niedziela, 16 czerwca 2013

Andymian - Ładna dla Nieba, wredna dla Piekła / Atlantis - Journey To The Abyss Of Time


 +
  Małżeński duet "Andymian" czyli Elżbieta i Andrzej Mierzyńscy, ustanowił już pewną tradycję.  Co roku bowiem para dostarcza  regularnie na muzyczny rynek kolejną porcję swoich pomysłów. Najnowszy box, to dwie różniące się od siebie płyty. Jedna - "Ładna dla Nieba..." - stanowi realizację wokalnych fantazji Elżbiety, wspomaganych ciekawie dobranymi elektronicznymi podkładami Andrzeja, oraz druga - "Atlantis..." na której Andrzej spina po latach swoje starsze szkice, a Ela towarzyszy mu swoim głosem bardziej dyskretnie. "Ładna dla Nieba, wredna dla Piekła" jest dość odważną propozycją. Nie ma na niej bowiem piosenek w klasycznym znaczeniu tego słowa. Przeważają bardzo swobodne zbitki słów, mające jednak swoją rytmikę, jakby wewnętrzny puls i jakąś nie do końca ujawnioną tajemnicę. Subtelności i niedomówień uważny meloman znajdzie z pewnością dużo więcej, jeśli oczywiście zechce poddać się tym oniryczno-somnabulicznym kompozycjom. Ciekawie słucha się motywów orientalnych, jak i tych totalnie "odjechanych". Ela faktycznie wie jak można zrobić użytek ze swoich strun głosowych i wyraźnie sprawia jej to radość. Jak ognia unikam ostatnio porównań (podobno są one dobre dla zastosowań amatorskich i komercyjnych), ale słuchając krótkich, i soczystych emanacji talentu Elżbiety, mam wrażenie że doczekaliśmy się polskiej Kate Bush (oczywiście jest to moja subiektywna opinia z którą Elżbieta pewnie się nie zgodzi). Tylko czy w tych ciężkich dla ambitnej twórczości czasach, ma ona szanse się przebić? Czas pokaże.
  Atlantis - Journey To The Abyss Of Time. Przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu miałem mieszane uczucia, spodziewając się że olsztyński kompozytor przeskoczy samego siebie powalając czymś absolutnie nowym słuchacza, ale Atlantyda to starszy projekt który istniał w zarysie przez kilka  lat. Wreszcie Andrzej uznał, że nadszedł czas na jego końcową realizację i dograł brakujące ścieżki, poprawił co trzeba, nadając całości klarowną formę. Powstał album koncepcyjny, którego należy słuchać jednym ciągiem. Syntetyczna, o gęstej fakturze muzyka, opisuje mityczną krainę zatopioną ponoć wieki temu. Być może spodoba się miłośnikom brzmień egzotycznych, pompatycznych i symfonicznych. Autor sugeruje odbiór swojej muzyki na dużym zestawie typu wzmaczniacz-kolumny, co w czasach użytkowników rozmaitych elektronicznych gadżetów z 3 watowymi głośniczkami  ma jak najbardziej sens. Muzyka bowiem dociera wtedy do uszu całym pasmem, a idea przekazu i szczegóły stereofonicznej sceny zostają należycie wyeksponowane. Kontemplacyjna suita trwa ponad godzinę, która przyjemnie i szybko mija, szczególnie gdy w zaciemnionym pokoju skoncentrujemy się wyłącznie na jej odbiorze. Czy podejmiesz te wyzwanie drogi słuchaczu?