofon, włączyliśmy sekwencer, zaś ja zagrałem wszystkie solówki i improwizacje. Niczym się to nie różniło od występów w trakcie koncertów. Największym osiągnięciem był głos, polifonia i odpowiednie zarządzanie, które pozwoliło mi nagrać wszystko na dwubarwowym sprzęcie. Dwukrotnie miałem okazję grać w ten sposób podczas trasy w USA. Instalacja wykorzystana w latach 70. przy Crystal Machine była ogromnych rozmiarów, przez co później miałem obsesję na punkcie „małe jest piękne”. Teraz, współpracując z Hawkwindem wszystko zminimalizowaliśmy, ale co ciekawe, możliwe, że jest to moja najpotężniejsza instalacja!

  7) Na UK ELECTRONICA grałeś z Chrisem Franke, utrzymujecie kontakt do dziś? Byłby z was ciekawy duet, myślałeś kiedyś o tym?

T.B.: Nasza znajomość z Tangerine Dream oraz Klausem Schulze sięga początku lat 70., - jako Gong jeździliśmy będąc supportem dla Tangerine, Klausa i Agitation Free. Później, wraz z  początkami Virgin Record, mogłem ich zareklamować jako śmietankę europejskiej sceny muzyki elektronicznej. Pamiętam występ z Gongiem w Berlinie, kiedy Klaus przysłuchiwał się próbom, z kolei Chris powiedział w Londynie: „Tim, to właśnie definicja stwierdzenia >minęło kopę lat!<”. Nie jesteśmy w stałym kontakcie, ale wszyscy kontaktujemy się z francuska siecią „Cosmic Cagibi” Oliviera Beague, gdzie dbamy o naszą przyjaźń.


  8) Jakiego używasz teraz instrumentarium?

T.B.: Obecnie używam najmniejszego, najbardziej praktycznego systemu jaki stworzyłem. Kręci się on wokół dwóch głównych elementów – kontrolerów podpiętych do komputera oraz źródłach dźwięku. Kontrolerami są dwa keyboardy, oczywiście AX, na którym gram w Hawkwind, oraz główny keyboard, przy czym oba są marki Roland. Jest też Theremin, którego używam od 2006 roku, korzystający z kontrolerów Midi, dzięki interfejsowi Sonuus 12m Musicport. Nie ma co prawda „pokręteł i guzików”, więc eksperymentuję z kontrolerem nożnym „Soft Step” od Kevina Mckillena. Pozwala mi to poznać zewnętrzne kontrolery używane w oprogramowaniu z którego korzystam. Mam nadzieję, że w 2012 roku będę miał okazję wrócić do starszego sprzętu, mam tu na myśli Creamware Midi-Max jako kontroler, co jednak będzie wymagało sporo przeprogramowywania. Dopiero zaczynam się w tym wszystkim orientować. Opieram się na doświadczeniu z Soft Stepem i tym, jakie możliwości daje to wszechstronne urządzenie.
 Jest sporo plug-inów często dostarczanych przez twórców oprogramowania sekwencerów, ale mam swoje sprawdzone, bez których nie wyobrażam sobie pracy. Zamieniłem na nie sprzęt z lat 70., Modular Moog, Mini Moog od G-force MiniMonstah – gdybym je miał w postaci prawdziwych urządzeń, byłby to znaczny postęp w kwestii mojego mini „D”. Co ważniejsze, jest jeszcze syntezator XILS, bez porównania lepszy od mojego starego, podwójnego zestawu EMS. Oczywiście taki zestaw ma swoje plusy i minusy, ale te pierwsze – możliwość własnego programowania dźwięków i sekwencji a przede wszystkim tuning na którym naprawdę można polegać – przeważają szalę.

Są spore problemy z synchronizacją Midi na systemach bazujących na komputerach. Nawet w kwestii Live wydaje się niemożliwym odpowiednia korekta bitów, mimo wielu plug-inów w komputerze 4 G0, ponieważ jest ścisły związek między taktowaniem audio i midi, co niezbyt odpowiada systemowi działającemu jako „slave”. Weźmy na przykład wspomniane Live, gdzie pojawia się drobna niedogodność gdy puszcza się pliki audio, ale kiedy skorzystamy z plug-inów podczas improwizacji i małego „podkręcania”, ustawienia jako „slave” gryzą się z obecnie używaną przez nas technologią. Nie jest to jednak dużym problemem, jak na przykład w Hawkwind, gdzie sekwencjowaniem zajmuje się Nial Hone, a ja pilnuję taktowania midi. W Crystal Machine jestem odpowiedzialny za główny zegar, co stanowi drobny problem który chciałbym wyeliminować, ponieważ moje doświadczenie nadaje się idealnie do partii improwizowanych, a nie chcę używać synchronizowania sprzętowego. Czas (i zapewne pieniądze) pokaże.

 9) Czy zdajesz sobie sprawę z tego że miałeś wpływ na innych francuskich muzyków?

T.B.: No cóż, nie zwracałem na to uwagi, ale skoro mieszkałem i pracowałem we Francji – przez 40 lat – to pewnie nieuniknione. Wygląda na to, że miałem wpływ na muzyków z całego świata, ale najczęściej spotykam muzyków właśnie z Francji! Byłem także pierwszą osobą która grała na syntezatorze w tym kraju, przez co mogłem właśnie tam mieć największy wpływ na innych niż gdziekolwiek indziej. Jak już wcześniej wspomniałem, za młodu słuchałem sporo utworów Pierre Henry’ego, jeszcze w Wielkiej Brytanii, a dzięki byciu blisko z Michelle Tcou-Seignuret, tancerką partnerującą Bejartowi w większości sztuk baletowych Henry’ego, miałem wiele okazji do rozmów z nim, kiedy miałem jakieś 19 lat. Chociaż mało w tamtym czasie miałem do czynienia z praktyczną częścią muzyki, może poza Crystal Presence. Mam wrażenie, że Henry miał większy wpływ na generację „samplującą” oraz „DJów” (zaczynał od płyt, nim przerzucił się na taśmy!) niż na osoby grające na syntezatorach. We Francji było jednak coś, co pozwoliło rozwinąć się muzyce elektronicznej – była to ojczyzna wielu pionierów, jak na przykład Xanakis, Boulez – otworzył państwowy IRCAM w Beaubourg, Schaeffer i Henry prowadzili GRM [Groupe de Recherche Musicale – przyp. tłumacza] w państwowym radiu. Muzyka elektroniczna – czy też ogólnie wiele rzeczy związanych z elektroniką, np. oświetlenie – dawały we Francji ogrom możliwości.




 10) Miałeś kiedyś okazję poznać interesujących Polaków?

T.B.: Nie miałem okazji być w Polsce, poza wizytą na krakowskim lotnisku w 2008 roku, kiedy to byłem w drodze do Czech razem z Hawkwindem. Co ciekawe, Jean-Philippe Rykiel oraz Bernard Sazjner (który uczył się podstaw laserowej technologii i pracy z syntezatorami podczas pracy nad Crystal Machine) mają polsko-żydowskie korzenie, tak mi się wydaje, tak samo jak Kristoff Kovax, kolejny francuski muzyk grający na syntezatorze, wielki fan Gonga.

 
11) Twoje  dwie ostatnie płyty wydają mi się mieć pozytywne przesłanie, czy to wyraz szczęścia, zadowolenia z życia, jednym słowem, czy jesteś optymistą?


Oczywiście, że jestem optymistą, chociaż niekoniecznie zawsze zadowolonym czy usatysfakcjonowanym! Jednak zawsze na końcu tunelu znajduje się światełko, nawet w tak ponurych czasach finansowego kryzysu, gdy kapitalizm, w którym przyszło mi żyć wiele lat, lega w gruzach, wciąż widzę jakąś przyszłość. To jeden z powodów dla których usunąłem swoją twórczość z rynku, umożliwiając jej ściąganie przez moją stronę i sklep internetowy.


 12) Planujesz kiedyś wydać nową płytę?

Po wypadku w 2004 roku wiele aspektów mojego życia uległo pogorszeniu. Wylądowałem na wózku, ciało do połowy sparaliżowane, poważne kłopoty z pamięcią z powodu silnego uderzenia w głowę. Zarówno moje życie jak i kreatywność mogły na tym ucierpieć. Próbowałem najlepiej jak potrafiłem wrócić do aktywności kiedy tylko stanąłem na nogi. Zagrałem koncerty w 2005 i 2006 roku, wraz z Patrice Warren wziąłem udział w Light Work. Dave Brock poprosił mnie o ponowne dołączenie do Hawkwind w 2007 roku. Była to jakaś pociecha dla mnie, w końcu moja osoba ma korzenie w brytyjskim rocku, zaś dzięki trudnym zadaniom jakie zostały mi postawione mogłem odzyskać sprawność jak i pamięć.

W 2012 roku stuknie mi 60 lat, będzie też 43-lecie mojej twórczości artystycznej – mam nadzieję, że uda mi się stworzyć nowe kawałki, ale raczej nie będzie to nic na płytach, ponieważ przekonałem się do bezpośredniej sprzedaży poprzez moją stronę internetową. Znowu piszę, po wypadku, który spowodował sporą przerwę w moim życiu. Mam także nadzieję, że więcej czasu spędzę w przyszłym roku w moim domu we Francji, tworząc więcej.

Dziękuję za wywiad!
---------------------


1) Who did you listen to before you start to play? Could you give the names of these musicians?

I have enjoyed a fairly long-term relationship with music, since I was quite young. Quite an open-minded relationship too, as I started out being interested in music in general, and not any particular kind.

My first formal training of any kind, started as being a chorister at the age of about 8 years ! This had the advantage of introducing me to the first elements of reading  simple one-staved music, and understanding some of the basic notions of musical notation.

Church music, too has had a really deep influence on all of western music ( probably because the religious authorities were, for many hundreds of years, the very best clients for early composers - in particular during the 'Baroque" period). As a result,I got as good an introduction to the music of Bach, Haendel, Purcel, and so many more, including the UK composers who sculpted the English musical scene of the start of the 20th century - Elgar , Vaughan-Williams etc....

My own path  led me on to learning to play the trumpet at school. My school had a truly wonderful music department, and I was able to study with very inspiring musical teachers indeed, including Derek Bourgeois, the composer and later director of the National Youth Orchestra of Great Britain, and under the direction of Jared Armstrong, who later went on to direct music teaching at Charter-house ... school from where the beginnings of Genesis came from. Very inspiring men indeed...

Of course,  growing up and becoming a Teenager in the 60's,  One became immediately aware of the existence of Rhythm & Blues, Rock 'n Roll, and then,  the incredible advances in pop-music and more..

I think, more than the rudiments of playing an instrument, and understand the base of Harmony and composition, as well as playing and performing in ensembles, the largest treasure of the musical part of my education  was simply to open my mind to the fact there were so many different forms of music and musical expression. I was lucky enough, also, to receive my basic science teaching from the Nuffield teaching plan, where practical experience preceded the theory, and as a result, by the time I was 16, I had most of the basic skills in electricity, knowledge of sound waves in electronics, etc, that I was was to use later, in my own practical life as a musician and sound engineer.

By the time I was 16, my classical musical education had expanded to include Rock, including the Who, Hendrix, Cream, etc, the Blues ( I very much enjoyed playing blues harmonica very young, ) The Beatles at their most experimental, etc . I also had knowledge of "Music Concrete" - Delia Derbyshire and Pierre Henry especially, and Berio's electronics ..  By 1969, I had started to work as a sound engineer, with my own dreams of a very "spacey" music that would join up all the elements I knew of. It was, of course at this time I started to frequent all the musicians and styles that would have an influence and a practicle effet on my own music-making , Simon House and High Tide, Soft Machine, Kevin Ayers  (Friendships that would introduce me to Gong ), and more ...

Of course, 2 other important things happened to me musicaly in 1969:

1) I heard Walter Carlos's "Switched on Bach" and
2) - While setting up my Sound System for a High Tide concert,  I was approached by some musicians who told me they were forming a group and asked if they could play ... and Hawkwind was born that night.


 2) You took a part in the recording of Steve Hillage first solo album - Fish Rising. Do you think that there is still possible a cooperation with this very interesting musician?

My time with Gong was very inspiring for so many reasons, and disapointing for so many other ones !  But really- it is the creative flow one develops with certain other musicians that makes it so worthwhile. Didier Malherbe, for instance is once of the most amazing musicians I have seen or heard, quite appart from having played with!

We met Steve through our friend Kevin Ayers, and, as chance would have it, Steve took part in the re-creation of Gong, after Daevid Allen's band had fallen to pieces during the recording of Flying Teapot. It seems something magic happened then, at that point in time, and there was an enormous musical fusion between the two of us. I would have liked to continue that relationship over and above You from Gong, but that was not the way things went. Yes, there was Fish Rising, but I think most of that would have been Steve's input into the next record after You, had things turned out differently. Actually, I think the Steve Hillage record where you hear most of my influence, is Green, a recording I took no part in at all, but - certainly thanks to the work of Nick Mason as producer, seems to get back to the essential spark of Steve's Music at that time, and that essential spark seems to have come from the Hillage-Blake era. Since the "real" break-up of GONG in 1975, I always held a place open for Steve on most of the things I have done, and there is even a live improvisation session, recorded for French Radio, that will be coming up in my download shop very soon. I had always imagined that Steve and I would continue our music making, either as a continuation of the '73 Gong period, when we reformed and restyled the music of Gong without the rectrograde influence of Daevid, or as something else completely different - that was , in fact, the plan when I split with Gong, but it was not to be . What ever, I'm incredibly proud to have been able to introduce Steve to the world of synths, electronics - timed echos, and all my little trade-marks!

Of course a lot of Steve's energy over the last 35 years has been in teaching his long-term girl-friend, Miquette Giraudy, to play the synths. As a result, I think I myself become obselete in his creative plans. I greatly enjoyed working with Steve on the Gong 2006 project, but I was a little dismayed by his/their desire  to remain inside the form of all our past work - I tend to feel that one needs to go forward, something that's not easy when working with musicians with whom you share a repetoire going back 40 years!

I noticed that, in recent interviews, both Steve and Miquette cited me as being the source of their interest in electronic music making. This is a first over the least 36 years , so - You never know ! .. I am hoping to make a very special show to celebrate my 60th birthday, and they will both be invited!


 3) Crystal Machine - I like this record to this day. Do people often write to you about this, for example, that this work is unique? Last Ride Of The Boogie Child - where'd you get the idea for a song title?

Yes, Crystal Machine seems to have been a major influence to many people - despite not being very refined in it's creation. It's mostly different pieces of highly spontaneous and improvised bits of electronic stuff, captured by eventual recorders that happened to be on at the time. While us musicians are more looking to make more refined and reflected pieces of music, I notice that it's these moments of pure creation that are most pleasing to others !   Crystal Machine continues to sell and draw comment to this day .....

The Last Ride? - well it's improvised, recorded live, and with a mike on! - At one point I just came out singing 'Ride, Ride on, Boogie Child', so, I suppose the title just created itself.




 4) Do you have somewhere in your archives some solo gigs which would be worthy of publication?

Well for a start, there is the Waterfalls in Space recordings  - Jean-Philippe and I in late 1978-early 1979 - these are available in two parts on my download site - here http://moonweed.free.fr/store.htm I think, to complete your 2nd question, that the role of Jean-Philippe Rykiel on my music making must be underlined here! I met Jean-Philippe when he was 12 - his father bought him to meet me .. and he has been present on all the key moments to my solo music.

In 2006 we recorded the whole - " Waterfalls - New Jerusalem" set live in concert too - You can get that as a download too ...

As You may or may not know, my entire life was incredibly mixed up in 2004 when I survived a fatal car crash - I was imobilised for quite some time , and started to produce a digital re-mastering of my archives - they are enormous and there is at least 14 albums of materiel there  - unfortunately, in the huge amount of  changes that occured in my life because of this accident, I allowed my self to be infiltrated by someone who seemed to be a perfect confident - I was wrong, and this person has sequestered all my archives ! - They are currently under investigation by French Police.

 5) Blake's New Jerusalem you recorded in the spring during the full moon on the Ridge Farm. Was it a special place? Similar situation is in Magic.Have you got a better inspiration during the night?

Well - firstly - most, but not all, of New Jerusalem was recorded at Ridge Farm, and then Barclay Studios , in Paris, "Between the Spring and Summer Full Moons" - that just gives you the scope of the 3 month period of this recording ! It's sure - Ridge Farm was a very special place! - It was a rehearsal facility, and I was lucky to be able to build my own studio in there - renting Desk, Monitoring etc, and borrowing Mike Oldfield's brand new Ampex 24 track recorder. I beleive they built a studio there afterwards, and many of those that inspire themselves with doing things my way, have recorded there!

 It's sure - a lot of these recordings were made during the night!

Now is there a reason for this ? Possibly quite a few ... Most Crystal Machine music was designed to be played in the dark, with Patrice Warrener creating highly precise, ordered Lighting, made to best suit the music! Then again, as a younger man, I always thought the huge photonic pressure of daylight could, eventually create interferences with sound waves, and was convinced one could hear better in the dark, or is it simply the life-style of younger musicians that make them highly nocturne?

It's true also, if you listen to Crystal Island, from the Tide of the Century album, it starts with the sound of night and Crickets recorded at my Windmill studio, and finishes with the dawn birdsong ! - It's Just a Dream!

In starck contrast, I must mention the Caldea recordings ... for simply practicle reasons , I needed to complete this very fast. As a result, I got up at 4:30 every morning and worked 'till midday, so the entire recording is made between dawn and midday !

6) Magic was recorded without any amendments. Congratulations, it's awesome! Other musicians often for months improve recording and do not achieve such good results.


T.B.: As I said with Crystal Machine, sometimes artists and audience are not looking for the same things - Possibly the audiences prefer the spontaneous, and the artists the more "polished" - but yes , polishing takes time! Dave Brock, from Hawkwind always gives a huge preference to the first drafts, too - often more fuller of the original energy than later more perfected versions.

Magick is very special, in as much it's the computer and midi sequencing that takes over from months of recording and correcting. The album features my second computer-system an atari running pro-24, and a highly minimal midi set-up  - it was a bit of a "dare" from Robin Ayling of voice print, who came to my house one evening with a DAT recorder. We set up a vocal mike, ran the sequencer and I played "through" all the solos and improvised parts ! - It's no way different from what musicians do at every concert ! - I think the real technical achievement was voice, polyphony and partial management that allowed me to do the whole thing on a really cheap poly-timbral rack. I went on to tour the USA twice with this configuration.

After the huge size and weight of the Crystal Machine set-up from the 70's, I have become obsessed by "Small is Beautiful"!  In my current work with Hawkwind, we have slashed every thing down to a minimal size - but curiously, it's possibley my most powerful set-up!

 7) The UK ELECTRONICA played with Chris Franke, still keep in touch? It would be interesting duet with you, ever thought about that?

T.B.: Yes, well my friendship with Tangerine Dream and Klaus Schulze dates back to a very long time ago, the very early 70's when, as Gong, we did a lot of touring with Tangerine, Klaus and Agitation Free as support. Later on, at the beginning of Virgin Records, I was able to recommend them to our record company as representing the cream of European Electronic Music too...
I remember playing with Gong in Berlin, and finding Klaus listening in at soundcheck, and I remember Chris in London saying "Wow Tim, this is the definition of "it's been a long Time!' " We don't keep up regular personal contact, but we are all in contact with Olivier Begue's French "Cosmic Cagibi" network, and that's were we exchange our friendship mostly these days!

 8) What kind of instruments you use now?

T.B.: Right at the moment, I am using the lightest, smallest, and most practicle system I have ever built, based mostly around using a computer with Plug in instruments. Such a system is based around two major elements , on each side of the computer - the Controllers .. and the sound sources....

As Controllers, I use 2 keyboards, the AX, of course, that I am seen playing almost exclusively in my role in Hawkwind, and a sit down master keyboard - both are made by Roland, and of course the Theremin that I have been using since 2006, and that I know use as a Midi Controller too, thanks to the Sonuus 12m Musicport interface. This still lacks a "knobs and buttons" interface, so I am currently experimenting with a "Soft Step" foot controller from Kevin Mckillen. This is teaching me a lot about external controllers used inside the software I run, and I hope that in 2012 I will have time to use some of my older gear, and I'm thinking here of my Creamware Midi-Max, in a role as a simple control surface, but this requires a huge amount of pre-programming that I am only just beginning to get my head around - mostly inspired by the way I use the Soft Step - that is in itself, an
amazingly versitile control surfuce, capable of commanding nearly all the functions one requires.

There are so many plug-ins, of course, often supplied by the makers of sequencing software, but I have a few particuliar ones I just wouldn't be able to do without . I have replaced all my '70's Hardware by Plug-ins ... the Modular Moog,  my Mini Moog by the G-force MiniMonstah - a hardware version of this would be a real advance on my old mini "D", and most importantly, the XILS synth, a far reaching advance on my old double EMS set up.

Obviously, there is a "profit and loss" situation with such a set-up, but I think the gains - pre-programming of sounds and sequences, and more importantly, tuning one can rely upon, over-run the losses.

There seems to be a major problem with Midi- syncing on computer based systems, though. Even with Live, beat correct slaving seems impossible with a large array of plug-ins on a 4 G0 computer, as there is a clear relation ship between audio and midi clocking, that upsetsthe system when run as a slave. With, for instance, Live, this is of little nuisance when running audio files, but when running plug-ins in a live "tweakable" and improvisational situation, "Slaving" seems impossible with the current technology we are using. There is not really a problem with this for us though, as, in Hawkwind, Nial hone takes care of most of the sequencing, and I only run midi clock in to keep echoes etc in time, and in Crystal Machine, I am always running the master clock, but it's a problem I'd like to iron out, because I'd like to be able to use my very long experience in such things (Clocked Synths) in the improvisational parts, with out the use of Hardware synths. Time - (and possibly money) will tell!


 9) Do you realize that you had an influence on other French musicians? 

Well I'm not aware that I do, but having lived and worked from France for 40 years, it's inevitable. It seems I have influenced musicians from all over the world, but clearly, I'm more likely to meet musicians from France ! I was, also , the first synthesiseur player to live in France, and as a result, I may have made more of an impact there than elsewhere. As I said earlier, I had heard a lot of Pierre Henry's work whilst still a young man in the UK, and, as a result of sharing some time in my early of my life with Michelle Tcou-Seignuret, the dancer who partenered Bejart in most of Henry's early Ballet work, I was able to meet and discuss things with him when I was about 19, but I have had little to do with music concrete techniques myself, apart from perhaps "Crystal Presence", and I think Henry has been more influential over the "Sampling" generation, and DJ generation (his early recording media was disc, manipulating them and more, before he came to cutting-up tape !) than over actual Synth players. But there has always been an attitude in France that made electronic creation possible - France was home to many pionneers, Xenakis, others, - Boulez opened up the state-run IRCAM at Beaubourg, Scheaffer and Henry run the GRM inside the the state radio organigrame - electronic music - in fact electronic creation in general - look at the light work, has always been an open oppourtunity in France.

 10) Have you ever had the opportunity to meet interesting Poles?

T.B.: I have never, as yet, been to Poland - just a visit to Kracowitz airport on my way to Czech Republique in 2008 with Hawkwind! However, it is interesting to point out that both Jean-Philippe Rykiel and Bernard Sazjner (who learnt both his Laser technology, and his synthesiser technology working with early Crystal Machine) have Jewish-Pole roots, as I beleive, so does Kristoff Kovax, another French synth musician, and great fan of Gong, etc...



 11) Your last two discs seem to me to have a positive message. Is it an expression of your happiness, life satisfaction? Are you an optimist?

 T.B.: Optimist - certainly, though not always a happy or satisfied one! But - there is always light at the end of tunnels, and even in the gloom of the current financial crisis, as the unreserved waves of capitalism that has goverened the world I was bought up in for so long, fall to the ground, I can still see a future way forward. I think this is one of the reasons I chose to remove all my works from the "market place, and currently make them available via my own website and download store ....


 12) Are you planning to release a new album?

After my accident in 2004, many aspects of my life seemed compromised. I found myself in a wheel-chair, unable to walk, half my body paralized to touch, and a very serious memory problem, due to the incredible blow I received to the head. It could have been that both my life-style and creativity could become highly compromised.  I did my best to get back to activity as soon as I could stand again, playing concerts from the end of 2005 and 2006, and taking part in Light Work, with Patrice Warrener. I was very lucky when Dave Brock asked me to rejoign Hawkwind again in 2007. It has comforted my original roots in UK Rock music, as well as giving me some hard tasks to perform to get my mobility and my memory back together.

In 2012, I will be 60, and celbrating 43 years of taking part in musical activities - I hope to be releasing some new music at this time, but possibly not on commercial discs, as I am more confident in selling music directly from my internet site. I am writing again, now, after the terrible blank-page my accident left me with, and I hope to spend quite a bit more of next year in my current French home, doing more.

Thank you for the interview!
Tłumaczył Marcin Siudak


poniedziałek, 12 grudnia 2011

Robert Schröder - Harmonic Ascendant

   "Jeżeli gdziekolwiek na świecie ktoś tworzy nowożytną muzykę elektroniczną, to jest to Robert Schroeder". Tak przy okazji wydania tej płyty wyraził się Klaus Schulze. I wiedział co mówi, jako współproducent i mikser debiutanckiego longplaya Roberta Schroedera (czasami pisanego jako Schröder). Kiedy słucham tej muzyki, to myślę że romantyzm zawsze jest w cenie. Zawartość albumu "Harmonic Ascendant" z1979r. jest ułożona i podana tak subtelnie, z tak dużą dozą delikatności, że właściwie mogłaby być nagrana przez kobietę. Ale trzech mężczyzn tu grających bynajmniej nie uważam za zniewieściałych, a wrażliwość nie jest domeną wyłącznie płci pięknej. Tytułowa suita "Harmonic Ascendant" zaczyna się zdecydowanym uderzeniem w fortepian, jednak całe 22 minuty są bardzo spokojnie rozgrywaną suitą w której zachwyca powyżej wspomniana delikatność. Treść utworu nie jest nowa w pomyśle, ale w doborze i pracy instrumentów. Gitara na której przebiera palcami Udo Mattusch i fortepianowy akompaniament świetnie ze sobą współgrają. Towarzyszy im ledwo słyszalna fraza syntezatora. Potem barwy fortepianu ustępują wiolonczeli Wolfganga Tiepolda i jest to również doskonale brzmiący tandem. Po kilkunastu minutach takich zmagań, zmian nasilenia gry poszczególnych instrumentów, ostatnie osiem minut suity wykonane jest bardziej dynamicznie. Ciepła sekwencja w dolnych, basowych rejestrach jakby wybudza ze snu. Improwizacje wiolonczeli są pełne inwencji i zapału. Robert stopniowo dodaje elektronicznych ozdobników, muzyka przechodzi metamorfozy i unosi się na coraz to wyższy poziom ekspresji. Wyzwala się z ograniczeń formuły i pływa, pływa ... schodząc równie subtelnie do momentu swojego końca. Po tej znamiennej podróży było do przewidzenia że pozostałe dwa utwory będą lekko stonowane (przynajmniej w pierwszych minutach). I tak się dzieje, emocje są odrobinę mniejsze, ale muzyka równie interesująca. W obu kompozycjach słychać głos przetworzony przez vocoder. "Future Passing By" na początku jest wyciszona, bez spektakularnych harmonicznych uniesień pod same szczyty wyobraźni. Oczywiście i tu melodia kołysze się rozkosznie a stopniowo dochodzą nowe elementy układanki. "The Day After X" to muzyka jaka później zostanie doprowadzone przez Schroedera do perfekcji: soczyste sekwencje, wyraziste solówki, mocne i zdecydowane. Dobra elektronika. Na swojej pierwszej płycie Robert Schroeder utrwalił wiele pięknych momentów które są ciepło wspominane przez fanów. Podczas jej przeżywania olśniła mnie pewna myśl  a'la Freud. W elektronicznych suitach typu Harmonic Ascendant, mających swój początek, rozwinięcie i kulminację we wzniosłym finale, muzycy często nieświadomie naśladują przebieg akta miłosnego, jednego z najpiękniejszych darów Bożych. Mimowolnie starają się go odtworzyć i powtórzyć w innej, muzycznej formie. 
   Ale to oczywiście tylko teoria.



niedziela, 11 grudnia 2011

Rolf Trostel – Narrow Gate To Life


    Student teologii marzący o byciu pastorem, pod wpływem lektury Biblii tworzy wspaniałą muzykę. Jesienią 1983r Rolf Trostel zagrał znaczący koncert w hiszpańskiej katedrze St. Pere de Galligants, w Geronie. Fragment końcowy tej 45. minutowej sesji obejrzeć można instalując umieszczony na płycie plik multimedialny oznaczony jako track 1. "Narrow Gate To Life" wydany na kompaktowym krążku w 1995r. do dziś nic nie traci ze swojego uroku. Pięcioczęściowa suita inspirowana biblijną księgą Hioba, jest czymś więcej niż zapisem muzycznych emocji. To swoiste studium nad sensem ludzkiego życia, przeżywanego realnego cierpienia, wyrażone przy pomocy sztucznie generowanych, syntetycznych dźwięków. Tematyka bliska każdemu człowiekowi, bo któż obecnie jest wolny od bólu i egzystencjalnych rozterek? Rolf Trostel swoje teologiczno-muzyczne rozważania realizuje bardzo subtelnie. Blisko trzynastu minutowe intro jest niczym powolne zanurzanie w otchłani samotności. Muzyka oparta na wielokrotnie powtarzanych brzmieniach, krąży w mnogich odbiciach. Czasami nie wiadomo, czy to jest skutkiem doskonałej akustyki katedry, czy też efektów płynących z syntezatora. Niesamowite są te dźwięki, będące efektem głębokich refleksji Rolfa. "Part 2 Hiobs Leiden" oparta jest na rozdziałach 6 i 7 skarg Hiobowych. "I oby tak Bóg zechciał mnie zmiażdżyć, oby uwolnił swą rękę i mnie odciął!" Udręka zgorzkniałego człowieka jest sugestywnie zobrazowana przez stonowane, długo brzmiące fale dźwiękowe. Stan poniżenia który trzeba cierpliwie znosić. Ale ulgę przynosi świadomość, że jest jednak nadzieja na sprawiedliwość. Dlatego "Part 3 Hoffnung Auf Gerechtigkeit" brzmi już bardziej optymistycznie. Hiob nabiera siły aby odpowiedzieć swoim adwersarzom: "Sami się bójcie z powodu miecza (...) abyście wiedzieli, że istnieje sędzia". W warstwie muzycznej pojawiają się dzwonki i melodia - która choć smutna, to niesie chwilową pociechę. Czas próby jednak trwa. W "Part 4 Tore Der Finsterniss", ponownie przeważa przygnębienie. Hiob narzeka: "Wołam do ciebie o pomoc, lecz ty mi nie odpowiadasz". Boleść Hioba ciąży mu coraz bardziej, a mroczna muzyka doskonale to odzwierciedla. Jak przewlekła choroba, stojące akordy powracają w regularnych odstępach, niczym mgła która nie chce opaść. Treścią "Part 5 Gottes Gnade" jest tryumf wiary i pomnożone Boże błogosławieństwa. Ale muzyka nie odzwierciedla precyzyjnie treści 42. rozdziału Księgi Hioba. Jest bardzo minorowa i nawet delikatna sekwencja rozjaśniająca koniec cierpień, nie czyni tego dobitnie. Pozostaje przemożna melancholia i zaduma nad istotą bytu. Trostela interpretacja świętej księgi nie satysfakcjonuje więc mnie do końca. Wybiórczo traktuje istotne wątki, pomija pewne kluczowe zagadnienia. Po prostu: koncentrowanie się tylko na smutnej części ludzkiego życia i eksponowanie wyłącznie jego negatywnych fragmentów, jest półprawdą.
    Dlatego, owszem, płyta "Narrow Gate To Life" jest dla mnie wspaniałą muzyczną impresją, ale wolę jej słuchać w oderwaniu od teologicznych dociekań i sugestii kompozytora.
 

sobota, 10 grudnia 2011

Dariusz Pielaciński aka Daro Hadar -Trzeba zrozumieć istotę muzyki elektronicznej


Dariusz Pielaciński aka Daro Hadar muzyk multi-elektroniczny.

- Termin El-muzyka Ci nie leży, jak ją więc definiujesz?

D.P.: Space music.

- Czy wśród muzyków grających space music przyjaźnisz się z kim szczególnie?

D. P.: Tak, szczególnie ze wszystkimi z którymi kiedykolwiek grałem na scenie.

- Czy utrzymujesz się z grania muzyki, a jeśli nie, jak godzisz te pasję z resztą spraw?

D.P.: Dobre pytanie. I tak i nie, to kwestia zrozumienia czego oczekujemy i co chcemy osiągnąć. Jestem na etapie poszukiwania pracy. Muzyka z kolei, daje mi dodatkowy dochód do renty socjalnej, a renta jest głodowa.

- Jednym wystarczy nagranie kilku utworów, innym płyty, innym zorganizowanie koncertu. Jaka jest Twoja wizja? Kiedyś chciałeś zrobić widowisko multimedialne w centrum Paryża.

D.P.: Za darmo?

- A tego to nie wiem.

D.P.: No właśnie, to jest pasja i zawsze będzie pasja, niezależnie od tego czy będę na tym zarabiał czy nie.

- Ok. Jak ona determinuje Twoje życie, ile czasu Ci zabiera?

D.P.: Jest taka przypowieść:
Pewna dama podchodzi do Rubinsteina po koncercie i mówi:
- Ach, oddałabym życie żeby grać na fortepianie tak jak Pan...
Na to Rubinstein odpowiada:
- Właśnie tak zrobiłem.

Jeżeli nie jesteś w stanie poświęcić życia swojej pasji, pozostaniesz tylko zwykłym rzemieślnikiem.

- Mieszkasz w stolicy, dużym mieście, gdzie jest paru innych kolegów parających się El-muzyką. Spotykacie się na piwie, jammujecie, planujecie jakieś koncerty, czy to nie ma znaczenia?

D. P.: Prędzej zagrasz koncert w małym mieście niż w stolicy. El-muzyka, choć nie uznaje tej nazwy, ponieważ kojarzy się bardziej z disco polo, muzyka elektroniczna przechodzi pewne ewolucje. Trzeba zrozumieć istotę muzyki elektronicznej, a nie próbować na siłę ją zaszufladkować, jak to zrobiono w Polsce. Nigdzie na świecie nie jest znany gatunek muzyki określany jako El-muzyka, a takie metropolie jak Warszawa nie lubią czegoś, co tak naprawdę nigdy nie istniało w znaczeniu międzynarodowym, poza tym Warszawa lubi rock i zabawę. Jeżeli elektronika - to musi być w najlepszym wykonaniu lub odpowiednie bity. Jak powiem ze gram El-muzykę, to wszyscy robią kwaśne miny, albo mówią ze to bardzo niszowe. Electro, downtempo, ambient, to już jest prędzej przyswajalne.

- Czy po albumie "Future Eye" (2004) wydałeś coś jeszcze, czy satysfakcjonuje Cię fakt że Twoja muzyka krąży po Internecie i to wystarczy.

D.P.: Oczywiście ze nie, ale od czegoś trzeba zacząć a inaczej nie ma możliwości dotarcia do słuchacza w sposób bezpośredni jak przez Internet, tutaj masz możliwość wyboru. W 2006 roku ukazała się "Magia życia" a dwa lata później "Intymność". "Intimacy" była puszczana w Holandii i w Anglii.  Jedną z moich płyt posiada J.M.Jarre i prezentował ją w swoim radio.

- (Właśnie się dowiedziałem że J.M.Jarre ma swoją stację radiową). Interesujesz się filozofią, psychologią, jak uważasz - w jakim kierunku zmierza muzyka.. Czy granie z laptopa zastąpi klasyczne instrumenty, czy to przejściowa moda?

D.P.: Nic nie zastąpi klasycznych instrumentów, przynajmniej strunowych, zbyt skomplikowany algorytm.

- Czego słuchasz w wolnej chwili?

D.P.: Klasyki i wszystkiego po trochu, nie mam określonych preferencji, jak jest dobry metal to też posłucham.

- Na czym teraz grasz?

D.P.: Jeżeli chodzi o instrumentarium to Korg N5ex i laptop z całą masą wtyczek VST i sterownik midi M-Audio, oraz czasem używam Wii od Nitendo jako sterownika midi. Planuję zakup gitary, to jednak instrument niezbędny w pracy kompozytora.

- Piszesz sztuki teatralne, ktoś już jakąś wystawił, czy to tylko do szuflady?

D.P.: Nie, sztuki były wstawiane w kilku teatrach.

- Jaka tematyka?

D.P.: Ludzka, ukryte marzenia, pragnienia, troski, decyzje, to co nas otacza.

- Powiedziałeś kiedyś że nie lubisz okazywania litości, dalej tak uważasz?

D.P.: Tak, litość to pewna forma upokorzenia.

- Myślę że to zależy od kontekstu sprawy, ale OK. Podobno lubisz poezję, czy zdarzyło Ci się skomponować muzykę pod wpływem jakiegoś wiersza?

D.P.: Owszem, nie tylko wierszy, ale całej prozy i powieści, tak jak np. napisałem cala sztukę, łącznie z muzyką i scenografią do własnego wiersza. Wiersz był tak skomplikowany w deklamacji, że nie dało się jego przedstawić w żaden inny sposób. Następnym krokiem było umuzycznienie prozy Stanisława Lema: Future Eye.

- Czy Twoja narzeczona Monika również podziela tę pasję?

D. P.: Tak, ma dużo wspólnego z muzyką.

- To miłe że muzyka łączy ludzi...

D.P.: I nie tylko.

- Piszesz wiersze, komponujesz muzykę, jesteś fanem prozy Lema.. co jeszcze warto o Tobie wiedzieć?

D. P.: Jestem grafikiem i informatykiem.

- I znasz kilka języków. Nad czym teraz pracujesz?


D. P.: Ostatnio siedzę nad nowym materiałem, roboczy tytuł "Earth!". Tym razem podjąłem temat: Ziemia, i jej istnienie, historia i życie, przyszłość, przeszłość i teraźniejszość, będzie trochę downtempo, electro, ambientu i space.

- Ostatnie pytanie Darku: Co lubisz, co kochasz, czego nienawidzisz.

D.P.: Lubię gotować, kocham piękno Sztuki, nienawidzę głupoty.

Dziękuję Ci za wywiad.

D.P.: Ja również dziękuję.
Link do strony artysty http://www.facebook.com/darohadar?sk=wall

Klaus Schulze: Dreams - deluxe edition



     Dziwna muzyka. Klaus Schulze nagrywając płytę "Dreams" w 1986 roku wyraźnie walczył z jakąś niemocą. Słychać to w pewnym stopniu we wszystkich kompozycjach. Już dynamiczny akord zaczynający krążek - "A Classical Move", od trzech lat powtarzany na innych płytach, wskazuje że artysta nie znalazł dla siebie nowych środków wyrazu. Oczywiście, składanie dzieła z wielokrotnie eksploatowanych elementów nie musi być naganne, jest po prostu słyszalne i pobudza do różnych, nie zawsze optymistycznych refleksji. Tworząc te kilka nastrojowych utworów, Schulze nie unika dalszych retrospektywnych podróży i auto zapożyczeń, jednak ich wymienianie nie byłoby dobrym pomysłem. Skupiając się na muzyce miejscami mrocznej, być może dekadenckiej, nie można odmówić Klausowi umiejętności tworzenia specyficznego, gęstego jak angielska mgła klimatu. "Five to Four" delikatnie nawiązuje do orientalnej kultury Japonii. Dominują pozornie chaotyczne dialogi kilku elektronicznych instrumentów z fortepianem. Może podobać się tu biegłość z jaką muzyk porusza się po klawiaturze (być może jest to Andreas Grosser, wymieniony na okładce jako grający na tym instrumencie), niczym zaawansowany pianista na klasycznym koncercie. Tytułowy "Dreams" przywodzi mi ma myśl celebrowanie wydarzenia które nie nastąpi. Rytmiczna struktura budzi dalekie skojarzenia z utworem "Fyt" z pierwszej płyty "It'll End in Tears" zespołu This Mortal Coil. Monotonny pochód perkusyjny przy którym wspiera muzyka Ulli Schober, jest jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów tej płyty Klausa Schulze. Płynnie przechodzi w "Flexible" - krótką impresję która brzmi jak odrzut z wcześniejszej płyty mistrza - Inter*Face. Konstrukcja jest prosta, przebojowo efektowna. Najdłuższa suita "Klaustrophony" 24:27, kończąca pierwsze wydanie albumu jest poetyckim podsumowaniem wydawnictwa. Smutne rozważania nad sensem życia i miłości próbuje wyjaśnić bohaterowi utworu w sennym marzeniu mężczyzna z brodą. Jednak bardziej szczegółowe tłumaczenie angielskiej poezji miejscami kojarzącej mi się z objawieniami biblijnych proroków zostawiam lingwistom. Szybko można się przyzwyczaić do zawodzącego głosu Iana Wilkinsona, który zgrabnie trzyma się konwencji. Dodatek na deluxe edition z 2006r. to równie długa kompozycja "Constellation Andromeda" 23:52.  Typowe dla tego artysty: długi wstęp, rozkołysane, pływające frazy i zdecydowanie bardziej pozytywne niż w poprzednich utworach klimaty przewijają się do końca. Bonus z 2003r. nie zaskakuje więc niczym nadzwyczajnym, ale trzyma równy poziom. 
    Płyta ta, wyjątkowo melancholijna, ma do dziś swoich wiernych słuchaczy.



czwartek, 8 grudnia 2011

Tangerine Dream - Phaedra


    Gdybym miał wybrać najlepszy album zespołu Tangerine Dream miałbym pewien problem, ale płyta Phaedra od lat jest w ścisłej czołówce moich faworytów do tego tytułu. O wyjątkowości tego dzieła (43 rożne wydania!) wspominał sam Edgar Froese mówiąc że to był pierwszy album zespołu przy nagraniu którego użyto sprzętowych sekwencerów. I ponoć pierwszy tego typu w muzyce rockowej. Łatwo się jednak mogły one rozstroić w trakcie grania co być może było kłopotliwe dla artystów, ale dodawało całości pewnego uroku. Zespół tworzący do tej pory kosmiczne abstrakcje o mało namacalnej formie i nieprzejrzystej fakturze, zwraca się w stronę wyrazistej, obrazowej i dynamicznej muzyki. Dobrym tego przykładem jest tytułowa suita. Już w jej drugiej minucie muzycy poddają pojawiającą się sekwencję dźwięków totalnej obróbce. W studio mieli między innymi 3 syntezatory VSC-3 z  trzema osobnymi oscylatorami każdy. Mogli do woli regulować częstotliwość i kształt ostinata. Kto by na ich miejscu oparł się pokusie tak zróżnicowanego modulowania dźwięku? Jego transformacji, opóźnianiu, dodawaniu pogłosu.... Być może czuli się artystycznie spełnieni kontrolując te dźwiękowe tworzywo, nadając mu co rusz zmienny kształt. Jakby nie było, suita Phaedra wręcz wciska w fotel rozmachem, wizją i intryguje atmosferą tajemniczości. Chyba dla odpoczynku umieszczono kolejny utwór: "Mysterious Semblance At The Strand Of Nightmares". Łagodny i pastelowy, ujmuje on delikatnością i piękną grą Froesego na mellotronie. Właściwie śmiało ten majstersztyk mógłby znaleźć się na jego pierwszej solowej płycie "Aqua". Równie intrygujący jest kolejny "Movements Of A Visionary". Tu znów słychać arpeggia i wciągające pulsacje, tym razem w trochę egzotycznym tonie. Obrazowa,  działająca na refleksję kompozycja, kończy się trochę za szybko. "Sequent C" trwająca dwie minuty jest wymyślonym przez Baumanna zakończeniem historii jakby niedokończonym, zostawiającym słuchacza w zawieszeniu i niepewności. 
    Podsumowując: zespół był u szczytu swojej formy, w pełni zintegrowany we wspólnym odkrywaniu nowych dla ówczesnej sztuki muzycznej szlaków. I taki na płycie "Phaedra" z 1974r. zostanie, niezależnie od nowych wersji płyty i interpretacji proponowanych ostatnio przez Tangerine Dream.


Alan Silvestri - Predator - Original Motion Picture Soundtrack




    Alan Silvestri jest znanym i cenionym autorem wielu, blisko 80. filmowych soundtracków. Najwięcej inwencji i pomysłowości wykazał tworząc ścieżkę dźwiękową do filmu "Predator". Ten widowiskowy obraz z 1987r o zmaganiach komandosów z Obcym, kręcony w meksykańskiej dżungli, szybko zyskał status kultowego. Jest to zasługą nie tylko charyzmatycznego odtwórcy głównej roli Arnolda Schwarzeneggera, czy też ciekawego scenariusza, ale i sugestywnej, dopasowanej do scenerii muzyki amerykańskiego kompozytora. Wśród sporej orkiestry znalazło się miejsce dla ośmiu perkusistów oraz  pięciu muzyków grających na syntezatorach:  Douglasa Fischera, Ralpha Griersona, Randy Kerbera, Randy Waldmana, Richarda Marvina. W połączeniu z klasyczną orkiestrą ich gra dała ciekawy efekt końcowy: stworzenie klimatu zagrożenia, prawie namacalnej obecności czającego się potwora. Wykorzystanie do tego celu efektów akustycznych kojarzących się z gęstą i nieprzyjazną przyrodą zasługuje na  najwyższe uznanie. Alan dopracował do perfekcji motywy słyszalne śladowo w innych swoich filmach: wojskowe werble i pozostałe akcesoria perkusyjne na których muzycy grają z rozmachem a jednocześnie w sposób bardzo zdyscyplinowany. Znakomicie podkreśla to determinację bohaterów widzianych na ekranie, ich wolę zwycięstwa i chęć przetrwania. Pozostałe instrumenty, szczególnie głośny fortepian i sekcja dęta, idealnie grają w kluczowych scenach filmu.
    Rzadko zdarza się usłyszeć tak zwartą i dopracowaną ścieżkę dźwiękową. Potwierdzeniem tego jest kilka wydań nieoficjalnych z tą muzyką, które funkcjonują wśród fanów obok późnego, oficjalnego wydania Varese Sarabande z 2003r.






 

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Artemiy Artemiev - Cold


    Drugiej solowej płyty rosyjskiego kompozytora Artemiya Artemieva "Cold" z 1995r. słucha się przyjemnie i... z pewnym zdziwieniem. Należy ona do typu nagrań które w rozsądny sposób łączą przystępną treść z ambicjami przekazania głębszych wartości. Choć tytuł płyty, poszczególnych utworów i okładka sugeruje raczej mroźną zawartość, strumień emocji z początku nie wydaje się być taki zimny. Cały projekt można podzielić na dwie części. Przez pierwsze 50 minut, od zaczynającej płytę kompozycji "Waiting for the Winter" muzyka Artemiya prezentuje się prawie optymistycznie. Oczywiście, słychać też odgłosy mogące kojarzyć się z lodem, chłodem i mrozem (Freezing), ale mieszczą się one w pewnej konwencji pozornego straszenia. Długo brzmiące struktury nie są monotonne, a po blisko 40 minutach stojących pasaży dźwięków, pojawia się nawet delikatny rytm i efekty beztroskiego gwizdania (Sudden Awakenineg). Znakomite relaksacje na tle perkusji przeplatane są tu dialogami i odgłosami tłuczonego szkła. Świetna muzyka! Aby tytuł nie był przewrotnym żartem, ten sielski nastrój przerywa "Vadjra" (Tibet song) który dość dobrze oddaje surowy klimat niedostępnych gór. Podobnie "Transition to the Winter Time" - pogłębia coraz bardziej posępną atmosferę. Słychać jeszcze więcej dźwięków wymagających zdecydowanie wyrobionego odbiorcy. Ta zmiana nastroju być może wynika z tego że że autor zaczął nagrywać płytę jesienią a ukończył w zimę (uśmiech). Tytułowy "Cold" choć dość urozmaicony, jest tajemniczy i mroczny. Czy obrazuje stan izolacji i przygnębienia? Niech słuchacze ocenią to sami. Utwór ten zapowiada elektroakustyczne fascynacje Artemieva które w przyszłości zdominują jego kolejne płyty. Muzykę trudniejszą w odbiorze, skierowaną do innego typu słuchaczy. Takich, którzy szukają brzmień wykraczających poza miłą uszom harmonię i nowych dźwięków, innych niż te tworzące klasyczne melodie.
   Polecam tę muzykę, bo ma w sobie ten dziwny urok który nakazuje do niej regularnie wracać.