poniedziałek, 6 czerwca 2016

Peter Baumann Machines of desire


 
   Informacja o powrocie Petera Baumanna do tworzenia i wydawania muzyki elektronicznej poruszyła wielu jego fanów. 40 lat po sławnej "Romance '76" uzdolniony kompozytor wydaje album "Machines of desire"  Porównania wydają się być nieuniknione. Czy nowy materiał będzie równie ambitny jak solowy debiut, a może bardziej rozrywkowy niczym "Transharmonic nights"? Czy jego aktualna twórczość nawiąże do starszych zapisów, czy otworzy całkiem nowy rozdział w elektronicznej muzyce?  Po kilkukrotnym wysłuchaniu całości wszystko jest już jasne. Peter nagrał muzykę, w której postarał się umieścić wszystkiego po trochu. Są więc tu liczne reminiscencje starszych płyt, wątki znane i lubiane. Jest odpowiedni klimat, napięcie i miłe dla ucha melodie. Baumann szukał kompromisu między fanami jego dwóch pierwszych płyt i na pewno częściowo mu się to udało. Choć muzyka nie powala świeżością, czy nadzwyczajną oryginalnością, jest piękną sentymentalną podrożą do najlepszych czasów tego typu dokonań. Dostarcza charakterystycznego dreszczyku, który od lat towarzyszy specyficznej pracy syntezatorów. Zainteresowani wiedzą o co chodzi. Cieszę się z tego returnu Baumanna. Oj jak miło!



poniedziałek, 1 lutego 2016

Damian Koczkodon - Space Singularity

Niezmierzona otchłań kosmosu, narodzony i śmierć gwiazd, potężne i niezrozumiałe do końca procesy rządzące światem. Kompozycja "Space Singularity" to wyraz mojej fascynacji astronomią, astronautyką, nagrana w minimalistycznej manierze.

Nie ma tu lekkich melodii, jest za to dawka niepokoju, tajemniczości i zadumy nad niezwykłością przestrzeni...

 

wtorek, 16 czerwca 2015

Vangelis - De Nuremberg à Nuremberg



      Nazwisko reżysera Fredericka Rossifa dobrze kojarzy się zwolennikom nagrań Vangelisa. Genialny grecki multiinstrumentalista pięknie ozdabiał jego dokumentalne, przyrodnicze filmy. Pod koniec życia Frederick pracował nad monumentalnym, blisko trzygodzinnym dziełem "De Nuremberg à Nuremberg".

   Obraz "Od Norymbergi do Norymbergi" opowiadający o latach 1936-1946, rozpoczyna zjazd NSDAP w Norymberdze, a kończy proces niemieckich zbrodniarzy wojennych w tym samym mieście już po wojnie. Sam reżyser nie doczekał premiery filmu. Vangelis i tym razem został poproszony o nagranie ścieżki dźwiękowej. Materiał muzyczny nie ukazał się w wersji oficjalnej i krąży po internecie w formie bootlega. Zawartość tworzą 33 bardzo krótkie utwory. Czas ich trwania - od 16 sekund do niecałych 3 minut - nie pozwala na zbytnie rozwinięcie motywów i jest odmienny od większości dokonań muzyka. Dostosowana do specyficznej tematyki obrazów muzyka może stanowić prawdziwe wyzwanie nawet dla hard fanów Papathanassiou, przyzwyczajonych zazwyczaj do - bądź co bądź - subtelnych kolaży dźwięków. Pozytywny w treści muzycznej jest fragment "Hitler at Paris", może jeszcze "Nazi Europa"; pozostałe nawiązują klimatem do mrocznej przeszłości. Ilustracja filmowa rządzi się swoimi prawami. I tym razem muzyka została podporządkowana całkowicie treści widocznej na ekranie, stąd mnogość marszowych motywów perkusyjnych. Film jest dostępny na YouTube w kilku wersjach. Jednak opowiadanie o przemocy i zbrodniach w tak długich dawkach nie jest dla mnie zbyt strawne, więc skoncentrowałem się na dźwiękowym zapisie. Ten stanowi ciekawostkę i świadczy o elastyczności Vangelisa. Nie sądzę jednak, aby zdobył szersze zainteresowanie poza garstką wnikliwych badaczy twórczości autora.

wtorek, 18 listopada 2014

Pink Floyd - The Endless River



   Pink Floyd to dobry kawałek muzycznej historii. Zespół który w latach 70. zdobył wielką popularność i swoją muzyką sprawiał przyjemność wielu fanom. Sam pamiętam poszczególne analogowe płyty, ich okładki i niesamowite brzmienie. Jak pięknie kręciły się na dużych gramofonach,  a z zestawów hi-fi dobiegały wyrafinowane, akustyczne cudeńka. Tak, Pink Floyd to była potęga.  Ich gwiazda zaczęła blednąć po albumie "The Wall" i - szczerze mówiąc, następne ich płyty, jak i solowe projekty członków zespołu, nie wywoływały już we mnie większych emocji. Ale jeśli taka formacja wydaje coś nieznanego po latach, wzbudza to zainteresowanie. Na temat "The Endless River" szereg recenzentów wydało już wiele skrajnych opinii. Poddano wiwisekcji każdy utwór, oceniono kondycję i pobudki autorów... Niektórzy z cenzorów zapomnieli jednak, po co jest muzyka. Ma ona cieszyć serce. I ta najnowsza płyta Floydów, choć może i zawiera głównie ścinki starszej sesji "The Division Bell", stanowczo do śmieci się nie nadaje. Niesie ze sobą pewien rodzaj piękna. Mistrzowie kreowania nastroju dopisali. Relaksacyjna podróż w jaką zapraszają  Gilmour, Mason i Wright (ten ostatni jakby z zaświatów), przyniesie sporo miłych wrażeń. Nie będę zdradzał wszystkich niespodzianek, ale gdy usłyszałem głos Stephena Hawkinga - ikony świata nauki - pomyślałem: ten tu pasuje ;).  Instrumentalne perełki, jedna po drugiej, prowadzą do satysfakcjonującego finału.  Muzycy, choć w okrojonym składzie, wydobyli z próbnych zapisów wartościowe rzeczy. A że to wszystko już było? Cóż, niech ktoś sam zagra lepiej...  Album do wielokrotnego odkrywania.



niedziela, 9 listopada 2014

Tangerine Dream - Chandra



   Podtytuł albumu Tangerine Dream "Chandra" - The Phantom Ferry Part I z 2009 roku zapowiadał rychłą kontynuację pomysłu, co niedawno rzeczywiście miało miejsce. Takie marketingowe podejście świadczy o życiowej zaradności autora projektu lub jego nieujarzmionym potencjale. Co Edgar Froese proponuje słuchaczom w Part I? Dziewięć utworów inspirowanych historią SF, które mają zobrazować spotkanie istot z innego świata na powierzchni zimnej Grenlandii. Zgodnie z tą ideą, poszczególne kompozycje oddają klimat kolejnych wydarzeń; Dość zróżnicowane, od dynamicznego wstępu "Approaching Greenland At 7 pm" po całkiem spokojny, a nawet mroczny "The Unknown Is The Truth".  Froese czerpie swobodnie ze swoich wcześniejszych doświadczeń i proponuje z grubsza to samo co zawsze, tyle że w innym opakowaniu. O ile utwory nieujęte w rytmiczne klamry mogą zaciekawić, to te perkusyjne są już mniej strawne. Oczywiście zagorzałych fanów obecnego, grzecznego brzmienia T.D. to pewnie nie zniechęci. I ja nie mam takiego zamiaru. Jeżeli ktoś zaczął słuchać muzyki zespołu od płyt z lat 90., to jest to dla mnie zrozumiałe. Ja jednak oprócz 2-3 utworów z tego krążka, postaram się raczej jak najszybciej o nim zapomnieć, aby nie mieć ... chandry :).