piątek, 30 listopada 2012

Jean-Michel Jarre ‎– Les Chants Magnétiques



  Les Chants Magnétiques z 1981 roku to bardzo ciekawy album. Jean-Michel Jarre postawił na muzykę mocno nasyconą wieloma barwami i samplami. Gra z właściwą sobie wielką dynamiką i energią.  Magnetyczne Pieśni  (gra słów) pełne są atrakcyjnych brzmień i świeżych pomysłów.  Jarre jak nikt przed nim potrafił adaptować je do swoich potrzeb i nadać im ponętną dla uszu formę. Znakomita realizacja sprawia, że słuchanie w stereo nawet prozaicznych dźwięków przesuwających się po torach wagonów jest miłym zajęciem. Pola Magnetyczne zawierają też dużo przystępnych melodii i solówek (Part 5 The Last Rumba). Tym się też różni Jarre od niektórych swoich niemieckich kolegów, którzy  zdecydowali się na pewną komercjalizację i humanizację swojego brzmienia  zachęceni dopiero komercyjnymi sukcesami  Francuza. Nagrania z "Les Chants..." są interesujące również dlatego, że Jarre wykorzystuje na tej płycie kilkanaście fantastycznych syntezatorów - marzenie każdego początkującego el-muzyka. Na LCM słychać więc pracę ARP-a 2600,  nieśmiertelne barwy Eminenta 310U, Oberheima OB-X, Mooga Taurus, produktów firm EMS Synthi, Korg czy Elka. Powstaje muzyka bardzo sugestywna, obrazowa, wykorzystywana później wielokrotnie przez świat filmu jako podkład pod ilustracje, czy dokumenty, pokazujące różne piękne oblicza ziemskiej przyrody.  I choć niektórzy krytycy zarzucali JMJ zbytnią komercjalizację, on szedł pewnie swoją drogą, mając w zanadrzu wiele nowinek którymi później znów zadziwił świat. Jako jeden z niewielu kompozytorów wiernych elektronicznemu instrumentarium, zrobił oszałamiającą karierę. Stał się człowiekiem godnym podziwu dla milionów ludzi na świecie. Jest to bez wątpienia miarą jego talentu.  




czwartek, 29 listopada 2012

Andreas Vollenweider: Behind the Gardens - Behind the Wall – Under the Tree ...


 Mam do tej płyty olbrzymi sentyment. Krążek Behind the Gardens był jednym z pierwszych  wydawnictw kompaktowych jakie słyszałem, a jego zawartość pobudzała mocno moją wyobraźnię.  "Behind the Gardens ... Behind the Wall – Under the Tree ..." z 1981 roku  reklamowana jako muzyka na harfę, bębny i perkusję była na początku lat 80. novum. Choć Andreas rok wcześniej wydał swój pierwszy, debiutancki album, Eine Art Suite in XIII Teilen, to jednak drugie wydawnictwo przyniosło mu prawdziwy rozgłos. Przynajmniej w naszym kraju. Muzyka Vollenweidera jest paradoksalnie niszowa a zarazem uniwersalna. Niszowa, bo ilu to muzyków gra na własnoręcznie zmodyfikowanej harfie elektroakustycznej? A uniwersalna, bo jest wypadkową zawierającą motywy rodem z klasyki, jazzu, rocka, i brzmi bardzo świeżo po dziś dzień. Muzyka zdobyła uznanie w wielu kręgach, zarówno zwolenników muzyki synkopowanej jak i programowej. Swoboda z jaką Andreas asymiluje skrajne czasami gatunki, jest warta podkreślenia.  Elementy romantyczne, czasami słyszalny biesiadny śpiew, trafiają do gustu szerokiej publiczności. Tematy orientalne, mgiełka tajemnicy, któż temu się oprze? Szwajcarski muzyk szybko zrobił karierę, wiele koncertował, nagrywał kolejne ciekawe płyty, tworzył symfonie... Ale od pewnego czasu jakby mniej się słyszy o twórcy takich ciekawych nagrań jak "Caverna Magica" czy "White Winds".  A szkoda, bo jest to wyjątkowy artysta.


U.K. - U.K.


 Są płyty, dzięki którym muzykę rockową można uznać za sztukę, coś niebanalnego, frapującego i magnetycznie wręcz pociągającego ku sobie. Mam na myśli nagrania zespołu United Kingdom zarejestrowane na pierwszym albumie supergrupy. Te określenie pasuje do zespołu jak najbardziej, bo przecież John Wetton i Bill Bruford pokazali wcześniej swoje umiejętności w legendarnym King Crimson, gitarzysta Allan Holdsworth grał  między innymi w w Soft Machine i Gong, a Eddie Jobson zasilał Curved Air, Jethro Tull i Roxy Music. To niekoniecznie musiało się udać, a jednak! Efekty połączenia się ich sił na płycie "U.K" przeszły oczekiwania wielu fanów. Mi, zainteresowanemu głównie muzyką elektroniczną, w pierwszej kolejności spodobała się suita o dość mrocznym tytule "In The Dead Of Night" Wymyślona przez Eddiego i Johna, jest prawdziwym majstersztykiem. Przemyślana i wyrafinowana, jednocześnie pełna pasji i ognia. Zaskakiwała dziwnymi zwrotami rytmicznymi i niesamowitą jednością wszystkich muzyków. Ani jednej zbędnej nuty! Doskonałe budowanie napięcia.Wspaniałe uzupełnianie się w szczegółach, praca basu i perkusji, zasługują na najwyższe uznanie.  Syntezatory Jobsona robią nie tylko piękne tło, ale  świetnie współgrają w wielu pasażach. Siedem lat później Eddie  swoją wrażliwość udowodnił ponownie na  docenionej przez melomanów "Theme Of Secrets". Kolejne utwory z tej płyty mają inaczej rozłożone emocje. Są chyba trudniejsze w odbiorze i zawierają więcej synkopowanych łamańców i jazzowych inklinacji. Ale spokojnie dadzą się polubić. Między innymi przez magnetyzujący wokal Wettona. Klimat debiutanckiej płyty "U.K." porównać można z najlepszymi fragmentami dokonań zespołu Roberta Frippa.  Po ponad 30 latach ciągle robi ona dobre wrażenie. Szkoda tylko że następne płyty U.K. nie były już tak jednolite.

środa, 28 listopada 2012

King Crimson - The Power To Believe


  Supergrupa King Crimson i jej charyzmatyczny lider Robert Fripp wywarli na ambitną muzykę rockową podobny wpływ, jak w swoim czasie zespół Johna Lennona na pop. Dlatego komentatorzy  dokonań KC nie zawsze są obiektywni, bo recenzowana muzyka w naturalny sposób zabarwia ich emocje. I to dobrze, że tak się dzieje. Opisywanie "na sucho", bez włożenia w recenzję uczuć, może być praktyczne przy układaniu instrukcji obsługi np. kosiarki (a i tu niektórzy by dyskutowali), ale nie przy obcowaniu z tak intensywnie działającym na emocje materiałem muzycznym.  Nie będę szczegółowo opisywał historii zespołu, bo tego jest dużo na stronach fanowskich, więc wyważanie otwartych drzwi nie ma sensu. Jako zagorzały sympatyk produktów spod znaku Karmazynowego Króla wspomnę głównie o moich odczuciach. Po serii pięknych płyt z lat 70. i kilkuletniej przerwie, zespół nagrywa trochę inną muzykę. Pewnym jej ukoronowaniem okazała się "The Power To Believe" (2003). Trzeba było się z nią oswoić, i z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że dalsze drążenie pomysłów ze starych płyt nie miało racji bytu. Zresztą KC to symbol wiecznych poszukiwań formy. Dla Roberta Frippa spotkanie Adriana Belewa było chyba najlepszym, co mogło mu się przydarzyć w latach 80. I pewnie na odwrót. Chociaż z utworów znikły miękkie ozdobniki typu solo na flecie, a pojawiły się ostre gitarowe riffy, to muzyka nie straciła swojej intensywności i mocy. Mimo obecnej w niej drapieżności, dalej spina ją rozum i logika. Rozbudowana wizja, realizowana czasami z subtelnością maszyn budowlanych nie odstrasza. To kolejny świat jaki udało się wykreować Frippowi i jego przyjaciołom. Rzeczywistość oparta na  gdzieniegdzie dosadnych doznaniach. Mimo wszystko i ta forma dostarcza wysokiej jakości wzruszeń. Stare chwyty z powracającym kilkakrotnie głównym motywem i sugestywny głos Belewa chyba tylko słonia pozostawiłyby obojętnym. Ekspresja i cudowne "męczenie" dźwięków, niejednemu przypomni marudzącą, ale kochaną żonę - bez której nie można się obejść. Taka jest muzyka z "The Power To Believe" - bezkompromisowa i wielka zarazem. Nakręcająca do życia i walki o lepsze jutro. Dla malkontentów polecam odgrzewanie starszych placków.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Fading Colours - I'm Scared Of....



  O zespole Fading Colours możecie przeczytać między innymi w wywiadzie jakiego kiedyś udzieliła mi Kasia Rakowska, Jakiś czas temu zrecenzowałem też jej solową płytę De Coy - Pleasure For Nothing. Jednak to album Fading Colours - I'm Scared  Of....  z  1998 roku przyniósł całej grupie sławę i zagorzałych fanów.  Fascynują się nią bywalcy koncertów Castel Party, fani gotyckiego rocka i dark wave. Dla mnie Fading Colours, to po prostu dobry zespół rockowy z wysokiej klasy wokalistką. Katarzyna ma niewątpliwie talent wokalny, a jej przyjaciele ze studia, potrafią połączyć go z dobrą muzyką. Wysokie emocje zawarte w glosie, plus dość dynamiczna, aczkolwiek raczej smutna muzyka, dobrze ze sobą współgrają. Dużo elektroniki tworzy odpowiednio mroczne klimaty, buduje napięcie, które rozładowuje - lub utrwala - fenomenalny głos Rakowskiej. Oczywiście, z pewnością w naszym kraju jest masa ładnych kobiet z intrygującym głosem, ale to De Coy nagrywa płyty i swoją pasję realizuje praktycznie.  Kiedy słucha się tej płyty na słuchawkach - a warto, łatwo zauważyć dbałość o szczegóły i detale.  Słyszane co jakiś czas drobne niuanse typu akcenty orientalne,  czynią przekaz atrakcyjnym.  Logika, koncept i zaproszeni goście jak Anne Clark czy Broon, znaczący przebojowy "Lorelei", to elementy które pomogły płycie w uzyskaniu pewnej miary rozgłosu. Udany cover Depeche Mode "Clean"  nie ustępuje wiele oryginałowi, a Anne Clark jest artystką wysokiego formatu, i tam gdzie się pojawia, zawsze jest ozdobą.  Mając takie atrybuty, zespół był niejako skazany "na sukces". Szkoda tylko, że tych płyt później nie było dużo. Potencjał jest więc w dalszym ciągu do wykorzystania.


środa, 21 listopada 2012

Geoffrey Downes - Shadows & Reflections


   Rock progresywny, to taki głęboki worek z którego regularnie wydobywam muzyczne perełki. Jedną z nich jest może mniej znana płyta z 2003 roku. Jej tytuł to jednocześnie nazwy dwóch podstawowych części z jakich się ona składa:  "Shadows & Reflections". Autor - Geoffrey Downes grający na instrumentach klawiszowych, jest bardzo barwną postacią. Jego ojciec był organistą, a matka grała na pianinie. Był więc niejako "skazany" na muzykowanie. Już grając w zespole The Buggles, prócz prowadzenia szeroko zakrojonej działalności charytatywnej, pobił rekord Guinnesa. Zgromadził na scenie 28 syntezatorów, grając na nich w trakcie koncertu. Mi osobiście, bardzo podoba się płyta z jego udziałem reaktywowanego zespołu Yes - "Drama". Fantastyczne nagrania! W ogóle Geoff ma dość szeroką gamę zainteresowań: Progresywny rock, hard rock, pop rock, New Wave, synthpop, elektronika. Wszędzie się dobrze czuje. Na płycie "Shadows & Reflections" jak same tytuły wskazują - proponuje muzykę mocno stonowaną, choć nie monotonną.  Skojarzenia można mieć rożne,  jest to przemyślany projekt zawierający zarówno delikatne sekwencje jak i przystępne melodie. Jednak nie brak też pewnych napięć i niedopowiedzeń. Szeroka palet barw, i sporo pomysłów na urozmaicenie przekazu. Jakże różna jest ta muzyka od tego, co  Downes gra w swym rockowym wcieleniu! Konstrukcja tytułowej "Refleksji" pozwala się skupić na niuansach i detalach wychwytywanych w kolejnych fragmentach utworu. Całą ta muzyka, to produkt nie tyle wysokiej technologii, co wrażliwego artysty. I do takich słuchaczy też jest kierowany. Za zwrócenie mi uwagi na tę płytę, dziękuję Markowi Jaworskiemu z Krakowa. Było warto!


Eddie Jobson ‎– Theme Of Secrets


 
  Trudno czasami wytłumaczyć popularność pewnych płyt. Więc lepiej cieszyć się ich treścią, niż snuć detektywistyczne rozważania. Faktem jest, że w 1985 roku na muzycznym rynku ukazał się pełen swoistego piękna album pod enigmatycznym tytułem "Theme Of Secrets". Autor Eddie Jobson nie jest postacią tak tajemniczą jak nazwa płyty. Dobrze znają go miłośnicy progresywnego rocka, gdyż grał na klawiszach, a niekiedy i na elektrycznych skrzypcach, w takich grupach jak Curved Air, Jethro Tull, Roxy Music,  czy też super zespole UnIted Kingdom.  Nie jest dla mnie więc niczym dziwnym, że w pewnym momencie zapragnął spróbować sił w solowej produkcji. Tym bardziej, mając poparcie tak znanego człowieka w branży jak Peter Baumann, który ostatecznie został producentem omawianej drugiej płyty Eddiego "Theme Of Secrets" (pierwsza "The Green Album" ciągle czeka na to aż ją polubię :) ).  Co wyróżnia w pierwszej chwili ten krążek, to wpadający w uszy motyw główny. Grana na fortepianie melodia jest bardzo romantyczna, pociągająca w swojej prostocie i  mocno patetyczna. Wraca kilka razy w innej konfiguracji, za każdym razem emanując sporą dawką sentymentalizmu. Całą płyta jest nagrana przy pomocy Systemu Synclavier -  jednego z  z pierwszych  cyfrowych polifonicznych syntezatorów. Te pionierskie, rozbudowane urządzenie, okazało się bardzo przydatne w wielu studiach nagraniowych i wykorzystywane przez całą masę wybitnych przedstawicieli rocka. Ale wracając do Jobsona i jego "Sekretnego tematu" - osiem spokojnych, urokliwych kompozycji na pewno zasługuje na częste przypominanie. "Tajemniczość", wspaniały nastrój jaki towarzyszy jej słuchaniu, wyróżniają ją spośród wielu produktów tamtych lat... Te wydawnictwo jest też dowodem na to, że można nagrać uniwersalną muzykę, która spodoba się również osobom nie mającym na co dzień upodobania w syntetycznych barwach.

sobota, 17 listopada 2012

Gert Emmens & Ruud Heij - Lost In The Swamp


  Przyjaźń to piękne uczucie. Spaja ludzi w monolit, dzięki czemu doskonale się rozumieją i akceptują. Razem pokonują trudności, a często też dokonują znaczących dzieł. Coś podobnego łączy dwóch muzyków z Holandii. Gert Emmens i Ruud Heij mają za sobą już kilka wspólnie nagranych płyt. Wielu fanów czeka niecierpliwie na kolejne. I oto w 2012 roku ukazuje się album pt. Gert Emmens & Ruud Heij - "Lost In The Swamp". Co zawiera ten nowy krążek?  Jest to pewnego rodzaju niespodzianka, bo obaj artyści postanowili w swoją dotychczas dość optymistyczną muzykę, wpleść trochę mroku.  Rzecz dotyczy głownie drugiej i piątej kompozycji (ale przewija się również w innych miejscach), w których na próżno szukać charakterystycznego dla duetu ciepła.... Spowodowane jest to pewnie przesłaniem jakie towarzyszy tej muzyce. Historia człowieka szukającego przygód, który nieoczekiwanie trafia na bagna. Kiedy zrozumie że nie wydostanie się z nich szybko, będzie musiał dostosować się do nowych warunków życia. Żeby przetrwać, musi się odrodzić duchowo. Umiejętnie się dostosować do warunków jakie panują na bagnie, a potem podjąć decyzję, czy wracać do starego życia. Te dylematy dość ciekawie opisują poszczególne kompozycje, które są bardziej wieloznaczne, niż cokolwiek nagranego przez przyjaciół wcześniej. To dobry symptom, świadczący o rozwoju tandemu. Nie zabraknie też na tej płycie ulubionych sekwencji  (ścieżka 4 pt.  "Life In The Swamp") i optymistycznego zakończenia w ostatniej, bardzo krótkiej kompozycji "The Way Out".  Sympatycznie.

Fragment muzyki dostępny jest na profilu MySpace Gerta:

http://www.myspace.com/gertemmens

http://www.myspace.com/gertemmens/music/songs/emmens-heij-lost-in-the-swamp-trailer-89314042


Gert Emmens & Cadenced Haven - Mystic Dawn



  Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy jeśli powiem, że Gert Emmens i Cadenced Haven darzą się ciepłym uczuciem. I chociaż dzieli ich wiele kilometrów, to ta platoniczna miłość wydaje co rusz owoce. Mam na myśli ich kolejną, nagraną wspólnie w 2012 roku płytę pt. "Mystic Dawn". Sam tytuł już sporo ujawnia. To muzyka dla romantyków, grana przez romantyków. Pozbawiona agresji, większych niepokojów, dysharmonii, płynie leniwie z głośników niczym  spokojny, górski strumyk... Co jakiś czas ożywiają ją łagodne sekwencje, charakterystyczne dla Gerta Emmensa. Pojawiają się subtelne melodie i pełne jakiejś tęsknoty motywy. Odnoszę wrażenie, że są to jakby hymny pochwalne dla życia i Matki Ziemi. Być może artyści przekazują przesłanie: "Cieszmy się życiem, bo jest ono bardzo piękne". Ten przemożny optymizm wyłaniający się z lekko nostalgicznych utworów, jest siłą napędową dla całej płyty. Patentem praktykowanym od samego początku muzycznej kariery Gerta. Co do roli Cadenced, to wydaje mi się, że jej przyjaciel raczej zdominował ją pod względem konceptu i brzmienia.  Muzyka z "Mystic Dawn" jest łatwa do przewidzenia i nie jest przeznaczona dla miłośników awangardowych poszukiwań. To raczej kolejny rozdział baśni opowiadanej przez dziadka przy ciepłym kominku.  Jest na świecie sporo zwolenników tego typu klimatów, więc i ta pozycja pewnie trafi im do gustu.


poniedziałek, 5 listopada 2012

P.I. Tchaikovskiy, Edward Artemiev: The Nutcracker & The Rat King



  Niedawno do moich rąk trafiła nowa płyta "The Nutcracker & The Rat King"  Na blogu który zajmuje się muzyką elektroniczną, taki wpis może wywołać zdziwienie.  Ale, czy tak do końca? Edward Artemiev jest kompozytorem uniwersalnym. Oznacza to elastyczne dostosowanie się do każdej formuły, lub nawet przekraczanie jej granic. Potężna ilość muzyki filmowej jaką skomponował (podobno ponad 140 tytułów), i praca nad jej stworzeniem, pozwoliła mu szeroko rozwinąć paletę umiejętności. Nie zdziwiło mnie więc zbytnio, że  Artemiev zajął się twórczością swojego sławnego rodaka, Czajkowskiego. Syn Edwarda, Artemiy, już jakiś czas temu oswoił mnie z trudniejszą produkcją ojca zapisaną na krążku "Prestuplenie i Nakazanie" ("Zbrodnia i kara"). Muzyką ze świata opery, na motywach  głośnej powieści Dostojewskiego. Tak stylistycznie i formalnie przygotowany na odbiór ambitniejszych dzieł, zapis z "The Nutcracker & The Rat King" potraktowałem z należną jemu uwagą. Oczywiście nie jestem krytykiem muzyki poważnej, więc z pewnością ucieka mi wiele niuansów, nad którymi zachwycą się fachowcy. Jako laik.wrażliwy jednak na emocje, powiem że muzyka skomponowana i zaaranżowana przez Edwarda, będąca częściowo transkrypcją,  brzmi mi w wielu momentach jako pochwała życia. Słychać to w głosach zaproszonych rosyjskich solistów, chóru, jak i podniosłych, monumentalnych partiach Moskiewskiej Orkiestry Symfonicznej. W nagraniu płyty mieli swój udział perkusista, trzech gitarzystów, akordeonista, pianista oraz na różnych klawiaturach i fortepianie:Igor Nazaruk Irina Popova. Ta bogata instrumentacja uwypukla najbardziej znane motywy "Dziadka do orzechów" jak i "Króla szczurów". Słuchając tej płyty wielokrotnie zauważyłem że zgodzić mi się wypada z wypowiedzią mojego kolegi Andrzeja Mierzyńskiego, że muzyka symfoniczna i jej instrumentarium "wszędzie pasuje". Odkryłem że to działa nawet w przypadku syntetycznej, samplowanej orkiestry.  Ta naturalna, wykorzystana na płycie "The Nutcracker & The Rat King" też ma swój urok. W odpowiednich momentach podkreśla i uzupełnia wokalne popisy.  To muzyka do której trzeba dojrzeć, aby usłyszeć jej piękno. W świecie brzmień syntetycznych jakimi się zawsze otaczałem, stanowi ciekawą odskocznię w stronę dźwięków bardziej naturalnych . Nie dziwię się że Artemiy, producent tych nagrań, jest dumny z pracy swojej i ojca.





Odyssey - Music for Subway - Symphony for Analogues


 
  Płodny kompozytor z Bydgoszczy Tomasz  Pauszek, wydaje w 2012 roku kolejny album: Odyssey - Music for Subway - Symphony for Analogues.  Są to dwa krążki wypełnione po brzegi muzyką mającą wyraźnie sprecyzowane odniesienia. Jak sam autor wyjaśnia w opisie "To mój pierwszy album nagrany przy użyciu wyłącznie analogowych syntezatorów z lat 70. XX wieku. Wszystko na tej płycie jest analogowe... To niejako podziemna podróż metrem do muzyki elektronicznej z lat 70."  Trafne podsumowanie własnej twórczości. Ja bym dodał, parafrazując Tomka: wszystko na tej płycie jest zrobione profesjonalnie. Szacunek do odbiorcy widać już po okładce. Na początku oczy  przyciąga widok dużych, solidnych urządzeń do modulacji dźwięków - pomysł grafika Borysa Goncerza. W środku wkładki umieszczono wystarczającą ilość wiedzy jaką słuchacz powinien sobie przyswoić o okolicznościach towarzyszących powstaniu muzyki. Informacji zawartych również w języku polskim, na przekór widocznej czasami  manierze pisania głównie po angielsku.  Nabywca dowie się więc, kto inspirował muzyka i komu należą się podziękowania. Wymieniono też użyte instrumenty i podano istotne adresy internetowe. Ta rzetelność przekazu informacji, jest też być może częściową zasługą wydawcy. Firma Generator działa od wielu lat, a Odyssey był już wcześniej obecny na jego trzech wydawnictwach: "Syntharsis", "X - Space Odyssey", oraz nagranym w kooperacji z  Remote Spaces  "Ypsilon Project". Wymienione tytuły przez długi czas były i są nadal bestsellerami labelu. Nie pomylę się pewnie w swoich domysłach, gdy stwierdzę, że podjęcie decyzji o wydaniu kolejnej płyty Pauszka  było dla  szefa Generatora, Ziemowita Poniatowskiego, po prostu biznesową, przyjemną koniecznością. Przejdźmy jednak do samej muzyki. Tak wyraźne określenie jej formuły, jak wcześniej złożona deklaracja, wydawać mogłoby się pewnym ograniczeniem. Każdy jednak, kto zdaje sobie sprawę z niesamowitej ilości możliwych kombinacji, jakie mogą  powstać w procesie tworzenia dźwięków, wie że nie zagrano jeszcze wszystkiego. I Tomek po raz kolejny to udowadnia. Chociaż brzmienie starych analogów jest dość charakterystyczne, ciągle kryje w sobie wiele uroku. Działa uwodzicielska moc sekwencji których można słuchać prawie bez końca, falujących motywów, pogłosów, ciepłych melodii i sampli nagranych w podziemnych przejściach... Ta mieszanka sporządzona została we właściwych proporcjach.  Nie przytłacza zbytnią ilością dodatków, nie nuży monotonią tematów, nie nawiązuje zbyt otwarcie do uznanych wykonawców z grona elektronicznej klasyki. Wyjątek stanowi tu kończący pierwszy CD track "Station 10", gdzie Tomasz daje wyraz pewnym francuskim sentymentom ;). "Music for Subway" wydaje mi się być dziełem dojrzałym,  produktem będącym wypadkową powszechnie lubianych fascynacji i coraz większych umiejętności kompozytora. Muzyki lepiej słuchać niż o niej pisać, więc sami się  przekonajcie o wartości tego albumu, ciesząc się nim podczas jego odczytu na swoim sprzęcie.