środa, 16 kwietnia 2014

Cosmic Ground




  Dirk Jan Müller na co dzień jest klawiszowcem zespołu Electric Orange. Na bandcampie obiecuje ucztę dla miłośników psychodelicznej muzyki elektronicznej z lat 70. Projekt ma tytuł  "Cosmic Ground". Rzeczywiście. Wprawne ucho od razu pozna inspiracje Phaedrą, czy Rubyconem zespołu Edgara Froese. Jednak krzywdzące dla artysty byłoby twierdzenie, że jego propozycje to są kopie, czy klony powyższych tytułów, szczególnie mam na myśli utwory 3 i 4. Z ciekawostek jakie podaje autor na tej stronie, wymienić można hasło "No MIDI necessary" - miało on być pewnie magnesem dla sporej grupy fanów analogowych, soczystych brzmień. Dirk ujawnia też nazwy ponad 20 instrumentów jakimi dysponuje i tę ich moc wyraźnie słychać ;). A spis jest imponujący. Rozpoczynający album utwór" Legacy"  zawiera na początku wiele mroczności, które ustępują modulowanym basowym przebiegom. Rozpędzona maszyneria rozwija się coraz bardziej, aż do swojego spełnienia. Przydałoby się jeszcze jakieś bardziej wyrafinowane zakończanie tego 14 minutowego motywu... Kolejny pomysł to "Deadlock"  gdzie również po kilku minutach barw pełnych grozy, słuchacz dostaje solidną dawkę muzyki zapętlonej w dolnych rejestrach.. Po półgodzinnej porcji dynamicznych eskalacji i ciekawie budowanego napięcia, kolejne dwie kompozycje przynoszą więcej ukojenia.  Najdłuższy utwór, 33 minutowy "Ground" - wydaje się być dość oryginalny. Autor urozmaicił wstęp i resztę kompozycji, dodając muzyce więcej ekspresji, ale  jednocześnie zachowując towarzyszący całości klimat niepokoju, tajemnicy. I tu nie brak dźwięków pędzących niczym stado koni po łące i różnorodnych modulacji. Ale to słychać głównie na początku. Później, oprócz basowych orgii, jest okazja do przeżywania bardziej skomplikowanych emocji i ciekawszych dźwiękowych zdarzeń. Kontemplacyjna muzyka pobudzająca wyobraźnię. Podobnie jak ostatni "The Plague" gdzie ładnie gra melotron, pełna smutku urzeka swoją finezją.

poniedziałek, 3 marca 2014

Kayanis ‎– Where Abandoned Pelicans Die



    Co jakiś czas spotykam udane próby łączenia muzyki rozrywkowej, rockowej z tak zwaną muzyką poważną. Co wyróżnia pracę Kayanisa wśród innych tego typu projektów? No chociażby fakt, że to dzieło, mimo że opisane i śpiewane po angielsku, jest wynikiem pracy polskich artystów. Płyta "Where Abandoned Pelicans Die" (2007) choć kierowana do wszystkich słuchaczy, najszybciej spodoba się smakoszom i koneserom, ale każdy może podjąć to wyzwanie i bez uprzedzeń zanurzyć się w świecie dźwięków proponowanych przez urodzonego w Słupsku kompozytora. Widzę ku temu co najmniej kilka powodów: całość ma charakter koncepcyjny, dopracowany w każdym szczególe, spójny i przesycony odpowiednią dawką rozłożonych w czasie emocji. Piosenek i akcentów rockowych jest stosunkowo niewiele, natomiast słychać dużo orkiestracji, motywów melodyjnych oraz przyjaznych uszom harmonii... Autor postawił na subtelności charakterystyczne dla muzyki klasycznej. Syntezatory, na których gra Lubomir, pełnią tu rolę służebną - rolę nienarzucającego się tła. Wyraźnie natomiast podkreślono kobiece parte wokalne i solówki klasycznego instrumentarium. Jeżeli towarzyszą im gitary i perkusja, to są wzmocnieniem zbudowanego już klimatu, jego logiczną konsekwencją. Przeważające minorowe nastroje ostatecznie co jakiś czas są ocieplane... Ciekawie brzmi ten eklektyzm: elektronika, rock, chórki, trochę rozmachu i nostalgiczne skrzypce Marty Lizak. Kayanis stosunkowo rzadko wydaje płyty; za to dostępne są one na różnych platformach. Odsyłam więc do jego internetowej strony, życzę wielu uniesień, oraz  nietuzinkowych przeżyć przy słuchaniu tej ambitnej i pięknej muzyki..   


czwartek, 27 lutego 2014

Robert Fripp - Love Cannot Bear


   Każdy meloman zna to nazwisko. Robert Fripp, lider legendarnej grupy King Crimson, jest ważną i barwną postacią w świecie muzyki rockowej. Świetny gitarzysta, realizował swoje projekty z wieloma znanymi artystami. Poświęcono temu wiele artykułów, więc ciekawych takich zestawień, odsyłam do Wikipedii, lub obszernej literatury fachowej. Nie sposób też nie wspomnieć o mnogości nieoficjalnych nagrań koncertowych, krążących wśród fanów. Rzeczywiście, Fripp skutecznie realizuje się w kontakcie na żywo ze słuchaczami, prezentując nie zawsze lekką w odbiorze, ale często piękną muzykę. Do takiej pozytywnej emanacji jego talentu, należy zaliczyć niewątpliwie amerykański koncert z 2005 roku wydany na płycie "Love Cannot Bear".  Kolejna edycja z serii krajobrazowych, wyjątkowo ciepła propozycja. Pierwsze czterdzieści minut zapisu, to seria syntezatorowych padów, gęstych i jednolitych w budowie fraz. Muzyka wywołuje różne skojarzenia, unosząc słuchacza w jemu tylko znane rejony wyobraźni... Relaksacja przetykana solówkami o barwie fortepianu, pełna niedopowiedzeń i subtelności. Można mieć wrażenie zawieszenia w czasie i przestrzeni. Po tej czysto elektronicznej propozycji, Robert wyciąga gitarę i poziom emocji ulega podwyższeniu. To co ujmowało fanów King Crimson, wraca w kolejnej transformacji. Tego po prostu należy posłuchać. Prawdopodobnie Robert Fripp po to się urodził, aby cieszyć grą na swojej gitarze tysiące ludzi. Kolejnym przyjemnym akcentem jest wprowadzenie do zestawu wydobywanych dźwięków,  przekształcanego przez elektronikę ludzkiego głosu. O ile to możliwe, jest jeszcze przyjemniej. Po tych humanistycznych akcentach, końcowe ornamenty to ponownie smutna, przejmująca muzyka elektroniczna. Nostalgia wylega z każdej nutki, zostawiając słuchacza w przyjemnym zasłuchaniu.. Balsam dla duszy, nic dodać, nic ująć. Polecam!



sobota, 15 lutego 2014

Duda & Rudź - Four Incarnations



  Wydawać by się mogło, że Krzysztof Duda i Przemysław Rudź są wystarczająco znani melomanom i nie potrzebują dodatkowego wsparcia w postaci mojego komentarza... A jednak pomyślałem sobie, że w czasach, gdy odbiorca zalewany jest mnogością treści nijakich, taka ciekawa perełka jak 'Four Incarnations", może zostać szybko przykryta kolejną warstwą muzycznego szlamu.  Patrząc na sprawę z geograficznego punktu widzenia, rencontre tych dwóch panów było nieuniknione. Gdynianin Krzysztof Duda, organista, od wielu lat tworzący ciekawą muzykę elektroniczną, jest ciągle niedocenianym i zbyt mało znanym polskim  kompozytorem. Odsyłam więc czytelników do niedawno utworzonej o nim  notatki na Wikipedii. Przemek Rudź, z pochodzenia elblążanin na stałe osiadły w Gdańsku, ma w sobie dużo dynamiki, pasji i chęci tworzenia; nie tylko muzyki. Napisał kilka książek popularyzujących astronomię, przewodniki, jest urodzonym gawędziarzem wrażliwym na zło otaczającego nas świata.... Co mogło powstać w wyniku zetknięcia się talentu spolegliwego Krzyśka z renesansowymi ciągotami Przemka?



   "Four Incarnations" jest albumem koncepcyjnym, który można różnie  interpretować. A to jako etapy rozwoju larwy, albo alegorię ludzkiego życia poprzez dzieciństwo, okres dojrzewania, aż do starości. I w takim kontekście należy odbierać rozpoczynający całość długi utwór 
.  Bardzo spokojny, wręcz snujący się leniwie motyw, który przeradza się w relaksację.  I słusznie, bo okres dzieciństwa to przede wszystkim rozwój swojego ego, czysta karta młodości, którą może zapełnić na wiele różnych sposobów. Jednak dalsze nagrania zdecydowanie różnią się od wstępu.  jest już bardziej złożoną strukturą. Obok zapętlonej osobliwości, pojawia się rytm i całkiem przyjemna melodia. Gra ją oczywiście Krzysiek Duda, wlewając w nią swoiste ciepło. Natomiast powtarzalne tło podlegające niewielkim modyfikacjom jest bliskie fanom muzyki elektronicznej.  W 1984 roku na płycie "E≠mc2"  Marek Biliński w tytułowej suicie zastosował podobny pomysł. Na planie jednorodnego ciągu, pojawiają się ozdobniki niczym znaki na drodze.  Ciekawe. to trochę mroczna impresja. Pięknie wyeksponowano w niej organy, które nadają muzyce koturnowy, specyficzny  klimat. Jakby więc dla kontrastu i odpoczynku, następny   totalnie odpręża. Gitara  Rafała Szydłowskiego, wisienka na torcie,  idealnie  wplata się dialog z syntezatorem. Kapitalnie się tego słucha. Gdybyśmy  mieli Pogram III PR w starym dobrym stylu i składzie, red. Jerzy  Kordowicz zrobiłby z tego przebój. Nagrali się w nim wszyscy, dając popis ładnego stylu.  Kończący płytę
jest mi jakby znany. Mimo iż nieopublikowany na żadnym nośniku, był chyba kiedyś prezentowany w Studiu Nagrań. Dobra puenta do pomysłu przyjaciół. Mieszanka emocji, atrakcyjne brzmienia, głębia... Znowu rzec można: dobre, bo polskie ;). Kiedy spytałem Przemka, czego się nauczył od Krzyśka, powiedział:  "Czuje tę jego subtelność i pietyzm w tworzeniu aranżu, melodii; żeby nie przesadzić - złoty środek". Tak trzymać! 

środa, 9 października 2013

Klaus Schulze - Timewind


 
     Dość długo czekałem z recenzją tego bardzo lubianego albumu Klausa Schulze. Wydany w 1975 roku "Timewind" przyciągał oko spektakularną okładką i wkładką, gdzie widniały dość niesamowite i mroczne grafiki Urs Ammana. Na wielkim kartonie opakowania analogowego placka anorektyczne anioły wykonywały dziwny taniec.. Krajobraz z wewnętrznego obrazka,  rodem z horrorów, lub katastroficznych filmów SF, pobudzał wyobraźnię zanim jeszcze czarny krążek trafił na talerz gramofonu. Świetny chwyt marketingowy, tak poza nawiasem. KDM w opisie  dwupłytowego wydania z 2006 roku stwierdził, że "Timewind" jest najbardziej znaną, rozpoznawalną pozycją w dorobku artysty. I nie ma się co dziwić. Zawartość nie ustępowała opakowaniu, kreśląc przed słuchaczami odważne wizje. Światy Klausa Schulze wciskały skutecznie w fotel.  Niemiecki kompozytor zaproponował dwa długie, prawie półgodzinne spektakle, które na wiele lat przysporzyły mu gorących fanów. Co było w nich tak pociągającego? Rozmach, unikalna atmosfera? Pewnie tak. Z perspektywy prawie 40 lat, można by zlekceważyć wartość tego materiału.  Można się czepiać pewnej jednostajności, monotonni, która przez wiele minut mogła wystawić cierpliwość mniej doświadczonych słuchaczy na próbę. Ale chociaż Schulze stawiając ramy swojemu dziełu, stał się w pewnym sensie niewolnikiem jego ograniczeń,  nie można odmówić tej muzyce piękna.  Utwór "Bayreuth Return" - nawiązujący tytułem do  miasta w którym Richard Wagner wybudował Teatr Operowy, jest dość jednorodny w klimacie. Spektakularne efekty dźwiękowe,  modulowane wysokie częstotliwości testujące granice ludzkiego słuchu, moim zdaniem są emanacją siły witalnej Klausa i próbą wprowadzenia słuchacza w podziw. No cóż... W trosce o uszy zdarzało mi się słuchać tej suity z otwartymi ustami :).  Mimo niewielkich przegrupowań, BR ma swój scenariusz z opadającym i unoszącym się napięciem i zaskakującym zakończeniem, które z pewnością zniszczyło niejeden wysoko tonowy głośnik. Autor muzyki dodatkowo zwrócił uwagę melomanów na drugi utwór "Wahnfried 1883", udostępniając na okładce graficzny diagram przedstawiający nakładanie się instrumentów w trakcie trwania tej kompozycji. Jej nagranie zajęło podobno tylko dwie godziny pewnego letniego wieczoru, między 22-gą a północą. Nieźle!  Poetycka zawartość robi wrażenie do dziś....  Klaus wspiął się tu na wyżyny swoich zdolności kreowania minorowego nastroju, mniej szafując efektami, a bardziej skupiając się na wprowadzeniu słuchacza w stan pewnej melancholijnej zadumy.  Spotkać można w internecie opisy ciekawych doznań odbiorców tego utworu  z pogranicza quasi religijnej ekstazy. No, ale to inna historia. Ta, opowiedziana przy pomocy syntezatorów ARP 2600, Odyssey, Elka String i kilku innych, broni się skutecznie i bez grafomańskich popisów.  Materiał z bonus disc wydania release zawiera 3 utwory. Rozbudowaną wariację Bayreuth Return, przedstawioną tu jako "Echoes of Time" (38 minut), z dłuższym i ciekawszym wstępem, oraz dwom krótszymi fragmentami: Solar Wind  (12:35) i Windy Times (4:57). Ciekawe to kawałki, choć w tym limicie czasowym zostawiają uczucie lekkiego niedosytu.  Przez wiele lat płytę Timwind dedykowaną Wagnerowi uważałem za najlepsze dokonanie Klausa. Potem przestałem się bawić w takie zestawienia, koncentrując się na szukaniu piękna. I chociaż ta muzyka jest chłodna niczym światło księżyca w pełni.. to  jej niezaprzeczalny urok trwa, trwa i trwa...