„Cztery Pory Roku”
Antonio Vivaldiego po raz pierwszy ukazały się drukiem w 1725 r. Od tej pory
dzieło włoskiego kompozytora było źródłem pozytywnych przeżyć dla rzesz
melomanów. Oprócz klasycznych wykonań tej muzyki, podejmowano próby
transkrypcji "4 Pór" na klawesyn, czy gitarę i orkiestrę symfoniczną.
Ten bardzo znany cykl koncertów skrzypcowych stał się też swobodną inspiracją
dla duetu Elżbiety i Andrzeja „Andymiana” Mierzyńskich z Olsztyna. Na podwójnym
albumie artystów, zatytułowanym "Podróże przez... Cztery Pory Roku" i
wydanym w styczniu 2018 r., posłuchać można fragmentów oryginalnej muzyki
Vivaldiego w postaci krótkich sampli, które rozpoczynają każdą z czterech suit,
jednak główną zawartością kompaktów są osobiste refleksje autorów - zazwyczaj
sielankowe klimaty w harmonijnej, syntezatorowej oprawie. Instrumenty
klawiszowe Andymiana doskonale współgrają z wokalizami Elżbiety. Wprawne ucho
wyłapie wiele niuansów drugiego planu, na przykład ciekawie brzmią subtelne
podkłady perkusyjne. To muzyka koncepcyjna, która niektórym słuchaczom
przypadnie do gustu przy drugim, trzecim przesłuchaniu. Istotną rolę stanowią
też teksty Elżbiety Mierzyńskiej, wydrukowane na osobnej książeczce. Można
znaleźć tam zarówno nowe wyrazy wymyślone przez rozpaloną poetycką wyobraźnię,
jak i refleksje nad wyraz aktualne i przyziemne ("...kruche ciastka z
GMO"). Jak zawsze, dwunasta i trzynasta
płyta w dorobku sygnowanym logo "Andymian", jest nienagannie
nagrana technicznie. Jej okładki wypełnia malarstwo Miry Smerek-Bieleckiej.
Cały materiał z wizualizacjami w technice fulldrome miał swoją premierę w
postaci koncertów pod kopułą Olszyńskiego Planetarium.
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania andymian, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania andymian, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
środa, 28 lutego 2018
sobota, 4 lutego 2017
Rezerwacja na łyk powietrza
Jak ten czas szybko płynie! Trzymam w ręku okładkę 10 płyty zaprojektowanej i nagranej przez Andrzeja Mierzyńskiego. Od pewnego czasu ten olsztyński kompozytor wydaje nowe projekty z żoną Elżbietą jako duet "Andymian". Najnowszy krążek pod tytułem "Rezerwacja na łyk powietrza" jest jak poprzednie, dopieszczony w każdym calu. Ale o tym za chwilę. Nie byłoby tej muzyki, gdyby nie synergia wielu osób. Na okładce wspomniano o współudziale naszych rodaków z Polskiego Radia Chicago i zdjęciach nadesłanych przez mieszkających w USA Polaków. Projekt pod nazwą "Bilet Olsztyn - Chicago" miał swoją publiczną premierę w 2014 roku w Olsztyńskim Planetarium. Te dość niezwykłe otoczenie na pewno odpowiednio nastroiło do odbioru słuchaczy. Materiał nagrany na płycie, konsumowany w domowym zaciszu, również broni się doskonale. Na pewno wpływ ma na to nie tylko inwencja artystów, ale też precyzyjny miks i mastering, również autorstwa Andrzeja. Pewne niuanse dostrzega się dopiero przy kilkukrotnym odsłuchaniu. Wtedy to całość nabiera blasku i pozwala rozkoszować się cyfrową jakością zapisu. Łatwo zauważyć, że zawartość CD to pewnego rodzaju koncept-album. Początek (ciekawe sample), rozwinięcie tematu, dużo piosenek i swoista coda. Pewną ciekawostkę stanowi fakt, że prócz sampli, kompozytor nie używał żadnych syntezatorów wirtualnych, wszystko gra "z ręki". Wspomnieć należy też o części wokalnej Eli i tekstach jej autorstwa. Chyba już nie raz pisałem, że Elżbieta Mierzyńska po prostu lubi śpiewać i to słychać, a jej mąż ma talent do tworzenia melodii, więc dobrze się uzupełniają. Piosenki są czasami zabawne (Śpiewam po polsku, bo to szeleści nic nie rozumiesz, a mnie to cieszy), pokazują w poetycki sposób rzeczywistość (Nie stracę głowy dla diabła w kinie), czy też wyrażają autoironię (Łyżkami jeść będę do syta moje słodkie kalorie). Ciekawe, prawda? Skoro autorka zapewnia "Mam rezerwację na łyk powietrza, jestem jak wszyscy na chwilę jedną" poświęćmy tych chwil więcej, aby odpocząć przy tej przemyślanej, a zarazem subtelnej muzyce.
niedziela, 16 czerwca 2013
Andymian - Ładna dla Nieba, wredna dla Piekła / Atlantis - Journey To The Abyss Of Time
+
Małżeński duet "Andymian" czyli Elżbieta i Andrzej Mierzyńscy, ustanowił już pewną tradycję. Co roku bowiem para dostarcza regularnie na muzyczny rynek kolejną porcję swoich pomysłów. Najnowszy box, to dwie różniące się od siebie płyty. Jedna - "Ładna dla Nieba..." - stanowi realizację wokalnych fantazji Elżbiety, wspomaganych ciekawie dobranymi elektronicznymi podkładami Andrzeja, oraz druga - "Atlantis..." na której Andrzej spina po latach swoje starsze szkice, a Ela towarzyszy mu swoim głosem bardziej dyskretnie. "Ładna dla Nieba, wredna dla Piekła" jest dość odważną propozycją. Nie ma na niej bowiem piosenek w klasycznym znaczeniu tego słowa. Przeważają bardzo swobodne zbitki słów, mające jednak swoją rytmikę, jakby wewnętrzny puls i jakąś nie do końca ujawnioną tajemnicę. Subtelności i niedomówień uważny meloman znajdzie z pewnością dużo więcej, jeśli oczywiście zechce poddać się tym oniryczno-somnabulicznym kompozycjom. Ciekawie słucha się motywów orientalnych, jak i tych totalnie "odjechanych". Ela faktycznie wie jak można zrobić użytek ze swoich strun głosowych i wyraźnie sprawia jej to radość. Jak ognia unikam ostatnio porównań (podobno są one dobre dla zastosowań amatorskich i komercyjnych), ale słuchając krótkich, i soczystych emanacji talentu Elżbiety, mam wrażenie że doczekaliśmy się polskiej Kate Bush (oczywiście jest to moja subiektywna opinia z którą Elżbieta pewnie się nie zgodzi). Tylko czy w tych ciężkich dla ambitnej twórczości czasach, ma ona szanse się przebić? Czas pokaże.
Atlantis - Journey To The Abyss Of Time. Przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu miałem mieszane uczucia, spodziewając się że olsztyński kompozytor przeskoczy samego siebie powalając czymś absolutnie nowym słuchacza, ale Atlantyda to starszy projekt który istniał w zarysie przez kilka lat. Wreszcie Andrzej uznał, że nadszedł czas na jego końcową realizację i dograł brakujące ścieżki, poprawił co trzeba, nadając całości klarowną formę. Powstał album koncepcyjny, którego należy słuchać jednym ciągiem. Syntetyczna, o gęstej fakturze muzyka, opisuje mityczną krainę zatopioną ponoć wieki temu. Być może spodoba się miłośnikom brzmień egzotycznych, pompatycznych i symfonicznych. Autor sugeruje odbiór swojej muzyki na dużym zestawie typu wzmaczniacz-kolumny, co w czasach użytkowników rozmaitych elektronicznych gadżetów z 3 watowymi głośniczkami ma jak najbardziej sens. Muzyka bowiem dociera wtedy do uszu całym pasmem, a idea przekazu i szczegóły stereofonicznej sceny zostają należycie wyeksponowane. Kontemplacyjna suita trwa ponad godzinę, która przyjemnie i szybko mija, szczególnie gdy w zaciemnionym pokoju skoncentrujemy się wyłącznie na jej odbiorze. Czy podejmiesz te wyzwanie drogi słuchaczu?
Atlantis - Journey To The Abyss Of Time. Przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu miałem mieszane uczucia, spodziewając się że olsztyński kompozytor przeskoczy samego siebie powalając czymś absolutnie nowym słuchacza, ale Atlantyda to starszy projekt który istniał w zarysie przez kilka lat. Wreszcie Andrzej uznał, że nadszedł czas na jego końcową realizację i dograł brakujące ścieżki, poprawił co trzeba, nadając całości klarowną formę. Powstał album koncepcyjny, którego należy słuchać jednym ciągiem. Syntetyczna, o gęstej fakturze muzyka, opisuje mityczną krainę zatopioną ponoć wieki temu. Być może spodoba się miłośnikom brzmień egzotycznych, pompatycznych i symfonicznych. Autor sugeruje odbiór swojej muzyki na dużym zestawie typu wzmaczniacz-kolumny, co w czasach użytkowników rozmaitych elektronicznych gadżetów z 3 watowymi głośniczkami ma jak najbardziej sens. Muzyka bowiem dociera wtedy do uszu całym pasmem, a idea przekazu i szczegóły stereofonicznej sceny zostają należycie wyeksponowane. Kontemplacyjna suita trwa ponad godzinę, która przyjemnie i szybko mija, szczególnie gdy w zaciemnionym pokoju skoncentrujemy się wyłącznie na jej odbiorze. Czy podejmiesz te wyzwanie drogi słuchaczu?
poniedziałek, 12 września 2011
Andymian – Elżbieta i Andrzej Mierzyńscy: Pejzaże zaklęte w nutach
Andrzej i Elżbieta Mierzyńscy z Olsztyna tworzą małżeński duet komponując i grając muzykę która mieści się w konwencji Old Electronic Music. Chętnie zgodzili się powiedzieć klika słów o sobie.
- Andrzej, uważnie obserwuję Twoją działalność od pierwszego koncertu Elektronicznych Pejzaży Muzycznych w 2005 roku w Olsztynie. Grałeś na syntezatorach, ale według, mnie było to głównie progresywne granie. Z roku na rok zwiększał się udział akcentów elektronicznych i … Twojej małżonki! Aż pewnego dnia okazało się, że jest to już oficjalny duet. Nie czujesz się jednak zdominowany przez swoją „lepszą połówkę”?
Andrzej: - Nasza, czyli moja i Elżbiety, droga artystyczna i zawodowa była wspólną od początku poznania! Nawet muzykowaliśmy rodzinnie, bo pochodzimy z domów ludzi muzykujących, z pewnymi tradycjami. Koncertowaliśmy też z braćmi Elżbiety. Jeden, z nich, Ryszard, grał ze mną, gdy rodziły się Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w 2004 roku.
Ela: - Ale czad, Damianie! Ja i dominacja?! Zaczynaliśmy razem w zespole muzycznym, potem praca w mediach, intensywna i absorbująca tak, że aż przyjaciół człowiek pogubił, bo ciągle nie miał dla nich czasu. Mimo to w ostatnich latach Andrzej aktywnie wrócił do grania i komponowania, wydawał płyty. Ja stałam daleko z boku, prawie nie istniałam. Oj, czasem Andrzej wgrywał do swoich utworów moje wokalizy i dawał je na drugim planie. Chyba mało kto wiedział, że jest tam głos prawdziwy, a nie z programu komputerowego, tak jak inni to używają w swoich utworach dla podniesienia efektu. Kiedy spotykaliśmy się w gronie Andrzeja znajomych z el-muzyki, to nawet dla nich nie miałam imienia. Byłam po prostu żoną Andrzeja, czy towarzyszką Andymiana. Aż kiedyś – pod wpływem sugestii osób, które nas dobrze znają od lat – postanowiliśmy ten daleki plan głosowy wyciągnąć do śpiewu z tekstem. Pierwsze próby publiczne – tu biję się w piersi – były cherlawe wyłącznie z mojego powodu. Zżerał mnie stres. A stres był z dwóch źródeł, wypływających z wręcz alergicznych reakcji na moją osobę. Pierwsze źródło: „To jest muzyka elektroniczna, to po co tam ta baba?!”. Drugie źródło: „Ona jest dziennikarką, to po co kurde jej scena?!”. Popłakałam się, bo inni w tym czasie nie takie „głupoty” robili i było dobrze.
Andrzej: - Muszę stwierdzić, że nie mieliśmy też szczęścia do akustyków, których wiedza polegała jedynie na tym, jak zrobić ciszej – głośniej, a do wokalu dawali taki sam mikrofon jak na konferencje. My skromnie to znosiliśmy i to był błąd, bo o sprawy techniczne i oprawę sceniczną trzeba walczyć jak Władek Komendarek! Teraz umiemy o to powalczyć.
Ela: - Dokończę jeszcze swoją wypowiedź, mogę? A więc jak się wypłakałam, to pewnego dnia uznałam, że żyję w wolnym kraju i jako człowiek wolny mam prawo do własnych wyborów i do własnej twórczości. Ja tego prawa innym przecież nie ograniczam, to dlaczego ogranicza się go mnie? Potem poszłam na lekcje do sopranistki, by odświeżyć swoje wcześniejsze możliwości. Tak wróciliśmy do dawnych czasów i tyle. No i Damian, ja nie jestem tą „lepszą połówką”, bo to Andrzeja domena, lecz ja jestem tą połówką ładniejszą! Mam nadzieję…
- Wiem Andrzeju, że rockowe granie w przeszłości miało swój wpływ na Twoje niedawne płyty. Ciekawi mnie jednak najbardziej, jak teraz dochodzi do powstania Waszej muzyki? Siadacie razem przy sprzęcie i…?
Ela: - Andrzej siada przy sprzęcie, a ja mruczę i marudzę!
Andrzej: - Muzyka powstaje i dojrzewa przez dłuższy czas, bo instrumenty klawiszowe stawiają wysokie wymagania od kompozytora i stwarzają większe możliwości aranżacyjne, co pochłania sporo czasu. Jest to fascynująca zabawa. Oczywiście komponując utwór staram się przewidzieć ścieżkę wokalną.
Ela: - Muszę powiedzieć, że Andrzej w pracy nad utworem jest jak piła tarczowa. Nikt by nie uwierzył, co? Stawia mnie przy mikrofonie i chce abym od razu, natychmiast, z odpowiednią barwą, nuta w nutę, bezbłędnie weszła w napisany utwór! Po takiej próbie zostaje ze mnie cień. Najbardziej lubię, gdy Andrzej jeszcze pracuje nad kompozycją, gdy jeszcze jej nie zamknął, frazy nie wygłaskał, a pozwala mi znienacka swobodnie dołączyć z głosem – wtedy fajnie się poszukuje, kombinuje, uwielbiam to!
- Ela, co skłoniło dziennikarkę do kariery wokalnej?
Ela: - Ja nie robię żadnej kariery, ja po prostu śpiewam! Śpiewanie jest jak tlen. Od urodzenia tak mam. To zabawne, ale jako mała dziewczynka i córka kolejarza, lubiłam śpiewać… na peronie! Gdy pociąg hałasował, a sapanie lokomotywy nieco tłumiło dźwięk, ja czułam się jak w niebie, bo mogłam się drzeć jak w operze. Dziennikarstwo u mnie wynika zaś z ciekawości poznawania ludzi, daje duże doświadczenie, trzyma w aktywności.
- Umiecie pozyskać do współpracy innych. Zespoły taneczne i teatralne chętnie dają oprawę do Waszego koncertu. Jak to się udaje?
Ela: - Muzyka Andrzeja jest bardzo ilustracyjna, a my trafiamy na ludzi, którzy to świetnie czują. Nie mamy żadnych problemów w nawiązaniu kontaktu, sugerujemy scenariusze scenicznej ilustracji ruchem, ale zostawiamy swobodę realizacji i prawo do dokonania własnych interpretacji.
Andrzej: - Te zespoły, a współpracowaliśmy z czterema grupami, ćwiczą do nagrań, które przygotowuję z Elżbietą specjalnie dla nich na płycie. Odwiedzamy się na próbach, rozmawiamy. Elżbieta często zmienia teksty, szlifuje. Z pełnym sprzętem gramy dopiero na próbie generalnej, na której też jeszcze modyfikujemy szczegóły, bo niekiedy przychodzą one do głowy, gdy zobaczymy się w kostiumach. Wspaniałe jest potem, po koncercie, usłyszeć od tych młodych artystów, że świetnie im się z nami współpracowało, że występ ich z nami na żywo przed publicznością był dla nich dużym przeżyciem. Zdjęcia na stronie www.andymian.pl pokazują te klimaty. Ubolewamy, że tak rzadko zaprasza się nas w pełnym składzie, bez tej teatralno-tanecznej oprawy. Organizatorzy szukają oszczędności, a w efekcie bezwzględnie obniżają jakość finalną, choć ona jest przecież największym prezentem dla widowni i jednocześnie jest owocem naszej pracy!
- Zgodnie z realiami RP oboje pracujecie zawodowo, nie macie już po 18 lat, a jednak dysponujecie dużą energią i znajdujecie czas, aby realizować swoje ambitne cele. Jest na to jakaś metoda, prócz ciężkiej pracy? Może zdrowe geny?
Ela: - Geny! Ale na wszelki wypadek o zdrowie też dbamy. Ja, na przykład, codziennie rano robię 240 przysiadów (tak!), a Andrzej biega z psem.
Andrzej: - Zimą popijamy osobiście sporządzone nalewki, które nauczyliśmy się robić od dziadków, a oni byli czerstwi do końca swych dni. A tak poważnie – to trzeba się zaprogramować na pewien rytm. Zorganizować się, żyć bez nagłych zrywów, zbędnych frustracji i bez kompleksów.
- Podczas naszego ostatniego spotkania wspominaliście o projekcie dla niepełnosprawnych, możecie powiedzieć coś o tym więcej?
Ela: - Pomysł wyszedł ode mnie. Gdy obejrzałam filmik na YouTube o niewidomym żebraku w amerykańskim mieście. Potem widziałam fotograficzną wystawę o życiu niepełnosprawnych w Polsce. Byłam poruszona, bo zobaczyłam inne, niestereotypowe, prezentacje tego trudnego świata. Z dziennikarskim uporem zaczęłam chodzić na spotkania do Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych, a potem do Polskiego Związku Niewidomych w Olsztynie. Poznawałam ludzi, rozmawiałam. Godzinami opowiadałam Andrzejowi o tym, czego się dowiedziałam. Wzruszył mnie na przykład Damian, niewidomy od urodzenia, a muzyk z wykształcenia. On marzy o tym, aby zrozumieć, co to znaczy kolor zielony!… Zaczęłam budować teksty literackie, a Andrzej… Niech sam powie.
Andrzej: - Mam nadzieję, że kompozycje o trudnym świecie będą zrozumiałe choć i wieloznaczne dla wielu światów. Przygotowałem do tego projektu około 70 minut nowej muzyki. Siedzę w miksach, dogrywam kolejne ślady. Będzie to oczywiście muzyka elektroniczna, ilustracyjna, z inaczej użytym wokalem – pejzaże zaklęte w nutach. Całość przygotujemy tak, aby muzyka funkcjonowała samodzielnie, nie tylko w tym projekcie.
- Zauważyłem u siebie, że chętniej w ostatnich latach słucham muzyki spokojnej, a mniej rocka i hałasu. Czy u Was jest podobnie?
Andrzej: - Nie zauważam tego u siebie. Jestem konsekwentny w swoich preferencjach muzycznych, wciąż słucham dawnych mistrzów muzyki rockowej i elektronicznej oraz nowych, ciekawych wykonawców, których nie brakuje na współczesnym rynku muzycznym.
Ela: - A ja lubię ładny hałas. Ale najbardziej lubię rozwijającą mózgi i wyobraźnię różnorodność, a jej w Polsce nie ma! Jest tylko pop-papka. Potem oglądam program Mam Talent i wyjść z podziwu nie mogę, że ludzie z dalekiego kręgu, ci nieznani wszem i wobec, są lepsi i ciekawsi od tych znanych z pierwszego kręgu z tą ich wielką oglądalnością na YouTube, z tymi ich głośnymi koncertami, z tym graniem w kółko tego samego w radiu, z tą ich plejadą „friendsów” itp., itd. Jakie to smutne.
Andrzej: - O, właśnie! Jak mamy mówić o dominacji, to mówmy o dominacji niskich gustów w kulturze! To z tego powodu kultura popularna jest tylko popularna, a koncerty o wysokich walorach artystycznych nie stają się wydarzeniami, choć często zasługują na to.
- Bierzecie udział w różnych festiwalach kojarzonych z muzyką elektroniczną. Czy możemy mówić o odrodzeniu gatunku, rozwoju, wychodzeniu z getta?
Ela: - Wolę określenie „nisza”, bo kojarzy się z elitarnością, a nie krzywdzącym zamknięciem. Nie czuję się krzywdzona tym, że robię to, co lubię i szanuję, i co ma jakąś wartość wychodząc ponad codzienny banał.
Andrzej: - Nie uważam, aby ten gatunek odradzał się, gdyż cały czas istnieje, choć nie ma go w mediach. Jest mnóstwo ludzi, którzy grają różne odmiany tej muzyki i w dodatku naprawdę umieją grać. Ale podam Ci jeszcze fajny przykład nowego spojrzenia na te sprawy. Otóż niedawno słuchaliśmy koncertu klasycznego dwóch muzyków w zamku. Wirtuozi akordeonu i gitary. Muzycy ci w rozmowie z nami powiedzieli, że przyszłością w muzyce są instrumenty elektroniczne, nowe brzmienia! Oni zaś, ci od muzyki klasycznej, będą wraz ze swoimi klasycznymi instrumentami pokazywani w muzeach na lekcjach historii, żeby ludzie poznali dawną kulturę i sztukę oraz wiedzieli, jak się kiedyś grało. Czy to nie zaskakujące stwierdzenie?
- W przyszłym roku kolejne Elektroniczne Pejzaże Muzyczne. Czy już wiecie, kto będzie gościem?
Andrzej: - Najpierw trzeba wiedzieć, czy będzie kasa. Fajnych ludzi do pokazania nie brakuje. Mamy pewne nazwiska na oku. Chcemy też bardzo, aby udało się zaoferować dwa dni grania non stop. Jedno jest jednak pewne już dziś, że doprecyzujemy nazwę tego festiwalu przez dodanie Old Electronic Music. Nie chcemy, aby przyszedł ktoś na koncert muzyki klawiszowej, a oczekiwał laptopa i pokręteł na pudełku.
Ela: - Wiem, o czym mówi Andrzej! O koncercie szumnie zapowiadanego artysty, który nie grał, lecz kręcił gałkami! Ludzie za bardzo nie wiedzieli wejść, czy wyjść. Ja wysłuchałam uważnie, żeby nie wyjść na tępaka, poza tym zawsze warto poznać, co ktoś robi, bo to trudniejsze od tego, by nie robić nic.
Andrzej: - OK, taka „muzyka” też ma prawo być, ma swoich odbiorców, ale warto wiedzieć, na co się człowiek wyprawia. Dodatkową kwestią jest to, czy osoba jedynie obsługująca dźwięki z laptopa istotnie umie grać, bo ja mam wątpliwości. I czy w szumnych zapowiedziach powinna nazywać siebie muzykiem, skoro nie potrafi zagrać nawet gamy?
- Jakiego istotnego pytania nie zadałem?
Ela: - Takiego na przykład, dlaczego ja wymyślam krótkie tytuły utworów, a Andrzej długie!
Andrzej: - Pozdrawiamy fajnych ludzi i zapraszamy do wpadania na stronę www.andymian.pl
- Dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę duetowi dalszych sukcesów.
Autorem zdjęć jest Wiesław Głownia
niedziela, 26 czerwca 2011
VII Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2011
Niestabilna pogoda nie zachęcała do wyjazdu na tegoroczny koncert. Okazało się jednak, że deszcz nie padał i można było spokojnie skorzystać z programu siódmych Elektronicznych Pejzaży Muzycznych w Olsztynie. Organizatorzy osadzając imprezę na ulicy Dąbrowszczaków, postarali się o pewną ilość miejsc siedzących, co zapewniło komfort osobom starszym i słuchaczom o słabszym zdrowiu. Przed koncertem zdążyłem przywitać się z Andrzejem Mierzyńskim i porozmawiać kilka minut z Władysławem Komendarkiem. Artysta wywarł na mnie wrażenie osoby bardzo miłej, kontaktowej i pozytywnie nastawionej do ludzi. Zauważyłem też obecność telewizji, podobno nawet dwóch stacji, co przy tego typu muzyce nie jest zbyt częstym, ale za to krzepiącym zjawiskiem. Po dość płynnej i dobrze przygotowanej zapowiedzi elokwentnej konferansjerki, Ela Mierzyńska ciepło podziękowała fanom za przybycie mimo niskiej temperatury powietrza. Punktualnie, prawie co do sekundy, rozpoczął się wspólny program duetu Andrzeja i Elżbiety Mierzyńskich oraz Pracowni Tańca Współczesnego "Pryzmat". Czterdziestominutowe widowisko podobało się audytorium, które co kilka minut dziękowało muzykom regularnymi brawami. Po raz kolejny sprawdził się pomysł Andrzeja, aby jego muzyka była ilustracją do tanecznego widowiska, choć pewnie obroniłaby się sama. Skromny kompozytor usadowił się ze swoją elektroniczną aparaturą z boku,
pozwalając widzom nacieszyć oczy ruchami scenicznymi pań z "Pryzmatu".
Oglądana ilość możliwych konfiguracji szczupłych kobiecych ciał w ruchu, wyrażana ekspresja i pomysłowość w projektowaniu układów współczesnego tańca była faktycznie godna podziwu. Ela Mierzyńska, w chwilach gdy nie recytowała deklamacji, umiejętnie operowała jakimś rytmicznym gadżetem,
l ub wykonywała ruchy podobne do tych, jakimi dyrygent manewruje orkiestrą. Widać byłe że swobodnie się czuje w takich klimatach, a praca na scenie sprawia jej radość. Z roku na rok małżeństwo Mierzyńskich pogłębia artystyczną integrację. Wspólne występy na coraz lepszym, profesjonalnym poziomie będą się podobać choćby z powodu opanowanego warsztatu. Kolega, który mnie przywiózł na koncert, pierwszy raz oglądał duet na scenie. Wyrażał się pozytywnie o spektaklu "Zaklęty Ptak", a świadectwo bezstronnej osoby jest zazwyczaj prawdziwe. Po siedmiu latach obcowania z muzyką Andymiana spostrzegłem też, że materiał nie jest całkowicie nowy, jest mieszanką zeszłorocznych motywów z nowymi pomysłami. Ale to dobrze - elastyczność w podejściu do własnej twórczości dobrze świadczy o inwencji artysty. Koniecznie muszę też wspomnieć o rewelacyjnym nagłośnieniu. Ten soczysty, mięsisty bas! Gdybym chciał tak słuchać muzyki w domu, musiałbym potem zbierać oba moje koty żyletką ze ściany. Jako druga gwiazda programu wystąpił Władysław "Gudonis" Komendarek. Ela zapowiadając jego wejście streściła rzecz krótko: Będzie czad! Uwaga okazała się trafna, bowiem żywotność i sceniczna energia Komendarka są legendarne.
Muzyk podobnie jak dwa lata temu w Kwidzynie, wystąpił w stroju imitującym mundur, a na głowie miał misterną konstrukcję rodem z filmów SF.
Ale muzyka była inna. Oczywiście i tu usłyszeliśmy "35 śmietnik atomowy" w trochę improwizowanej wersji, ale podczas olsztyńskiego koncertu przeważały długie frazy które często ewoluowały w eksplozje monumentalnych dźwięków. Komendarek, podobnie jak Andymian, nie zapomniał o swoich rockowych korzeniach. Nieraz powietrze przeszywały ostre solówki, kakofonie efektów i elektronicznie, na kilka sposobów modulowany ludzki głos. Być może dlatego część słuchaczy zrezygnowała z dalszego koncertu a zostali ci okazujący największe zainteresowanie. Osobom, którym nie wystarczało show na scenie, postawiono ekran na którym można było obejrzeć ponadczasowy film Koyaanisqatsi, będący momentami świetnie pasującą ilustracją do tej niełatwej muzyki. Komendarek co jakiś czas z ekspresją potępiał monopol programu Windows, czy zakulisowe władze manipulujące ludzką świadomością. W pewnym momencie, rozgrzany, zdjął wymyślny hełm i swoimi długimi włosami wykonywał całkiem udany headbanging. Nic dziwnego że zachwyceni widzowie zmusili na końcu artystę do bisu. Niestety, w wyniku przenikliwego zimna i czynników niezależnych, nie dotrwałem do jego końca. Trochę żałuję że nie udało mi się porozmawiać z muzykami po koncercie. Może niedługo w nowo budowanym amfiteatrze w Ostródzie będą realizowane takie koncerty? Póki co, po raz kolejny można powiedzieć, że EPM 2011 były udaną imprezą.
środa, 22 czerwca 2011
Andymian - Spirit Escape From Civilization
Liczba siedem w znaczeniu symbolicznym oznacza doskonałość, zupełność, a w biblijnej księdze Objawienia używa się jej często w odniesieniu do spraw niebiańskich, duchowych. Siódma płyta Andrzeja Mierzyńskiego "Spirit - Escape From Civilization" swoim tytułem sugeruje tematykę więcej niż przyziemną. Autor tworząc ją, zastanawiał się nad konsekwencją losów człowieka. Według wielu popularnych wyobrażeń ludzie u kresu swojej wędrówki spotkają się ponownie w innej postaci, uwolnieni od ciężaru i naleciałości swoich kultur. Są też tacy, co uważają, że cywilizacje mają swoje duchy, które dominują nad każdą z nich. Duch drzemiący w człowieku, czy duch czasów, co by nie było największą inspiracją autora, te rozważania nad rozwojem i upadkiem cywilizacji stały się pretekstem do skomponowania 11 różnorodnych utworów. Na uznanie zasługuje fakt, że omawiane nagrania nie są kalkami poprzednich płyt. Mimo iż Andrzej wypracował swój własny sposób grania i nie wymienia, co pół roku instrumentów na nowe, stara się każdą płytę nagrywać trochę inaczej. To miłe urozmaicenie słychać szczególnie w The First Crusade pogodnym motywie w stylu el-muzyki lat 80. Podobać się może Through The Centuries - Myths and Prophecies nasycony mnogością pomysłów, rytmicznych rozwiązań w pierwszej części i pewnymi niedopowiedzeniami w końcówce. Krótki The Last Crusade sympatycznie rozwija się w formę orientalnych pląsów. Gdy słucham tego fragmentu, nieodparcie kojarzy mi się egzotyczny taniec brzucha oglądany przez podpitych, średniowiecznych biesiadników. Through The Centuries - Legions of Stone Statues - wyraźna koncepcja, bardzo dojrzała kompozycja - chyba najlepsza na płycie. Idealna na składankę autorską. Escape from Civilization będąca podsumowaniem całego programu tchnie umiarkowanym optymizmem. Ale może tak właśnie miało być i autor zostawia "postawienie kropki nad i" słuchaczom? To płyta z rodzaju tych, które szczególnego uroku nabierają po jakimś czasie. Andrzej Mierzyński ze swoim podejściem klawiszowca, muzyka rockowego, do komponowania muzyki, kontynuuje tradycje podobne tym, jakie propagował Rick Wakeman czy Jon Lord. Szuka nowych form wyrazu tego, co mu podpowiada jego własny duch. Na koncercie, który zagra za kilka dni w Olsztynie, usłyszeć będzie dane słuchaczom najnowszy, nigdzie niepublikowany materiał.
Zostaje tylko pogratulować inwencji, zapału i... Skorzystać z programu sobotniego, olsztyńskiego koncertu..
Zostaje tylko pogratulować inwencji, zapału i... Skorzystać z programu sobotniego, olsztyńskiego koncertu..
poniedziałek, 13 czerwca 2011
VI Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2010
Niewiele brakowało aby tegoroczne EPM nie doszły do skutku. Aura była niesprzyjająca, wiatr płatał figle i targał sceną. Najpierw impreza miała odbyć się na Starówce pod otwartym niebem, potem niewielka przestrzeń pod sceną olsztyńskiego amfiteatru zmusiła do drastycznej modyfikacji swojego programu Teatr Ognia „Exodus”. Mimo tych problemów i obaw pogoda się wyklarowała i publiczność chociaż odwołano imprezę, wiernie oczekiwała na początek koncertów. Jako pierwszy wystąpił duet Electronic Revival. Dwóch energicznych muzyków postanowiło swoje wyróżniające cechy zewnętrze przekuć na zalety. Marcina i Tomasza zareklamowano jako największy gabarytowo elektroniczny duet w kraju. Faktycznie, zasobne w kilogramy ciała muzyków, jak się okazało nie były przeszkodą w stworzeniu dynamicznego show. W krótkim programie zagrali El-muzykę przystępną, ciepłą, okraszoną gitarowymi solówkami oraz urozmaiconą melodyjnymi zaśpiewami. Pod koniec pokazu grupa dała wyraz swoim rockowym pasjom i bardzo ostro połączyła heavy metal z elektronicznym rockiem. Widać było że muzycy dobrze się czują w swoim stylu, sprawia im to przyjemność i umieją robić to co lubią. Wyglądało to bardzo sympatycznie, aczkolwiek koncertowali trochę za krótko. Po blisko półgodzinnej pierwszej części na scenie pojawia się Andymian ze swoją żoną Elą, a pod sceną przyciągają oczy oryginalnie ubrani członkowie Exodusu. Andrzej Mierzyński gra niecodzienną odmianę muzyki, od lat nie poddając się komercjalizacji, realizuje kolejne ambitne projekty. To nie jest łatwa ani lekka forma muzyki elektronicznej. Korzeniami tkwiąca w progresywnym rocku lat siedemdziesiątych, o gęstej fakturze, bez widowiskowej oprawy dla oczu, być może nie zostałaby doceniona przez większość fanów gatunku. Jednak pomysł popularyzacji swojej muzyki poprzez połączenie jej z atrakcyjnym dla oczu obrazem, po raz kolejny znakomicie się sprawdził. Widz z zapartym tchem obserwujący ekwilibrystyczne wyczyny uzdolnionych aktorów-tancerzy, wchłania całość w przystępny sposób. Przyznaję że na małej powierzchni pod estradą poruszanie się z trudnym do kontrolowania ogniem dodawało akcji dużo emocji. Walka dobra ze złem, przedstawiona językiem ciała, poświęcenie bosych aktorów w kontakcie z pod zamkowym brukiem były to rzeczy doprawdy imponujące. Mimo iż tancerze ograniczeni niewielką przestrzenią placu zrezygnowali ze skoków przez wielką ścianę ognia na której postawienie w tym miejscu nie było technicznych możliwości. Warto wspomnieć jeszcze o coraz częstszym udziale Eli w projektach męża. Jej wokalizy narzucają pewien teatralny styl całości muzycznej oprawy ale nie wydaje mi się to wadą tylko cechą. Jest to też bardzo krzepiący przykład dobrej małżeńskiej współpracy – zjawisko wcale nie tak częste w obecnych czasach. Podsumowując: udana impreza, dwa kontrastowe, różnorodne widowiska nie pozwalały się nudzić.
Co zobaczymy za rok? Czas pokaże. Póki co, Elektroniczne Pejzaże Muzyczne mają się dobrze.
Co zobaczymy za rok? Czas pokaże. Póki co, Elektroniczne Pejzaże Muzyczne mają się dobrze.
niedziela, 5 czerwca 2011
III Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2007
Tego dnia pojawiło się kilka drobnych incydentów i mało co a nie skorzystałbym z tegorocznego programu Elektronicznych Pejzaży Muzycznych 2007. Ale uruchomiliśmy wszelkie dostępne zasoby determinacji pokonaliśmy negatywne statystyki i dotarliśmy stałą ekipą na dziedziniec olsztyńskiego zamku, na 2 minuty przed rozpoczęciem spektaklu. Byliśmy miłe zaskoczeni sporą ilością słuchaczy, mimo wielu konkurencyjnych imprez muzyczno – kulturalno - rozrywkowych w samym Olsztynie i okolicznych miastach. Scena w tym roku wzbogacona została o dodatkowe elementy dekoracyjne w stylu sprasowanych w klocki puszek po piwie czy kamienną, stojącą z boku babę. I chyba więcej sprzętu nagłaśniającego widziałem na scenie. Niezależnie od występów żywych aktorów, na ekranie cały czas trwała ciekawa projekcja obrazów nasuwających najróżniejsze skojarzenia. Po dość pompatycznej zapowiedzi przypominającej o koncertach Klausa Schulze w Polsce w 1983 roku i atmosferze tamtych lat, pojawia się pierwszy muzyk: Marcin Siwiec grający jako Amee Agaru. Kilka kompozycji trwających ok. 40 minut połączono klamrą tytułów ujawniających buddyjskie fascynacje autora. Jaką zagrał muzykę? Najprościej będzie gdy napiszę: przyjemną dla ucha. Optymistyczną i relaksacyjną. Dość różnorodną i ciepłą. Prywatnie autor trenuje aikido, lecz jego twórczość pozbawiona jest jakiejkolwiek agresji. Potrafi zagrać typowo użytkowo i ciekawie zaimprowizować fortepianową solówkę. W celu przypomnienia sobie klimatu jego dokonań odszukałem stronę WWW Marcina. Znajdziecie tam odnośniki do próbek muzyki Agaru zamieszczonej w sieci i to co on sam mówi o sobie: http://amee.agaru.webpark.pl/index.html Jako kolejny na scenie wystąpił Gandalf. Nie, nie, to nie pomyłka. Znaczy się, chciałem napisać: wystąpił „polski Gandalf” czyli Andrzej „Andymian” Mierzyński z trochę skróconym materiałem z nowej płyty „Scarecrow – Passion of Survival”. Słuchając tych nagrań można zauważyć że Andrzej konsekwentnie rozwija swój wcześniejszy sposób widzenia muzyki nadając jej kolejną, coraz bardziej dojrzałą formę. Wychowany między innymi na rocku progresywnym i płytach koncepcyjnych tworzy barwne opowieści inspirowane naturą (co ujawniają tytuły poszczególnych utworów np. Łąka – Królestwo Ptaków, Wiatr –Podstęp i Chłód, Deszcz - Fałsz i Woda itp.) Silne są też związki Andymiana ze światem teatru. Obrazowość tej muzyki doskonale współgra z mocną ekspresją typową dla grup teatralnych. Mieliśmy tego próbkę w sobotni wieczór. Zaproszona około dziesięcioosobowa ekipa teatralna z Ostródy „Zmysł”, we fragmentach swojego programu spleciona niczym grupa Laokoona, w rewelacyjny sposób dostosowała się do muzycznych pomysłów Andrzeja uzupełniając niejako muzykę i wypełniając część wizualną widowiska. Fascynujące! (Paradoksalnie, aby docenić zespół z mojego rodzinnego miasta, musiałem wyjechać do Olsztyna). Dodatkową okrasą (jakiej nie usłyszałem na płycie) były wokalizacje Eli Mierzyńskiej na początku i końcu występu Andymiana. Niesamowity, o dużej skali głos! Andrzej wspomniał mi, że mają już połowę materiału na nową, wspólną, podwójną płytkę, więc znowu jest na co czekać. Jako ostatni wystąpił „Yarek" Jarosław Degórski, muzyk, który jak myślę - może zagrać wszystko co trzeba i należy. Przed wyjazdem posłuchałem zawartości trzech jego płyt aby mieć jakieś pojęcie co mogę usłyszeć na koncercie i zdziwiłem się uniwersalnością jego nagrań. Na olsztyńskim dziedzińcu podobnie jak i Marcin Siwiec, zagrał sprawnie i przystępnie czyniąc kolejny krok w popularyzacji gatunku El-muzyki na tych terenach kraju. Jak sam przyznał w późniejszej rozmowie (wspomnieliśmy między innymi o jego archiwalnej już kasecie „Hologram”), wypływa na szersze wody muzyki bardziej popularnej i będzie niedługo grał trance przed dużą masową publicznością. I na pewno osiągnie cel, bo zrobił na mnie wrażenie niesamowicie konkretnego i konsekwentnego człowieka. Powodzenia! Na zakończenie koncertu trzej artyści zagrali razem. Wszyscy mieli sutą oprawę wizualną znaną z poprzednich edycji EPM. Na pewno jest to słuszne, gdyż dla przypadkowego słuchacza nie obytego z tym niszowym jednak gatunkiem, samej muzyce może ciężko byłoby się obronić. W przypadku Jarka Degórskiego dodatki trochę zasłoniły postać muzyka. Ale atmosfera była bardzo ciepła i przychylna, czuć było że powoli wzrasta akceptacja dla takiej muzyki w naszym kraju. To ważne. W zamkowej kawiarence można było kupić płytki Andymiana i Yarka. I dostać darmową kasetę Michała Bukowskiego. Wracając do domu rozmawialiśmy z Jackiem o charakterze granej obecnie przez polskich elektroników muzyki. Jest ona generalnie dość optymistyczna w treści i radosna. Jacek, gdy mu wspomniałem o wątkach psychodelicznych i neurotycznych występujących w El-muzyce w latach 70 ub. wieku a nieobecnych szerzej w naszej rodzimej twórczości, ciekawie tłumaczył to podpierając się osiągnięciami astronomii i techniki (że ludzkość zbadała już trochę lepiej wszechświat i nie ma czego się bać jak 30 lat temu). I tak w pogodnym nastroju około pierwszej w nocy dotarliśmy szczęśliwie do domu. Warto było wyjechać i tego wszystkiego wysłuchać i obejrzeć.
Zastanawiamy się kogo Andymian zaprosi za rok i czy przebije po raz kolejny atrakcyjność performance. A może po prostu da nam kolejną porcję przyjemnych wrażeń?
Zastanawiamy się kogo Andymian zaprosi za rok i czy przebije po raz kolejny atrakcyjność performance. A może po prostu da nam kolejną porcję przyjemnych wrażeń?
czwartek, 2 czerwca 2011
II Elektroniczne Pejzaże Muzyczne w Olsztynie 2006
Lipcowy poranek i popołudnie: W piątkowy poranek wstałem z radosną myślą, że oto czeka mnie 9 godzin pracy i wieczorny koncert. Już sama ta myśl podniosła mi poziom adrenaliny na ten właściwy. W końcu ok. godziny 17.40 dotarłem do domu i jak na prawdziwego el -fana przystało, po obiedzie odświeżyłem się w wannie gorącą wodą i zwilżyłem gardło zimnym piwem. Oczyściwszy się zatem ze smutków dnia codziennego czekałem na telefon od Jacka. Po chrześcijańsku odebrał mnie z pod bloku i wyruszyliśmy do Olsztyna. Wieczór: Podróż wypełniały nam rozważania i dialogi na jedynie słuszny temat: co może nas czekać na koncercie. Atmosfera: Dziedziniec zamku nie licząc pustego miejsca po drzewie w które uderzył piorun nie zmienił się wiele. Nie dokuczał mi też zapach kobiecej chemii, której tyle było w poprzednim roku. Czas do rozpoczęcia koncertu zajmowała mi młoda cygańska latorośl okupująca miejsca Vipów i wymieniająca niewybredne dwujęzyczne komentarze. Dookoła sceny chodził zaaferowany Booky, pilotujący Olę Koszewską (dzielna keyboard women nie miała szans się zgubić). Booky machnął mi ręką, że później pogadamy. Nie dziwię się. Powiem wam szczerze: Aleksandra należy do tych kobiet, przy których mężczyźni wyraźnie czują się sprawniejsi, bardziej potrzebni i rycerscy. Krzesła powoli się zapełniały, pojawił się prezydent Olsztyna, 7-9 letnie cygańskie dzieci dostały propozycję nie do odrzucenia ławkę z boku sceny. Prawie punktualnie, ten sam, co rok temu Mistrz ceremonii rozpoczął show. Andrzej Andymian został uhonorowany z rąk prezydenta klaserem kilku okolicznościowo wybitych monet (jak dobrze pamiętam ). Okazało się też, że trochę zmieniono formułę spotkania. Mniej tym razem było ideologii słownej a więcej widowiska dla oczu. Widzowie zostali zapewnieni, że organizatorzy przebiją jakością inne podobne tego typu krajowe imprezy. Po prostu oprócz ilustracji graficznych na ekranie, muzycy dostali wsparcie aktorów teatralnych. Przebrane postaci o pomalowanych twarzach robiły momentami niesamowite wrażenie. Muzyka: Jako pierwsza w kolejności wystąpiła wspomniana już wcześniej Aleksandra Koszewska „Vocoderion”. Miała robić za „przestrzeń”. Patrząc na jej lateksowe wdzianko rodem z Matrixa, zmysłowo opinające młode kobiece ciało, spodziewałem się usłyszeć muzykę techno-podobną, ale mile się rozczarowałem. Owszem, muzyka nawiązywała do znanych w gatunku muzyki elektronicznej motywów np. Marka Bilińskiego, ale bez przesadnego hałasowania czy dosłownych coverów. Utwory były zwarte, soczyste i konkretne. W ogóle mam wrażenie, że jej koncert był zbyt krótki i na dobre rozgrzała się pod koniec swojego występu, gdy złapała „drugi oddech” i opuściła ją trema. Kiedy za sprzętem usiadł Maciek Wierzchowski – Vanderson usłyszeliśmy czysty Berlin. Potwierdził to Juma, któremu zapuściłem kawałek przez komórkę. Faktycznie, to było to, co stare tygrysy lubią wspominać najbardziej: styl najlepszych płytek Mandarynek zagrany chyba na trochę nowszym sprzęcie niż ten z lat 70 tych . W galerii zamku można było kupić za jedyne 10zł promocyjną płytkę Vandersona, co przyznacie nie jest wygórowaną ceną. Na koniec tego 2 godzinnego spektaklu wystąpił Andrzej Mierzyński - Andymian. Wyjątkowo rozbudowana oprawa wizualna nie pozwoliła mi szczegółowo wyróżnić nowych fragmentów od starszych w jego muzyce (chociaż chyba gra bardziej "nowocześniej" niż rok temu) bo oczy nasze zajmowali pomalowani aktorzy, którzy machali szarfami, palili ognie i chodzili na szczudłach. Na koniec Andrzej otrzymał dodatkowe, rodzinne (?) wsparcie w postaci wokalistki która kilka minut wcześniej wręczyła kwiaty niektórym widzom i słuchaczom. Wszystko to w atmosferze mistycyzmu i anielskich wizualizacji na ekranie. O 23. nastąpił koniec koncertu. Bardzo szybko upłynął ten czas. Organizacja bez zarzutu, ciekawe widowisko i odpowiednio długie, nie męczące dawki muzyki. Gratuluję! Aż żal było wyjeżdżać. Zdążyliśmy zamienić parę zdań z Michałem Bukowskim i Olą, Jacek porozmawiał z Vandersonem. I już trzeba było jechać.
Pozostaną miłe wspomnienia i wrażenie że w Olsztynie są wreszcie dobre klimaty do tego typu imprez.
Pozostaną miłe wspomnienia i wrażenie że w Olsztynie są wreszcie dobre klimaty do tego typu imprez.
wtorek, 31 maja 2011
Andymian & Vanderson: Zamęt - Olsztynek 2007
Gdy dotarła do mnie wieść o koncercie Andymiana i Vandersona w Olsztynku autentycznie się ożywiłem. Nad planowa elektroniczna impreza, czy to nie fantastyczne? I na dodatek tylko 30km drogi. Nie wymagam od życia zbyt wiele i doceniam takie niespodzianki. Skonsultowałem więc precyzyjny termin wyjazdu z Jackiem JotDe, ubraliśmy się z żoną ciepło i w drogę! Olsztynek sam w sobie jest niewielką miejscowością, więc jak już tam wjechaliśmy, bez problemów dotarliśmy do zamku. Na skromnym dziedzińcu zastaliśmy masę podekscytowanej młodzieży należącej do kilku grup teatralnych i bohaterów wieczoru kręcących się wokół aparatury. Andrzej na nasz widok wyraźnie się ucieszył, zamieniliśmy kilka zdań i poszukaliśmy sobie ławeczki jako punktu obserwacyjnego. Koncert rozpoczął się około 20.15, co specjalnie nikomu nie przeszkadzało. Muzyka Andrzeja Mierzyńskiego - Andymiana, po raz kolejny sprawdziła się doskonale jako dźwiękowa oprawa większego widowiska.. Na koncercie jest z nią trochę inaczej niż z domowym odczytem kompaktowego krążka. Wydaje się być nie tylko głośniejsza ale i bardziej monumentalna. Charakterystyczny klimat leniwego strumienia zdarzeń, w estradowej demonstracji nabiera cech bardziej mistycznych. Ciekawe, niby to samo, ale jednak w inny sposób się przyswaja. W trakcie jej słuchania uświadomiłem sobie dlaczego właściwie lubię koncerty. Że nawet najlepsze słuchawki nie zastąpią tej szczególnej atmosfery misterium jaka towarzyszy występom na żywo.. I nie chodzi tu bynajmniej o to, aby bas wciskał żebra w mięsień sercowy, czy o niewątpliwą wyższość głośników koncertowych nad domowymi. Nie jest też szczególnie istotne, czy muzyka jest tworzona na bieżąco, czy leci z playbacku. Chodzi o klimat jaki jest tworzony przez zespół współpracujących ze sobą artystów różnej maści. To jest te nieuchwytne „coś” które pragniesz zrozumieć i zabrać ze sobą. Do całości dopasowana była również część druga koncertu. Maciej Vanderson Wierzchowski na zasadzie kontrastu do dość kontemplacyjnej twórczości Andrzeja zagrał tradycyjny Berlin. Muzykę przy której - w chwilach bardziej dynamicznych - można było nawet potańczyć. Dla osób którym eksperymenty Andymiana mogły się wydawać zbyt ambitne, Maciejowa muzyka stanowić mogła odskocznię do pełnego zrelaksowania. Choć nie był to jakiś el-pop, rzecz jasna. Formuła przedstawienia nie różniła się specjalnie od tego co można było oglądać rok temu w Olsztynie. Po prostu: coś co się skutecznie sprawdziło w jednym mieście, warte jest powtórzenia w innym. To dobry pomysł. Mam na myśli schemat performance typu „światło i dźwięk”. Jak słusznie zauważył Jacek, dwa lata temu w Olsztynie, część przypadkowej publiczności wyszła w trakcie koncertu, co rok później w przypadku zastosowania dodatkowych elementów wizualno-teatralnych przestało być problemem. Olsztynecka publiczność, choć może niewielka ilościowo, okazała się być wdzięczna i oklaskami reagowała przy szczególnie ciekawych wydarzeniach. Tym bardziej że dziewczęta operujące chorągwiami były pełne zapału i inwencji a niesamowite zabiegi ekwilibrystyczne z kulami ognia – tak, to wymagało wcześniejszego treningu i konkretnych umiejętności. A gdy później dołączyli szczudlarze, udowodnili że zamkowy bruk nie jest dla nich żadną przeszkodą w realizowaniu ich artystycznej wizji. Nie sposób nie wspomnieć też o poetyckich odczytach czystym, mocnym głosem Elżbiety Mierzyńskiej o aniele którego nie odda już nikomu (taką treść przynajmniej zapamiętała moja żona). Całość trwała mniej niż półtorej godziny, więc jak na tak krótki okres czasu wypełniaczy akustyczno-wizualnych było naprawdę dużo. Mieliśmy też sporo czasu aby po koncercie zaspokoić swoją ciekawość w rozmowach prywatnych z artystami. Andrzej powiedział mi że kończy materiał na nową płytę, przypomniał o kolejnych elektronicznych imprezach na najbliższe miesiące, a Maciej umożliwił bliższe przyjrzenie się swojej elektronicznej aparaturze. Mimo paskudnego zimna rozstaliśmy się bardzo ciepło.
Kolejne miasteczko mogło bliżej poznać El-muzykę, a my mogliśmy wzbogacić siebie o nowe doświadczenia. Następny koncert już w lipcu w Olsztynie!
Kolejne miasteczko mogło bliżej poznać El-muzykę, a my mogliśmy wzbogacić siebie o nowe doświadczenia. Następny koncert już w lipcu w Olsztynie!
środa, 11 maja 2011
Andrzej "Andymian" Mierzyński -The Lords and the Paupers
Płyta ta została oznaczona numerem piątym w dyskografii tego muzyka. Kolejne koncept albumy wyraźnie wskazują na to, że mamy do czynienia z twórcą, który bardzo dobrze wie, co chce przekazać słuchaczom i umie to robić. Mimo nikłego zainteresowania tym gatunkiem w naszym kraju, Andrzej Mierzyński konsekwentnie dostarcza nowych porcji swoich muzycznych pomysłów. Przykuwa uwagę ze smakiem zaprojektowana okładka i przejrzysta zawartość dwujęzycznej wkładki. Równie znakomita jest kondycja techniczna samych nagrań. Brzmią one czysto, wyraźnie i bardzo przestrzennie. Taka dbałość o szczegóły czyni kontakt z produktem przyjemnym i dostarcza pozytywnych wrażeń estetycznych. Poszczególne utwory to zazwyczaj optymistyczne kompozycje snujące się leniwie w elektroniczno-progresywnych klimatach. Słychać też czasami w pojawiających się sekwencjach nawiązania do popularnej starej niemieckiej elektroniki (utwór 5: Lament) ale u Andymiana te zapętlone zestawy powtarzających się dźwięków nie stanowią same w sobie powodu do przyspieszonego bicia serca. Są bardziej rdzeniem, na tle którego artysta opowiada swoje średniowieczne historie przy pomocy nienatrętnych solówek. Muzyka ta, podobnie jak nagrania progresywnego rocka, które lubi Andrzej, obfituje w barokowe ozdobniki i ornamenty. Jednak zdecydowanie jest to wciąż muzyka elektroniczna. Ciekawe, że znakomita większość muzyki jaką tu słychać mimo egzystencjalnych, czasami dramatycznych tytułów, muzyka jest pogodna. Autor nie straszy nas spektakularnymi efektami. Dźwięki należą najczęściej do kategorii tych „przyjaznych dla ucha”. Zaduma nad dawnymi czasami i melancholia słyszana tu i ówdzie, staje się pretekstem do generowania nastroju przyjacielskiej pogawędki przy kominku. Wynika to zapewne z pogody ducha cechującej artystę. Pozytywne nastawienie do świata twórca przekuwa na język muzyki zarażając słuchacza optymizmem.
Takie widzę główne przesłanie tej muzyki, a kto się z tym nie zgadza może wyzwać mnie na pojedynek mieczy... słowa ;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















