poniedziałek, 30 lipca 2012

Budka Suflera - Przechodniem byłem między wami...


  Nie potrafię powiedzieć który to był rok. Pewnie początek lat 90. Przechodziłem koło księgarni mojego rodzinnego miasta Ostródy. Z jej wystawy patrzyło na mnie czarno-białe oko, otoczone czymś przypominającym zęby, niczym z kiepskiego zdjęcia rentgenowskiego. Spoglądało ono na mnie dziwnie z okładki drugiej płyty Budki Suflera. Teraz, po latach, myślę sobie że trudno było o bardziej szpetny wizualny pomysł. Widocznie jednak ówczesnym komunistycznym estetom specjalnie to nie przeszkadzało. Stałem więc przed tą wystawą w głębokim zamyśleniu. niczym zahipnotyzowany. "Budka Suflera - Przechodniem byłem między wami..."? Już to gdzieś słyszałem...  Rzeczywiście, płyta funkcjonowała na rynku od 1976 roku. Uznałem że jest mi potrzebna i wkrótce ją kupiłem. Duży, analogowy, czarny placek. W domu dokładniej obejrzałem tylną okładkę. Hm... na zdjęciach skromnie, dwóch gitarzystów, perkusista i wydzierający się wokalista w podkoszulku. Ale wiedziałem, że za minimalistyczną fasadą kryje się dobra muzyka, a z czasem doceniłem znakomite teksty. Pisane przez Adama Sikorskiego i Jana Tomasza w duchu kultowego poety C. K. Norwida, pomogły mi zrozumieć piękno poezji i moc przekazu sztuki. W warstwie muzycznej okazało się, że pozornie ubogie instrumentarium wspierane jest przez mooga i clavinet - na których grał Romuald Lipko, oraz saksofony i organy Andrzeja Szczodrowskiego. Trudno mi wyróżnić ulubioną kompozycję. Uważam wszystkie za równie wartościowe. Ta płyta po prostu nie ma słabych miejsc i jest jedną z najlepszych polskich produkcji rocka progresywnego lat 70. Posiada swój klimat, zmanierowany głos Cugowskiego idealnie interpretuje trudną, quasi XIX wieczną poezję, a muzycy towarzyszący dzielnie wypełniają  przestrzeń swoimi dźwiękami. Powstaje pełna ekspresji mieszanka rocka i jazzu. Coś, co przez lata będzie dawało słuchaczom głębsze, ponad przeciętne odczucia.


Tak, papier spłonie, a kamień zniszczy czas,
Ale myśl płomienna wciąż będzie trwać.






Klaus Schulze - La Presence D'esprit (Concert 1975)


 Był taki czas, że myślałem iż Klaus Schulze już niczym mnie nie zaskoczy. Znałem dość dobrze jego dyskografię i piękny rozdział  twórczości z połowy lat 70. uznałem za zamknięty. Ale życie przynosi miłe niespodzianki. W roku 1993 nakładem  labelu Musique Intemporelle ukazuje się 10 płytowy box Silver Edition. W tym zestawie, na płycie nr 9 pt. "Life In Extasy",  umieszczono stary, podobno koncertowy (bo publiczności nie słychać) utwór "La Presence D'esprit". Choć trwa tylko 17 minut przyznaję, że swoim pięknem uderzył mnie w środek serca. Wybaczcie te podniosłe wyznanie i pełne egzaltacji słowa, ale faktycznie tak się stało. Jeżeli prawdą jest twierdzenie, że muzyczny zestaw znaków, przez swoją niepowtarzalność nabiera cech rozpoznawalnej osobliwości, to omawiany fragment jest na to świetnym  dowodem.  Od kiedy bawię się wirtualnym modelem Minimooga wiem, że z technicznego punktu widzenia nie ma tym żadnej magii (i bardzo dobrze).  Łatwo wyobrazić mi sobie, jak podczas kreacji muzyki Klaus Schulze  modeluje strukturę dźwięków poprzez kręcenie gałkami oscylatorów, zmienia ich zakres i częstotliwość. Na starych syntezatorach z lat 70. nie było opcji zapisu ustawień potencjometrów, jak jest to teraz możliwe w wirtualnych modelach, więc umiejętne granie wymagało znajomości instrumentu i uruchomienia pokładów intuicji. Nie to jest jednak najważniejsze. Istotą sprawy jest fakt, że  37 lat temu znalazł się człowiek, który w taki, a nie inny sposób skomponował muzykę, która swoją siłą oddziaływania zachowała do dziś. "La Presence D'esprit"  (przytomność umysłu, prezencja ducha) oprócz ciekawego tytułu nad którego znaczeniem można by długo dyskutować, posiada też inne zalety. Eksploatuje pomysł  użycia jednej, długiej, modulowanej sekwencji, która poddawana jest nieustannym zmianom. Gna przed siebie w szalonym tempie. (Czy wyobraża ona nerw, puls życia, można tylko spekulować).  Oczywiście, towarzyszą temu dodatkowe efekty, tak lubiane przez fanów starej niemieckiej muzyki elektronicznej, jak świsty, szumy,  pogłosy, stereofoniczne efekty cyfrowego deszczu, itp. Wyjątkowo mało tu tradycyjnych solówek w których Klaus lubił się zatracać i... specjalnie za nimi nie tęsknię. Dynamiczna kompozycja przypominająca jazdę rollercoasterem, dobiega kresu, więc po wielu uniesieniach i harmonicznych afektacjach czas ukończyć tę niezwykłą podróż. Była trochę krótka... może znów włączę przycisk play? (smile). Omawiana dziś suita wznowiona została ostatnio w zestawie "La Vie Electronique 3" (2009).



  



niedziela, 29 lipca 2012

Tomasz Bednarczyk ‎– Let's Make Better Mistakes Tomorrow


 Tomasz Bednarczyk urodził się w 1986 roku i żyje na stałe we Wrocławiu. W poszukiwaniu informacji  o tym muzyku, znalazłem skromną notatkę na Wikipedii, ślad na MySpace, niewielką autorską stronę internetową kilka utworów na YouTube i wpis na Discogs.  Oczywiście poza wiki, wszystko po angielsku. Takie widocznie nastały czasy. Ale uparłem się, bo od pewnego czasu zauroczony jestem jego trzecią płytą "Let's Make Better Mistakes Tomorrow" (2009). Muzyka na niej zawarta najbardziej stylistycznie zbliżona jest do lekko mrocznego ambientu. Poszczególne ścieżki utrzymane są w podobnym klimacie. To, mimo szczątkowego udziału gitary (Jakub Zublewicz) plamy dźwiękowe, leniwie toczące się po kanałach... Jeśli wydaje się Wam jednak drodzy Czytelnicy, że słuchanie "Let's Make..."  może być zajęciem monotonnym, poczytajcie opinie fanów na Discogs. Ten projekt ma swoją głębię i niepostrzeżenie wciąga niczym fascynująca książka. Motywy grane na fortepianie, różne sample dobrze słyszane na słuchawkach (dziecięce pogawędki, trzaski analogowej płyty), to akcesoria znane, ale ciągle poważane wśród miłośników gatunku.  Oczywiście czysto kontemplacyjny charakter  muzyki może ograniczać audytorium, nie sądzę jednak, aby to zmartwiło autora czy melomanów. Relaksacja której dostarcza Tomasz Bednarczyk, jest wysokiej próby i nie pozostawia wrażliwego odbiorcy obojętnym. Być może jest to zasługą wsparcia Taylora Deupree, znaczącego grafika, fotografa i inżyniera dźwięku z NY? Nie wiem na pewno, ważny jest efekt końcowy: muzyka do której chce się wracać. Polecam!!






Tomasz Kubiak - Some of Random Realities


  Z odbiorem muzyki jest zupełnie inaczej niż z oglądaniem filmów. Dzieła znanych reżyserów po jakim czasie się starzeją a ich wizje  często okazują się infantylne i naiwne. Po latach stanowią tylko ciekawostkę dla upartych szperaczy. O ileż inaczej dzieje się w branży muzycznej! Dokonania kompozytorów muzyki działają na melomana w inny sposób. Nie jest on tylko konsumentem podstawionego produktu. Podczas słuchania muzyki, na skutek wchłaniania przygotowanych przez artystę struktur, uruchamia się wyobraźnia odbiorcy. Następuje swoiste sprzężenie zwrotne skutkujące wyzwoleniem się szlachetniejszych emocji niż te, które są udziałem kinowego obserwatora. Miłośnik dobrej muzyki, podczas zachwytu nad docierającymi do jego uszu dźwiękami, wpada w stan euforii. Wytwarzana przez mózg endorfina, wprawia go w błogostan. Fanom muzyki elektronicznej ten idylliczny moment nie jest obcy. Gdy tylko słuchają wykonawcy, który umiejętnie przekłada swoją artystyczną wizję na dźwięki, często dochodzi do wyżej opisanego, zachwycającego procesu.
  Jeden z takich umiejętnych kompozytorów, Tomasz Kubiak, stworzył  w 2001 roku dzieło pt. "Some of Random Realities", za które do dziś dnia jest ciepło wspominany, przez co bardziej wrażliwych konsumentów akustycznych perełek. Ta piękna muzyka świetnie broni się przed upływem czasu i dostarcza co raz to nowych, pozytywnych wrażeń. Ułożona jest na kształt wieloczęściowej suity, w której podobne tematycznie motywy przeplatają się między sobą. Dużo wątków prowadzonych jest przy pomocy długich, organopodobnych fraz. Można przez to odnieść wrażenie, że muzyka brzmi trochę archaicznie, jednocześnie jest dzięki temu dobrze rozpoznawalna. Cykl 14 kompozycji o tytułach: Overture, Hymn, Intro i Reality part 1-11, stanowi doskonały materiał ilustracyjny. Łatwo nasuwają się kosmiczne skojarzenia, a fragmenty monumentalne, pełne patosu wprowadzają w podniosły nastrój. Różnorodność dodatków nie pozwala się nudzić. Oprócz zaangażowanych solówek, perkusyjnych elementów tła, cieszą uszy co jakiś czas uruchamiane ostinata.  Talent Kubiaka ujawnia się najlepiej w miksowaniu kliku warstw dźwiękowych, które zgrabnie nakłada na siebie. Jego muzyczna opowieść o przypadkowych rzeczywistościach ma w sobie tę szczególny urok, który powoduje chęć ponownego powtórzenia całości. Śmiałość w kreowaniu spektrum wzbudza szacunek. Szkoda zatem, że po wydaniu kolejnego projektu "Out Of Environment Space" Tomasz ukrył posiadany talent i nie wydaje swojej nowej muzyki.

  

środa, 25 lipca 2012

Marek 'mRqS' Szulen: Creation – Universal Consciousness


  Marek Szulen przez wiele lat był zapalonym animatorem muzyki elektronicznej. Znany jest fanom z festiwalu KOMP w Kwidzynie, któremu dyrektorował w latach 2000-2001. To była sprawna realizacja i dobra robota, o której potem ciepło wypowiadali się koledzy z legendarnej już formacji Remote Spaces. Szulen wystąpił tam również jako muzyk, grając kilka utworów, głównie covery mistrza J.M.Jarre'a. Wziął też udział w sesji live "Piknik na krawędzi światów" obok, między innymi: Daniela Blooma, Darka Stawickiego, Tomka Bednarza, Michała Dudka, Tomka Żura. W 2002 roku wyjeżdża do Holandii, aby współuczestniczyć w nagraniu płyty zespołu Wave World. Później kilkakrotnie zapraszał na koncerty do swojego rodzinnego miasta Kwidzyna Władysława Komendarka. Około 2007 roku w Mirage Studio publikuje w Internecie nagranie o popularnym tytule "Astral Trip" (Podróż Astralna), mające stanowić narzędzie umożliwiające podróż poza ciało fizyczne. W ostatnim czasie mocno zniechęcony do realiów życia w naszym kraju, emigruje za granicę i odpoczywa od tworzenia muzyki.
  Dociekliwi poszukiwacze elektronicznych nagrań mogą znaleźć w sieci kilkanaście jego kompozycji, oraz fragmenty niedokończonej sesji "New Earth". Za godne przybliżenia uważam wydawnictwo z 2002 roku pt. "Creation – Universal Consciousness" - dedykowane istotom pochodzącym z planety Erra w gwiazdozbiorze Plejad. To druga płyta Marka Szulena na której wyraźnie słychać próby zerwania z naśladowaniem swojego francuskiego mistrza. "Creation" zawiera muzykę spokojną, totalnie relaksacyjną (dwa utwory początkowe: "Galaxis-Peace Meditation", "Asket's Dream" i długi końcowy "Astral Trip") oraz dynamiczną i rozrywkową w części środkowej ("Arp Dreams", "Space Drift", "Orgin of Mankind"). Może ta twórczość nie powala szczególną oryginalnością, ale grana jest z pasją. Ciekawe, że Marek dobrze czuje się zarówno w soczystych, dynamicznych sekwencjach oraz zakręconych solówkach, jak i w tematach typowo medytacyjnych. Te ostatnie są faktycznie godne uwagi ze względu na ich odprężający charakter. Całość to jakby dwie strony charakteru Marka pokazane w kilku kolejnych osłonach.  Trochę szkoda że Szulen nie oddał się kompozytorskiej namiętności na dłużej i nie pracuje nad nowymi projektami. Ale kto wie co przyniesie przyszłość? Poczekamy, zobaczymy.


Kayanis - Synesthesis

  Przygodę z muzyką Lubomira Jędrasika zacząłem około 1999 roku. Wtedy to, moja żona Julita namiętnie słuchała jego płyty "Machines and Dreams". Twierdziła, że jest to taki polski Mike Oldfield i naprawdę świetnie gra. Trochę sceptycznie podszedłem do tematu, więc przez następne miesiące Kayanis nie miał u mnie lekkiego pióra w internetowych komentarzach jakie wówczas pisałem. Gdy spotkaliśmy się rok później na KOMPIE 2000 którego był współorganizatorem, artysta patrzył na mnie z lekkim wyrzutem. Kiedy po latach analizuję swoje nieprofesjonalne zachowanie, dochodzę do wniosku, że u jego podłoża mogla leżeć zwykła zazdrość. Tym bardziej, że na kwidzyńskim koncercie Kayanis promieniował charyzmą, a jego żona niebanalną urodą. Bardzo się to podobało mojej kobiecie, podobnie jak mi pięknie toczone nogi trzech towarzyszących Kayanisowi wokalistek. Jednak koncentrując się na jego koncertowej muzyce, nie sposób było odmówić mu zdecydowania i rozmachu w realizacji swojej kompozytorskiej wizji. Ale widocznie wtedy nie byłem na to dobrze przygotowany. Jednak po jakimś czasie doceniłem twórczość słupskiego muzyka.
  Jeżeli jego muzykę z "Machines and Dreams" można w skali relaksacji porównać do przerwy śniadaniowej, to wydana w 2001 roku "Synesthesis" jest niczym długi weekend. Okazało się, że ambitny kompozytor ma nie tylko wystarczająco dużo weny, ale i sił by zrealizować imponujący projekt. Zawartość omawianej płyty to swoista mieszanka stylów, form muzycznych, mnogości pomysłów i niebanalnych rozwiązań. Bardzo podoba mi się dbałość o brzmienie całości jak i poszczególnych detali. Inteligentne wypełnienie muzycznej przestrzeni słychać szczególnie dobrze w cichych momentach które autor wypełnia atrakcyjnymi ozdobnikami. Jest to też pewnie zasługa odpowiedzialnego za mastering Tomasza Roguli.  Trudno jednoznacznie określić przynależność gatunkową tego dzieła, które posiada elementy rocka progresywnego, muzyki symfonicznej czy ambitnego popu. Miłe dla uszu są pełne ekspresji gitarowe solówki Andrzeja Czajkowskiego i Mariusza Mojsiuka. Sam mistrz ceremonii  gra na gitarze basowej i instrumentach klawiszowych. Jego największy atut, to chyba umiejętność komponowania, synergii różnych elementów układanki, i porwania do realizacji swojego celu innych, uzdolnionych muzyków.  Połączenie w zgrabną całość orkiestracji, partii chóralnych, ciężkich rockowych gitar i współcześnie brzmiących piosenek, wymaga nie tylko odpowiednich kwalifikacji ale również nietuzinkowej wyobraźni. Taką Kayanis posiada, a sądząc po następnej płycie "Where Abandoned Pelicans Die" - nieustannie ją rozwija. Ale o "Umierających pelikanach" następnym razem. Dziś zachęcam do słuchania "Synesthesis", gdyż ma ona w sobie tę moc i ogień, które to spowodują, że wasz puls życia zabije mocniej!

http://www.kayanis.com/pl/index.html



wtorek, 24 lipca 2012

Daniel Bloom ‎– Thorn



   Daniela Blooma poznałem osobiście, ale w sumie przelotnie, na jednym z koncertów K.OM.P 2000 lub 2001, organizowanych przez Marka Szulena i Kayanisa w Kwidzynie. Pamiętam też, że ktoś zrobił nam grupowe zdjęcie, które być może kiedyś odnajdę w archiwach. Wtedy wiedziałem o Bloomie tylko tyle, że jest to zdolny polski muzyk grający elektronikę i ma w dorobku fajną kasetę/płytę "Thorn".  W promocji całej serii tego typu kaset X- Serwisu, pomógł redaktor Jerzy Kordowicz, umieszczając na nich zgrabnie napisane przesłanie. "Thorn" jest rejestracją koncertu jaki dał Daniel w 1995 roku w toruńskim planetarium. Ten fonograficzny debiut urodzonego w Kwidzynie kompozytora jest nie tylko zgrabnym zbiorem różnych motywów jakie można odnaleźć na wielu innych płytach z tego typu muzyką. Bloom robi to "po swojemu" i ta właściwa jemu swoboda w komponowaniu, jest jednym z największych atutów zestawu. Znam miłośników omawianych nagrań, którzy darzą konkretne dźwiękowe ścieżki z tej płyty szczególną estymą, twierdząc że ta muzyka wywarła pozytywny wpływ na ich życie. Wcale się temu nie dziwię. Sam z upodobaniem do nich wracam. Nie kręcąc nosem na dość wąską bazę stereo, czy brak wyraźnych odgłosów publiczności, poddaję się urokowi nostalgicznych tematów i ekspresji wyrażanej przy pomocy syntezatorowych solówek. Podziwiam wyobraźnię autora w doborze sampli (niektóre przypominają dialogi kosmonautów), piękne, czyste sekwencje i ich fantastyczne, intuicyjne modulowanie. Ta umiejętność tworzenia przyjemnych, czasami wręcz romantycznych klimatów, ich płynnej transformacji, świadczy o szczególnym talencie Daniela. Nie można tego powiedzieć o wielu młodszych autorach, którzy mając czas i sprzęt, nie posiadają umiejętności kreowania oryginalnych syntetycznych światów, albo chociażby nadawania im swojego piętna. Tym bardziej doceniam twórczość Blooma, który przy pomocy skromnego wtedy instrumentarium (Korg-Poly Six, Roland Pro-E, ADS-Digital Delay 500) to potrafił.



poniedziałek, 23 lipca 2012

Kevin Braheny ‎– Galaxies


  Kevin Braheny to wrażliwy i zdolny kompozytor. Jest dobrze znany w środowisku fanów muzyki ambient z kilku solowych płyt i współpracy z innymi znanymi muzykami jak: Steve Roach, Michael Stearns, Richard Burmer czy Tim Clark. Utalentowany konstruktor modularnego syntezatora Serge, systemu Craig Huxleya, uczył potem obsługi tego ostatniego Michaela Stearnsa.  Kevin od dawna zafascynowany jest również zjawiskami paranormalnymi, postrzeganiem pozazmysłowym (ESP), uzdrawianiem i Tantrą. Jednak pozwól, szanowny czytelniku, że w tej recenzji skupię się tylko na jego muzyce. Wiele lat temu spodobała mi się jego trzecia solowa płyta Galaxies z 1988 roku i do dziś mnie porusza. Jest to wyjątkowo ciepły ambient. Autor uwielbiający tajemnice, zmyślnie ułożył program tego spektaklu. W internecie można przeczytać, że ta muzyka powstała do show wyświetlanego w planetarium, a napisanego i wyreżyserowanego przez  Timothy Ferrisa. Faktycznie nietrudno to sobie wyobrazić, ponieważ część utworów idealnie pasuje do takiego widowiska. Ułożone są według pewnej wizji: z ciszy, delikatnie nabierają mocy niczym rozwijające się płatki pięknego kwiatu, lub są jak widok z międzygalaktycznego pojazdu, na feerię zachwycających, lśniących gwiazd. Dźwięki subtelnie napływają z nieskończoności i równie delikatnie odpływają w niebyt. Łagodne pasaże i wyważone frazy sugerują kontakt z czymś niecodziennym. Tego właśnie szukam w muzyce... Dzięki temu, omawiana muzyka przekonuje do siebie pewnym zestawem unikalnych znaków - idealnie przyswajalnych przez nastawionego na sztukę odbiorcę. Kevin płytą "Galaxies" wpasował się między muzykę ambitną a jednocześnie całkiem przystępną. Złoty środek ;).



niedziela, 15 lipca 2012

Serge Blenner - Libération


   Ludzie mają różne pasje: jedni hodują w akwariach ryby kubiki, inni słuchają namiętnie muzyki ;). Od pewnego czasu pod czaszką kołatała mi myśl aby na swoim blogu przybliżyć postać i muzykę francuskiego kompozytora Serge Blennera. Akurat mieszkając miesiąc we Francji uznałem, że sprawa dojrzała do realizacji. Tym bardziej że, paradoks - siedząc przed francuską klawiaturą, kupiłem na polskim allegro po przystępnej cenie jego płytę "Libération" (1992). Teraz, wróciwszy do swojego kraju, od paru dni rozkoszuję się tą muzyką. Jej twórca jest osobą mniej znaną na muzycznym rynku niż np. J.M.Jarre. Na jego internetowej stronie można przeczytać, że nigdy nie zabiegał o spektakularną popularność. Nie jest też zainteresowany graniem tego co obecnie jest trendy, woli rozwijać swój osobisty styl tworzenia i komponowania. Ta godna szacunku postawa, znakomicie  przekłada się na owoce jego pracy. Wydał do tej pory 17 albumów zawierających dużo ciekawej muzyki. Jej klasyfikacja nie jest jednak taka prosta. Serge od wielu lat żyje w Niemczech i tworzy w swoim studio "Esthématique". Co może być inspiracją dla Francuza mieszkającego w sąsiednim kraju o trochę innej kulturze?  Filozofia, natura i samo życie. A ponieważ te życie w swojej dynamice zmienia się regularnie, również jego dokonania cechuje różnorodność. Na chwilę obecną nie znam jeszcze kompletnej dyskografii artysty, ale skoro wcześniej postrzegany - ku swojej satysfakcji - był jako niepokorne, łamiące wszelkie reguły "enfant terrible",  prześledzenie jego drogi będzie pewnie zajęciem fascynującym.

   Płyta "Libération" jest bardzo sugestywną wizją, dopracowaną formą, dziełem o zwartej, klarownej idei. Niesamowita swoboda z jaką Serge dobiera poszczególne fragmenty swojej układanki, buduje harmoniczne struktury poszczególnych kompozycji, bardzo mi imponuje. Lata pracy nad badaniem muzycznych niuansów, inwestowanie pieniędzy w nieustanny rozwój studia nagrań, musiało przynieść znaczące efekty. W poszczególnych utworach słychać fascynacje Blennera elementami orkiestracji i symfoniki. Gra z rozmachem, niczym potężny demiurg tworzący i niszczący światy siłą swojej zachcianki. Jak doskonały mówca, który bez zająknięcia przedstawia ważne tezy, Serge ze swadą opowiada swoje akustyczne historie. Dźwięki, podobne do stada szybkich gepardów, nieuchronnie biegną ku swojemu przeznaczeniu, zmieniając stosownie do potrzeb swoją trajektorię na drodze do celu. Ta muzyka naprawdę pobudza wyobraźnię ;). Całość ma w sobie jakieś piętno absolutu, choć jednocześnie przyprawiona jest wyważoną dawką romantyzmu. Praktyczny eklektyzm w doborze środków tylko dodaje jej uroku i smaku. Afirmacja życia wyrażona przez kombinacje generowanych elektronicznych przebiegów, modulowanych fal,  przyswajalnych dla uszu dźwięków. Album "Libération" zawiera wszystkie powyższe elementy, i jest świadectwem dobrego wykorzystania ludzkiego talentu, przełożenia umiejętności na praktyczne ich zastosowanie. Altruistyczne aspiracje Blennera dzielenia się ze światem tym co się ma najlepszego, skutkują w efekcie końcowym wrażeniem uczestnictwa w czymś pięknym i wyjątkowym - polecam.
          


sobota, 14 lipca 2012

Important event: Manuel Göttsching again in Poland!!!

English version below:
Ekscytująca wiadomość!!!


  Legendarny niemiecki gitarzysta, wirtuoz instrumentów klawiszowych Manuel Göttsching, ponownie przyjedzie do Polski. Według informacji potwierdzonych przez samego artystę, 8 września 2012 roku zagra, czy też może trafniejsze będzie wyrażenie  - wystawi pokaz multimedialny, w Planetarium warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Spektakularną oprawę wizualną zapewni The Joshua Light Show, znany ze współpracy z takimi gwiazdami, jak Jimi Hendrix, Janis Joplin. Led Zeppelin czy Frank Zappa. Tyle z dostępnych materiałów (http://www.terazrock.pl/aktualnosci/czytaj/Manuel-G_ttsching-zagra-w-Warszawie_.html.).
Wcześniej, jak można przeczytać na stronie muzyka http://www.ashra.com/,  11 sierpnia 2012, Manuel Göttsching  będzie koncertować w Japonii w Makuhari Messe, Chiba, w ramach charytatywnej akcji Dommune's benefit concert, dla sierot które straciły swoje rodziny w trzęsieniu ziem i jego następstw w Japonii 11 marca, 2011.Wejście jest bezpłatne, a koncert można obejrzeć za pośrednictwem live stream z całego świata. 


  Wielokrotnie pisałem na moim blogu o płytach i muzyce tego znakomitego artysty, zachwycając się jego wielką wrażliwością, niesamowitym talentem i imponującym warsztatem. Dzięki takim tytułom jak: New Age of Earth, Blackouts, Dream & Desire, E-2,E-4, Die Mulde and more, na trwałe zapisał się w historii muzyki rockowej i elektronicznej. Do Warszawy nie jest daleko z żadnego miejsca w Polsce, więc przybywajcie fani na te wyjątkowe spotkanie!!!

German legendary guitarist, master of keyboards - Manuel Göttsching will come to Poland again! The artist confirmed that in September 8th he's going to play a concert at Warsaw planetarium belongs to Kopernik Science Center. It will be a great multimedia show with a spectacular visual setting created by The Joshua Light Show, known for his work with stars such as Jimi Hendrix, Janis Joplin, Led Zeppelin and Frank Zappa. Earlier in August 11th, as can be found at http://www.ashra.com/, Manuel Göttsching will be performing in Japan in Makuhari Messe, Chiba, the charity campaign "Dommune's benefit concert" for the orphans who have lost their families in the earthquake and its aftermath in Japan in March 11th 2011. The concert is for free and can be viewed via live stream from the whole world. Many times I was writing on my blog about CDs and music of this outstanding artist, admiring his great sensitivity, amazing talent and impressive skills. With the titles like: New Age of Earth, Blackouts, Dream & Desire, E-2, E-4, Die Mulde, and others, he left an indelible mark on the history of rock and electronic music. Warsaw is not far away from any place in Poland, so the fans come there to see and hear this special event.

sobota, 7 lipca 2012

Gert Emmens - An Artist's Stroke


  Czego można oczekiwać po pięknym zachodzie słońca? Choć różnią się one od siebie w różnych częściach świata kolorem nieba, krajobrazem, przejrzystością powietrza i towarzyszącemu mu krajobrazowi, każdy wie jak to będzie mniej więcej wyglądać. I ludzie od tysięcy lat podziwiają je te same widoki w innej konfiguracji.  Podobnie jest z muzyką Gerta Emmensa.  Ten kompozytor wierny jest od początku pewnej idei, którą konsekwentnie realizuje i motywom jakie eksploruje. Jego utwory  podobne są do obrazów które ukazują zatrzymany fragment rzeczywistości. "An Artist's Stroke" kontynuuje fascynacje artysty właśnie między innymi, projektami rosyjskiego malarza Jurija Pugachova. Gert podaje na tym albumie, niczym wprawny kucharz, odpowiednią porcję powłóczystych sekwencji przy których tworzeniu miał znaczny udział Ruud Heij, ciepłych melodii i łagodnych pasaży. To swoista muzyczna psychoterapia, która otacza słuchacza gamą wyszukanych molowych barw. Idealne lekarstwo na ciężki dzień pełen stresów - chyba jedno z najlepszych jakie znam. Wnikliwi fani zarejestrują pewnie również niewielki udział Cadenced Heaven. Zgrane trio pod dyrekcją wrażliwego instrumentalisty, którego jestem dalej zagorzałym zwolennikiem. Polecam dla romantyków.


środa, 4 lipca 2012

Biosphere ‎– Microgravity



  Ach te debiuty i niekłamana przyjemność z ich przeżywania, oceniania i napawania się każdym dźwiękiem! Norweski alpinista, fotograf, ale dla mnie przede wszystkim kompozytor Geir Jenssen - swoją pierwszą płytę "Microgravity" wydał w 1991 roku. Oj, to już pokolenie temu! Jej zawartość jednak nie zestarzała ani trochę (piszę to na przekór pewnym "fachowym" opiniom). Była ona jakimś novum na fali, czy też obok kilku innych wydawnictw udowadniając że w dziedzinie miksowania dźwięków nie powiedziano jeszcze wszystkiego. Bardzo szybko Jenssen stał się znany w kręgu poszukiwaczy niebanalnych muzycznych kolaży na całym świecie. Uważam że całkiem zasłużenie. Bowiem syntezatorów sprzedano już tysiące, ale naprawdę kreatywnych twórców jest  jak wszyscy wiemy - dużo mniej. Na "Microgravity" Mr. Biosphere postarał się mocno wciągnąć słuchacza w swój świat, serwując paletę tajemniczych brzmień, niekonwencjonalnych wtedy rozwiązań, ciekawych sampli i intrygujących łamańców rytmicznych. Aby całość nie była nużąca, przemiennie występują utwory o różnej dynamice. Choć autor jest Norwegiem, nie uważam jego muzyki z płyty Microgravity za specjalnie zimną. Na pewno pełną niedomówień, enigmatyczną, ale niekiedy też wręcz przebojową (Baby Satellite). I ta umiejętność trafienia w gust kilku różnych grup słuchaczy jest jednym z większych atutów utalentowanego Skandynawa. Niezwykła atmosfera jaka powstaje przy jej słuchaniu jest mi szczególnie cenna. To już część kanonu dobrej muzyki lat 90.