sobota, 31 maja 2014

Tangerine Dream - Phaedra Farewell Tour 2014


  
    Gdy przeczytałem w tytule słowo "farewell" - pożegnanie, uświadomiłem sobie, że ta seria koncertów, może być ostatnią okazją do posłuchania na żywo i spotkania lidera legendarnej grupy Tangerine Dream. Zespołu, który przez wiele lat dostarczał słuchaczom wyrafinowanych muzycznych emocji i niebanalnych uniesień.  Blisko 70 letni Edgar Froese, wykazał dużo samozaparcia, chcąc - w tym bądź co bądź podeszłym wieku - uczestniczyć w kolejnym show. Za to należy mu się szacunek. W poniższym teledysku wymieniono daty i miejsca poszczególnych koncertów. Za kilka dni, w środę 4 czerwca, wewnątrz warszawskiej hali "Arena" na Ursynowie, polscy fani muzyki elektronicznej po raz kolejny zobaczą człowieka, który miał wielki wpływ na współczesną muzykę, będąc wzorem dla setek młodszych wykonawców. Od ciebie drogi Czytelniku tylko zależy, czy skorzystasz z tej sposobności i wzbogacisz swoją pamięć o ten historyczny moment....




poniedziałek, 28 kwietnia 2014

DigitalSimplyWorld - Cosmic Ocean First Contact

  

 
   Fabryka kolegi Jarka ze swoich wnętrzności wyemitowała w przestrzeń kolejny muzyczny produkt pt.: DigitalSimplyWorld - "Cosmic Ocean First Contact". Cóż można powiedzieć o tym projekcie?  Bydgoski kompozytor dostarcza swoim fanom muzykę raczej przewidywalną. Taki jest zresztą ambient: umowne klimaty, proste bity i dużo, dużo mroku. Chociaż początek płyty jest wyraźnie pompatyczny,  i pewnie stanowi odzwierciedlenie fascynacji DSW muzyką Vangelisa. Powiem szczerze, że tego typu propozycje nie wzbudzają we mnie od jakiegoś czasu większych emocji. Tej muzyce wyraźnie brak duszy, głębszych emocji.  Wiem że to jest celowe, i taka maniera, że można przypisać temu zgrabną filozofię (jej próbki można przeczytać na bandcampie gdzie dostępny jest omawiany materiał)...  Projekcja zimna niczym mentalność terminatora.  A kto by chciał leżeć koło stalowego cyborga? Hi Hi... No cóż, jednak każda potwora znajdzie swojego amatora, więc o zainteresowanie swoją muzyką, Jarek może być spokojny. Oceny są subiektywne. Zaznaczyć też trzeba, że sprawność rzemieślnicza: umiejętność klejenia dźwięków, miksowanie i wyczucie przestrzeni jest na poziomie profesjonalnym. Program Ableton, którego używa DSW, widocznie dodaje autorowi mocy do realizacji swoich dark vision.
PS: Ostatnio wysłałem demo mojego nowego utworu Jarkowi do oceny, stwierdził: "Spróbuj zagrać coś wesołego".  Ha, ha... No, Kosmiczny Ocean, też trudno zatańczyć.
  

środa, 16 kwietnia 2014

Cosmic Ground




  Dirk Jan Müller na co dzień jest klawiszowcem zespołu Electric Orange. Na bandcampie obiecuje ucztę dla miłośników psychodelicznej muzyki elektronicznej z lat 70. Projekt ma tytuł  "Cosmic Ground". Rzeczywiście. Wprawne ucho od razu pozna inspiracje Phaedrą, czy Rubyconem zespołu Edgara Froese. Jednak krzywdzące dla artysty byłoby twierdzenie, że jego propozycje to są kopie, czy klony powyższych tytułów, szczególnie mam na myśli utwory 3 i 4. Z ciekawostek jakie podaje autor na tej stronie, wymienić można hasło "No MIDI necessary" - miało on być pewnie magnesem dla sporej grupy fanów analogowych, soczystych brzmień. Dirk ujawnia też nazwy ponad 20 instrumentów jakimi dysponuje i tę ich moc wyraźnie słychać ;). A spis jest imponujący. Rozpoczynający album utwór" Legacy"  zawiera na początku wiele mroczności, które ustępują modulowanym basowym przebiegom. Rozpędzona maszyneria rozwija się coraz bardziej, aż do swojego spełnienia. Przydałoby się jeszcze jakieś bardziej wyrafinowane zakończanie tego 14 minutowego motywu... Kolejny pomysł to "Deadlock"  gdzie również po kilku minutach barw pełnych grozy, słuchacz dostaje solidną dawkę muzyki zapętlonej w dolnych rejestrach.. Po półgodzinnej porcji dynamicznych eskalacji i ciekawie budowanego napięcia, kolejne dwie kompozycje przynoszą więcej ukojenia.  Najdłuższy utwór, 33 minutowy "Ground" - wydaje się być dość oryginalny. Autor urozmaicił wstęp i resztę kompozycji, dodając muzyce więcej ekspresji, ale  jednocześnie zachowując towarzyszący całości klimat niepokoju, tajemnicy. I tu nie brak dźwięków pędzących niczym stado koni po łące i różnorodnych modulacji. Ale to słychać głównie na początku. Później, oprócz basowych orgii, jest okazja do przeżywania bardziej skomplikowanych emocji i ciekawszych dźwiękowych zdarzeń. Kontemplacyjna muzyka pobudzająca wyobraźnię. Podobnie jak ostatni "The Plague" gdzie ładnie gra melotron, pełna smutku urzeka swoją finezją.

poniedziałek, 3 marca 2014

Kayanis ‎– Where Abandoned Pelicans Die



    Co jakiś czas spotykam udane próby łączenia muzyki rozrywkowej, rockowej z tak zwaną muzyką poważną. Co wyróżnia pracę Kayanisa wśród innych tego typu projektów? No chociażby fakt, że to dzieło, mimo że opisane i śpiewane po angielsku, jest wynikiem pracy polskich artystów. Płyta "Where Abandoned Pelicans Die" (2007) choć kierowana do wszystkich słuchaczy, najszybciej spodoba się smakoszom i koneserom, ale każdy może podjąć to wyzwanie i bez uprzedzeń zanurzyć się w świecie dźwięków proponowanych przez urodzonego w Słupsku kompozytora. Widzę ku temu co najmniej kilka powodów: całość ma charakter koncepcyjny, dopracowany w każdym szczególe, spójny i przesycony odpowiednią dawką rozłożonych w czasie emocji. Piosenek i akcentów rockowych jest stosunkowo niewiele, natomiast słychać dużo orkiestracji, motywów melodyjnych oraz przyjaznych uszom harmonii... Autor postawił na subtelności charakterystyczne dla muzyki klasycznej. Syntezatory, na których gra Lubomir, pełnią tu rolę służebną - rolę nienarzucającego się tła. Wyraźnie natomiast podkreślono kobiece parte wokalne i solówki klasycznego instrumentarium. Jeżeli towarzyszą im gitary i perkusja, to są wzmocnieniem zbudowanego już klimatu, jego logiczną konsekwencją. Przeważające minorowe nastroje ostatecznie co jakiś czas są ocieplane... Ciekawie brzmi ten eklektyzm: elektronika, rock, chórki, trochę rozmachu i nostalgiczne skrzypce Marty Lizak. Kayanis stosunkowo rzadko wydaje płyty; za to dostępne są one na różnych platformach. Odsyłam więc do jego internetowej strony, życzę wielu uniesień, oraz  nietuzinkowych przeżyć przy słuchaniu tej ambitnej i pięknej muzyki..   


czwartek, 27 lutego 2014

Robert Fripp - Love Cannot Bear


   Każdy meloman zna to nazwisko. Robert Fripp, lider legendarnej grupy King Crimson, jest ważną i barwną postacią w świecie muzyki rockowej. Świetny gitarzysta, realizował swoje projekty z wieloma znanymi artystami. Poświęcono temu wiele artykułów, więc ciekawych takich zestawień, odsyłam do Wikipedii, lub obszernej literatury fachowej. Nie sposób też nie wspomnieć o mnogości nieoficjalnych nagrań koncertowych, krążących wśród fanów. Rzeczywiście, Fripp skutecznie realizuje się w kontakcie na żywo ze słuchaczami, prezentując nie zawsze lekką w odbiorze, ale często piękną muzykę. Do takiej pozytywnej emanacji jego talentu, należy zaliczyć niewątpliwie amerykański koncert z 2005 roku wydany na płycie "Love Cannot Bear".  Kolejna edycja z serii krajobrazowych, wyjątkowo ciepła propozycja. Pierwsze czterdzieści minut zapisu, to seria syntezatorowych padów, gęstych i jednolitych w budowie fraz. Muzyka wywołuje różne skojarzenia, unosząc słuchacza w jemu tylko znane rejony wyobraźni... Relaksacja przetykana solówkami o barwie fortepianu, pełna niedopowiedzeń i subtelności. Można mieć wrażenie zawieszenia w czasie i przestrzeni. Po tej czysto elektronicznej propozycji, Robert wyciąga gitarę i poziom emocji ulega podwyższeniu. To co ujmowało fanów King Crimson, wraca w kolejnej transformacji. Tego po prostu należy posłuchać. Prawdopodobnie Robert Fripp po to się urodził, aby cieszyć grą na swojej gitarze tysiące ludzi. Kolejnym przyjemnym akcentem jest wprowadzenie do zestawu wydobywanych dźwięków,  przekształcanego przez elektronikę ludzkiego głosu. O ile to możliwe, jest jeszcze przyjemniej. Po tych humanistycznych akcentach, końcowe ornamenty to ponownie smutna, przejmująca muzyka elektroniczna. Nostalgia wylega z każdej nutki, zostawiając słuchacza w przyjemnym zasłuchaniu.. Balsam dla duszy, nic dodać, nic ująć. Polecam!