czwartek, 18 maja 2017

Piotr Krupski, Friends - Electronic Worlds - zapowiedź






 
   Piotr Krupski, utalentowany elblążanin, klawiszowiec i cymbalista, dał się poznać jako autor kilku ciekawych elektronicznych projektów, między innymi Kombimus, Elbing 1904, czy Światło prawdy. Jego najnowsza propozycja i zarazem debiut w stajni Generator.pl przynosi szerokie spektrum kooperacji ze znanymi rodzimymi twórcami tego gatunku. We wspólnym projekcie wzięli udział Władysław Komendarek, Sławomir i Tomasz Łosowcy, Sebastian Orda-Sztark, Dieter Werner, Andrzej Mierzyński, Christian Rössle a także Dariusz Wilk. Mimo zebrania twórców penetrujących odległe czasem od siebie klimaty, płyta zaskakuje spójnością i koncepcyjnym duchem. Jej siłą są liryczny tajemniczy oniryzm, szerokie plany dźwiękowe, eklektyzm łączący różne style klasycznej muzyki elektronicznej. Atutem są też wymienione wcześniej nazwiska, które w przypadku tych najbardziej zasłużonych traktować można jako międzypokoleniowe mosty, stanowiące o ciągłości rozwoju rodzimej sceny elektronicznej. Album o wyjątkowo kontemplacyjnym charakterze, podkreślający to co w muzyce elektronicznej najbardziej lubią jej wierni słuchacze.



P.R.
za zgodą Generator.pl

Qlhead - True Self


  Nie tak dawno miałem przyjemność recenzować znakomity album Tomka Decay - Rage, a tu pojawia się jego kolejny autorski projekt: "True Self". QLHEAD wspomniał mi z wrodzoną skromnością, że jest zadowolony z nowego materiału. Tym bardziej byłem ciekaw, w jaką stronę podąża tym razem. Muzyka jest dość zróżnicowana, album zawiera osiem utworów trwających od czterech do sześciu minut każdy.  Przedział czasowy, który pozwoli każdemu przełknąć bardzo awangardowy lub mocno komercyjny muzyczny fragment. To co mi się zawsze podobało u tego wykonawcy, jest obecne na "True Self": specyficzna mieszanka brzmień dość wyrafinowanych z tymi swobodnie wpadającymi do uszu. Rozchwianych rytmów i basowych pętli. Dźwięcznych sekwencji i mrocznych padów. Ta muzyka to właściwie everything for everyone. Płytę wieńczy utwór bardzo osobisty: In the Name of the Father - poświęcony niedawno zmarłemu tacie artysty. Kompozycja trochę w stylu klasyków a'la Vangelis. Chyba najbardziej poruszająca wyobraźnię. Będąca dowodem na to, że elektroniczne instrumentarium świetnie nadaje się do budowania nie tylko finezyjnych, unikalnych akustycznych konstrukcji, ale też ciepłego nastroju.

link do albumu:
https://qlhead.bandcamp.com/album/true-self

wtorek, 18 kwietnia 2017

Contrasts by Damian Koczkodon


 
   19 lutego 2015 roku odwiedziłem mojego dobrego znajomego Łukasza w jego studio nagrań na Ursynowie. Podczas kilkugodzinnej zabawy różnymi syntezatorami, zafascynował mnie maleńki Microkorg (jakiś czas później kupiłem swój egzemplarz). Odkrywanie jego możliwości, kontrola brzmienia w czasie rzeczywistym,  różnorodność barw - te kreowanie było aktem naprawdę dużej relaksacji. Po sesji zabrałem do domu trochę zarejestrowanego materiału. Wiedziałem że ma w sobie potencjał i tak powstała suita 



  Druga kompozycja na płycie "Contrasts" jest zupełnie inna i pochodzi z 2014 roku. Zamiast ciepłych, przyjemnych barw Microkorga, użyłem tu bardziej agresywnych dźwięków z syntezatorów wirtualnych, między innymi z Minomooga. Bipolar disorder to zapis stanu mani. Kilku moich znajomych choruje na psychozę maniakalno-depresyjną. Obserwowanie co robi z człowiekiem taka nieleczona choroba, jest przeżyciem wstrząsającym i niecodziennym. Treść suity Bipolar disorder jest próbą oddania stanów emocjonalnych jakie powstają w umyśle  chorego: gonitwy myśli, halucynacji, urojeń. Zdaję sobie sprawę, że słuchanie jego utworu nie jest dla wszystkich przyjemne, więc robicie to na własną odpowiedzialność. Może jednak spodobać się fanom brzmień lat 70.

 


Album "Contrasts"

czwartek, 16 marca 2017

Lustmord - mroczne światy Briana Williamsa


   Bez wątpienia żyjemy w dziwnych czasach.  Otaczający nas świat jest pełen paradoksów i trudnych do wyjaśnienia zjawisk.  Jednym z nich jest szczególne upodobanie niektórych ludzi do słuchania mrocznej muzyki. Dlaczego ma ona dość dużą rzeszę fanów i istnieje na nią zapotrzebowanie? Czy jest to chęć identyfikacji i opisania otaczającej rzeczywistości? Próba konwersji niepokojących informacji do bezpiecznego banku brzmień posępnych, ale w jakiś sposób atrakcyjnych? A  może to inspiracja demonicznych istot z niewidzialnej dziedziny duchowej?
   W te osobliwe zagadnienie skutecznie wpisuje się brytyjski muzyk Brian Williams,  nagrywający swoje płyty pod nazwą Lustmord. Jest autorem blisko czterdziestu projektów często określanych mianem dark ambient. Co zawiera jego dyskografia? Programowo ponure, złowieszcze i często przygnębiające utwory. Ale, patrząc na jego twórczość z dystansu, przede wszystkim - bardzo, bardzo nudne, monotonne kompozycje. Szczególnie jego pierwsze kolaże, wydane na początku na kasetach, nie wnoszą absolutnie nic ciekawego dla cokolwiek wymagającego słuchacza.   Są bardzo amatorskie i trudno mówić tu o jakiejkolwiek estetyce brzmienia, sile przekazu. Kiepskie jakościowo, bez wyczucia przestrzeni, umiejętności budowania klimatu. Tak dzieje się przez prawie 10 lat. Autor katuje słuchaczy dżwiękami pochodzących z jaskiń, kopalni, czasami emanacją "piekielnych" skowytów. W pewnym momencie jednak, lata doświadczeń przynoszą plon. Przełom u odbiorców przynosi płyta "Heresy" z 1990 roku, choć według mnie, jest nijaka. Jednak faktycznie na kolejnych wydawnictwach, coraz częściej Brian Williams wprowadza urozmaicenia i eksperymentuje w dobrym tego słowa znaczeniu, współpracuje też z innymi muzykami. Wykorzystuje szeroką bazę stereo i wreszcie zaczyna to brzmieć lepiej niż golarka z łazienki sąsiada. Poszerza też swoje biblioteki o bardziej kosmiczne barwy. Ba, pod koniec płyty "Purifying Fire" z 2000 roku słychać świetną sekwencję, tak charakterystyczną dla dobrej klasycznej muzyki elektronicznej. Bardzo ciekawy jest utwór z płyty Metavoid - "Infinite Domain" (2001 rok), zbliżony w warstwie rytmicznej do solowych nagrań Petera Gabriela. Być może to najlepszy kawałek jaki nagrał Lustmord. Duże zdziwienie może też wywołać ilość wokaliz i chorałów na albumie z 2013 roku - "The Word As Power". Czasami Brian łagodnieje, a jego muzyka bywa bardziej kompatybilna z normalnym światem. Chociaż często powiela samego siebie i mocno przynudza. Słychać to na zapisie koncertu z Krakowa (2013) słychać to również na jego ostatniej płycie z 2016 roku "Dark Matter". Więc jeśli brać jego dyskografię jako całość - słuchanie tej muzyki to strata czasu i potraktować można ją jedynie jako ciekawostkę.  


środa, 15 marca 2017

Tomasz Pauszek - Stare analogi to instrumenty z duszą


Wywiad z Tomkiem polegał na tym, że wysyłałem mu pytania, jedno po drugim, a on po prostu na nie odpisywał. Więc ciekawie to wygląda, bo kilka razy ubiega niejako moje myśli i pisze naprzód o tym co chcę go zapytać. Wiadomo - artystyczna intuicja.

 1. Nie rozmawialiśmy już ponad cztery lata, od pamiętnego koncertu na Robofescie w 2012 roku. Kończyłeś wtedy projekty Odyssey i RND, To prawie 5 lat temu.. Co się u Ciebie działo w tym czasie? 

 Tomasz Pauszek: Fakt, dużo czasu minęło od Robofestu. Zresztą to był mój ostatni dotychczas koncert. Rok po festiwalu Robofest, w 2013 roku wydałem jeszcze dwie płyty, Odyssey & We Are The Hunters oraz RND – 5 Past Future. To był pracowity rok. Wtedy już od jakiegoś czasu gdzieś z tyłu głowy trapiło mnie odczucie, że doszedłem do ściany, że osiągnąłem zamierzone cele. Uświadomiłem sobie, że nie bardzo jest już co odkryć w tych stylistykach i zrobić coś nowego, zarówno w muzyce stricte elektronicznej, jak i eksperymentalnej. Poza tym stwierdziłem, że oba projekty ze względu na swoje cechy charakterystyczne ograniczają mnie i przytłaczają. Stąd decyzja o zamknięciu obu projektów i zaczęcie wszystkiego od nowa pod swoim nazwiskiem, bez ograniczeń gatunkowych, bez przedstawiania się jako muzyk elektroniczny czy eksperymentalny. Został więc na scenie ot po prostu Tomasz Pauszek – kompozytor. I to wystarczy. To daje szerokie spektrum działania.

 2. Na Robofescie używałeś między innymi Mooga Prodigy i Korga MS-10. Czy wzbogaciłeś w międzyczasie swoje instrumentarium? Co się zmieniło w Odyssey Studio Poland? 

 T.P.: Na tym polu też zaszły zmiany. Odyssey Studio Poland zostało zamknięte razem z projektami. Przeniosłem studio do mojego domu. Jest mniejsze, ale za to bardziej przytulne, przez co też pozwala na efektywniejszą pracę. Mam wszystko co potrzeba pod ręką. Spędzam w nim naprawdę sporo czasu, więc bliskość studia jest to wielkim plusem. Co do instrumentarium, to wzbogaciłem się głównie o instrumenty wirtualne. Stare syntezatory analogowe to moja miłość i uwielbiam je wykorzystywać, ale łączenie ich z najnowszymi technologicznie rozwiązaniami daje jeszcze lepsze rezultaty. Można czerpać najlepsze z obu światów.

 3. Jakie miejsce zajmują w Twojej pracy wirtualne syntezatory, używasz ich w ogóle? 

 T. P. Tak jak wspomniałem, dzisiejsze instrumenty wirtualne dają szereg możliwości niedostępnych w instrumentach sprzętowych. To daje nam możliwość uzupełniania warstwy brzmieniowej. Rozszerzyłem mój warsztat o kolekcje instrumentów Native Instruments, Arturii i innych, czyli muzyczno-produkcyjny standard. To czego nie mogę osiągnąć na analogach, robię przy pomocy instrumentów VST. Dziś nie należy ich się wstydzić czy unikać, bo osiągnęły naprawdę wysoki poziom brzmieniowy. Mogę powiedzieć, że udział wirtualnych instrumentów zależy od pracy, którą wykonuję. Jeśli nagrywam płytę, tak jak ostatnio, to analogi są na pierwszym miejscu, uzupełniane przez resztę. Jednak praca nad utworami do bibliotek muzycznych jest inna, tam 80 procent to są syntezatory VST. Więc ostatnio sporo ich używam.

 4. Obecnie występujesz pod swoim własnym nazwiskiem. Czy ta potrzeba nadawania projektom nazw w jakiś sposób pomaga Ci się określić?

T.P.: Tak, jak wspomniałem obecnie występuję jako Tomasz Pauszek. Zwłaszcza, że działam na różnych polach, jako artysta, producent czy kompozytor muzyki do bibliotek muzycznych itd. Na początku nadawanie projektom nazw określało jednocześnie ich charakter. Opisywało jaka za tym projektem idzie stylistyka. Nazwa RND powstała od słów RANDOM, czyli od czegoś przypadkowego, to był projekt czysto eksperymentalny, gdzie muzyka miała sporo właśnie takich elementów przypadkowych. ODYSSEY natomiast jak już wielokrotnie wspominałem, to była podróż przez muzykę elektroniczną, emocje, fantazje, świat wewnętrzny, wyobrażenia. Po pewnym czasie te nazwy, połączone ściśle ze stylistyką zaczęły mnie uwierać Złapałem się na tym, że nie mogę danego materiału muzycznego wydać jako Odyssey czy RND bo nie pasuje do konwencji projektu, jest np. zbyt mało elektroniczny lub eksperymentalny. A ja chciałem mieć swobodę twórczą. Nie ma nic gorszego dla artysty jak ograniczać się w swoich dziełach. Podczas tworzenia, przemawia dusza, wyobraźnia, charakter, emocje, lęki i mnóstwo innych rzeczy. I czasami taki muzyk elektroniczny kończy z utworem hip-hopowo-metalowym czy symfonicznym. I co potem z tym zrobić? Nie da się tego wydać w ramach projektu stricte powiązanego z danym gatunkiem.

 5. Co sądzisz o rozwoju muzyki elektronicznej w Polsce w ostatnim czasie. Widzisz pozytywne akcenty?

 Pytanie jest podchwytliwe i trudne. Bo niestety dziś terminu „muzyka elektroniczna” używa się do określenia zupełnie innego gatunku niż kiedyś. Obecnie to głównie nurt taneczny, a w tej materii mam mało do powiedzenia. Jeśli jednak chodzi o klasyczną muzykę elektroniczną, to muszę powiedzieć, że niestety to gatunek bardzo niszowy i mocno nadwątlony. Tak jak mówiłem, niewiele da się jeszcze wymyślić, więc najczęściej twórcy krajowi jak i zagraniczni stosują znane od lat patenty lub kierują się w stronę mody, np. obecnie wraca moda na brzmienia lat 80-tych. To oczywiście podoba się fanom, ale nie rozwija gatunku jako takiego. Stąd zauważyłem w ostatniej dekadzie mocne zniechęcenie wielu twórców do tworzenia. Wielu moich kolegów z racji założenia rodzin, podjęcia pracy zawodowej, odeszło od tworzenia. Zostało niewielu wytrwałych, którzy próbują jeszcze wskrzesić elektronikę i chwała im za to. Sam też nie odcinam się od tego gatunku i jeszcze pewne elementy przemycam w moich nagraniach. Dobrze, że wracają nowymi płytami twórcy legendarni, jak Władysław Komendarek, Marek Biliński, Sławomir Łosowski, Krzysztof Duda czy Mikołaj Hertel. To daje nadzieję, że ludzie którzy znają tę muzykę sprzed lat, wrócą do niej i odkryją także innych wykonawców. Zauważam bowiem, że na przykład młode pokolenie kompletnie nie pamięta nas, zaczynających w latach 90-tych XX wieku. Warto na pewno promować tę muzykę i chwała Jurkowi Kordowiczowi, że z niezłomnym zapałem niesie kaganek elektronicznej oświaty.

 6. Według ,mnie, każdy nowy instrument jest wielkim źródłem inspiracji. Ty traktujesz je tylko jak narzędzia czy zachwycasz się możliwościami każdego z osobna?

 T.P.: Masz rację, nowe instrumenty dają wielkiego inspiracyjnego kopa, zarówno do tworzenia jak i generalnego działania. Mocno inspirują. Wielokrotnie w wyniku możliwości kreacyjnych danego instrumentu, rodzi się pewien rodzaj więzi czy emocjonalnego przywiązania. Z niektórymi instrumentami działa nam się lepiej i załapujemy jego filozofię od razu, a inne niestety nas do siebie zniechęcają. Tak jak ludzie. Ja od jakiegoś czasu staram się traktować instrumenty jako narzędzia pracy i kreacji. Bo do tego są stworzone i pozwalają mi uzyskać efekt, który rodzi się w mojej głowie. Ale są perełki, które nie tylko są dla mnie narzędziami, są moim oczkiem w głowie. Tak jak te wspomniane stare analogi. To instrumenty z duszą, które mimo, że posiadam je od ponad 20 lat, potrafią jeszcze zaskoczyć, zainspirować, rozgniewać czy rozbawić. To jest ich siła. Instrumenty dziś produkowane, czy to sprzętowe czy wirtualne rzadziej posiadają taką cechę, ale bywają wyjątki. Jestem na przykład pod wielkim wrażeniem możliwości syntezatorów firmy Spectrasonics czy flagowego syntezatora Arturii – MatrixBrute`a. O Moogu nie wspomnę. Rzadko mnie coś zaskakuje, ale te instrumenty to naprawdę potężne źródła inspiracji.

 7. Czy masz czas na jakieś pasje poza muzyczne? Czytasz książki, uprawiasz jakieś dyscypliny sportowe? 

T.P:  He he, dobre pytanie. Oczywiście czasu jest zawsze za mało, bo obowiązków mnóstwo. Ale tak, znajduję czas na czytanie, głównie czasopism branżowych i książek popularno-naukowych. Ze sportów to najczęściej pływam, to moja pasja, więc przynajmniej raz w tygodniu jadę na basen. Najczęściej jednak spaceruję z psem po lesie, ale to chyba nie zalicza się do sportów.

 8. Nad czym obecnie pracujesz? 

 T.P.: W tej chwili kończę prace nad nowym albumem, w sumie można powiedzieć debiutanckim, bo pierwszym pod szyldem Tomasz Pauszek. Album będzie będzie wyjątkowy, bo z udziałem bardzo wielu gości, zarówno z Polski jak i z zagranicy. Tematyka albumu też nietypowa, bo osnuta wokół brzmień Lo-Fi, czyli miękkich szumiących analogów i mellotronów, utopionych we wszelkiego rodzaju taśmowych szumach, winylowych trzaskach, czy napięciowych brumach, ale potraktowanych jako element melodyjno-rytmiczny. Więc mam nadzieję, że będzie ciekawie.
   Żeby podgrzać atmosferę, mogę uchylić rąbka tajemnicy, że na płycie znajdą się na pewno kooperacje z kilkoma legendarnymi polskimi muzykami elektronicznymi, jak również, z wyjątkowymi twórcami młodszego pokolenia. W zeszłym roku ukazał się singiel pilotujący i promujący nadchodzący album czyli utwór AIRY MONDAY, stworzony z producentem Gushito. Płyta będzie stylistycznie bardzo różna. Od właśnie takich modnych chilloutowych kawałków, do bardziej elektronicznych lub nujazzowych brzmień. Nie zabraknie tez moich solowych utworów.
   Obecnie także pracuję nad kolejnymi albumami dla jednej z renomowanych bibliotek muzycznych. To mi zajmuje sporo czasu, ale jest to miła odskocznią. W planach mam także prace nad kolejnymi dwoma albumami. Jeden to już nieco znany projekt, który założyliśmy z Jakubem Kmieciem (POLARIS, SCAMALL) i z Krzysztofem Hornem (ex Remote Spaces). Projekt nazwaliśmy Least Significant Beats. Ot takie słowotwórstwo. Choć pierwsze litery tej nazwy (LSB) pochodzą od miast, w których mieszkamy: Łódź, Stargard, Bydgoszcz. Album projektu LSB powstaje w specyficznych warunkach, na podstawie jam session, które zagraliśmy w 2012 i 2016 roku. Powstało sporo materiału, który teraz jest poddawany obróbce. Dobrze by było skończyć te prace w tym roku. Kolejny album, który mam nadzieję „stworzy się”, a może nawet ukaże w tym roku, niech zostanie na razie niespodzianką. Opowiem o nim w następnym wywiadzie, ale mogę zapewnić, że będzie to współpraca bardzo owocna i przez niektórych mocno wyczekiwana. Więc sporo pracy na ten rok. Ale ja to lubię..


sobota, 4 marca 2017

Qlhead - Decay - Rage: Original Motion Picture Soundtrack

 

   Przez szereg lat nawet najciekawszym filmom towarzyszyła zazwyczaj muzyka orkiestrowa. Jej wartość jest bezdyskusyjna, ale ustawiczna obecność w kinach na dłuższą metę mogła wydawać się nieco monotonna. Obecnie coraz częściej producenci filmowi odważnie sięgają po bardziej nowatorskie formy muzyczne. Prawdopodobnie chcą oddać w ten sposób klimat czasów, w jakich żyjemy.

    Tak też się stało w przypadku obrazu "Wściekłość" braci Węgrzynów. W tym dramacie moralnie dwuznaczny bohater przez większość ekranowego czasu biega po warszawskich ulicach, prowadząc telefoniczne rozmowy. Jak skończy się jego historia, dowiedzą się widzowie w kinach już 17 marca.

   Słuchając wykorzystanej w obrazie sądeckich filmowców elektronicznej muzyki Tomasza Kuldo (nagrywającego pod pseudonimem Qlhead), nasuwa mi się kilka refleksji. Dwanaście utworów, z których dziewięć zadebiutowało wcześniej na albumie "Decay", dobrze broni się jako samodzielny muzyczny materiał. Są one logicznie poukładane i różnorodne, jak zwykle w przypadku tego kompozytora, który w zmyślny sposób łączy ze sobą różne gatunki muzyczne wychodzące poza terminologię: ambient, IDM, czy downtempo. Gdy Qlhead gra mroczne pady, włoski na przedramieniu stają dęba, a gdy generuje tłuste bity, ręka sama sięga, aby podkręcić gałkę wzmacniacza.

    Sugestywna, choć nie zawsze łatwa w odbiorze i definicji muzyka dobrze spełnia swoje zadanie. Nadaje się nie tylko na zgrabną ilustrację filmowych zdarzeń, może być również źródłem indywidualnych doznań estetycznych wysokiej próby. W interakcji z percepcją słuchacza skutkuje powstawaniem wielu pozytywnych emocji - bo przecież temu służy dobra muzyka.





link do muzyki Tomka



wywiad



wtorek, 21 lutego 2017

Half Light - Półmrok

 


 
  Podczas gdy zespól Half Light promuje swój najnowszy album "Elektrowstrząsy", trochę przekornie wracam do ich płyty z 2014 roku pt. "Półmrok". Okładka tego wydawnictwa trafnie odzwierciedla refleksyjny charakter nagranych piosenek. Są one próbą określenia rzeczywistości z pewnego dystansu, zapisem stanów emocjonalnych, po prostu - opisaniem życia w różnych jego przejawach. Przede wszystkim zaś, wyrazem pasji jaką jest komponowanie i granie muzyki. A ta, definiowana jako electro-rock, skierowana jest do szerokiego kręgu słuchaczy. Może powtórzę znany truizm, ale od zawsze ludzie najchętniej słuchali właśnie piosenek. I tu panowie z Półmroku wychodzą (niejako na światło dzienne) naprzeciw takiemu zapotrzebowaniu. Proponują inteligentne teksty, śpiewane z nienaganną dykcją przez Krzysztofa Janiszewskiego, oprawione znakomicie zmiksowaną i soczyście brzmiącą muzyką. Cały urok gry na syntezatorach Piotra Skrzypczyka i Krzysztofa  Marciniaka na gitarze polega na intuicyjnym, wzajemnym uzupełnianiu się. Podczas gdy Cristobal czaruje słuchaczy, a może bardziej słuchaczki, czystym, w pełni zrozumiałym głosem, twórcy akompaniamentu zadbali o skuteczną, nowoczesną aranżację. Zresztą muzycy nigdy nie ukrywali swoich fascynacji, chociażby dyskografią zespołu Depeche Mode. Wiedzą co chcą przekazać i umieją to zrobić. Widać to na ich stronie internetowej,  w teledyskach. Więc chociaż nie jestem wielkim fanem piosenek i wolę ekspresję instrumentów, nie sposób zamknąć mi uszy na profesjonalne dokonania tria z Torunia.
strona zespołu 
zapowiedź płyty

niedziela, 12 lutego 2017

Tadeusz Grabowski - Światy niemożliwe

 

 
     W 2014 roku w Śląskim Planetarium premierę miał nowy spektakl pt. "Światy niemożliwe". Na stronach internetowych południowej Polski można do dziś przeczytać o autorach tego projektu i ich szlachetnym celu. Mnie jako melomana, zainteresował fakt, że autorem muzyki jest Tadeusz Grabowski, twórca pięknego albumu "Granica Snu". Jakiś czas później, dostałem od śląskiego artysty egzemplarz "Światów niemożliwych". Zafascynowany podówczas poszukiwaniem brzmień awangardowych, przesłuchałem płytę ze dwa razy i uznałem że nie mieści się ona w moim spektrum zainteresowań. Jest zbyt tradycyjna, pomyślałem i... odłożyłem ją na półkę.  W końcu postanowiłem na chwilę odetchnąć od niuansów syntezy i wrócić do świata harmonii. Płyta Tadeusza trafiła do odtwarzacza na dłużej.
   "Światy niemożliwe" to album koncepcyjny, ilustracyjny i jako taki dostosowany był pierwotnie do wizualnego przekazu. Można go jednak słuchać jako samodzielnej całości. Spięty klamrą utworów nawiązujących do misji Apollo, w pozostałych daje słuchaczowi większą swobodę interpretacji dźwiękowych zdarzeń. Oprócz wszechobecnych sampli, płyta wydaje się być zdominowana przez chóry ludzkich głosów. W końcu krtań nie bez przyczyny przez wielu uważana jest za najpiękniejszy instrument. Mamy tu więc stylizacje średniowieczne, orientalne, szamańskie i Tadeuszowi tylko wiadomo jakie jeszcze. W nagraniach brało udział prawie dwudziestu wykonawców, w tym prawdopodobnie większość chórzystów i wokalistka Claudia Grabowska, siostrzenica kompozytora, która śpiewa poprawną angielszczyzną. Więc oprócz elektroniki i chorałów, na płycie znajduje się trochę strawnego popu. Zapraszam na stronę artysty, gdzie można posłuchać fragmentów jego muzyki i kupić płytę.
Strona Tadeusza Grabowskiego
Apollo - muzyka z seansu "Światy niemożliwe" 

     Udało mi się sprowokować autora do ciekawych refleksji które pozwolił mi opublikować:

 "Z racji mojego wieku, instrumenty elektroniczne mnie niesamowicie fascynowały na początku lat 80., i śledziłem wszystkie nowości, analizowałem możliwości - wiadomo, że wtedy niewielu na nie było stać. Z biegiem czasu, nastąpił jednak regres brzmienia. Wyczerpały się możliwości koncepcyjne w instrumentach analogowych, później analogowo-cyfrowych. Producenci jedynie zdwajali głosy, dodawali reverb bądź delay, ale brzmienia źródłowe się nie zmieniały. Dlatego na początku lat 90. zainteresowałem się samplerami Kurzweil, AKAI, które oferowały nowa paletę brzmień. Kolejnym rozwinięciem stały się doskonałe brzmienia orkiestry klasycznej, do których mamy obecnie dostęp dzięki samplerom. Choć i ten rodzaj brzmienia się obecnie wyczerpuje.
Stąd wzięły się moje zmiany podejścia do muzyki elektronicznej, który Pan nazwał "zbyt tradycyjne", a one po prostu stanowią kolejne poszukiwania w tym oceanie dźwięków, który wbrew pozorom ma ograniczenia koncepcyjne (piła, trójkąt, prostokąt). Niestety, nowe instrumenty poza licznymi ułatwieniami, w sensie brzmieniowym niczego nowego nie wnoszą. Dlatego proszę mi wybaczyć moje stanowisko - ja robię muzykę elektroniczną, która może być odbierana jako tradycyjna, a ja jestem już krok dalej w poszukiwaniach".
Tadeusz Grabowski.


Tydzień temu odbyła się kolejna premiera w Planetarium Śląskim pod tytułem "Wokół księżyca", w której została wykorzystana muzyka Tadeusza Grabowskiego. Płyta ma się ukazać jeszcze w tym roku.

sobota, 11 lutego 2017

Władysław Komendarek





   
    W 1984 roku rozpadł się zespół Exodus. Wtedy chyba nikt nie przypuszczał, że jego klawiszowiec Władysław Komendarek stanie się żywą legendą polskiej muzyki rozrywkowej i rozpocznie znaczącą karierę. Nie mam tu myśli finansowych profitów, czy czołowych miejsc na listach przebojów. Chodzi mi bardziej o uznanie ze strony ludzi otwartych na ciekawą muzykę, czy zasłużone miejsce w narodowej kulturze. W 1985 roku ukazuje się debiutancka kaseta z solowymi nagraniami Władka, za jej tytuł posłużyło imię i nazwisko autora. Po latach, w 2014 roku, staraniami wytwórni GAD Records i jej szefa Michała Wilczyńskiego, zapis z kasety doczekał się reedycji kompaktowej. W środku cztery dodatkowe utwory i bogato ilustrowana książeczka. W niej, prócz fotografii autorstwa Władka, w wyborze Agnieszki Wilczyńskiej, wiele ciekawych szczegółów z życia artysty i wydarzeń towarzyszących powstawaniu muzyki. Ta zaś została pięknie zremasterowana przez  team z New Sun.
  Co można powiedzieć o pierwszych nagraniach Komendarka? W większości zrealizowane zostały przy pomocy osprzętu firmy Roland, co znacząco wpłynęło na końcowe brzmienie. Syntezatory Rolanda grają według mnie twardo i jeden Korg w zestawie nie zdołał zmiękczyć całości. Ale z drugiej strony, wczesny Komendarek grał melodyjnie i romantycznie, więc powstała z tego ciekawa wypadkowa. Szczególnie charakterystycznie brzmią podkłady perkusyjne, będące wynikiem eksperymentów Władka z rytmiką - chyba jego najlepszy znak rozpoznawczy w tamtych latach. W krótkich kompozycjach umiejętnie buduje nastrój i eksploatuje na przemian wątki dynamiczne jak i sentymentalne.  Można na chwilę się rozmarzyć. Muzyka która się nie zestarzała, dalej czeka na swoich nowych odkrywców. Polecam!
GAD Records 

środa, 8 lutego 2017

Mikołaj Hertel - Słowiański odcień




  W zapisie encyklopedycznym polskiej edycji Wikipedii określono muzykę Mikołaja Hertla jako prostą i romantyczną. Te lapidarne podsumowanie jest być może trafne, jednak trochę dla kompozytora krzywdzące. Mikołaj Hertel mający gruntowne wykształcenie muzyczne i talent do komponowania urokliwych melodii zdecydowanie zasługuje na szerszy komentarz. Właśnie przypominam sobie jego piękną płytę "Słowiański odcień", w której gościnnie bierze udział jego córka Zosia. Kobieta obdarzona przez Stwórcę nie tylko miłą, atrakcyjną powierzchownością, ale także ciekawym głosem. Rodzinny duet w znakomitej kondycji proponuje zestaw dziesięciu krótkich utworów. Autor mający w dorobku nagrania z legendami popu lat 70. i 80., w dalszym ciągu udowadnia że nie marnuje swojego daru układania dźwięków w zgrabne, piękne miniatury. A że czyni to przy pomocy syntezatorów, tym bardziej zyskuje moje uznanie. Podczas słuchania tych kompozycji przychodzą mi na myśl określenia typu: lekkość, polot, fantazja, subtelność, harmonia. Zosia jak zawsze śpiewa bardzo swobodnie i wyraźnie. Co do treści jej piosenek o miłości napisanych przez Grażynę Orlińską i Wojciecha Młynarskiego - cóż, niejeden mężczyzna chciałby usłyszeć tak miłe słowa od swojej żony. Kojące dźwięki dla każdych uszu zmęczonych hałasem dnia.


niedziela, 5 lutego 2017

DigitalSimplyWorld - Reality Blurred


  Żyjemy w ciekawych czasach. Co prawda, ten truizm powtarzany po wielekroć może traci swoją moc, ale w przypadku interesującej muzyki ciągle ma sens. Za frapujące uważam dokonania DSW. Może nie zawsze są w jakiś sposób odkrywcze, za to zawsze budują klimat. Skutkuje to też pewną interakcją. W ciągu kilku lat, Jarek odpowiedzialny za projekty sygnowane literami  DSW pozyskał wielu fanów. Pomagają mu w realizacji nowych płyt dostarczając inspirujących zdjęć, projektując okładki, motywując muzyka do twórczych wysiłków. W końcu docenili jego nagrania przedstawiciele prestiżowych dla gatunku stacji radiowych, DSW dał też kilka znaczących koncertów, obok największych gwiazd muzyki elektronicznej. Jest to jakaś forma satysfakcji dla autora grającego bądź co bądź, muzykę ambitną, będącą na przeciwległym biegunie do ckliwego popowego mainstreamu.
  Dziś skupiłem swoją uwagę na zapisie z 2013 roku pt. "Reality Blurred". Być może w zasobach prawie czterdziestu albumów jakie Jarek umieścił na swoim bandcampie w oczy się nie rzuca i nie każdy meloman ją przesłuchał. Podczas gdy autor intensywnie promuje nowe dzieła, napiszę kilka słów o "zamazanej rzeczywistości". Przede wszystkim, bliska mi jest idea jaka towarzyszy tej muzyce. Autor zaprasza do odsłuchu ludzi o "wrażliwości innego rodzaju". Słuchaczy celebrujących dźwiękowe detale wydobywane z ciszy, ceniących budowany przez muzykę nastrój, dających się ponieść rozmytym dźwiękom w tylko im znany świat podpowiadany przez ich wyobraźnię. DSW używa palety technik dobrze znanych w środowisku miłośników ambientu. Są to wielokrotne powtórzenia pewnych stałych fraz, długie mroczne pady, efekty industrialne i z pewnością autorskie sample. Nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji, dynamicznych sekwencji. Choć DSW często eksperymentuje z nowymi rzeczami, te utwory są bardzo tradycyjne w swoim rodzaju i jeżeli drogi czytelniku szukasz minimalistycznej relaksacji, to Reality Blurred na pewno spełni twoje oczekiwania.
Link do albumu/reality-blurred

Electronic Revival - Minus Plus


   Ten blog którego ambicją jest prezentacja szeroko rozumianej muzyki elektronicznej, byłby niepełny, gdybym pominął działalność polskiego zespołu Electronic Revival. Tym bardziej, że wkracza on w drugą dekadę swojego istnienia. Obecnie jego trzon stanowią Marcin Chmara i Marcin Grzella, a współpracują z nimi gitarzysta Tomasz Florek i trębacz Janusz Stolarski. Artyści wydali do tej pory cztery wspólne płyty, ale ich indywidualna działalność w branży ma swoją dłuższą historię. O tej szczegółowo przeczytać można na profesjonalnie zrobionej stronie: electronic-revival. "Minus Plus" jest trzecim albumem grupy, wydanym w 2012 roku. Zarejestrowane na nim dziesięć utworów daje dość wyraźny wgląd w to, co ci muzycy mają słuchaczom do zaproponowania. To zazwyczaj optymistyczna, dynamiczna muzyka, okraszona zgrabnymi gitarowymi solówkami, pełna różnych ozdobników. Specyficzna mieszanka muzyki elektronicznej, rocka i popu. Egzotyczne sample i orientalne rytmy, ostre gitarowe riffy i nostalgiczne brzmienia trąbki, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dość szerokie spektrum klimatów spiętych w kilkuminutowe ramy czasowe. Ta twórcza dyscyplina i sprawność robi pozytywne wrażenie. A muzyka nadaje się zarówno do jazdy samochodem, gry w brydża, czy romantycznej kolacji. Marcin Chmara jest też znany jako współorganizator i jeden z filarów koncertów muzyki elektronicznej  "The Day of Electronic Music Cekcyn", "Cekcyn Electronic Music Festival". Wydarzeń mających niepowtarzalną atmosferę, na których też  można posłuchać zespołu  Electronic Revival.
Muzyka zespołu:

sobota, 4 lutego 2017

Rezerwacja na łyk powietrza


 
   Jak ten czas szybko płynie! Trzymam w ręku okładkę 10 płyty zaprojektowanej i nagranej przez Andrzeja Mierzyńskiego. Od pewnego czasu ten olsztyński kompozytor wydaje nowe projekty z żoną Elżbietą jako duet "Andymian". Najnowszy krążek pod tytułem "Rezerwacja na łyk powietrza" jest jak poprzednie, dopieszczony w każdym calu. Ale o tym za chwilę. Nie byłoby tej muzyki, gdyby nie synergia wielu osób. Na okładce wspomniano o współudziale naszych rodaków z Polskiego Radia Chicago i zdjęciach nadesłanych przez mieszkających w USA Polaków. Projekt pod nazwą "Bilet Olsztyn - Chicago" miał swoją publiczną premierę w 2014 roku w Olsztyńskim Planetarium. Te dość niezwykłe otoczenie na pewno odpowiednio nastroiło do odbioru słuchaczy. Materiał nagrany na płycie, konsumowany w domowym zaciszu, również broni się doskonale. Na pewno wpływ ma na to nie tylko inwencja artystów, ale też precyzyjny miks i mastering, również autorstwa Andrzeja. Pewne niuanse dostrzega się dopiero przy kilkukrotnym odsłuchaniu. Wtedy to całość nabiera blasku i pozwala rozkoszować się cyfrową jakością zapisu. Łatwo zauważyć, że zawartość CD to pewnego rodzaju koncept-album. Początek (ciekawe sample), rozwinięcie tematu, dużo piosenek i swoista coda. Pewną ciekawostkę stanowi fakt, że prócz sampli, kompozytor nie używał żadnych syntezatorów wirtualnych, wszystko gra "z ręki". Wspomnieć należy też o części wokalnej Eli i tekstach jej autorstwa. Chyba już nie raz pisałem, że Elżbieta Mierzyńska po prostu lubi śpiewać i to słychać, a jej mąż ma talent do tworzenia melodii, więc dobrze się uzupełniają. Piosenki są czasami zabawne (Śpiewam po polsku, bo to szeleści nic nie rozumiesz, a mnie to cieszy), pokazują w poetycki sposób rzeczywistość (Nie stracę głowy dla diabła w kinie), czy też wyrażają autoironię (Łyżkami jeść będę do syta moje słodkie kalorie). Ciekawe, prawda? Skoro autorka zapewnia "Mam rezerwację na łyk powietrza, jestem jak wszyscy na chwilę jedną" poświęćmy tych chwil więcej, aby odpocząć przy tej przemyślanej, a zarazem subtelnej muzyce.




sobota, 21 stycznia 2017

Mike Oldfield - Return to Ommadawn


 
  O płytach zawierających rozbudowane kompozycje w wykonaniu Mike Oldfielda trudno mi pisać obiektywnie. Najnowsza jego pozycja "Return to Ommadawn" działa pozytywnie, uzdrawiająco na uszy. Ot, taki akustyczny posterisan. Niespecjalnie przeszkadza mi fakt, że to produkt całkowicie wtórny. Siła tej muzyki polega na umiejętnym wyzwalaniu korzystnych emocji, a takowych na "Return..." nie brakuje. Ekspresja najbardziej pomysłowego gitarzysty wszech czasów powinna usatysfakcjonować większość fanów jego brzmień.  Być może powodem tego jest smutne spostrzeżenie, że naśladowców tego typu grana wybiło się na światowej arenie niewielu. Stąd ciągły niedosyt podobnych rozwiązań harmonicznych, melodii i rytmów. Mike nowszą wersję "Ommadawn" rozgrywa podobnie jak starą. Nie ma ona niestety takiego ognia, jak pierwowzór. W końcu muzyk jest starszym, bardziej dojrzałym człowiekiem, ma obecnie 64 lata. Za to płyta jest dopieszczona w zarówno w głównym wątku jak i w detalach, koncepcyjnie oraz warsztatowo. Łagodniejszy, melodyjny Mike proponuje więc słuchaczom większą dawkę relaksacji. Specyficzne brzmienia organów Hammonda, melotronu, spiętrzenia kilku gitar czy bębny, to wszystko wraca w nowym miksie. Końcówka pierwszej części brzmi może deko rachitycznie względem pierwowzoru, jednak może również wzruszać. Part II pełna jest akustycznych gitar, fletów, Glockenspiel. Co ciekawe, partie wokalne pochodzą ze starego pierwowzoru. Podsumowując -"Return to Ommadawn" otrzymuje u mnie w skali 1-5  mocne 4.