środa, 9 stycznia 2013

Edgar Froese ‎– Epsilon In Malaysian Pale


  Epsilon In Malaysian Pale to dziś już historia. Piękna i tajemnicza płyta Edgara Froese z 1975 roku, jest ciepło wspominana przez wielu fanów. A jej zawartość - niejednokrotnie ograna do znudzenia, do totalnego "zatrzeszczenia" czarnych, analogowych płyt. Starsi melomani doskonale znają jej historię i gdyby nie młode pokolenie, nie byłoby potrzeby o tym pisać.  Szczególnie ciekawa wydaje mi się legenda o tym, jak to Edgar Froese samodzielnie nagrywał na magnetofon szpulowy efekty przyrody i wplótł to potem w taśmy swojego melotronu.  Czy tak było naprawdę, pewnie wie tylko on sam. Niemniej, nie ma na co narzekać - powstało bardzo krótkie, ale intrygujące dzieło. Dwie niesamowicie klimatyczne, blisko 17 minutowe suity, mimo upływu lat ciągle emanują swoją mocą. Mroczne, w pewnym sensie transowe, były w połowie lat 70. przykładem na to, jak można grać dobrą muzykę przy niewielkim nakładzie środków. Technicznie rzecz nie wydaje się być szczególnie skomplikowana. W naszych czasach, można by stworzyć podobny materiał w kilka dni. Pod warunkiem, że ma się tyle subtelności i wyobraźni w sobie, ile miał wtedy Froese. Zawodzące brzmienie melotronu, które tak uwodzi słuchacza na "Epsilon In Malaysian Pale"  jest niekiedy i dziś przypominane, chociażby przez trio RMI. Gdy po raz kolejny słucham omawianych nagrań Froese'go, i staram się wyjaśnić fenomen tej muzyki, na myśl przychodzi mi przede wszystkim: umiejętność budowania klimatu i ilustracyjność materiału. Wspaniale pobudzają wyobraźnię. To najpoważniejsze z licznych zalet obu nagrań. Wielka szkoda, że później Edgar Froese  poszedł w innym kierunku swoich muzycznych poszukiwań.