poniedziałek, 30 stycznia 2012

Edward Artemiev - A Book of Impressions


     Zagłębianie się w  mrokach niepoznawalnego - jest pierwszym zdaniem jakie przychodzi mi na myśl po przesłuchaniu płyty A Book of Impressions by Edward Artemiev. To składanka dziesięciu nagrań z lat 1975-96. Zawiera ona zestaw utworów które zebrane w jednym miejscu może nie są jednolite, ale dają pojęcie o wszechstronności rosyjskiego artysty. Powszechnie znany ze swoich soundtracków które z założenia przemawiają do widzów swą przystępnością (choć wiadomo że nie wszystkie), widzi mi się tu Artemiev jako kompozytor niezależny, awangardowy i ze wszech miar twórczy. Na początku proponuję ostrożnie ustawić potencjometr głośności bo "Out There, Where" swoją dynamiką i pompą może uszkodzić zestawy głośnikowe. Dużo się w nim przez pięć minut dzieje, mnogość barw zachwyca, a kontrasty zbijają trochę z tropu. "I'd Like to Return" może kojarzyć się z muzyką elektroakustyczną, miejscami mroczną, wymagającą pewnego oswojenia się z brakiem harmonii. Jedenaście minut różnych eksperymentów, momentów gdzie cisza też jest składnikiem muzyki... choć nie do końca.  Ostatnie trzy minuty to typowy, "ciepły"  Artemiev. Utwór "Ritual" jest ponurą impresją, groza bije z każdej frazy i może pozbawić słuchacza pozytywnego nastawienia. Nie trwa jednak on długo i oto uszy wręcz atakuje kolejny fragment "Three Regards on the Revolution".  Przelewa się z kanału na kanał masa różnych efektów, nawet całych pakietów brzmień które czasami brzmią futurystycznie, niczym oprawa widowiskowego filmu SF.  Ta kakofonia dziwnych odgłosów po kilku minutach aż prosi się o łagodny zgon, lub uproszczenie  formy, jednak autor hamując przebieg wydarzeń nie rezygnuje z ambitnego kształtu dzieła. Podobnie jest z krótkim "Touch to the Mystery" który już bez szaleństw poprzednika utrzymuje melancholijno-minorowy ton.
     Trochę inaczej skonstruowany jest "In the Nets of Time" z głębokim basem i podróżami od ucha do ucha niepokojących, co raz nasilających się dźwięków. Niesamowite zagęszczenie grozy, porównywalne z niektórymi utworami Petera Frohmadera z "Necropolis" jest również namacalne w "Noosphere".  Te dwa ostatnie utwory to muzyka dla ludzi o mocnych nerwach. Ciekawe, że w Noosphere słychać drobne trzaski i "pyknięcia" niczym ze starego analoga. Uff... Mam  wrażenie że dotknąłem jądra ciemności. Łatwiej mi teraz zrozumieć, dlaczego Artemiy, syn sławnego kompozytora, poszedł później podobną drogą.  Po tak intensywnych doznaniach fragment pt."Mirage" z 1976 wydaje się być całkiem przystępną impresją. "Intangible" jest próbą opisania chaosu w bardziej czytelnej i klasycznej manierze, głębokie penetracje dolnych rejestrów, czytelne i wyraziste, na pewno robią wrażenie. Ostatnia impresja na płycie to 17 minutowa suita "Peregrini" z 1975 roku. Imponujące wstawki perkusyjne, zniekształcone dialogi, i sporo elementów... makabrycznych. Ale Edward nie byłby sobą zostawiając  słuchacza w stanie pomieszania emocji. Dlatego ostatnie minuty są zbudowane z lubianych i akceptowanych powszechnie wśród fanów składników. Atrakcyjne basowe ostinato i zmiękczający kobiecy vocal wprowadzają nastrój jak najbardziej pozytywny, choć daleki od komercji.
               Efektem tych zabiegów jest łagodnie płynąca  z głośników nostalgia i świadomość uciekającego czasu. Bardzo ładne zakończenie.  Muzyka  dość różnorodna, choć ukierunkowana w stronę mniej popularnych motywów. Fragmentów zdecydowanie ciemnych, słuchacie Państwo na własne ryzyko.




sobota, 28 stycznia 2012

Tomasz Pauszek (Odyssey) - Trzeba oczyścić umysł i duszę


Tomasz Pauszek, dyplomowany dyrygent, urodził się w 1978 roku w Bydgoszczy. Znany jest ze swojej muzyki elektronicznej wydawanej pod pseudonimem Odyssey, oraz współorganizowania serii koncertów SYNTH ART FESTIVAL.
 
1) Minęło już 10 lat istnienia twego projektu "Odyssey".  Jak doszło do tego że dyplomowany dyrygent Akademii Bydgoskiej postanawia grać muzykę elektroniczną?

T.P.: Muzyka elektroniczna towarzyszyła mi prawie od zawsze. Pamiętam, że gdzieś tak od szóstego roku życia, bardzo mocno zacząłem interesować się muzyką Jean`a Michela Jarre`a. Z czasem oczywiście rozszerzałem swoje zainteresowania na innych wykonawców tego nurtu. Słucham ich nadal i nowych. I przez tyle lat mi się nie znudziło... Sam zacząłem tworzyć już w szkole średniej, długo przed studiami. Oczywiście, to były początki, poznawanie harmonii, struktur brzmieniowych, dźwięków, szukanie nowych, no i zgłębianie tajników syntezatorów. Takie pierwsze prace, eksperymenty. Już wtedy zainspirowany światem dźwięków, ich nieskończonością, bezkresem oraz dziełami Arthura C. Clarke`a, postanowiłem, że moja muzyka będzie czerpała z tych dwóch zagadnień: nieskończoności brzmień, dźwięków i głębi, bezkresu kosmosu. Chodziło mi jednak bardziej o charakter ludzki tych zagadnień, wpływ muzyki, brzmień na wyobraźnię i nasz wewnętrzny „kosmos”. Świat odległy a zarazem bliski, głębia, pustka i samotność kosmosu, który każdy ma w sobie i od czasu do czasu to czuje. Stąd też nazwa projektu, taka podróż, odyseja muzyczna poprzez wewnętrzny świat, emocje, nastroje, uczucia... I tu dochodzimy do pierwszej oficjalnie wydanej płyty, pt. SYNTHARSIS, wydanej w 2001 roku, a skomponowanej już na studiach w ówczesnej Akademii Bydgoskiej.  Ten tytuł bardzo dobrze obrazował to wszystko, o co mi chodziło i o czym wspominałem wcześniej. Ta płyta to miało być takie katharsis poprzez muzykę syntezatorową. Może to i banalne, ale dość myślę, że muzyka elektroniczna jest specyficzną formą wyrazu, gdzie, żeby dotrzeć do sedna kompozycji lub tego, co autor chciał przekazać, trzeba oczyścić umysł i duszę, trzeba podążać za emocjami, za dźwiękami, koncentrować się, a jednocześnie relaksować i odpływać w swój wewnętrzny kosmos. I tak to się zaczęło. Dyplom dyrygenta otrzymałem dopiero rok później, w 2002 roku.

2) Pod tym szyldem wydałeś kilka płyt, wzbogaconych reedycji. Jak oceniasz ten okres?


T.P.: Te ponad dziesięć lat, to piękny okres, pełen poszukiwań, nauki, poznawania instrumentów, gatunków, otwierania się na nowości, dojrzewania. Na moich płytach mocno słychać te procesy. Od poszukiwań ambientowych, przez fascynację brzmieniami lo-fi czy rytmiczną elektronikę w stylu Jarre`a, aż do techno czy gatunków nowoczesnych jak lounge czy dance. Człowiek to jedna wielka emocja i często te emocje i fascynacje determinują nasze działania. Stąd tyle stylów na rożnych moich albumach.

3) Odyssey Studio Poland. Co kryje się pod tą nazwą?

T.P.: Odyssey Studio Poland, to w gruncie rzeczy moje prywatne studio nagrań, w który, nagrywam przede wszystkim swoje utwory, miksuję ślady czy przygotowuję już całe płyty. No i oczywiście trzymam tam wszystkie moje ulubione syntezatory analogowe. Zdarza się także, że wykonuję mastering zaprzyjaźnionym artystom czy tworzę muzykę do gier komputerowych. Czasami też udzielam się jako producent muzyczny, współpracując z innymi, np. z Waxfood. Wykorzystuję to studio dość intensywnie.

4) Jesteś nie tylko muzykiem, ale również animatorem El-muzyki. Współrealizowałeś kilka edycji SYNTH ART FESTIVAL. Poznałeś nowych przyjaciół z którymi zdecydowałeś się na wspólne nagrania, rejestrowałeś swoje kolaboracje m.in. z  Remote Spaces, Pawlakiem... Czy zapamiętałeś jakieś szczególne przygody z tamtych lat?

T.P.: Nazbierało się tego przez kilka lat... No cóż, fakt organizowałem SYNTH ART FESTIVAL przez wszystkie jego edycje. To był czas ciężkiej pracy i walki z przeciwnościami losu. Organizacja plenerowego widowiska dla kilku lub kilkunastu tysięcy widzów, z nowościami technicznymi, laserami, fajerwerkami i tancerzami, jest zajęciem dość wyczerpującym. Ale jakoś daliśmy radę i wyszło to całkiem nieźle. Jestem z tego zadowolony. Bardzo dobrze wspominam ostatnią edycję, która miała miejsce około północy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 roku, podczas obchodów wejścia Polski do Unii Europejskiej. Niestety formuła tego festiwalu się wyczerpała i obecnie już on nie istnieje. Bardzo fajne wspomnienia mam ze współpracy z Remote Spaces nad płytą Ypsilon Project. Nagrywaliśmy ją wyjątkowo u mnie w mieszkaniu w Bydgoszczy. To było dzikie jam-session trwające tydzień. Były rozmowy, zabawa, tworzenie, granie i cudowny klimat, który wspominam do dziś. Pamiętam, że chłopacy spali sofie i na podłodze, w pokoju, w którym nagrywaliśmy, zaraz obok syntezatorów i komputerów. To był czysty rock and roll... Spotkaliśmy się potem jeszcze raz, na kolejnym jam-session, które też było fajne, ale odbywało się już w studiu i miało bardziej profesjonalny przebieg. Bardzo dobrze to wspominam.

5) Na Twoim profilu na Facebooku zauważyłem zdjęcia z wielu podróży oraz fotkę z J.M.Jarrem. Fajna, jak go znalazłeś?

T.P.: Staram się dużo jeździć po świecie, bo fascynują mnie różne kultury i miejsca, stąd te zdjęcia. Co do spotkania z Jarre`m, to doszło do niego dość spontanicznie. To było w Gdańsku w 2006 roku, gdzie Jarre przyleciał na zaproszenie prezydenta tego miasta odebrać nagrodę za koncert w Stoczni. Byłem jednym z gości na konferencji prasowej, która oczywiście miała przebieg oficjalny. Potem zaproszono nas wszystkich na bankiet. Tam właśnie miałem okazję porozmawiać z Jarre`m dłuższą chwilę. To bardzo miły, serdeczny i radosny człowiek. Dużo można się od niego nauczyć.

6) Sprzedajesz swoją twórczość poprzez różne sklepy internetowe w formie elektronicznej np: iTunes, Amazon.com, Fnac.com, Junodownload, Bandcamp, Virgin Mega Store, Simfy, Również label Generator wydał Twoje 3 płyty. Jak do tego doszło?

T.P.: Powiem szczerze, że długo szukałem wydawcy. Zwłaszcza, że postawiłem sobie za cel wydawać tłoczone CD, a nie jak robi wiele wydawnictw muzyki elektronicznej, na CDr. Niestety rozmowy z trzema wcześniejszymi firmami, jedną polską, drugą holenderską, a trzecią norweską, skończyły się fiaskiem. Te dość długie rozmowy i negocjacje zraziły mnie do wydawców, ale postanowiłem spróbować jeszcze raz. Znałem wydawnictwo Ziemowita Poniatowskiego już dłuższy czas i to był strzał w dziesiątkę.
Spodobała mu się moja muzyka, a że chwilę wcześniej zaczął, oprócz dystrybucji, zajmować się także wydawaniem płyt pod szyldem Generator.pl, to rozpoczęliśmy satysfakcjonującą współpracę, która trwa do dziś.

7) Obecnie sam, jak to wcześniej bywało, projektujesz okładki swoich płyt, wysłałeś ponad 20 krótkich filmów na YouTube promujących Twoją muzykę. Robisz to, bo lubisz, czy to życiowa konieczność?


T.P.: Od czasu do czasu bawię się w projektowanie okładek, zwłaszcza gdy mam pomysł i wiem, że mogę go sam wykonać. Lubię to. Podobnie jest z filmami na YouTube. Zrobiłem je amatorsko, ale mają moim zdaniem klimat. To takie zajęcie poboczne. Natomiast, okładki do płyt, które ukazały się w Generator.pl projektował bardzo zdolny grafik Michał Karcz. Jedną z moich płyt ozdobił swoją grafiką również znany bydgoski malarz Waldemar Kakareko, a okładkę i grafiki do utworów i filmów z płyty Early Works Net stworzył Łukasz Pawlak, z którym współpracę też wspominam bardzo dobrze.

8) Twoja muzyka przechodzi różne metamorfozy. Grałeś już klasyczną elektronikę a'la Jarre, elpop,  chillout, ambientowe plumkania... Czy to wynik konkretnych fascynacji inną muzyką, a może ludźmi czy
miejscami?


T.P.: Jak wspominałem, na muzykę i tworzenie mają wpływ przede wszystkim emocje, miejsca i ludzie, którzy te emocje wywołują. Nieraz zainspirujesz się czymś błahym, a czasami są to przemyślenia filozoficzne. Trzeba też wspomnieć, że żyjemy w takich czasach, gdzie nie da się nie słuchać muzyki i czasami pewne elementy „wchodzą do głowy”, stąd też zwroty w kierunku nowoczesnej muzyki w moich utworach.

9) W 2006 roku ukazuje się płyta RND - Distracted. Jest to Twoje nowe oblicze, efekt innego rodzaju poszukiwań i kolejnych wyzwań. Skąd wziął się ten pomysł i co oznacza ten skrót?


T.P.: RND to kolejny eksperyment już dość radykalny, stworzony dość spontanicznie, w ramach zabawy, sprawdzenia się i poszukiwań. Ja uwielbiam eksperymentować, szukać, mieszać gatunki, sprawdzać jak ludzie zareagują na daną mieszankę dźwiękową. To mnie fascynuje. Taki projekt chodził mi po głowie już od 2004 roku, kiedy to przygotowywałem płytę Odyssey`a – Early Works Net, pełną trzasków, szumów i dźwiękowego brudu. To mnie zafascynowało. Zacząłem eksperymentować, tworzyć dziwne struktury. Ale ta twórczość nie pasowała stylistycznie do łagodnego brzmienia Odyssey`a, więc postanowiłem stworzyć nowy projekt pod nazwą RND. Co do samej nazwy, to odnosi się ona do samej idei eksperymentu, który stał się kanwą dla tego projektu. Chodzi o to, że eksperymentując, np. z dźwiękami, nie wiemy do końca dokąd nas ten eksperyment zaprowadzi, że wyniki mogą być różne, czasami zaskakujące. I że często nie da się powtórzyć tego samego kilka razy, za każdym razem mogą wyjść lub wychodzą inne wyniki, różne brzmienia, dźwięki, zrandomizowane struktury. Stąd nazwa RND od RANDOM. To tyle.

10) Czy to prawda że Odyssey schodzi ze sceny, a zostaje RND?

T.P: Tak. W 2012 roku Odyssey schodzi ze sceny, projekt kończy swoją działalność.
Koniec miał nastąpić już w 2011 roku, żeby po dziesięciu latach na scenie zamknąć to ładnie klamrą i skończyć tę muzyczną podróż, ale postanowiłem przedłużyć działalność do tego roku i wydać jeszcze dwie płyty. Na początku 2012 roku Generator.pl wyda ostatnią studyjną płytę Odyssey`a pt. MUSIC FOR SUBWAY – SYMPHONY FOR ANALOGUES, która będzie dwupłytową podróżą metrem do świata muzyki elektronicznej lat 70. Album nagrany został całkowicie na starych syntezatorach i maszynach rytmicznych z lat 70. XX wieku. Myślę, ze będzie to gratka dla miłośników starszych brzmień i sekwencji. To też było moje marzenie, żeby nagrać płytę tylko przy wykorzystaniu starych, często zniszczonych syntezatorów analogowych, nie posiłkując się żadnymi klonami programowymi. Druga płyta, będzie to album podsumowujący 11 lat projektu Odyssey, z najważniejszymi utworami z wszystkich płyt. Album ukaże się w formie elektronicznej we wszystkich większych sklepach internetowych, takich jak iTunes, Amazon, Fnac, Virgin i inne.
 
Dziękuję za wywiad.


T.P.: Ja również bardzo dziękuję.
Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do zapoznania się z najnowszą płytą.



piątek, 27 stycznia 2012

Tangerine Dream - Encore (Live)


    Koncerty zespołu Tangerine Dream od lat wzbudzają niemałe emocje. Szczególnie te starsze, gdy trio poszukiwało nowych form artystycznego wyrazu i każda kolejna płyta była krokiem naprzód w historii muzyki elektronicznej. Utwory jakie znalazły się na płycie Encore to w założeniu fragmenty trasy koncertowej grupy po USA z 1977r. Teoretycznie, bo zamiłowanie do poprawiania rzeczywistości jakie przejawia Edgar Froese i na tym albumie znalazło swój wyraz. Za prawdziwy występ "na żywo", od początku do końca, uważana jest jedynie suita "Monolight", radiowa transmisja z Waszyngtonu. Z dużym poziomem szumów, monofoniczna, a jednak okazuje się być  zróżnicowana i atrakcyjna.  Stereofoniczne można uznać na niej dosłownie dwie chwile, 2-3 efekty przesunięcia się po głowicy taśmy matki, oraz falujące pod koniec odgłosy publiczności. Reszta kompozycji wydanych na płycie, w mniejszym lub większym stopniu została jeśli nie została nagrana ponownie w studio, to na pewno dość mocno w nim "poprawiona". Dlatego, gdy słychać oklaski czy jęki euforii dobiegające z audytorium, można się się zastanowić czy faktycznie tak wtedy reagowano. Przeważająca większość materiału z "Encore" jest mroczna. Taka jest "Cherokee Lane" zaczynająca się z długimi fragmentami stojących brzmień i mellotronowymi zawodzeniami. Na tym tle słychać sekwencję wijącą się niczym wąż, lekko zanikającą, to znów wybijającą na pierwszy plan. Gdy wreszcie w pierwszym poważniejszym przesileniu kształtuje się coś na kształt melodii, dochodzi do tego cudownego mieszania ze sobą solówek i basowych sekwencyjnych podkładów Chrisa Franke. Zwielokrotnił je przez opóźniające linie, możliwe więc że publiczność słuchając tego naprawdę wyła z zachwytu. W  każdym bądź razie, w tym cudownym, pełnym grozy zamieszaniu, wprawne ucho usłyszy we fragmentach motywy z płyty "Sorcerer" a orgia analogowych barw wypełni resztę minut utworu i pozwoli zapomnieć o porównywaniu do siebie różnych płyt (smile). Niesamowite! I ta końcówka tak zagrana, jakby sprzęt się zaciął i muzycy próbowali go doprowadzić do porządku. Później, wspomniany wcześniej "Monolight", który sprawia wrażenie utrwalonego na nagranej taśmie z innym, nie usuniętym wcześniej zapisem. A może tak słychać efekty radiowe?  Grupa po serii dziwnych dźwięków (te akustyczne zawołania usłyszeć można wiele lat później na solowych płytach Chrisa i Petera), wprowadza co najmniej dwie dość komercyjne melodie. Pierwszą na tle prostego rytmu, a drugą wyłaniającą się z pozornego chaosu i powtarzaną niczym refren. Obie przedzielone dynamicznym ostinato rodem z prawie równolegle nagrywanej, wcześniej wspomnianej muzyki filmowej. I ta suita kończy się dość dramatycznie, poszczególne syntezatory wygasają w szumach. Najdłużej słychać frazę perkusyjną a jako podsumowanie mamy dość sentymentalną muzykę na fortepianie.
   "Coldwater Canyon" - trochę byłem zdziwiony tą energią jaka rozpierała muzyków, gdzie  Edgar Froese zawzięcie "pastwi się" nad gitarą, wyciskając z niej nietypowe dźwięki. Wszystko jest tu dynamiczne, a podkłady rytmiczne i solówki rządzą. Ale nie nachalnie, bo wyraźnie słuchać  przygotowane wcześniej, lekko schizofreniczne efekty.  W końcu ten pociąg (tak może się kojarzyć rytm pod koniec utworu), osiąga swoją  docelową stację, a gitarowe przemyślenia znajdują swoje spełnienie.  Zwraca uwagę doskonałe nadążanie pozostałych instrumentów za rockowo grającym liderem. Cały album kończy niesamowity "Desert Dream" przypisywany często Baumannowi. Zachwycają hojnie użyte barwy mellotronów, którymi dysponowali wszyscy muzycy.  Ten refleksyjny fragment jest dobrym odpoczynkiem po ekstrawaganckich popisach z poprzedniej ścieżki. Minimalizm i oszczędność środków wyrazu podbija znaczenie każdej nutki. Po wstępie, basowa sekwencja podkreśla ponury klimat utworu, nasączając go odpowiednią dawką tajemnicy, a smutna melodia podtrzymuje niejasne przesłanie. Przypomina to nocną podróż po ciemnym lesie, lub niepewne błąkanie na powierzchni obcej planety. Bez rytmu, dużo dodatkowych efektów, aż wreszcie wyłania się motyw niczym z żołnierskiej elegii. Jest to bardzo smutne - a jednocześnie piękne. Ale i ta harmonia zostaje przerwana kolejną warstwą umiejętnie budowanej grozy,  z której wybija się ostatnia,  ostra pętla. Niczym potwór z głębin który ukazuje się na chwilę i znika. Niewiarygodne, jak w niespełna minucie można zawładnąć wyobraźnią słuchającego. Czy to się musi tak szybko kończyć? Myślę że te uczucie niedosytu i niedopowiedzenia pozostawiono melomanom celowo. Po wysłuchaniu całości widać jak przemyślnie ułożono całą zawartość "Encore". Ta muzyka jest świadectwem dużej inwencji supergrupy, czasów gdy spektakle  muzyczne połączone z pokazami laserów byłby czymś nowym, świeżym, a trzech przyjaciół żegnało się ze sobą w najlepszej formie - tworząc niepospolite, do dziś atrakcyjne dźwięki.



poniedziałek, 23 stycznia 2012

Tangerine Dream – Finnegans Wake (James Joyce)


   Słuchając albumu Tangerine Dream – Finnegans Wake (James Joyce) 2011, nareszcie się pozytywnie zdziwiłem. Po wielu wydanych gniotach, ta muzyka jest o tyle lepsza, że ma w sobie trochę więcej ikry niż kilka wcześniejszych płyt razem wziętych. Pierwsze  dwa utwory wyróżniają ekspresyjne motywy przewodnie, a trzeci "Resurrection By The Spirit" to odważna wariacja na temat starej płyty Ricochet. Zmiksowano leciwy materiał łącząc go z nowymi motywami czasami jakby na ślepo, z efektem klejonej taśmy odtwarzanej niejako losowo. Może to być sporą niespodzianką, albo przynajmniej ciekawostką dla starych fanów zespołu. Zamiast bowiem jak do tej pory bywało, osłodzić maksymalnie i zepsuć co się da, Edgar rezygnuje z  tej utartej metody, poddając się sile żywiołu. Ponownie się zdziwiłem, gdy kolejny fragment "Mother Of All Sources" zostaje w drugiej minucie poddany zabiegowi który przypomina efekt wyłączenia prądu. Muzyka się rozsypuje niczym domek z kart, po czym na nowo rusza w podróż, już bardziej tradycyjną, ale dalej strawną. To tak jeszcze można panie Froese? Gratuluję zdecydowania w złamaniu zwietrzałych konwencji! Nawet jeśli rozbija się je w niewielkim stopniu. Następny kawałek "The Warring Forces Of The Twins" jest równie dynamiczny co poprzednie. Na pewno już gdzieś to słyszałem, hmm... Ale mimo to czuć, że najwyraźniej te granie sprawia muzykom radość.  Dynamiczna maszyna rusza dalej. "Three Quarks For Muster Mark" ma również tę dawkę pozytywnego myślenia i fajne rockowe solo na gitarze. Koniec płyty pachnie tradycją ostatnich lat: "Everling's Mythical Letter" i "Hermaphrodite" bronią się głównie dzięki ekspresyjnej gitarze, bo podkłady to mają już chyba wieki ;).  W ogóle mam wrażenie, że zespół cofnął się wiele zim do epoki Melrose Years, zapominając o koszmarkach później wymyślanych. Tangerine Dream zaprasza:  "Give yourself a try and dive into a world of sensuous impressions – let Joyce’s story flow through your ears!" Zanurzyć się w świat zmysłowych wrażeń? No  można, choć akurat z dziełami Jamesa Joyce'a słabo mi się to kojarzy. Podsumowując:  Ta jaskółka rewolucji nie czyni, ale jest we fragmentach jakby świeżym oddechem w rzadko wietrzonej jamie artystycznej niemożności lidera. 



niedziela, 22 stycznia 2012

Robert Schroeder - Esthétique


   Estetyka (gr. aisthetikos - dosł. 'dotyczący poznania zmysłowego', ale też 'wrażliwy') – dziedzina filozofii, zajmująca się pięknem i innymi wartościami estetycznymi. Tyle definicji z Wikipedii.
        Jeżeli coś może  Panu pomóc odzyskać równowagę ducha, to na pewno będzie to płyta  "Esthétique" którą Robert Schroeder nagrał w 2011 roku. Takie zdanie może wygłosić niejeden psychoterapeuta, który wierzy w dobroczynną moc muzyki. Nie wiem  jak się czuł Robert  tworząc tę muzykę, wiem za to jak ja się dobrze czuję w trakcie jej słuchania. To prawdziwa muzykoterapia. Lekkość i swoboda z jaką ta muzyka wydobywa się z moich słuchawek jest nadzwyczajna! Warta nie tylko kronikarskiego zapisu, co po prostu zwyczajnie polubienia. Konieczność propagowania tej muzyki wynika też z faktu, że oto ponownie wysokiej klasy profesjonalista, wrażliwy artysta wydaje płytę grającą na wyższych odczuciach odbiorcy. Wzniosłe harmonie, wyrafinowane perkusyjne figury... Jak listy od przyjaciela. Może Robert Schroeder wziął sobie dostarczanie swoim fanom takich ekstremalnie przyjemnych wrażeń za punkt honoru? Fajnie by było... Muzyka oniryczna, kosmiczna i lekko hipnotyczna. Jeśli ktoś powie: "Eee... to po prostu chill-out i lounge" i nada temu ton lekceważenia, to rzeknę: być może, ale jeśli tak, to jest najlepszy chill-out i lounge, jaki słyszałem! Roberta Schroedera badanie piękna jest samo w sobie... piękne.







Tangerine Dream w Polsce 1983, 1997


   Edgar Froese przez wiele lat otrzymywał dużo życzliwych listów od polskich fanów. Zespół Tangerine Dream zdawał sobie sprawę że w Polsce, kraju leżącym na wschód od granicy DDR, jest bardzo lubiany i popularny. 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w tym trochę egzotycznym dla zachodnich Niemiec państwie stan wojenny. Jednak latem 1983 roku przyszła odwilż i zniesiono go całkowicie. Żelazna kurtyna komunizmu osłabła na tyle, że można było przyjechać tam na koncert. Tym bardziej, że właśnie sam Klaus Schulze zakończył w te lato swą trasę koncertową po Polsce i... wrócił bezpiecznie do Berlina (smile). Tak, tysiące melomanów oczekiwało tej chwili, gdy spełnią się ich marzenia. Momentu, gdy ujrzą ukochany zespół grający na scenie w otoczeniu niesamowitych urządzeń zwanych potocznie syntezatorami.



Damian Koczkodon:

    Miałem wtedy 19 lat i z prawdziwą przyjemnością skorzystałem z widowiska jakie przygotowała ta legendarna grupa. Pamiętam siarczyste mrozy jakie panowały wtedy w stolicy i długie kolejki po bilety. Zimowe spotkanie 10 grudnia 1983 roku na hali warszawskiego Torwaru z zespołem warte było jednak zniesienia wszelakich niedogodności. Po porannym zwiedzaniu miasta, zakupie kasetowego decka który potem targałem ze sobą po hali, udało mi się kupić bilet na pierwszy koncert zespołu który miał odbyć się o 18.00. Nie pamiętam już czy zaczął się on punktualnie. Z głośników popłynęła dość długa, nagrana na taśmę zapowiedź Jerzego Kordowicza który w tym czasie przebywał w Skandynawii. Po jej zakończeniu powietrze poddało się potężnej dawce dźwięków wygenerowanej przez sprzęt tria. Kiedy po latach obejrzałem specyfikację instrumentarium jakim dysponował wtedy zespół przestałem się temu dziwić. Ponad 30 urządzeń prawie wszystkich uznanych w branży marek!  Equipment. To musiało zrobić wrażenie! Agresywne akordy pierwszej kompozycji znanej potem jako "Poland" zabrzmiały niczym przemarsz zwycięskich wojsk. Od pierwszej sekundy było wiadomo że to historyczne dla  publiczności jak i samego zespołu chwile. Dynamiczna muzyka bez pardonu zaczęła rządzić w przestrzeni, wypełniając również wnętrza zafascynowanych słuchaczy. Ze specjalistycznych urządzeń wydobywały się dymy, nadając występom szczególnego charakteru. Po niespełna 12 minutach awaria prądu trochę zburzyła tę prawie niebiańską atmosferę. Konsternacja była widoczna na wszystkich twarzach. Zespół nie poddał się jednak i wznowił spektakl. Przedstawił wielobarwną muzykę, pełną kontrastów, ale i ciepła jakie grupa umiała wydobyć ze swoich instrumentów. Grano fragmenty przebojowe jak i mocno kontemplacyjne. Nowe, jak na tamte czasy, modele cyfrowych syntezatorów zachwycały swoją barwą. Grupa potrafiła zagrać z pazurem, ostro, rockowo, co być może było zasługą najmłodszego Johannesa.
  Mimo iż muzyków oddzielały od słuchaczy metalowe bariery, przez blisko dwie godziny Froese, Franke i Schmoelling utrzymywali w pozytywnym oszołomieniu, wręcz błogostanie, kilka tysięcy ludzi. Muzyce towarzyszył pokaz slajdów rzucany na złożony z dwóch części trójkątny ekran. Często widać było na nim białego ptaka w locie. Kształtem przypominał jako żywo gołębia, ale te animowane ruchy skrzydeł zdecydowanie przypominały orła; co być może było gestem zespołu w stronę polskiego godła - również okładki niedawno wydanej płyty pod tym tytułem. Jej fragment był zresztą grany na tym koncercie. Podobnie jak "Exit" czy "Hyperboera". Dużą cześć przedstawianych obrazów stanowiły zabytki architektury i piękne miejsca na naszej planecie. W pewnym momencie technicy wypuścili w górę partię balonów, które zostały rozszarpane przez słuchaczy pragnących mieć swoistą pamiątkę. Sam miałem taki przez kilka lat.. no ale to tylko kawałek gumy;). Oczywiście uczciwość nakazuje mi zanotować również,  że na Torwar niektórzy fani przyszli głównie  w celach towarzyskich i nawet w najciekawszych muzycznych momentach ciągle ktoś chodził pod sceną. Nie tak było pół roku wcześniej podczas koncertów Klausa i Rainera. Schulze i Bloss potrafili skutecznie i dosłownie posadzić publiczność na deskach i całkowicie skupić ich uwagę na sobie.  Nie wszystkie zagrane utwory były równie udane. Pamiętam występ polskiej aktorki recytującej "Kiev Mission". Niestety, to była totalna porażka. Kobieta zbyt mocno akcentowała zdania przerysowując je w sposób wręcz karykaturalny. Nie jest to wina zespołu, Edgar miał dobry pomysł, skąd jednak mógł wiedzieć że kobieta ataksją języka do muzyki "położy" ten fragment? To, co mile się słuchało w języku rosyjskim na płycie "Exit", niekoniecznie musiało być dobrze wykonane w polskim. Nie potrafię też potwierdzić legendy, czy muzycy grali w cienkich rękawiczkach, muzyka zbyt fascynowała oczy i uszy, aby zwracać uwagę na takie szczegóły. No i nie widać było tego na filmie Pawła Karpińskiego. Nie czułem też gazów łzawiących, ani nie zarejestrowałem wzrokiem brutalnych ochroniarzy, o których aktach przemocy krążą legendy... Niezależnie od drobnych potknięć, występy należy uznać za bardzo udane. Wracałem więc pełen radości piechotą na Dworzec Centralny,  mając za drogowskaz widoczny z daleka Pałac Kultury. To były czasy gdy PKP miało przepełnione wagony, a zagraniczne samochody na ulicach były rzadkością. W uszach grała mi jeszcze muzyka,  a w sercu przekonanie o dobrze spędzonym, pełnym niezwykłych wrażeń dniu.
   Zespół po powrocie do domu postanowił wydać płytę z zapisem tych koncertów. Ukazał się dwupłytowy album "Poland – The Warsaw Concert". Doskonałe brzmienie będące zasługą studyjnej, mozolnej obróbki materiału dokonanej przez Chrisa Franke i Johannesa Schmoellinga jest jednym z powodów niesamowitej popularności tej płyty. Choć nie jedynym. Odświętna atmosfera happeningu i prawdziwa radość fanów jaka płynęła z  widowni w stronę estrady miały również swój wpływ na muzyków. A zespół był w doskonałej, szczytowej formie, na jaką nie wzniósł się chyba już nigdy więcej. Ale to co słychać na płycie „Poland”, nie do końca pokrywa się z prawdziwą  muzyczną treścią wypełniającą w 1983 halę Torwaru. Ingerencja Chrisa Franke w oryginalny zapis daleko przekroczyła granice lekkich modyfikacji. Nie zdziwiłbym się gdyby prawdą okazało się przypuszczenie, że niektóre fragmenty nagrano ponownie i podłączono do reszty. Wspominam o tym, ponieważ w 2000 roku powstał projekt rekonstrukcji taśm rejestrujących muzykę z audytorium. Pewien bardzo zdolny dźwiękowiec, człowiek kryjący się pod pseudonimem 3N (pozdrawiam!), postanowił wskrzesić i uszlachetnić zawartość swoich starych kaset magnetofonowych. Z  nich to właśnie i dostarczonych dodatkowych materiałów  zrekonstruował co się dało z posiadanych zasobów. Powstał  tak zwany ‘fan-release”, dwupłytowy dokument pozwalający zapoznać się z prawdziwym brzmieniem i treścią obu warszawskich koncertów z tego grudniowego wieczoru. Oprócz nagrań znanych z oficjalnego wydawnictwa zawiera on kilka unikalnych utworów z których zrezygnowano w legalnej wersji.  Choćby z tego powodu prawdziwy fan powinien go poszukać. I na tym albumie wydanym pod tytułem: "Dreaming on Ice Stadium Evening" można wyraźnie usłyszeć że np. początkowy "Poland" był jednak  trochę inaczej grany na obu koncertach. Ostre frazy zostały w studio złagodzone. Ten rarytas jest obecnie nieosiągalny w swojej pierwotnej formie. Dlatego też cieszę się że mój egzemplarz nr 3 jest jeszcze „na chodzie”. Pięknie jest cofnąć się w czasie o prawie 30 lat i posłuchać zespołu który był kiedyś wyznacznikiem dobrej odkrywczej muzyki, tego co najlepsze w gatunku zwanym czasami rockiem elektronicznym.




Mariusz Wójcik:

    Mój mandarynkowy sen, miał się spełnić 23 kwietnia 1997 roku w dalekim od mojego miejsca zamieszkania  Zabrzu. Mój kolega podał mi numer telefonu, gdzie można było zamówić bilet na koncert  Tangerine Dream. Bardzo sceptycznie podszedłem do realizacji spełnienia mojego marzenia, bo życie czasami  weryfikuje takie plany. Ja od zawsze jestem uparty, jeśli widzę choćby iskierkę nadziei, a takową widziałem w tamtym czasie - choć z perspektywy czasu ten wyjazd był dość problemowym planem, bo przecież ja pracowałem w trybie trzyzmianowym i do tego cały czas  w rozjazdach. Kiedy dostałem potwierdzenie  od kolegi Aleksandra Zaranka,  który był wielkim fanem TD (on  również opisał swoją relacje z tego koncertu w Generator News 1997 rok - fanzin muzyki elektronicznej wydawany przez Ziemowita Poniatowskiego, obecnie Generator.pl), wówczas już na poważnie wyobrażałem sobie mój koncert marzeń. Do dalekiej Ustki służbowo wyjechałem z myślą, że jednak po przyjeździe do domu dosłownie wskoczę do samochodu mojego kolegi Aleksandra i jego żony, by spod Piły wyruszyć na mój koncert marzeń. Tak się też stało - po nieprzespanej nocy wróciłem do domu i w trybie natychmiastowym pożegnałem się z żoną i półtoraroczną wtedy  córką. Przyznam się, że po ciężkiej  nocy jazda autem do Zabrza była  dość uciążliwa ale odsłuchiwanie w aucie kaset  z muzyką Tangerine Dream  ładowało mi akumulator. Kiedy dojechaliśmy pod Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu, w ekspresowym tempie odebraliśmy z kasy zamówione bilety, tak naprawdę to wtedy byłem rzeczywiście  w 100 % pewien, że  będę na  wymarzonym koncercie. 
   Tłum fanów gromadzący się pod Domem Muzyki i Tańca imponował mi, bo nie sądziłem że tylu fanów z naszego kraju oraz z zagranicy będzie uczestniczyło w tym  mandarynkowym święcie. Jak wiadomo, mieliśmy powody do świętowania, bo ostatnia trasa  TD w Polsce to zupełnie odlegle czasy  -  grudzień 1983 rok :).
     Napięcie oczekiwania rosło z minuty na minutę, czułem w sobie narastające podniecenie, które potęgowało rozmowami z El fanami. Przed wejściem do Domu Muzyki i Tańca spotkaliśmy Ziemowita Poniatowskiego  (Generator.pl), który  prosił nas  by jego sprzęt fotograficzny na czas koncertu przechować w naszym aucie. Niestety, nie dostał pozwolenia na wykonywanie  zdjęć, trzeba było posiadać specjalną  akredytacje. Przed samym wejściem  miałem okazje przywitać się z animatorem muzyki elektronicznej w Polsce Arturem Lasoniem, z którym na przerwie koncertu zażarcie dyskutowaliśmy  :) (ale o tym później). Po wejściu na sale DMiT do dziś pamiętam dziwne uczucie narastającego napięcia, migające lampki klawiatur Edgara Froese i kolegów oraz krzątającej się ekipy technicznej TD. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie frekwencja fanów, jak się później dowiedziałem, zdecydowanie więcej fanów pojawiło się na tym Zabrzańskim koncercie, niż  dwa miesiące później w Sali Kongresowej,  na który niestety nie udało mi  się dotrzeć. Pamiętam jak z kolegą i jego żoną siedzieliśmy blisko sceny  a wokół nas pojawiła się grupa inwalidów na wózkach, naprawdę robiło się tłoczno - ale to dobrze, podskórnie wyczuwałem, że będę świadkiem historycznego koncertu TD.
        Kiedy światła wygasały nastąpiła dziwna cisza, zauważyłem muzyków, którzy już byli gotowi do odegrania swojego El muzycznego spektaklu. Edgar po lewej stronie ze swoim  zestawem syntezatorów. Jerome po środku i po prawej  Zlatco Perica, którego energia rozsadzała wręcz, oczywiście to nie cały skład TD.
    Przyznam, że dość sceptycznie podchodziłem do set listy gdyż promowany album "Goblin club"   nie przekonywał mnie i liczyłem na zdecydowanie starsze kompozycje TD i... absolutnie dostałem olśnienia kiedy to o czym skrycie marzyłem, stało się faktem już w po pierwszym zresztą znakomitym utworze  "Waterborn"  z albumu "Oasis", który  przepięknie wybrzmiał wtedy w Zabrzu! Cudowna sekwencja  okraszona spontaniczną partia gitary Zlatco Pericy. Później było  jeszcze ciekawiej, bo  fragment utworu "Poland"  oraz "Siliver scale" , "Exit",  "Stratosfear"  czy też  fantastyczny   fragment  z albumu "Underwater sunlight"  -   wywołały u mnie dreszcze podniecenia  a przy ”Silver scale"  pamiętam, wstałem z łzami w oczach i biłem  gromkie oklaski! Zresztą ta pierwsza cześć koncertu to  była swoista set lista  moich marzeń, aczkolwiek zabrakło wielu pięknych tematów z dekady lat 70. czy 80.,  to i tak byłem usatysfakcjonowany tą mandarynkową muzyką. Koniec części pierwszej dobiega  końca i chwila na ostudzenie  emocji, już po kilku minutach spotykają się fani TD by relacjonować na gorąco ta pierwszą część. Mile wspominam tą piękną, przyjacielską atmosferę entuzjastycznych dyskusji. Jak pamiętam, udało mi się zdobyć piękny plakat promujący tournée TD  "Goblins Club", przyznam zakup był  perfidnie przemyślany, bowiem sądziłem, że uda mi się zdobyć autograf Edgara Froese - tak jednak się nie stało.
       Muszę dodać, że w gronie dyskutantów obok wspomnianego Artura Lasonia (szefa klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej  - współpracownika  Polskie Radio PR II oraz Polskie Radio PR III (biografie Tangerine Dream i Klausa Schulze końcówka lat 80) oraz jednego z największych animatorów wówczas El muzyki w Polsce. Był również Ziemowit Poniatowski   wówczas fanzin Generator news oraz szef Fanklubu  Tangerine Dream  Tangram  - Sławomir Więckowski itd., itd. Tak więc pamiętam, to było swoiste spotkanie na szczycie kochających nie tylko TD ale w ogóle muzykę elektroniczną. Moja  dyskusja z Arturem Lasoniem była na tyle intensywna, iż spóźniliśmy się kilka minut na drugą część, a konkretnie na tą perkusyjną cześć,   cała druga część w większości składała się z wydanego w tym czasie albumu „Goblin Clubs".  Zresztą   o dziwo, znakomicie wypadły wersje  ze studyjnego albumu  "Rockoon",  gdzie  Zlatco Perica popisywał się żarliwymi solówkami gitarowymi, wręcz eksplodował  metalową furią za co otrzymał gromkie brawa. Bardzo ciekawie w drugiej części koncertu wypadły projekcje wideo, w tle można było obejrzeć  fragment filmu "Canyon Dreams"  -  naprawdę zrobiło się bardzo refleksyjnie, muzyka niezwykle działała na wyobraźnie  fanów, zrobiło się nostalgicznie i jakaś nieodgadniona fala utraty każdej upływającej minuty z legendą El muzyki kazała nam absorbować wszystkie zmysły  aby zostało to na długie lata. Kiedy się zaczynały bisy a w Zabrzu  a były trzy, wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami  wyjątkowego spektaklu, który został powtórzony  dwa miesiące później tj, 13 czerwca 1997 roku w Warszawskiej Sali Kongresowej  i jak doniósł mi kolega później -  to ten z  którym wybrałem się do Zabrza a który przybył na drugi koncert TD w Warszawie  –  atmosfera  i  frekwencja zdecydowanie  różniła się od tej z Zabrza, a mimo to bardzo żałowałem gdyż wtedy Edgar Froese spotkał się z fanami i był zdecydowanie bardziej rozmowny niż w Zabrzu. Kiedy po dwóch bisach zbliżaliśmy się do definitywnego końca tego mandarynkowego show, wielkie brawa i w ogóle bardzo entuzjastyczne przyjęcie fanów spowodowały kolejny bis chociaż myślę, że Edgar Froese z góry set listę miał przygotowaną, ale to szczegół bo na sam koniec przyznam zostałem mile zaskoczony fantastyczną wersją geniusza gitary Jimiego Hendrixa! Utwór „Purple Haze" wręcz  eksplodował feerią intensywnych świateł oraz fenomenalną partią Zlatco Pericy  -  przez chwile miałem wrażenie uczestnictwa bardziej w koncercie...  Deep Purple  ;), niż legendy muzyki elektronicznej ;). Na sam koniec Edgar podziękował polskiej publiczności za ciepłe przyjęcie  ale troszkę był zły na nie ogrzewaną sale DMi T  jakby ze złości wymachiwał ręką, zresztą dość sarkastycznie to ujął … przybywam do WAS ... i znowu zimno ;). Tak, Edgar miał rację, bo 23 kwietnia sala Domu Muzyki i Tańca rzeczywiście nie była ogrzewana, choć przyznam szczerze, że od niesamowitych emocji było przynajmniej w moim przypadku bardzo gorąco ;).
   Czekaliśmy uparcie dalej na Edgara, niestety menadżer TD wyszedł i oznajmia nam, że maestro Froese przeprasza nas ale nie może wyjść, no cóż pamiętam moją reakcję – bierzcie ze sobą plakaty i biegiem pod busa, gdzie muzycy TD odpoczywali po koncercie. Podbiegliśmy, ale  okazało się iż Edgar, wyszedł do nas  dosłownie na chwile, zresztą faktycznie zmęczony i przeprosił ale nie będzie rozmawiał,  dopiero po kilku minutach wyszedł z busa Jerome Froese i chętnie z nami porozmawiał itd. Wtedy też stojąc przy drzwiach autokaru pierwszy i ostatni raz miałem okazje zobaczyć Monikę Froese. Drzwi się zamykają, ciepłe i serdeczne pożegnanie i… kończy się moja przygoda  z mandarynkową legendą.
 Kiedy pakowaliśmy się do auta, było już naprawdę zimno, księżyc w pełni… i naszły mnie dziwne myśli… to już naprawdę koniec??... Smutek spełnionego marzenia. Po nieprzespanej nocy, oraz po trudach jazdy do Zabrza, oraz po koncercie TD o dziwo… Nie mogłem zasnąć w aucie. To były tak wielkie emocje, że nie pozwoliły mi na spokojny sen, do dziś kiedy słucham "Tournado" czyli album TD z rejestracją tego Zabrzańskiego koncertu - zawsze wracają wspomnienia z... mandarynkowego snu AD 1997.



      Zespół Edgara Froese nagrywa i koncertuje do dziś, z jakim skutkiem - oceńcie sami, ale nam te stare widowiska zapadły głęboko do serca.


sobota, 21 stycznia 2012

Alpha Flight - Ring of Worlds



   "Alpha Flight - Ring of Worlds" to płyta utrzymana w konwencji tradycyjnej muzyki elektronicznej. Autor Chris Höppner tę senną impresję nagrał w 1994 r. W remiksowaniu projektu pomagał mu sam Peter Mergener. Ale fakt ten nie zdominował zawartości opublikowanego materiału. Słychać że kompozytor miał konkretną wizję, którą konsekwentnie zrealizował. Zawartość można określić jako dość zróżnicowaną muzykę medytacyjną, space music czy fragmentami strawny, ciepły ambient. Dobrze się tego słucha leżąc z zamkniętymi oczami, chłonąc leciwą, spokojną treść... Można nawet zapaść w stan półsnu i wtedy dźwięki krążą swobodnie gdzieś w trzewiach jestestwa... Jest w tym melancholia, zaduma i jakaś głębsza, znana tylko Chrisowi tajemnica. Z wyczuciem dodał ozdobniki i subtelne sekwencje (World of Caves). Trochę odgłosów otoczenia - niby nic nowego - ale ładnie podane, z wyobraźnią. Poszczególne światy jakie słuchacz będzie zwiedzał dzięki inwencji autora, pociągają ciepłymi barwami, pastelowymi pejzażami. Sporadycznie usłyszeć można nieprzyjemne dla ucha efekty (World of Liquid Metal). Budowanie klimatu jest jedną z największych zalet tej edycji. Chrzęst liści pod nogami (World of Endless Forests) rozpoczyna i co jakiś czas wznawia somnambuliczny spacer po bezkresnych puszczach. Gdzieś tam skrzeczą dziwne stwory... Długie, stojące frazy, towarzyszą przedzieraniu się przez "The Space Between Worlds". Potem trochę mroczny, pięknie rozwijający się "World of Crystals" (ciekawie zrobione efekty rozsypujących się kryształków pod koniec utworu). Całość kończy popisowy, zmienny w klimatach i pełen wewnętrznej energii "Lost World - Epilog". Po przesłuchaniu całości zostają bardzo miłe wrażenia. Sporo przebiegów, zmyślne ostinato prawie w każdej ścieżce, dla każdego coś dobrego. We wkładce płyty odniesienia do paru znanych każdemu nazwisk. Muzyka dla romantyków, szukających wytchnienia od udziwnień i eksperymentów. 



czwartek, 19 stycznia 2012

Richard Pinhas - Rhizosphere


    
   W roku 1977, gdy płyta "Oxygene" J.M.Jarre'a już na dobre podbijała świat i tą szczególną lekkością oraz prostotą przekazu przynosiła sławę swojemu pomysłodawcy, pewien dyplomowany profesor Sorbony realizował całkiem odmienną wizję komponowania. Nie wiem jeszcze czy Richard Pinhas zdawał sobie sprawę nagrywając pierwszą solową płytę "Rhizosphere" że również tworzy historię francuskiej muzyki elektronicznej. Ale udało mu się udowodnić, że jego wyrafinowane, dźwiękowe produkcje naprawdę silnie działają  - tyle że na inny, bardziej wymagający typ słuchacza.
      Od początku słychać że Pinhasa rozpiera energia.  Muzyka zawiera bowiem  wiele dynamicznych fragmentów. "Rhizosphere Sequent" niczym rozpędzający się pociąg, pomyka przed siebie skrząc się wielobarwnością wątków, zmiennością sekwencji i mnogością efektów. Biegają one po stereofonicznej przestrzeni w jakiejś niezwykłej, hipnotycznej determinacji.  Spokojniejszy utwór "A Piece For Duncan" brzmi jak kosmiczna wędrówka przesycona niepokojem i ciekawością astronautów. Richard eksploruje tu możliwości jakie daje Moog 55 i Arp 2600. Kręci rozkosznie gałkami oscylatorów. Dalej, obsesyjnie powtarzane motywy zdominują klimat kilkuminutowej ścieżki "Claire P.". Nic dziwnego, skoro utwór dedykowany jest postaci Philipa Glassa.  Solo brzmi czysto i bardzo wyraźne.  W "Trapeze/Interference" muzyka toczy się dość leniwie,  jest trochę mroczną impresją - jakby dla wyciszenia przez tytułową, zakręconą suitą. "Rhizosphere" rozkręca się powoli, przy znacznym udziale perkusisty Françoisa Augera. Ładnie to brzmi na słuchawkach. I tu, jak na początku wydawnictwa, słychać tę nieustępliwość - choć jakby bardziej kontrolowaną.  Przypomina mi ona mozolną wspinaczkę po górskim stoku coraz wyżej i wyżej. W końcu całość przyspiesza tempo, jakby muzykom zaczęło się gdzieś spieszyć (smile). Zmienne przebiegi podkręcają napięcie, można odnieść wrażenie że to nieskończona pętla... Po wyciszeniu, jako track 6, na minutę ponownie wchodzą same efekty... Dziwne to trochę, ale chyba taki podział utworów wyszedł dopiero na wersji CD. Bardzo dobra muzyka, w której słuchacz znajdzie wiele odniesień do tamtych złotych lat EM i pięknego brzmienia analogów. 

     Ciekawe że ta płyta byłą jedną z pierwszych elektronicznych perełek które wysłuchałem w radio około 1979 roku i nagrałem na monofoniczny magnetofon. I bardzo dobrze, bo nic nie straciła ze swojego uroku. A prekursor progresywnej elektroniki był w świetnej formie.


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Polaris & Krzysztof Horn Collision



     Ricochet Gathering oznacza wyjątkowe wydarzenie dla fanów muzyki elektronicznej. To koncerty często w unikalnych lokalizacjach, w międzynarodowej obsadzie muzyków. Ostatni odbył się Berlinie w 2011 roku i miał swój polski akcent. Nie po raz pierwszy zresztą. Zagrali na nim wspólnie Jakub Kmieć znany bardziej jako Polaris, oraz Krzysztof Rzeźnicki który woli sceniczne nazwisko Horn. Owocem tej przyjacielskiej sesji jest płyta "Collision" - muzyka będąca wypadkową zetknięcia się dwóch niebanalnych muzycznych indywidualności. Jednocześnie zadziałał efekt spontaniczności i swobody w podejściu do realizowanego materiału. Muzycy zrezygnowali ze szczegółowo opracowanego planu działania i w dużej mierze zdali się na swoją intuicję. Pierwsza, tytułowa kompozycja "Collision"  to bardzo stonowana muzyka. Aby wychwycić wszelkie niuanse potrzeba skupienia, warunków w których nikt nie rozproszy zbytnio uwagi. Słychać trochę różnych efektów, dość skomplikowany, połamany beat i smutne solo. Mocno odrealniona twórczość z pogranicza delikatnego, ciepłego ambientu. Po tym okresie "dopasowywania się" kolejne kompozycje wydają się być bardziej wyraziste. Więcej pomysłów, barw i energii. W "Mal Du Siecle" usłyszeć można próbki jakby orientalnych instrumentów oraz ludzkich głosów. Wprawne ucho usłyszy też motywy grane w stylu wielkiego Greka oraz rytmiczne rozwiązania charakterystyczne dla amerykańskiej muzyki obrazującej życie pustyni. Ciekawy kolaż. Im dalej tym przytulniej. "Octahedron Moon" w porównaniu do poprzednich utworów można śmiało nazwać "przebojowym". Ale to oczywiście żart z mojej strony. Mam wrażenie że słyszę brzmienie symulatora Eminent, któremu towarzyszą akcenty orientalne. Prawdziwe tygrysy polujące na perełki el-muzyki na pewno polubią ten utwór. "The Parent of All Others" jest krótkim dwuminutowym pośrednikiem między dwoma ciepłymi impresjami. Obecna syntetyczna gitara i trzaski niczym z analogowej płyty pozwalają na określone skojarzenia. "Berolina Train" sięga jeszcze głębiej do klasyki muzyki elektronicznej i w szczególny sposób czaruje słuchacza licznymi modyfikacjami dźwięków. Przez piętnaście minut można jak w transie poddać się pozytywnej energii która płynie z głośników. Ta moim zdaniem najciekawsza na płycie kompozycja, ma w sobie wszelakie cechy dynamicznej relaksacji. I być może jest najbardziej dopracowanym, przygotowanym wcześniej fragmentem materiału. Powinna się spodobać wszystkim fanom. Pozornie beztroskie granie co jakiś czas urozmaica kobiecy głos naśladujący styl dworcowych komunikatów. Rozpędzona kaskada przyjaznych uszom barw w końcu ulega degradacji. Wagon typu "Berolina"  zatrzymuje się u swego celu. Szkoda. No, ale niektórzy mówią że nic nie trwa wiecznie.  Pewną pociechę stanowi fakt, że kończący płytę "Subconscious Choice" utrzymany jest w podobnej konwencji. Z trochę inaczej ustawionym rytmem zachował ten szczególny optymizm poprzednika. Cóż, być może był to podświadomy wybór ;). Płyta kończy się zasłużonymi oklaskami. Kris Horn i Polaris pokazali swoją klasę. 
   Nic dziwnego że płytę oprócz labelu The Ricochet Dream wydał również nasz Generator. Polecam!

sobota, 14 stycznia 2012

Biosphere - Patashnik


       Geir Jenssen jest mistrzem samplingu, intuicyjnego montażu i błyskotliwym realizatorem swoich pomysłów. Ten Norweg mieszkający od jakiegoś czasu w Krakowie, najbardziej znany jest z doskonałej płyty "Substrata". Ale zanim ją stworzył, wydał kilka innych znakomitych albumów. Moim ulubionym jest Patashnik z 1994 - pełen inwencji twór zawierający masę zmiksowanych fragmentów filmów, kosmicznych dźwięków i tylko Geir raczy wiedzieć jeszcze czego. Jego umiejętność stapiania w całość różnych wątków jest tu, na "Patashniku" szczególnie wyczuwalna. I choć poszczególne ścieżki dają się słuchać osobno, razem stanowią integralną całość. W Internecie można znaleźć szczegółowy spis obrazów z jakich Jenssen wyłuskał fragmenty do swoich potrzeb (Scanners, Roxanne czy Village of Damned), mi szczególnie spodobały się rozmowy radzieckich kosmonautów z "Odysei Kosmicznej 2010". Podobnych filmowych odniesień na tej płycie jest więcej i radość sprawia ich odnajdywanie. Miła jest również dla uszu spora ilość misternie i wyczuciem zapisanych rytmów, dzięki którym niekiedy przykleja się Biosphere termin prekursora techno-ambientu. Przyjemnie się tego słucha, mimo iż część utworów jest mroczna jak głębia kosmosu. Najkrótsze podsumowanie tej muzyki to: intelektualna zabawa dźwiękami na wysokim poziomie.
    Wydano do tej pory 13 różnych edycji tego albumu, co świadczy o dużym zapotrzebowaniu na ten rodzaj rozrywki.


czwartek, 12 stycznia 2012

Insomnia - Shadows and Mists


        Cienie i mgły to zjawiska tajemnicze i ulotne. Trudne do kontrolowania, wymykające się logice i wyraźnej definicji. Dokonanie konwersji wyobrażeń powyższych procesów na język muzyki będzie zawsze działaniem  w jakimś stopniu subiektywnym. Niedawno autorzy nagrań z płyty "Shadows and Mists" - Adam Mańkowski i Łukasz Modrzejewski czyli duet "Insomnia" udzielili mi wywiadu. Wspominają w nim o fascynacji mistrzami kina niemego. To źródło inspiracji posłużyło im do stworzenia utworów będących ich własną propozycją ilustracji czarno-białych filmów. Zastanawiałem się jaki to może mieć wpływ na wartość samej muzyki. I doszedłem do wniosku że jeśli już ma, to pozytywny. Bo płyta świetnie broni się bez dodatkowej ideologii. Sześć ścieżek utrzymanych w klimacie stonowanej, ale zazwyczaj lekko uwypuklonej rytmicznie elektroniki, wytrzymuje wiele odtworzeń. Kompozytorzy wiedzą co chcą grać i potrafią to zrealizować. Muzyka jest momentami zwiewna, enigmatyczna, ale jednocześnie jakaś... swojska. Może to skutek subtelnych bitów, które jakby z drugiego planu dodają całości kolorytu? Wydaje mi się, że łódzcy artyści nie tyle chcą zaimponować słuchaczom opanowaniem warsztatu, co pragną stworzyć pewien klimat. Nastrój nie do końca mroczny, nie całkiem też jasny. Ciąg inteligentnie proponowanych skojarzeń, bynajmniej nie trywialnych. Produkt dla słuchacza już trochę wyrobionego, wrażliwego na akustyczne niuanse. Lub propozycja dla całkiem nowych rzesz przyszłych fanów, tych specyficznych barw jakie można wydobyć z elektronicznych samplerów.

    Płyta została wydana w grudniu 2011 przez własny, niezależny label zespołu - Larch Records. Ciekaw jestem, co będzie na ich kolejnych krążkach.

Linki do stron związanych z zespołem:
http://soundcloud.com/insomnia-pl
http://shadowsandmists.wordpress.com/
http://www.facebook.com/insomniapl
http://insomnia-pl.bandcamp.com/


środa, 11 stycznia 2012

Insomnia - Można czasem złamać schematy



1) "Insomnia" to dwóch przyjaciół z Łodzi: Adam Mańkowski i Łukasz Modrzejewski. W 2005 roku postanowiliście dać upust swojej kompozytorskiej pasji tworząc muzyczny duet. Nad czytaniem, słuchaniem i oglądaniem wzięła górę chęć tworzenia swoich projekcji  otaczającego świata.  Jak do tego doszło?

A: Gdy wspominam rok 2005, to odnoszę wrażenie, że narodziny Insomnii były bardzo naturalnym procesem - ilość muzyki, którą odkrywaliśmy w tamtym czasie, była naprawdę ogromna. Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej poznałem solowy, poboczny projekt lidera Porcupine Tree – Bass Communion. Ambientowe pejzaże zawarte na albumach Stevena Wilsona tak bardzo mnie oczarowały, że postanowiłem sam spróbować swoich sił w tworzeniu mrocznych, długich konstrukcji dźwiękowych. Tak właśnie wyglądała nasza muzyka na początku, właściwie pozbawiona rytmu czy jakichkolwiek beatów, była po prostu muzyką tła. 
Ł: Dodajmy, że na początku dość dziwnie patrzyłeś na moje fascynacje na przykład „Ghosts on Magnetic Tape” (śmiech). Znamy się i tak znacznie dłużej, słuchaliśmy podobnej muzyki, w niektórych kwestiach mamy bardzo podobne gusta, choć w innych radykalnie się różnimy. Dla mnie muzyka, w ogóle dźwięk był od dziecka czymś najważniejszym. Zawsze miałem też dość zróżnicowany gust i choć lubię, cenię artystów z różnych muzycznych półek, to twórczo chciałem tworzyć coś z pogranicza takich grup, jak Nurse With Wound, Hafler Trio czy Throbbing Gristle.

2) Nazwa projektu "Insomnia". Czy inspirowaliście się książką Lema, Kinga, lub tytułem filmu Christophera Nolana? A może to po prostu wyraz niepokoju jaki towarzyszy zaburzeniom snu?

Ł: Insomnia, znaczy „bezsenność”. Generalnie, niczym wprost się nie inspirowaliśmy, przynajmniej w sposób jawny, świadomy. Niemniej bardzo lubimy książki Kinga czy Lema, podobnie jak filmy Nolana. Chociaż jego „Bezsenność” widziałem dopiero dwa albo trzy lata temu. Bardzo podobała mi się jego „Incepcja”.
A: Zazwyczaj nazwy muzycznych projektów powstają dość przypadkowo i spontanicznie, w naszym przypadku też nie było inaczej. W bardzo upalny, czerwcowy dzień 2005 roku pracowaliśmy nad muzyką i zdecydowaliśmy, że w końcu wypadałoby jakoś sformalizować nasze poczynania. Wybrać nazwę, założyć stronę internetową itd. Nazwa nie jest szczególnie oryginalna czy też unikatowa, nie była też zaczerpnięta z konkretnej książki czy filmu (chyba, że podświadomie). Chcieliśmy aby zawierała w sobie ludzki pierwiastek, aby kojarzyła się bądź opisywała ludzkie zachowania, procesy życiowe, a że obaj prowadziliśmy i do dziś raczej preferujemy nocny tryb życia, to bezsenność okazała się najbardziej trafna. Z jednej strony jest źródłem cierpienia i jednym z objawów depresji, a z drugiej strony nocna bezsenność może być twórczym okresem w pracy nad muzyką – tak właśnie często jest w naszym przypadku.

3) Wydaliście do tej pory dwie płyty: „Places” w 2010 i " Shadows and Mists" w 2011. Czy przez poprzednie klika lat szlifowaliście warsztat, szukaliście swojej formy wyrazu?

A: Tak, de facto to płyt bądź też kompilacji powstało już znacznie więcej, jednak dopiero od „Places” postanowiliśmy wyjść z naszą muzyką do szerszego grona odbiorców. Praca nad dźwiękami stanowi dla nas ogromną radość i początkowo zgrywaliśmy kompozycje jedynie dla siebie i grona najbliższych przyjaciół. Spływające do nas pozytywne sygnały i reakcje na muzykę Insomnii zachęciły nas do tego, aby zainwestować i własnym nakładem przygotować trochę płyt w wersji fizycznej. Po raz pierwszy zrobiliśmy tak przy okazji naszego innego projektu, Extreme Agony – „Grains” w lutym 2010 roku, później przy okazji „Places”, a teraz krążków „Shadows and Mists” było już znacznie więcej i - co jest bardzo miłe - większość już się rozeszła. 
Ł: W okresie przed „Places” Insomnia była projektem bardziej Adama. Można powiedzieć, że byłem kimś na zasadzie patrona czy ojca chrzestnego projektu. W 2006 roku założyłem niezależny label Larch Records, w którym wydajemy swoje albumy, do większości z nich robiłem także projekty graficzne. Dopiero przy okazji wspomnianego „Grains” rozpoczęliśmy muzyczną współpracę.

4) Waszą muzykę można różnie określić: elektronika, trochę ambientu, minimalizm, szczypta popu.  Ale domyślam się, że bardziej niż poddawanie się definicjom interesuje Was kreowanie pewnych wizji...

A: Tak, masz absolutną rację. Nasza muzyka ewoluowała przez lata i ocierała się zarówno o ambient, chłodniejsze dronowe brzmienia czy też przeróżne formy elektronicznego wyrazu. Dużo zależy od tego, co akurat w danym momencie nas inspiruje muzycznie, a ostatnio także filmowo, czego wyrazem jest właśnie „Shadows and Mists”. Te inspiracje często są zawiłe i zupełnie nie interpretowalne wprost, są po prostu naszym specyficznym systemem odbierania emocji i ich przetwarzania.
Ł: Bo my bardzo nie lubimy definicji, zawsze miałem z tym problem. Z jednej strony wszelkie gatunki to w dużej mierze wymysł krytyków. Z drugiej strony można powiedzieć, że przecież pewne rzeczy musiałyby zostać jakoś semantycznie określone. Jakby nie patrzeć, my skupiamy się na muzyce, jej słuchaniu, tworzeniu, poznawaniu, a nie na dopasowywaniu się do jakiegoś konkretnego gatunku.
A: Nie każdy wyraziłby nieme kino właśnie w taki sposób, jak my. Uważamy, że nie wszystko należy zamykać w ścisłych ramach, a wręcz przeciwnie - można czasem złamać schematy i zachęcić słuchaczy bądź też widzów do poszerzenia horyzontów odbioru. Być może właśnie takie podejście i te dźwięki będą inspiracją dla kogoś innego…

5) Słuchając "Shadows and Mists", płyty ciekawej i przemyślanej, odnoszę wrażenie, że jest tam  gradacja: pierwsze utwory mają w sobie odrobinę optymizmu, im dalej, tym więcej chłodnych klimatów. Jakby zanurzyć się  jeszcze bardziej we mgle...  Czy był to zamierzony efekt? 

A: Utwory na ten album powstawały w długim okresie czasu i zanim jeszcze przystąpiliśmy do wybierania i składania tracklisty wydawało mi się, że każdy z nich to odrębna, skończona forma. Na pewno jest w tym trochę racji i można o tej płycie powiedzieć, że jest mniej spójna niż poprzedniczka. Gdy zdecydowaliśmy się już na 6 kompozycji i ułożyliśmy je w całość, wówczas zacząłem odbierać tę muzykę trochę inaczej i faktycznie jest w tym coś z procesu, w którym zachodzą stopniowe zmiany. W utworze „Empire” jest dużo przestrzeni - motyw przewodni snuje się delikatnie w tle, a kompozycja kończąca to wręcz swoisty epilog swą formą skłaniający do przemyśleń i podsumowań. Określenie epilog nie jest przerysowane, bo tę kompozycję dograliśmy w ostatnim etapie prac nad „Shadows and Mists”.

6) W Waszej muzyce podoba mi się jej "drugie dno", czyli taka konstrukcja, która pozwala na wielokrotne słuchanie i odkrywanie  jej dodatkowych atrybutów. Macie zamiar trzymać się takiego podejścia do materiału?

A: To bardzo miłe spostrzeżenie, które daje wiele sił do dalszej pracy, bo jeśli słuchacze przy kolejnych odsłuchach potrafią odczytać w naszej muzyce inne, nowe emocje, to oznacza to, że struktura tych kompozycji nie jest jedno-linijna. Docierają do nas różne opinie i recenzje, ale wiem też, że każdy odbiera dźwięki subiektywnie, dla jednego będzie to jedynie zbiór kilku niezwiązanych ze sobą elektronicznych dźwięków, a dla kogoś innego te trzy kwadranse będą oznaczać interesującą muzyczną opowieść, być może dźwiękową ilustrację filmowych obrazów albo coś jeszcze innego. Jako słuchacz, poznając nowe płyty, zawsze doszukuję się w nich kilku płaszczyzn, im jest ich więcej, tym lepiej. To samo odczucie staram się przelać na dźwięki powstające pod szyldem Insomnia.
Ł: Widzisz, to w muzyce jest najpiękniejsze, że niczego słuchaczowi nie podpowiada, każdy interpretuje ją na swój sposób. Jeśli odkrywasz drugie, trzecie dno, to tym lepiej. My na co dzień też słuchamy dużo muzyki innych artystów i w bardzo podobny sposób ją postrzegamy. Każdy odbiera dźwięki na swój subiektywny sposób, a im bardziej coś mnie zaskoczy, tym lepiej. To chyba najlepszy komplement dla artysty, więc dziękujemy.

7) Na Waszej stronie internetowej dajecie wyraz fascynacji geniuszami czarnobiałego kina. Ja również lubię czasami do tego wracać. To ciekawe, że ta - patrząc okiem współczesnego odbiorcy - prymitywna technika potrafi do siebie przyciągnąć. Co jest w niej takiego intrygującego Waszym zdaniem? 

Ł: Nie zgadzam się, że kino nieme cechowało się prymitywną techniką. Niektóre rozwiązania i dzisiaj wydają się bardzo nowatorskie. Wystarczy spojrzeć na przykład na „Metropolis” Langa, „Pancernik Potiomkin” czy dokumentalne filmy Wiertowa, Audena, Griersona. Z krótszych form warto wspomnieć o rewelacyjnym, surrealistycznym „Psie andaluzyjskim” Luisa Buñuela i Salvadora Dali. Z rzeczy fabularnych, ale mniej znanych, bardzo lubię „Nietolerancję”. Filmy te są interesujące także od strony emocji. Widzisz, dzisiaj często, choć na szczęście nie zawsze efekty, estetyka idą w parze z emocjami, jakie powinien przekazywać film. Często dostajemy bardzo ładny obraz i na tym się kończy, bo fabuła jest tak płytka, że zmieściłaby się w dwóch, trzech zdaniach.
A: Należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rozwój technicznych możliwości jest wyznacznikiem dobrego kina? Moim zdaniem absolutnie nie, najcenniejszą wartością jest pomysł sam w sobie, sposób w jaki ukazane są sceny, emocje. Z łatwością można wskazać współczesne, wykorzystujące najwspanialsze efekty specjalne i techniczne rozwiązania - obrazy, które jednak nie zachwycają, ponieważ ich przekaz emocjonalny jest zatarty. Stare, w szczególności nieme kino jest urzekające, bo, choć pozbawione możliwości wyrazu za pomocą dialogów, wielokrotnie przyprawia mnie o dreszcze i podwyższony puls – tak silne są w swym wyrazie te sceny. Myślę, że już na stałe pozostanie mi sentyment do kultowego obrazu Murnau’a i scen ukazujących przerażenie w oczach Grety Schröder, czy też spojrzenie owładniętego głodem krwi wampira.
Ł: Oczywiście to nie znaczy, że obecnie nie kręci się dobrych, przesiąkniętych emocjami filmów.

8) Koniecznie zapytam o instrumenty. Czy preferujecie symulatory, laptopy czy korzystacie  również z tradycyjnego sprzętu?

Ł: Owszem, aczkolwiek na najnowszej płycie nie ma tradycyjnych instrumentów, za to na „Places” były na przykład klawisze. Natomiast pierwszy album Extreme Agony opiera się w dużej mierze na dźwiękach przetworzonych gitar, klawiszy oraz krzyków, szeptów, przeróżnych modyfikacjach mojego głosu.
A: Na chwilę obecną korzystamy z dwóch laptopów, samplera, kilku różnorodnych generatorów brzmieniowych i klawiatury sterującej. A z tradycyjnego instrumentarium, tak jak Łukasz wspomniał – wykorzystujemy czasami  gitarę akustyczną i elektryczną – wciąż szlifujemy warsztat w tym kierunku i być może z czasem brzmienie żywych instrumentów stanie się stałym elementem na naszych płytach.

9) Mając tak zwarty i dobrze przygotowany materiał realizujecie się na koncertach?

A: Do koncertów przygotowujemy się intensywnie od jakiegoś czasu. Wciąż jeszcze nie mamy pełnego kompletu sprzętu, aby móc zagrać naszą muzykę na żywo bez uciekania się do odgrywania pewnych fragmentów z gotowych plików. Tu ograniczeniem są niestety finanse, ale całą energię wkładamy teraz w to, aby tę sytuację zmienić i mamy nadzieję, że latem bądź jesienią tego roku uda się stanąć na scenie i zaprezentować „Shadows and Mists” w wersji live.
Ł: Przygotowanie koncertu nie jest wcale takie łatwe. Poza tymi wszystkimi kwestiami ekonomicznymi i technicznymi, graniem fragmentów z pada, co w przypadku elektroniki w mniejszym lub większym stopniu jest nieuniknione, zostaje jeszcze problem miejsca. Jeśli znajdzie się jakiś klub i organizator to jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje.

10) Muzyk ma w sobie wenę, która go napędza do ciągłej kreacji. Domyślam się, że pracujecie nad trzecią płytą?

A: Mamy już pewne pomysły na to, co dalej. Temat starych filmów wciąż pozostanie na pierwszym planie, a nawet zostanie potraktowany znacznie poważniej. Chcemy przygotować ścieżkę dźwiękową do pełnometrażowego niemego filmu. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, ale chcemy wybrać ważny dla nas obraz, taki, który nie doczekał się dotychczas dźwiękowej ilustracji.
Ł: Chcemy znaleźć też coś w miarę oryginalnego. Poza tym aktualnie pracujemy, a raczej dopracowujemy drugi album naszego projektu Extreme Agony. Adam ma jeszcze inne projekty, więc będzie też pochłonięty nimi.

Życzę zatem sukcesów i dziękuję za wywiad!

Linki do stron związanych z zespołem:
http://soundcloud.com/insomnia-pl
http://shadowsandmists.wordpress.com/
http://www.facebook.com/insomniapl
http://insomnia-pl.bandcamp.com/








niedziela, 8 stycznia 2012

Johannes Schmoelling - Time and Tide

 
     Każda kolejna płyta jaką nagrywa Johannes Schmoelling cieszy się dużym zainteresowaniem. Nic dziwnego, zważywszy na jego udział w legendarnym zespole Tangerine Dream, oraz kilka solowych płyt z których może być dumny. Pamiętam też jego energiczny sceniczny image, jaki pokazał na polskich koncertach T.D. w Warszawie zimą 1983r. Ale o tym szerzej napiszę innym razem. Najnowsza płyta "Time and Tide" reprezentuje dobry, profesjonalny poziom. Nie tylko pod względem opanowania instrumentów czy warsztatu, bo to logiczne przy jego wieloletnim doświadczeniu. Istotny jest fakt że Schmoelling dalej jest pomysłowy. W pewnym momencie każdemu artyście ciężko jest przeskoczyć samego siebie i zaoferować coś nowego, atrakcyjnego. Jednak w przypadku ambitnego Niemca tak nie jest - wena mu dopisuje. Słuchając nagrań z "Time and Tide" odnoszę wrażenie że komponowanie przychodzi mu lekko. Poszczególne fragmenty płyty zawierają w sobie zarówno pozytywne emocje jak i refleksję. Johannes umiejętnie rozkłada akcenty, nie nużąc ciągle tymi sami pomysłami. Muzyka ma często charakter ilustracyjny i jest zróżnicowana (Splendid Isolation, The Gift). Niesie ze sobą dużo energii i spontaniczności (Lone Warrior). Spodobać się może solo na fortepianie w "The Answer".  Dalej, w "Zero Gravity" Johannes ładnie wyeksponował poszczególne motywy, przestrzeń i stereofonię. "Beacon Of Hope" faktycznie jest optymistyczny i przyjemny, a pełen napięcia "Life In The Dark" nadaje się na tło filmu akcji. Całość kończy wielowątkowy "Genetic Diversity" i tytułowy "Time and Tide". Zresztą, jedną z cech charakterystycznych tej muzyki jest różnorodność i złożoność. W ciągu kilku minut trwania utworów zmienia się parę razy tempo i nastrój. Tez zabieg może nie pozwala na bardzo głębokie doznania, ale chroni przed nudą.
   Johannes Schmoelling ponownie o to dla nas zadbał.



sobota, 7 stycznia 2012

Marek Biliński - Mały Książę


     Marek Biliński jest jednym z niewielu krajowych muzyków którzy nagrywając programową muzykę elektroniczną osiągnęli medialny sukces. W latach 80. ubiegłego stulecia stał się bardzo znany i do dziś obok Józefa Skrzeka i Niemena jest najszybciej kojarzony z taką twórczością. Pamiętam jeszcze konkurs na tytuły utworów do pierwszej jego płyty "Ogród króla świtu". Ogłosił go Jerzy Kordowicz w PR III Polskiego Radia. I pamiętam też tę satysfakcję że i u nas w kraju mamy tak uzdolnionych kompozytorów. Faktycznie, już od debiutanckiego albumu udało się Markowi wylansować autentyczny przebój: "Fontanna radości" a później niesamowity "Dom w Dolinie Mgieł". Na pewno w ugruntowaniu renomy pomógł mu też teledysk "Ucieczka z tropiku". Marek koncertował i nagrywał kolejne płyty popularyzując skutecznie muzykę elektroniczną w kraju i za granicą. Po czterech latach spędzonych w Kuwejcie, czterech albumach z lat 80. były widowiskowe występy w latach 90 i wysokie miejsca w rankingach popularności. W międzyczasie twórczość teatralna, baletowa, filmowa i oprawy programów telewizyjnych. Ale muzyki na płytach ukazało się później niewiele. Po trochę kontrowersyjnej "Fire" z 2008r, dwa lata później - miła niespodzianka. Marek Biliński wraca z bardzo dobrą, retrospektywną płytą "Mały Książę". Ta przestrzenna muzyka, ideowo oparta na kilku wcześniejszych pomysłach, fragmentach nagranych na Polymoogu z lat 80., poddana została nowej aranżacji. Ale klimat starych analogowych syntezatorów pozostał. I to jest piękne! Czternaście krótkich utworów zainspirowanych książką Antoine'a de Saint-Exupéry'ego tworzy przyjemną w odbiorze mieszankę różnorodnych tematów. Czasami są to fragmenty ciepłe i sentymentalne (Miłość), a czasami dynamiczne, przebojowe, w których Marek ujawnia swoją wysoką manualną sprawność. Tematy Małego Księcia i Róży przeplatają się wzajemnie, dając artyście pretekst do zagrania kilku krótkich, ale ekstrawaganckich solówek (Róża, Pożegnanie Róży). Na tej płycie usłyszeć można również dużo akcentów kosmicznych (Katastrofa) i wstawek niemal transowych (Na Ziemi), tak popularnych w muzyce Bilińskiego blisko trzy dekady wcześniej. "Mały Książę" to dobra muzyka.
     Być może niektórzy będą mieli za złe powtarzalność głównych motywów, ale ja słucham tych dokonań z prawdziwą przyjemnością, doceniając starania kompozytora.




piątek, 6 stycznia 2012

Tangerine Dream - Mona Da Vinci



      Cieszę się że nie piszę recenzji dla jakiegoś sklepu muzycznego aby im podnieść poziom sprzedaży. Możliwość wyrażania tego co się naprawdę myśli jest przyjemnym aspektem wolności. Każdy był kiedyś w dyskoncie i widział te same produkty mleczne stojące w szeregu. Również w fabryce samochodów, rzędy lśniących egzemplarzy tego samego modelu gotowe do zejścia z taśmy. Coś podobnego przychodzi mi na myśl gdy słucham nowych płyt Tangerine Dream. Przypominają one artykuły do masowej konsumpcji. Bardzo podobne do siebie kompozycje z płyty "Mona Da Vinci" wydanego jako CUPDISC (EP) z 2011r, są pozbawione cech wybitnych. Nie zapadają w pamięć, nie są oryginalne. Papka serwowana przez Edgara Froese obnaża jego artystyczny marazm. Nie potrafi uwolnić się od brzmień jakie kiedyś znalazł i uznał za warte publikacji. Jednak to, co zachwycało na "Stuntmanie", "Hypeborei" czy "Poland", przetrawione po raz tysięczny jest po prostu mdłe. Wielka szkoda że Tangerine Dream - kiedyś marka znakomitej muzyki, symbolu żmudnych artystycznych poszukiwań, jest dzisiaj pretekstem do głównie handlowych działań. Być może nie jest to wina Edgara Froese, tylko taki jest otaczający nasz, zły świat? Teraz wartości ulegają spłyceniu, a liczy się być kimś i dużo mieć... Wracając do muzyki. Z tej fali nijakości zalegających "Mona Da Vinci" wyróżniłbym jednak kompozycję "Phantoms And Oracles" - wykonane z zapałem przez Zlatko Perica solo na gitarze odrobinę odróżnia je od reszty, oraz ostatnią - "Hunting For Illusions" utwór mający w sobie pazur, dramatyzm i odpowiednią dynamikę. Choć to oczywiście nic nowego pod słońcem. Przeczytałem swoje wcześniejsze recenzje nowych płyt Tangerine Dream. I zauważyłem z przykrością, że też się powtarzam w używaniu określeń i przymiotników mających oddać istotę tego "problemu".
   Ale trudno znaleźć poezję na półkach spożywczego marketu.






czwartek, 5 stycznia 2012

Remote Spaces - Silos



      Ta płyta to już historia polskiej muzyki elektronicznej. Dwóch zdolnych kompozytorów: Krzysztof Horn i Konrad Jakrzewski stworzyło dość ambitny projekt w ciekawych klimatach starych mistrzów gatunku. Album "Silos" został nagrany około 2000/2001 roku, a wydany przez Requiem Records w roku 2004. Bardzo ciekawa okładka zaprojektowana przez Łukasza Pawlaka z silosem sfotografowanym przez Daniela Robaszewskiego zapowiada treść cokolwiek tajemniczą. Faktycznie muzyka jest spokojna, fragmentami melancholijna, a jednocześnie intrygująca. Jak na klasyk przystało, sporo o niej można przeczytać w Internecie. Dodać od siebie pragnę, że muzycy wykorzystując wzajemne oddziaływanie, chemię jaka bez wątpienia przez kilka lat między nimi istniała, nagrali delikatną, wielobarwną, nadającą się do częstego odsłuchu muzykę. Choć składa się ona z popularnych kiedyś składników, nadali swemu dziełu wysoką jakość. Próby odtworzenia klimatu kosmicznych przestrzeni zapisywane przez wielu zdolnych przedstawicieli Szkoły Berlińskiej, w wykonaniu Remote Spaces są wyjątkowo udane. Celebrowanie nastroju, powolne rozgrywanie pomysłów tak, aby na końcu ubrać je w przystępniejszą formę, to jeden z atutów i sposobów duetu na realizację. Najbardziej "przebojowa" i tchnąca szczególnym ciepłem jest "Arpematik Part 2". Korzystając z okazji, poprosiłem Krzysia Horna o wyłuskanie paru nieznanych szerzej szczegółów dotyczących realizacji:
"Płyta miała się nazywać "Infrared" - podczerwień w pierwotnych założeniach, ale zmieniły się one właśnie po koncercie na Mooszelce. Materiał był podwójnie miksowany. To co dostałem od Jerzyka 3N zremiksowałem ponownie. Gdzieś jest on jeszcze w stanie surowym, przed moim ostatecznym miksem. Myślę, ze ma go Maciek "Juma" Gozdek. Wiele osób pyta o nazwę "Arpematik".To skrót od mathematic arpeggiator - arpe-matic: matematyczny pasaż. Przebiegi w tym kawałku (mam na myśli drugą część) były zaprogramowane na podstawie funkcji matematycznej. Pierwsza część z kolei powstała pod wpływem "Aqua" Froese'go. "Silos" - tytułowy kawałek to oczywiście ukłon w stronę Schulze, a "Świt" to Mandarynki lat 80-tych. Więc generalnie każdy utwór powstał pod wpływem czyjejś muzyki, dwa pierwsze Infraredy nagrał Konrad, znając jego upodobania pewnie wzorował się na TD. Jeszcze dodam, ze sam Arpematik miał być osobnym materiałem, po jakimś czasie dograłem 3 część, ale mam tylko skopaną wersję z koncertu w Jeleniej Górze na Ricochet Gathering. Na Jamendo skleciłem to do kupy: http://www.jamendo.com/pl/album/95880. Arpe2 powstał pod wpływem klubowej składanki drum'n'bassowej [smile]. Miałem w tamtych czasach kumpli DJ-ów, którzy podrzucali mi inne klimaty, żebym jak on twierdzili - zaczął grać normalną muzykę [smile]".
Tyle współautor nagrań Krzysztof Horn. Cóż jeszcze można dodać?

   Uważam że dobrej muzyki powinno się przede wszystkim słuchać, a dopiero później o niej  dyskutować, zapraszam więc tych których jeszcze nie znają tego zapisu do premierowego dla nich odsłuchu na Jamendo: http://www.jamendo.com/es/album/95712. 


środa, 4 stycznia 2012

Ultravox - Rage in Eden


      Ultravox "Rage in Eden" z 1981r. to moja ulubiona płyta tego zespołu. Grupa uwolniła się wreszcie od grania w manierze Kraftwerk, odczuwalnej na albumie "Vienna" i wydała znakomity materiał będący kwintesencją ich własnych przemyśleń. Dynamiczne kompozycje, ułożone w dopasowany logicznie ciąg, przez wiele lat porywały mi nogi do wybijania rytmu, a rękę w celu wzmocnienia potencjometru głośności sprzętu, do granicy tolerowanej przez uszy sąsiadów. Pomijając pierwszą, trochę komercyjną w warstwie muzycznej piosenkę "The Voice", pozostałe nagrania są rewelacyjne. Prawdziwa uczta dla młodego człowieka, który ma wysokie zapotrzebowanie na "inteligentny hałas". Ale i teraz, po 30 latach, dobrze mi się tego słucha. Tak więc "We Stand Alone" po dziwnej wstawce syntezatora, szybko wciąga swoim rytmem. Gdy Midge Ure zastanawia się - "Być może poszliśmy za daleko" - ekspresyjna perkusja wspaniale współgra z basową frazą. Rytmiczna gitara i wyraziste solo syntezatora idealnie uzupełniają resztę spektrum. Tytułowy "Rage in Eden" jest spokojniejszy. Lepiej słychać towarzyszące chórki, a muzyka nabiera psychodelicznego charakteru. Więcej pogłosów, dźwięki to zanikają, to wracają niczym z rozregulowanego odbiornika radiowego. W "I Remember (Death in the Afternoon)" Midge Ure śpiewa o piciu dużych ilości alkoholu i rozpamiętywaniu ekstremalnych zdarzeń. Choć muzyka jest znów żywiołowa, nie sposób nazwać ją popową. Delikatnie zmodyfikowana, świetna konstrukcja rytmiczna basu i perkusji wprowadza w "The Thin Wall". Dziwna poezja i znów mroczne teksty w stylu "A ci, którzy szydzą znikną i umrą". Zespół nagrał do tej piosenki ciekawy klip który bez trudu znajdziecie na YouTube i pod tą recenzją. Obsesyjnie wygrywanej kadencji ciąg dalszy słychać w utworach: Accent on Youth - The Ascent. Napięcie uzyskane w kilku powtarzanych taktach pięknie urozmaica tu smyczkowy instrument. Rytmiczna kaskada wygasa w spektakularny sposób w łączniku z kończącym album  utworem "Your Name". Te "przejście" tak bardzo spodobało się redaktorom PR III Polskiego Radia, że chyba do dziś jest tam odtwarzane... Smutny koniec i retrospektywne wizje jakie ma wokalista, być może nie nastrajają pozytywnie, ale trafiają do takich słuchaczy, który nie lubią cukierkowatych zakończeń. Ta bardzo zaangażowana muzyka doczekała się 42 wydawniczych wersji (kilku na kasetach), w tym poszerzonej, dwupłytowej edycji CD z 2008r. Zawiera ona na dodatkowym krążku przeważnie koncertowe nagrania z Crystal Palace i Hammersmith Odeon, zarejestrowane również w 1981r. Nie są to więc jakieś kombinacje z materiałem studyjnym, tylko autentyczne wersje "live". 
   Prawdziwy rarytas dla fanów ambitnego synth-popu.







wtorek, 3 stycznia 2012

Kitaro - Kojiki


      Kitaro jest bardzo płodnym japońskim kompozytorem łagodnej muzyki elektronicznej i filmowej. Od 1978 roku do chwili obecnej (01.2012) wydał ponad 50 albumów. Do moich ulubionych należą między innymi: "Astral Trip", "From the Full Moon Story", "Kojiki" i "Dream". Na tych dwóch ostatnich, Kitaro jest już doświadczonym profesjonalistą, wręcz weteranem. W życiu każdego artysty przychodzi moment kiedy jest u szczytu formy i pełen wiedzy którą umie przekuć na dzieło swojego życia. Potem często, choć nie zawsze, występuje tendencja schyłkowa. Dla Kitaro takim doniosłym momentem było nagranie w 1990r. płyty "Kojiki". Dobrze wykorzystał na niej swoje atuty: umiejętność tworzenia nastroju, precyzyjne budowanie monumentalnych struktur rozsypujących się w imponujących chwilach ich spełnienia, wrażliwość i delikatność w obróbce muzycznej tkanki, oraz inteligencję widoczną w programowaniu całości. Legenda o stworzeniu i historii Japonii okazała się dobrą inspiracją. Tak jak towarzystwo muzyków z The Skywalker Symphony Orchestra. Użycie ludowych instrumentów rytmicznych, obecność kilku rockowych akcesoriów i syntezatorów Yasuo Ogaty dało kapitalny efekt końcowy. Nie wiem co bardziej podziwiać: grozę "Hajimari" słodycz "Sozo", zwiewność i romantyzm "Koi", czy mocne akcenty orientalne w "Orochi"? Ten ostatni z wymienionych utworów to amalgamat form i stylów kontrolowany przez prawdziwego wizjonera. Zresztą, na pozostałych utworach i całej płycie pięknie przeplatają się smyczki, harfy, flety, bębny i syntezatory. Jak nigdy dotąd udało się Japończykowi zachować idealne proporcje między harmonią a chaosem, dosłownością przekazu i patosem, który niejednokrotnie wcześniej Masanori Takahashi serwował z dużą przesadą.

      Jednak "Kojiki" - jego opus vitae - jest nie tylko idealnym połączeniem tradycji z nowoczesnością (piękne solówki na gitarze elektrycznej Hiroshi Araki), ale również świadectwem dobrego wykorzystania talentu, kompozytorskich umiejętności i zarządzania ludzkim zespołem.