środa, 9 października 2013

Klaus Schulze - Timewind


 
     Dość długo czekałem z recenzją tego bardzo lubianego albumu Klausa Schulze. Wydany w 1975 roku "Timewind" przyciągał oko spektakularną okładką i wkładką, gdzie widniały dość niesamowite i mroczne grafiki Urs Ammana. Na wielkim kartonie opakowania analogowego placka anorektyczne anioły wykonywały dziwny taniec.. Krajobraz z wewnętrznego obrazka,  rodem z horrorów, lub katastroficznych filmów SF, pobudzał wyobraźnię zanim jeszcze czarny krążek trafił na talerz gramofonu. Świetny chwyt marketingowy, tak poza nawiasem. KDM w opisie  dwupłytowego wydania z 2006 roku stwierdził, że "Timewind" jest najbardziej znaną, rozpoznawalną pozycją w dorobku artysty. I nie ma się co dziwić. Zawartość nie ustępowała opakowaniu, kreśląc przed słuchaczami odważne wizje. Światy Klausa Schulze wciskały skutecznie w fotel.  Niemiecki kompozytor zaproponował dwa długie, prawie półgodzinne spektakle, które na wiele lat przysporzyły mu gorących fanów. Co było w nich tak pociągającego? Rozmach, unikalna atmosfera? Pewnie tak. Z perspektywy prawie 40 lat, można by zlekceważyć wartość tego materiału.  Można się czepiać pewnej jednostajności, monotonni, która przez wiele minut mogła wystawić cierpliwość mniej doświadczonych słuchaczy na próbę. Ale chociaż Schulze stawiając ramy swojemu dziełu, stał się w pewnym sensie niewolnikiem jego ograniczeń,  nie można odmówić tej muzyce piękna.  Utwór "Bayreuth Return" - nawiązujący tytułem do  miasta w którym Richard Wagner wybudował Teatr Operowy, jest dość jednorodny w klimacie. Spektakularne efekty dźwiękowe,  modulowane wysokie częstotliwości testujące granice ludzkiego słuchu, moim zdaniem są emanacją siły witalnej Klausa i próbą wprowadzenia słuchacza w podziw. No cóż... W trosce o uszy zdarzało mi się słuchać tej suity z otwartymi ustami :).  Mimo niewielkich przegrupowań, BR ma swój scenariusz z opadającym i unoszącym się napięciem i zaskakującym zakończeniem, które z pewnością zniszczyło niejeden wysoko tonowy głośnik. Autor muzyki dodatkowo zwrócił uwagę melomanów na drugi utwór "Wahnfried 1883", udostępniając na okładce graficzny diagram przedstawiający nakładanie się instrumentów w trakcie trwania tej kompozycji. Jej nagranie zajęło podobno tylko dwie godziny pewnego letniego wieczoru, między 22-gą a północą. Nieźle!  Poetycka zawartość robi wrażenie do dziś....  Klaus wspiął się tu na wyżyny swoich zdolności kreowania minorowego nastroju, mniej szafując efektami, a bardziej skupiając się na wprowadzeniu słuchacza w stan pewnej melancholijnej zadumy.  Spotkać można w internecie opisy ciekawych doznań odbiorców tego utworu  z pogranicza quasi religijnej ekstazy. No, ale to inna historia. Ta, opowiedziana przy pomocy syntezatorów ARP 2600, Odyssey, Elka String i kilku innych, broni się skutecznie i bez grafomańskich popisów.  Materiał z bonus disc wydania release zawiera 3 utwory. Rozbudowaną wariację Bayreuth Return, przedstawioną tu jako "Echoes of Time" (38 minut), z dłuższym i ciekawszym wstępem, oraz dwom krótszymi fragmentami: Solar Wind  (12:35) i Windy Times (4:57). Ciekawe to kawałki, choć w tym limicie czasowym zostawiają uczucie lekkiego niedosytu.  Przez wiele lat płytę Timwind dedykowaną Wagnerowi uważałem za najlepsze dokonanie Klausa. Potem przestałem się bawić w takie zestawienia, koncentrując się na szukaniu piękna. I chociaż ta muzyka jest chłodna niczym światło księżyca w pełni.. to  jej niezaprzeczalny urok trwa, trwa i trwa...




czwartek, 3 października 2013

Jean-Luc Ponty: Live



               Postać francuskiego wirtuoza elektrycznych skrzypiec, jakim jest bez wątpienia  Jean-Luc Ponty jest już na świecie dobrze znana. Komponujący co najmniej od 1963 roku, wydał wiele fascynujących płyt. Dość reprezentatywny i może jeden z lepszych, jest nagrany na żywo album "Jean-Luc Ponty: Live" wydany w 1979 roku. Materiał pochodzi z serii koncertów jakie Ponty odbył w USA rok wcześniej.  Kilka utworów znanych już z wcześniejszych płyt, zachwyca jazz-rockową witalnością, swobodą wykonania i bogactwem brzmień. Szczególne ciepło bije z melodyjnych "Imaginary Voyage: Part III", czy "Mirage".  Nie wiem co bardziej w nich podziwiać - wirtuozerię artystów, doskonałe zgranie poszczególnych muzyków, czy po prostu urzekającą konstrukcję utworów? Cały materiał jest przemyślany i zgrabnie przygotowany. Sentymentalne melodie, porywające solówki i zgrabne dynamiczne zacięcie perkusisty mieszają się w miły dla uszu feeling, potężną dawkę  pozytywnych emocji. Jean - Luc nie boi się też eksperymentów.  Proponuje słuchaczom  utwór "No Strings Attached" będący w istocie pokazówką, co można osiągnąć poprzez modyfikowanie dźwięków skrzypiec przy pomocy różnorodnych efektów i pogłosów. Przy aplauzie publiczności tworzy niesamowite akustyczne zjawiska. Impressionnant! Dynamiczny "Egocentric Molecules" będący pewnym rozwinięciem poprzednika, jest już bardziej klasyczny w formie, choć nie brakuje w nim wysokich emocji. W końcu to podsumowanie całości. Podkreślić też trzeba dużą rolę syntezatorów we wszystkich utworach. Gra na nich sam Ponty, oraz Allan Zavod. W ich programowaniu pomógł Allan Gelbard. Od strony technicznej, ta płyta to perełka. Mistrzowski mastering wydobywa moc dźwiękowych niuansów, które ucieszą nawet najbardziej wybrednych melomanów.  Pasja obok której nie wolno przejść obojętnie!

 

środa, 2 października 2013

Klaus Schulze - Dune



  W świetle większości pojawiających się obecnie płyt z tradycyjną muzyką elektroniczną, album Klausa Schulze "Dune" zdaje się być bardzo ambitnym projektem. "Wydma", wydana pierwotnie w 1979 roku, zawierała po obu stronach czarnego, analogowego krążka, dwie kompozycje: refleksyjną, tytułową pół godzinną suitę, oraz bardziej dynamiczną propozycję: "Shadows Of Ignorance". W reedycji z 2005 roku dodano bonusowy track "Le Mans". W uszach wyrobionego muzycznie słuchacza i dziś, po 35 latach, "Dune" brzmi wybornie! Zainspirowany znaną książką SF Franka Herberta, Klaus Schulze przy wypełnianiu dźwiękowej przestrzeni daje próbkę swojej dużej wrażliwości. W suicie "Dune" aż roi się od wszelakich subtelności i niedomówień. Zaproszony do współpracy wiolonczelista Wolgang Tiepold swoją grą wprowadza do utworu akcenty melancholii, niepokoju, pewnego odrealnienia... Wspólne pasaże obu muzyków, podkręcanie emocji na coraz to bardziej wyrafinowane poziomy estetycznego patosu, to chyba najbardziej wartościowe fragmenty dzieła... Zadumana muzyka dla koneserów brzmień niespokojnych, aczkolwiek głębokich w zamyśle.  
   Kolejna suita "Shadows Of Ignorance" jest popisem trzech artystów, bo do powyższych dochodzi wokalista Artur Brown. Nie znam jego wcześniejszych nagrań, ale w otoczeniu syntezatorów Klausa Schulze bez wątpienia odnalazł swoje miejsce.  Nieskomplikowana poezja autorstwa Klausa którą przyszło deklamować Arturowi ma swój urok. Na tle monotonnego, ale fascynującego, transowego beatu, głos Artura jest pełen emocji, brzmi bardzo różnorodnie. Raz deklamuje kwestie niczym nawiedzony prorok, innym razem miękko śpiewa o miłości... Towarzysząca temu wiolonczela, kilka warstw instrumentów, masa efektów - to naprawdę może się podobać. Monumentalne i trochę ekstatycznie rozważania o życiu we frapującej, akustyczno-elektronicznej oprawie są idealne na długie, jesienne wieczory.
  Dodatkowy utwór "Le Mans" niestety odstaje od powyżej opisanych. Trafiono z czasem nagrania, bo to mniej więcej ten sam okres, ale jakość techniczna nie powala. Ot, słaba taśma koncertowa.. Również eksperymenty rytmiczne znane z płyty  ...Live... nie posiadają tej siły przebicia, co studyjne zapisy.  Po prostu fragment historii.  Nie umniejsza to jednak wartości całości. "Dune" to lektura obowiązkowa dla każdego, kto twierdzi że lubi klasyczną muzykę elektroniczną.




wtorek, 1 października 2013

Władysław Komendarek - Przebudować tę prymitywną cywilizację




  Rok temu, w dniach 29-30 września 2012 roku odbył się w Pruszczu Gdańskim Festiwal Muzyki i Sztuki "Robofest". Podczas tej uczty dla miłośników muzyki elektronicznej, spotkałem wraz z moim kolegą Mariuszem Wójcikiem znanego polskiego muzyka - Władysława Komendarka.  W zacisznym pokoju hotelu "Pod Lipami" przegadaliśmy w trójkę wiele nocnych godzin. Fragmenty tego spotkania w formie wywiadu rzeki, za zgodą Władka Komendarka prezentujemy poniżej. Wywiad będący rekonstrukcją kilku plików mp3 nie ma wyraźnego początku ani końca, ale zawiera wiele ciekawych dla melomanów faktów z życia legendy polskiej muzyki. 

   Damian Koczkodon: Władku, rozmawialiśmy na temat Exodusu i tej innej płyty, która podobno (jak Jacek Ciołek mówił)  jest lepsza niż "Najpiękniejszy dzień". Jaki był tytuł tej płyty?

Władek Komendarek: Tytuł tej płyty "Nadzieje i niepokoje". Materiał zrobiony w latach  1977/78. To była nasza pierwsza taka od  serca, skomponowana suita  przez zespół…

Damian: Ten materiał wydany jest na płycie długogrającej?

  Władek: Jest to materiał wydany na płycie. Wydała to firma "Metalmind", w jednym pudełeczku 5 naszych płyt i jeszcze plus płyta DVD... Jeszcze z 10% naszego niewydanego materiału, Andrzej Puczyński ma w swoim domu. Może coś z tego będzie. Już tak 80-90% materiału jest normalnie wydanych na płytach.

Damian: Powiedz mi, bo ja sam zaczynam trochę tworzyć, w jaki sposób Ty komponujesz nową rzecz? Ja  mam  całą gamę wirtualnych syntezatorów, klawiaturę i  się do tego ograniczam. Z tego, co wiem, Ty cały czas używasz realnych instrumentów, tak? Czyli np. siadasz i grasz frazę na fortepianie i szukasz w tym natchnienia?

 Władek: Zacznę od początku, jak to się robi na dzień dzisiejszy, bo różne fazy miałem przez tyle lat twórczości i różnie to robiłem. Ale jeśli chodzi o ten czas, jak ja teraz to robię, to wygląda to następująco: podłączone są prawie wszystkie instrumenty do kolumien aktywnych, i po prostu siadam, gram cokolwiek mi do głowy przyjdzie, gram na tych instrumentach, i to wszystko jest rejestrowane w dobrej, jakości 24 bity próbkowanie 44,1khz. I co ja z tym dalej robię? Tnę na kawalki, które mi się nie podobają, wyrzucam, i robię selekcję tego wszystkiego. I później usiłuje to posklejać, ale oprócz sklejania dodaje jeszcze tak zwane "ślady", których może być około 7-8, dogrywam wokale, wiesz.. i nawet czasami robię odwrotną operację jak tradycjonaliści, tzn: najpierw nagrywam sam wokal, a do tego wokalu dostosowuje się sekcja. Czyli na odwrót. I to jest dobra metoda, bo przypadkowo takie rzecz można fajne zrobić, które nigdy nie wyjdą tradycyjną metodą. Bo kiedyś zaczynałem inaczej, jakieś tam bębenki, sekcja, później jakieś podkłady, plamy, akordy itd., i melodyjka na końcu jakaś tam, tematy, improwizacja na końcu, ale teraz stosuje metody odwrotne. Próbuje pomóc swojej inwencji nietradycyjnej, a takiej, która na dobre mi wychodzi przy twórczości. Powiem jeszcze jedną ciekawostkę: czasami stosuję odwrotne strojenie instrumentów. To znaczy: gdy na instrumencie gra się do góry klawiszami, to wiadomo, że dźwięk do góry się podnosi, a w Waldorfie, czy Accessie mogę zrobić tak, że dźwięk odwrotnie będzie: im bardziej do góry, tym bardziej na dół schodzi. A gram tradycyjnie. I wtedy przypadkowo takie fajne różne rzeczy się dzieją.

Damian: A Twój ulubiony zestaw instrumentów?

Władek: Tak... Mój ulubiony zestaw, który ma bardzo dużo możliwości, a przy pomocy Minimooga, można programować w o wiele szybszym tempie wszystko, to jest na pewno: Waldorf, to jest na pewno Access, cała seria Nordów, System 100 Rolanda, taki analog SH-101 który kiedyś raz już sprzedałem, ale po 5 latach powiedziałem: muszę to mieć, bo jednak pożałowałem… Jest dostęp do jego kreacji w każdej chwili suwakami, a po drugie mogę nim sterować przez system midi przechodząc z gniazd cv-in, gate-in, trigger- in, na taki konwerter ktory zamienia na midi system i mam taką puszkę, konwenter, która przekształca to... Nie ma problemu, SH101 napędzić współczesnymi sekwencerami, sterować…




Damian: Masz propozycje dla producentów, które warto byłoby, aby uwzględnili…

Władek: Tak jest! I marzę o tym żeby przyjaciele moi, bo ja nie jestem tak biegły w angielskim, choć techniczny trochę znam - marzę o tym, aby zaprzyjaźnieni ludzie mi pomogli, bo jednak o pewnych wadach nawet okrzyczanych instrumentów kultowych trzeba mówić, nie trzeba się bać tego. Odnośnie Minimooga Voyagera to mogę coś na ten temat powiedzieć. Krótko powiem: jest koncert o godz. 17., wiadomo, ja aparaturę przywożę 5-6 godzin wcześniej…

Mariusz Wójcik: To się wszystko musi rozgrzać….

Władek: Tak, rozglądam się po klubie gdzie jest gniazdo prądowe, jak jest gniazdo prądowe to już jestem spokojny, bo mogę to wszystko rozkładać, i od razu pod napięcie włączać wszystko. Dobrze… Zamontowałem sprzęt, i co robię? Tyko jeden z instrumentów, który posiadam wymaga strojenia, czyli Minimoog Voyager. Inne nie wymagają, jak je się włączy jest 440Hz. I jaki jest problem… Włączę Voyagera, nastroję go według tego  malutkiego elektronicznego  Korga i pięknie - jest 440hz, dobra…. Idę wyluzowany na wypoczynek przed koncertem do tak zwanej garderoby, przychodzę przed koncertem, na scenę, gram… A tu ćwierć tonu, lub ponad ćwierć tonu Minimoog nie stroi. To jest niedopuszczalne wśród profesjonalistów grających na scenie. To jest przegięcie. W studio to jeszcze przejdzie, jest czas, chociaż teraz się za studia płaci. Za godzinę ileś tam… To jak ktoś już poświęci 3 minuty na to, aby sprzęt nastroić, to już jest strata czasu. Ja strasznie nie lubię straty czasu. Dlatego kiedyś taki utwór powstał „Kupcy czasu”. Chciałbym wymyślić taką ideologię: kupujemy czas – a marnowanie czasu to jest dla mnie wielka choroba.. Coś z ludźmi jest nie tak, cywilizacja jest niedoskonała i dobrze byłoby taką ideologię wprowadzić. No, ale, co chciałem powiedzieć, – że co do Minimooga Voyagera jest taka uwaga i to powiedziałem. Przechodzimy do innych… Access – bardzo udany instrument, wszystko pięknie, nie zawiesza się, nie jest podatny na obniżanie napięć, na wyłączanie nagle, itd., - przetestowałem to, czasami mam u siebie brak napięcia, odpowiedniego 230 Volt w krótkich odcinkach czasu. Co jest czasami szkodliwe, Access podoba mi się, tylko jest jeden feler. Przy intensywnej pracy kompozytora Access mechanicznie choruje. Średnica gałek, których człowiek dotyka zmienia parametry. Po kilku latach mogą zejść nawet o 2-3 milimetry. Następuje reakcja wydzielanego tłuszczu z reki i potencjometr traci średnicę. Po kilku latach może zostać sam metal :). To nie podoba mi się w Accessie, tak nie mam zastrzeżeń, jeżeli chodzi o jego możliwości. Natomiast Waldorf ma sporo błędów. Konstrukcyjnie jest fajny przemyślany, tylko kółko, którym się parametry wybiera ma średnicę dla… 3 letniego dziecka ;). Ale to nie jest sprzedawane dla 3 letnich dzieci, tylko dla profesjonalistów.




Mariusz: To takie szczegóły, ale istotne szczegóły…

Władek: Tu jest naprawdę niedobrze. Przegięcie i producent ponosi za to odpowiedzialność, nie ja, bo mi tylko przypadkowo te błędy wychodzą przy pracy. Jak jest 300 barw zanotowanych na Waldofrie, bo Waldorf nie może więcej barw pomieścić, tylko te 300 masz, to musisz je przerzucić, jest odpowiednia metoda przez midi itd. Jak przerzucę to, to wyobraźcie sobie, że jak wpisuję barwy zrobione rok temu, następne 300 i chcę wpisać je do Waldofra, to nie wymazuje mi 20 % tych starych barw, co siedzą. Każdy inny instrument, który mam Supernowa II, Minimoog Voyager  itd.– im to nie przeszkadza, że flash jest zapełniony czy nie…

Damian: Wspominałeś, że używasz mikrofonu Rode…

Władek: Tak, całe życie kocham, to może jest taka choroba.. Kocham przetworzone głosy ludzkie, bardzo kocham melodykę robioną wokalnie. Uważam, że muzyka elektroniczna musi mieć życie. Głosy i chóry  ludzkie, to jest moja fascynacja, i każdy praktycznie mój instrument ma vocoder, każdy… Z tym, że to są różne odcienie i każdy instrument inaczej brzmi i ja to robię. I oprócz tego mam jeszcze takie małe pudełka Electro-Harmonixa, które też przetwarza w dużym stopniu glosy ludzkie Naprawdę, tych brzmień to są tysiące, i to żeby zrealizować na jednej płycie, no, to jest, co robić.

Damian: Czyli w Twoim komputerze drzemią jeszcze bardzo ciekawe pliki muzyczne i wokalne, które będą się nadawały do dalszej obróbki…

Władek: Tak jest, tak jest, tak jest… Nauczyło mnie życie, że czasami, jak człowiek ma cierpliwość, to właśnie w nocy się to robi od godziny 00, najlepiej do 3-4 nad ranem – najlepsza pora. Ale  gorzej jest jak słowiki w maju dają czad od 22  do 4 rano, tylko w maju, i wtedy praktycznie nie mogę się tak skupić dobrze, bo one mają jakiś okres godowy i to jest takie ciekawe itd...

Mariusz: Ale one chyba tak nie przeszkadzają?

Władek: Nie – przeszkadzają, bo ja nie wiem czy to z syntezatora się wydobywają czy od  słowików… Pomimo iż okna są zamknięte, to taki sound mają… ta częstotliwość taka jest, że ona dochodzi bez przeszkód…

Mariusz: A czy potrafiłeś nagrać to i wykorzystać?

Władek: Oooo. To od razu Ci powiem. Przymierzałem się do tego 7 lat, ale z lenistwa tego nie nagrałem. Natomiast w tym roku (2012) to nagrałem, i muszę Wam powiedzieć taką ciekawostkę: Najlepiej nagrywa się to od 2 w nocy do 6 rano, bo przecież obwodnicę mam niedaleko domu, to najmniejszy hałas, ale powiem Wam, co zauważyłem przy współpracy, przy w ogóle procesie nagrywania… Słowika zarejestrowałem, jednego tam zauważyłem, na czubku  drzewa siedział i dobra.. Zarejestrowałem go. I odtwarzam. Wiesz, on spokojnie sobie siedzi, widzi i słyszy co się dzieje i odtwarzam.. Z odtwarzacza leci to (tu Władek imituje ptasi świergot), a słowik to słyszy i przemieszcza się z drzewa na drugie drzewo, za trzy sekundy kolejne drzewo. Jak kończę (odczyt), to on nic nie robi, jak puszczę znowu - to znowu się przemieszcza.

Mariusz: Co to było?

Władek: A bo on szuka….

Mariusz: Dźwięków szuka?

Władek: Albo dźwięków albo.. Jakaś samica… Nie wiem. On jest zdezorientowany, on nie wie, co się dzieje. Bo sound mam dobry, to jest zawodowe próbkowanie…

Mariusz: Tak jak z pszczołami, są zakłócenia jakieś w odbiorze tych komunikatów?

Władek: Tak, tak..

Damian: I ptaszek się myli?

Władek: Tak mi się wydaje…

Damian: Chciałem poruszyć temat wczorajszych koncertów. Bo ten Wasz koncert był całkowicie spontaniczny… Przyjechałeś tu, jako gość…

Władek: Przyjechałem tu, jako gość, tak, sobie zobaczyć… Jacek Ciołek mnie zaprosił. Nigdy w takiej roli nie byłem, żaden organizator mnie nigdy na koncerty nie prosił w sensie luzu, że mogę sobie z ludźmi pogadać na luzie, bo jak ja gram koncert, to ja nie mogę sobie pogadać. Nie dla tego, że ja tępię ludzi, dziennikarzy, tylko, dlatego, że obowiązek mój jest po koncercie, bo dbam o ten sprzęt, kable… To się zwija niecałe 2 godziny, wiecie, a później mam luz, a później to kierowcę wynajmuję, to pogania mnie, że jedziemy, że jedziemy. No i tak... Nigdy czasu… A tak mogłem sobie na luzie pogadać. Żadnych stresów, żadnych kabli, żaden system MIDI mnie nie interesuje, czy jest komunikat MIDI czy nie...

Damian: I przyszedłeś wczoraj na luzie, a tu się okazje, że…

Władek:, Że wysiadłem w Pruszczu, Jacek mnie pakuje do samochodu. Jacek za 20 minut mówi mi: Ty, ja mam taki pomysł… Marcin Kulwas przyjechał sam, bo partner powiedział w ostatniej chwili, że nie będzie mógł brać udziału w tym… I tak mi nadmienił czy ja…. Wiesz, trzeba z Marcinem pogadać, nigdy w takiej roli nie byłem.. I tak krótko żeśmy z Kulwasem uzgodnili, że możemy tworzyć muzykę świeżą, na żywo, i w sumie zgodziliśmy się na to, zaakceptowaliśmy i tak pojechałem.. Naprawdę uwierzcie mi: Nic nie było ustalane, czy tonacja E-moll…itd.




Mariusz: To było fajne, nie widać było, że to improwizacja, tak do końca…

Władek: Tak, bardzo dobrze, że poruszyłeś ten temat…, O co chodzi… Wiadomo, że "jammy" to się gra, to jest improwizacja duża, szaleje ktoś tam przez 10 minut czy 15, popisuje się, jakie możliwości ma, ale nie wiem czy można to było nazwać improwizacją, bo przecież konkrety harmoniczne tam graliśmy. Naprawdę, to tak wychodzi jakby w chałupie było przygotowane. Czasami się mnie ludzie pytają; Czy Pan się czasami nie przygotował do tego koncertu w Otwocku, co pan grał… Do ostatniej chwili nie wiedziałem człowieku, co ja będę tam grał… Bo ja widziałem mury, na mnie działa światło, kolory, atmosfera działa… Jak zagrałem na próbie, żeby dźwięk ogarnąć, zbadać – Deep Purple "Dziecko w czasie", to do mnie ten organista zawodowy, co tam był mówi: Ty to będziesz grał?. Nie… ja tego nie będę grał, tylko próbę robię. Oni myśleli, że ja będę "Dziecko w czasie" grał:   (tu Władek wokalizuje znany szlagier) a ja próbę robię, ja gram inne rzeczy… Ale… Do ostatniej chwili nie wiem…




Mariusz: To jest wszechstronność….

Władek: Jak gram koncerty, często do ostatniej chwili nie wiem, co będę grał. Czasami ludzie myślą, że ja głupków z ludzi robię. A tak naprawdę, jak widzę, że atmosfera inna na Sali jest to i mózg się przestawia, normalnie repertuar się zmienia, co innego się chce robić, wiesz…

Damian: Jest ta chemia?

Władek: Tak, tak… tak jak Kukiz kiedyś powiedział, że energia idzie od ludzi do niego, ja się z tym całkowicie zgadzam, bo publika podbudowuje artystę, a artysta jeszcze bardziej się podbudowuje i to się taka dzieje.

Mariusz: Interakcja…

Władek; Wiecie, jak to się czasem dopasują dwa obwody o tej samej częstotliwości, jak ja kiedyś Steve Schroyderowi powiedziałem: Ty masz każdy klawisz pomalowany na inny kolor, jesteś lepszy ode mnie, bo pracujesz na częstotliwości 44.8, a ja na 48,6. Dlaczego? Bo ja mam tylko na jeden kolor pomalowane klawisze. 

Damian: Jeszcze chciałbym do Przemka Rudzia wrócić, bo nagraliście jedną ciekawą płytę… I Przemek jest cały czas pozytywnie nastawiony do tego i mówi, że jakby taka była kiedyś okazja, to może by ten temat pociągnąć dalej… Zresztą, widzę, że jesteś otwarty na innych muzyków…




Władek: Ja ci powiem: każda osobowość indywidualna, która ma coś do powiedzenia, to jest mile widziana. Najgorzej jak ktoś nie ma (nic) do powiedzenia, ale co będziemy o Tym mówić. Mówimy o ludziach, którzy mają otwartą głowę i nie są zahamowani w niczym... W niczym nie są zahamowani… Nie dyktuje im RFM-FM co mają grać (ogólny śmiech). Bo może być za klika lat, że mnie tam umieszczą, że ja słucham ich… To wtedy będzie bardzo ciężko... To trzeba już prawnika załatwiać, już trzeba go przygotowywać...

Damian: To się wytnie :)

Władek: Nie, niech to leci w eter, ja się tego nie (boję)...

Damian: I oto w tym chodzi, to nie ma być sztampowe: Dziennikarz przychodzi i pyta:

Mariusz: Czym Pan się inspiruje?

Damian: A ptaszki ćwierkają (ogólny śmiech)

Damian: Czy wyobrażasz sobie w życiu robić coś innego? Nie masz pasji stolarza?

Władek: Nie… Wiesz, jaką mam pasję? Przebudować tą  prymitywną cywilizację i skończyć z całym tym globalizmem, gdzie mamona jest bogiem. Ale to jest bardzo ciężki temat. Najlepiej się od tego odizolować, a mieć swoje poglądy… Kiedyś telefon dostałem stacjonarny, i jakiś człowiek mówi tak: Proszę Pana, my sprzedajemy broszurki broni itd
Ja na to: Wie Pan, ja Panu coś powiem… Pan się pomylił. Bo u nas jest rok 23386, dni mamy 781, i doba trwa 187 godzin. To nie ta planeta!
Gość delikatnie – Dziękuję, przepraszam...

Mariusz: Władku – zupełnie inną bajkę poruszę. To mnie zawsze intrygowało. Żaden z dziennikarzy specjalnie nie drążył tego tematu. Jak to było z początku? Etap szkoły, technikum na przykład. Jak to się zaczynało…, Czyli czego słuchałeś?

Władek: Od razu mówię: Mając 14 lat, wiadomo, już w Anglii to się zaczęło, rok 1962,…

Mariusz: Luxemburg?

Władek: Tak. Luxembrurg. Pamiętam takie czeskie radio lampowe Tesla, czarne, w taboreciku okrągłym stało. I pamiętam jak parę razy spadło z tymi lampami… Ja słuchałem do godziny 4 Luxemburga zawsze.. Zawsze…. Do szkoły wtedy chodziłem zmęczony, spałem i słuchałem tego Luxemburga i wiedziałem, co tam się dzieje… Beatlesi, Procol Harum… "Bielszy odcień bieli"… Jak pierwszy raz to usłyszałem to łzy mi leciały….

Mariusz: Do tej pory to kultowy kawałek…

Władek: Tak, tak. I powiedziałem, że muszę mieć te organy Hammonda, muszę mieć... Ale nie miałem… Wiecie, co zrobiłem żeby go zastąpić? Odkurzacz podłączałem do  czeskiej harmonijki ustnej, bo tam trzeba było dmuchać przez ustnik i grałem na tym. No… brzmienie harmonijki ustnej to nie jest Hammond, ale tak próbowałem grać... Ale wtedy jeszcze nic nie miałem własnego, tylko na fortepianie grałem klasycznie. Ale grałem na rytmicznej gitarze, ale fortepianu akustycznego nigdy nie było dobrze słychać, bo ja miałem całe ręce we krwi, bo ja robiłem glissanda aż krew leciała…Bardzo energicznie, szybko człowiek grał, i chciał być słyszany w kapeli, bigbitowej, ale nie dało się, bo nie było jeszcze techniki takiej, aby nagłośnić fortepian. Jakiś mikrofon miałem  piezoelektryczny malutki, który miał straszne pasmo do przenoszenia i potem na gitarze rytmicznej grałem, chciałem nawet grać solówki na gitarze, ale zrezygnowałem, bo tak wtedy pomyślałem: nie, nie nadaję się do tego, skupię się na klawiszach… Ale na rytmicznej gitarze mogłem grac w kapeli….

Mariusz: Exodus, Exodus… Jak to było z Exodusem? Pierwsza płyta… Czym właściwie się inspirowaliście, bo wtedy nie było tego za dużo?

Władek: Jak w klubach graliśmy, to Puczyński zawsze woził magnetofon i słuchaliśmy pierwszej twórczości Queen – oni inaczej wtedy grali…

Mariusz: Pierwszy to był taki okres metalowy, hard-rockowy przepraszam…

Władek: Tak, słuchaliśmy wtedy Yesów, ELP, King Crimson, jeszcze Moody Blues, ojej to jest kopalnia…. Na stronie internetowej to jest tego masa powypisywana. Z tego, co ja znałem i słuchałem. Była taka kapela brytyjska, która specjalizowała się w coverach. Bardzo ładnie im te covery wychodziły. Ona się specjalizowała w identycznym odtworzeniu tego, co ktoś zrobił. To jest moim naprawę wielka sztuka – odtworzyć Beach Boysów przebój „Vibratiions” – tak jak oryginał! Ten zespól nazywał się Barron Knights. To byli mistrzowie, nie znam drugiej takiej  grupy, co tak podrabiała dobrze w owym czasie kapele wtedy popularne.

Mariusz: Ale w Exodusie to te płyty były do siebie stylistycznie podobne, to był taki rock progresywny w słowiańskim ujęciu.. To nie było a’la Genesis, tam była słowiańskość w tej muzyce. A wy byliście bardzo oryginalni, w pewnym sensie jak na muzykę młodej generacji, pamiętajmy, że coś takiego było…

Władek: Było, było, kilka kapel na początku do tego należało… Tam były…

Mariusz: Tak, i tam były: BANK…

Władek: Mech, Kombi, Krzak

Mariusz: Cytrus, nie wiem czy pamiętasz.. Laboratorium, Ogród Wyobraźni, nie wiem czy pamiętasz?

Władek: Tak, tak, pamiętam.. Ełk..

Mariusz: RSC…

Władek: Jak ja odszedłem z Exodusu, dwóch z Ogrodu Wyobraźni zasiliło go.

Mariusz: To są zupełnie zapomniane historie, jednak wiem, że Piotr Kosiński w swojej audycji "Noc Muzycznych Pejzaży", przypomina takie płyty, rarytasy…

Władek. No… Ogród Wyobraźni to Metalmind wydał, taśmę jakąś mieli i wydali… Pomimo iż dwóch nie żyje z tej kapeli, ćpanie narkotyków itd.było…

Damian: Miałeś jakieś propozycje wskrzeszenia tego…

Władek: Ja Ci powiem – miałem dwie osoby zaprzyjaźnione, które chciały na tym zrobić jakiś tam interes. Może nie interes, tylko może….

Damian: Na bazie sentymentu?

Władek: Tak… Ale i tak muszę wznowić to.. Byłem nawet u Puczyńskiego w tamtej sprawie, przy okazji też z nim porozmawiałem o tych tematach. Andrzej dał zgodę na to, ale jeśli chodzi o grę Wojtka i Andrzeja, to nie są zainteresowani tym żeby grać. Mają swoje firmy itd. Jak tam jakieś nagranie 4 minutowe, to chętnie mogą tam sobie zagrać…




Damian: Ale do całej płyty, to trzeba się zebrać, posiedzieć…

Władek: Zebrać.. A po drugie, musi być menadżer. My mieliśmy menadżera, jaki był, taki byl i  przekręt później wymyślił zrobił, pod koniec... Ale kilka lat się pracowało, i on siedział nad tym, telefony wykonywał… Nie wyobrażam sobie, aby pięciu ludzi utrzymać, jak menadżera się nie ma…. Bo jak sam to sam, ja sobie dobiorę muzyków, perkusistę i ładnie jest. Bo człowiek nad tym panuje. A jak 5 ludzi, wokalista i wszystko, to wiesz… To naprawdę musi być menadżer, który robi trasę  itd. Były przymiarki, ale ja powiedziałem – Nie będzie człowieka poważnego do tego – chodzi o menedżerkę, organizację, to się za to w ogóle nie biorę… Chociaż sporo ludzi chce, aby się to wznowiło…

Damian: Bo Exodus to już jest jakaś legenda....

Władek; I tak by się nowe rzeczy tworzyło. Z i innymi muzykami nie ma problemu. Tylko muzykom trzeba byt zabezpieczyć… Start by był dobry. Co innego jakbyśmy od początku zaczynali, ale Exodus istniał 8 lat. Tylko wskrzeszenie i robienie nowych rzeczy. O to chodzi… Jest łatwiej, łatwiej się startuje, niż ludziom, którzy nic nie robili i od początku debiutują… Ale jak jest, tak jest, ja nie będę czekał, robię swoje. Zawsze przypominam Exodus w swoich koncertach. Ostatnio na początku daję im.. taką historyjką 10  minutową.

Damian: Wspominałeś King Crimson. Ja pamiętam koncert w Kwidzynie, parę lat temu, i tam te wstawki Crimsonowe też były… Takie bardzo ostre..

Mariusz: Podobno Epitafium w Twoim wykonaniu było… Nie słyszałem tego..



Damian: Ja słyszałem na własne uszy…

Władek: Tak, tak… z dziesięć minut to trwa…

Mariusz: Czy to jest rzeczywiście improwizacja totalna?

Władek; Nie, nie… Na YouTube jak są pokazane okładki, to końcowa faza Epitafium jest umieszczona z solówką na Nordzie

Mariusz: Chciałbym to w całości usłyszeć…

Władek: A…. W całości to na koncercie.

Mariusz: A propos King Crimson… Wyobrażasz sobie Damian, wersję „schizofrenika”...

Damian: W wykonaniu Władka (tu wybełkotałem jakiś zamiennik, ale wiedzieliśmy o co chodzi)?. Jak najbardziej….

Władek: Ja mam nagranie zawodowe.. Ja na pewno to znam…

Mariusz: Ale na klawiszach jakby to wyglądało….

Władek.. No wiesz.. Ale ja używam własnego języka.

Damian: Trzeba żyć pasją…

Władek: Pieniądze też są ważne, ale powiem Wam szczerze, mnie nic nie interesuje, mnie interesują narzędzia żeby były dobre, które w szybkim tempie zrobią dużo, i żeby tu, w głowie było dużo. To jest dla mnie najważniejsze, a to czy ja będę miał samochód za 270 dolarów  czy za 100 tysięcy funtów, mnie to w ogóle nie interesuje. Ale lubię jeździć takimi samochodami, przyjaciel z Łodzi, taki prowadzi…

Damian: Wczorajszy „Robofest” był bardzo potrzebny do integracji ludzi….

Władek: Tak, tak, dobrze mówisz…

Mariusz: Muzyków i ludzi… Takich jak my. Pasjonaci się zebrali, nieprawdopodobne iskrzenie
nastąpiło. Tego nie ma…

Damian: Bo nie ma tylu ludzi, którzy by chcieli się bawić w organizowanie tego…

Władek: Tak, tak…

Mariusz: Ale łączy nas nieprawdopodobna sprawa, taki kod, magiczny kod, który rozumiany jest tylko między nami.

Władek: Bo ktoś z boku usłyszy i nic nie zrozumie.          

   

poniedziałek, 30 września 2013

Edgar Froese - Kamikaze 1989



  Rok 1982 był dla działalności solowej E.Froese dość znamienny. Właściwie jako samodzielny odkrywca nieznanych muzycznych  rubieży nie miał już nic nowego do powiedzenia słuchaczom. Ale osiągnął dużą biegłość jako operator elektronicznego instrumentarium. Tak znaczącą, że skonstruowanie ścieżki dźwiękowej do byle jakiego filmu jakim okazał się tytułowy "Kamikadze 1989", nie sprawiło mu żadnej trudności.  Na początku lat 80. pojawiło się już sporo nowych syntezatorów proponujących gotowe brzmienia, rytmy, atrakcyjnie brzmiące dla słuchacza, ale skutecznie pozbawiając inwencji twórcę. Oczywiście Froese nie poddał jeszcze całkiem temu procesowi,  walka trwała  u niego prawie do końca dekady, dlatego omawiany soundtrack jest dziwną mieszanką klimatów i wartości. Pamiętam jak jeden recenzent określił kiedyś jej fragmenty jako quasi-dyskotekowe.  Twierdzenie to jest jednak trochę krzywdzące. Edgar stara się przemycać pomysły ze starych, dobrych płyt, a w niektórych utworach jak chociażby "Flying Kamikadze" czuć charakterystyczne pastele rodem ze "Stuntmana".  Do pewnych ograniczeń zmuszał go też pewnie sam materiał filmowy, który raz obejrzawszy, postarałem się jak najszybciej zapomnieć ;).
  W sumie kaskaderską muzykę można lubić i czasami do niej powracać.  Chociaż nie jest to już ten wielki artysta Edgar Froese, tylko doskonały rzemieślnik. Rok później, na polskich koncertach przypomniał sobie zespołową kreatywność i jeszcze raz wzniósł się na wyżyny sztuki.  Ale to już inna bajka. 


czwartek, 12 września 2013

Damian Koczkodon - Evening




   Tej krótkiej impresji na wirtualnego Minimooga, melotron, oraz kilika innych cyfrowych instrumentów, towarzyszy przesłanie: "A gdy wieczór osiąga swą miarę, zostaję nasycony niepokojem aż do zorzy porannej". Piękny werset z Księgi Hioba 7:4 idealnie oddaje klimat prezentowanego utworu.  Obserwowanie jak dzień przemienia się w noc, samo w sobie jest zajęciem fascynującym...  Pobudza do refleksji, stawia pytania o cel istnienia i nieuchronność przemijania. Muzyka jest doskonałym przekaźnikiem emocji. W moim przypadku często o minorowym zabarwieniu.  Bo w takich lokacjach dobrze się czuję. Jeśli więc po wysłuchaniu 'Evening" poczułeś chociaż lekki niepokój... kompozycja spełniła swoje zadanie.  



sobota, 31 sierpnia 2013

Damian Koczkodon - Strange Morning




  Siedmiominutowa kompozycja Strange Morning to efekt moich poszukiwań w stylu atmospheric and deep listening music. Można też powiedzieć, że jest to mieszanka ambientu z tradycyjną elektroniką. Większość użytych tu sampli jest mojej "produkcji" - prócz odgłosów wypadku samochodowego i lektora mówiącego po angielsku.  Do tego typu eksperymentu zainspirowało mnie samo życie. Informacje o wypadkach jakie co rusz płyną ze środków przekazu, sąsiedztwo szpitala. płonący niedaleko budynek...  Dźwięki otoczenia, czyli mojego rodzinnego miasta Ostródy wydały mi się wystarczająco ciekawe "aby coś z nimi zrobić" łącząc je z muzyką. Nie roszczę sobie pretensji do miana "bycia artystą", ale sprawia mi radość dłubanie w tak delikatnej tkance jaką jest muzyka...
  Nie przyzwyczajonych do  takich klimatów zachęcam do wysłuchania do końca tego utworu. Enjoy my music, jak to mówią Amerykanie.


niedziela, 11 sierpnia 2013

Brunette Models - Last Poem






   W 2008 roku label Generator wydaje album Brunette Models - "Last Poem". Płyta przez długi czas dobrze się sprzedaje, co widać po publikowanych przez sklep Ziemowita Poniatowskiego zestawieniach. Minęło trochę lat, a ja ciągle wracam do tego znakomitego materiału. Piotr Krzyżanowski - autor wszystkich nagrań, jest  postacią o dość kontrowersyjnych poglądach. Nie powinno to jednak przeszkadzać nikomu zagłębiać się w niuansach jego kompozycji, czy smakować ich wyrafinowanej zawartości. Last Poem - to propozycja dla tych, którzy lubią dość mroczne, pełne niedopowiedzeń  klimaty.  Można użyć określenia:  atmospheric and deep listening music - lub po prostu: oniryczny ambient. Muzyka jest jakby zawieszona w przestrzeni, niczym obraz którym można cieszyć oczy. Tu mamy do czynienia z rajem dla uszu. Swoista poezja dźwięków, granych jakby od niechcenia, siłą inercji... Wklejane sample (odgłosy lasu, nadbrzeży, ptaków, trzaski winylowej płyty, polsko i obcojęzyczne teksty, itp.) są znakomitym uzupełnieniem powłóczystych, syntetycznych motywów. Projekt ma dostarczać bardziej wysublimowanych wrażeń, więc niewiele tu struktur rytmicznych, a bardziej wyrazista sekwencja jest dopiero pod koniec zapisu.  Nostalgiczne solówki jakie słychać od czasu do czasu, pogłębiają minorowe odczucia. Zaduma nad "Pustym światem", skutkuje tworzeniem innej, własnej muzycznej rzeczywistości. I ten proces wydaje mi się być jednym z istotniejszych atrybutów albumu "Last Poem". Swoista "moogo-terapia", mimo pozornie smutnego wydźwięku, zdaje się być znakomitym panaceum dla wrażliwych odbiorców szukających w muzyce ukojenia i ucieczki od niepojących wydarzeń otaczającego nas świata.
  

czwartek, 11 lipca 2013

DigitalSimplyWorld - Tout devient la musique

    

  Najnowsza płyta bydgoskiego muzyka nagrywającego pod pseudonimem DigitalSimplyWorld  ma trochę przekorny tytuł: "Tout devient la musique". Czyli "Wszystko jest muzyką". Ta idea być może ma częściowo tłumaczyć nieobecność na tym wydawnictwie słodkich melodii, tanecznych rytmów czy miłych uszom rozwiązań harmonicznych. Właściwie, słuchając niektórych utworów można odnieść wrażenie, że są one zapisem pobytu autora w jakimś przestronnym, słabo zagospodarowanym pomieszczeniu, gdzie raz uruchomiony mikrofon rejestruje wszelakie odgłosy otoczenia. Te uproszczenie nie oddaje jednak w pełni istoty eksperymentu. Autor swoją ideę uzasadnił mi w intrygującym liście używając między innymi terminu "antymuzyka". Pisał też o roli ciszy, szumów i różnym rozumieniu melodyjności. Bardzo dobrze go rozumiem, ponieważ dźwięki są takim uniwersalnym środkiem przekazu, który często lepiej przekonuje niż wyszukane słowa...  Dziewięć zarejestrowanych utworów (w wersji internetowej 10)  można by więc, dla lubiących katalogowanie, zaliczyć do  dark ambientu, drone, "muzyki korytarzy", czy podobnych temu identyfikatorów. Ale czy nazewnictwo to, jest tak naprawdę istotne? Chyba nie...  Cóż po stwierdzeniu, że w powietrzu płytą burdony, skoro po prostu lepiej czerpać przyjemność z ich słuchania? Bo też jedną z subtelności omawianego zagadnienia jest niewątpliwie radość jaka się wyzwala podczas ich wchłaniania. Trochę to paradoksalne, zważywszy na ich specyfikę. Tzn., jak mogą cieszyć jaźń mało optymistyczne, akustyczne struktury?  Widocznie mogą. To jedna z tajemnic otaczającego nas świata. Świata, którego różne odcienie i subtelności błyszczą w omawianym materiale. Ciekawe też, że "granie ciszą" jest tak istotne dla DSW. Podczas gdy dla wielu innych kompozytorów dźwięki płynące z głośników byłyby zaledwie podkładem pod spektakularne solówki, u niego jest to pełna tajemniczego życia przestrzeń. I to na dość wysublimowanym poziomie. Wśród powtarzających się motywów słychać w trzecim i ostatnim utworze jakby słowo "Hello". Czy to zaproszenie kompozytora do wejścia w uniwersum jego wyobraźni? Nie wiem, ale jeśli tak, warto je przyjąć. Bo "wszystko", jak przekonuje słuchaczy Jarek  - "jest muzyką".


niedziela, 30 czerwca 2013

Gert Emmens - The Day After


English version below!

  Słuchając najnowszej propozycji Gerta Emmensa "The Day After" trochę się zadumałem. Gert  systematycznie wydaje kolejne płyty. Na niektórych z nich próbuje wprowadzać innowacje, jednak chyba najlepiej się czuje, nagrywając seryjnie podobne sobie kolaże brzmień i barw. Co zastanawiające, ta terapeutyczno-romantyczna muzyka, choć pozbawiona nowatorskich elementów, zdobywa coraz więcej zwolenników. Być może dzieje się tak dlatego, że obecnie mamy naprawdę ciężkie czasy? I niesamowite ciśnienie życia jakiemu ulega dużo ludzi, powoduje wzmożony popyt na pastelowe relaksacje Gerta. Ten wrażliwy holenderski kompozytor, niepoprawny romantyk, idealnie wypełnia swoją misję, i jego eteryczno-somnambuliczne projekcje koją negatywne emocje. Muzyka elektroniczna wydaje się być zresztą do tego szczytnego celu szczególnie predysponowana. Oprócz wokaliz Matzumi, hiszpańskich deklamacji Asenjo Fernandeza i doskonałych, pływających sekwencji, Gert proponuje też coś dla oczu - ciekawą historię opisaną we wkładce (tak więc Emmens jest również intrygującym pisarzem). Można przeczytać w niej o tajemniczej kobiecie której życie emocjonalne legło w gruzach. Muzyka ma za zadanie opisywać różne stany ducha: rozpacz, smutek, gniew i nadzieję.  Słuchając sennych pasaży przeglądam okładki i widzę dwa polskie akcenty. Podziękowanie dla Aleksandry Przybylskiej za piękne fotografie i dla Mariusza Wójcika (zadziwiające że nawet znak diakrytyczny w jego nazwisku jest poprawnie napisany). Ola jest faktycznie bardzo intuicyjnym fotografem, a Mariusz największym promotorem Gerta w internecie.  Międzynarodowa współpraca wydaje więc dobre owoce.  A muzyka zbliża ludzi przełamując bariery językowe i kulturowe. Polecam!






   Listening to Gert Emmens latest album - "The Day After" I mused a little bit. Gert regurarly releses another albums. In some of them he tries to innovate, but I think he feels best recording a series of similar collages of sounds and colors. Intriguingly, the therapeutic and romantic music, though devoid of innovative elements, is gaining more and more listeners. Perhaps this is because we now have a really hard times. Amazing pressure of life that many people suffer from, causes increased demand for such pastel relaxation. The Dutch composer - sensitive, crazy romantic, perfectly fulfills his mission and his ethereal-slumber projections soothe negative emotions. Electronic music seems indeed to be especially predisposed for that good cause. In addition to vocals Matzumi, Spanish declamation of Asenjo Fernandez and excellent floating sequences, Gert proposes also something for the eyes - an interesting story described in the booklet (so Emmens is also an intriguing writer). You can read it on a mysterious woman whose emotional life is in ruins. Music is to describe the various states of mind: grief, sorrow, anger and hope. Listening to dreamy passages I look through the cover and see two Polish accents. Thanks and greetings to Aleksandra Przybylska for beautiful photographs, and for Mariusz Wójcik (amazing that even a diacritical mark in his name is spelled correctly). Ola is actually very intuitive photographer, and Mariusz biggest Gert's promoter in the web. International cooperation seems to be very fruitful. Music brings people together, overcoming language and cultural barriers.
Recommended!