wtorek, 11 grudnia 2012

Przemysław Rudź - Discreet Charm Of An Imperfect Symmetry (Electronic Improvisation In Seven Movements)




  Ostatnio z coraz większym upodobaniem słucham różnych muzycznych eksperymentów.  Dodam, że dość trudnych w odbiorze. Dlatego trochę z mieszanymi uczuciami zasiadłem do przesłuchania kolejnej płyty Przemka Rudzia. Bo pomyślałem sobie: Czym on może mnie jeszcze zaskoczyć? Gra w sumie dość popularną odmianę muzyki elektronicznej. Tymczasem pełen dynamicznej energii Przemek ukończył nowy projekt pt. "Discreet Charm Of An Imperfect Symmetry (Electronic Improvisation In Seven Movements)". Skorzystałem z  przedpremierowego zapisu demo, i choć to plik mp3, to po raz pierwszy od niepamiętnego czasu musiałem wyłączyć w odtwarzaczu korektor. Mastering został zrobiony tak, że zastosowanie equalizera staje się zbędne, bo zaburza balans tonalny całości. No tak,  nagrania są bardzo rzetelnie zrealizowane, wręcz  dopieszczone. Czytelnik mojej recenzji może jednak zadać sobie w duchu pytania: Czy tak częsta emisja nowej muzyki nie obniża jej jakości? Jakie pobudki kierują artystą? Zawartość płyty odpowiada na te pytania nie gorzej niż  dołączona adnotacja muzyka.  Według opisu Przemka, idea powstania tego materiału zrodziła się jednej nocy, a w ciągu dwóch następnych był gotowy zarys całości.  Improwizacje ograniczone tylko pragnieniem utrzymania ciszy nocnej, spokojnego snu sąsiadów...  Pierwsze słuchanie uświadomiło mi, że Rudź na dobre odszedł od stylu trzech pierwszych płyt. Niewiele tu sekwencyjnych pętli, dynamicznych zwrotów akcji, imponujących fajerwerków.
  To muzyka w dużej mierze, choć nie cała, stawiająca na refleksję,  stan zadumania, a ulotność  wrażeń, jest dominującym doznaniem. Być może  niektórzy wierni fani nie strawią takiego novum, ale za to w ich miejsce na pewno pojawią się nowi.  Rzecz jasna, jest też pewna niespodzianka. Przemek dla uzyskania większej harmonii. poszerzenia spectrum swoich nagrań, zaprosił dwóch przyjaciół  To Jarek Figura na gitarach i Marek Matkiewicz na perkusji (Oczywiście, znamy tych Panów, więc nie na samym zaproszeniu polegał trick). Perkusję i gitary słychać nawet dość mocno. Te granie jest również w jakiejś mierze spontaniczne. Sprawia że  wspólne utwory brzmią momentami jak dobry, stary progresywny rock a'la Pink Floyd. W zasadzie od dawna unikam takich porównań, ale pewnie David Gilmour spojrzałby na te trio z uznaniem. Pozostałe nagrania z trudem wcisnąłbym w ramy (jeśli ktoś lubi definicje)  kosmiczno-arktycznego ambientu,  jakby kontynuację tematów z Paintings ("Movement 1" sugerować może bliskie spotkanie z ....). Oniryczny, wręcz somnambuliczny klimat który się unosi nad tym projektem, spodoba się nocnym markom i  entuzjastom brzmień bardziej wysublimowanych, Oczywiście, Rudź nie byłby sobą, gdyby nie pozostawił trochę miejsca  dla delikatnego arpeggio, jednak podobne elementy charakterystyczne dla klasycznej muzyki elektronicznej są jakby wycofane, na drugim planie...
Stawiając na szczerość przekazu, a nie komercyjny sukces, Rudź zasługuje na szacunek. Nawet jeśli nie każdemu spodoba się jego nowe oblicze. Progres, czyli postęp wpisany w swoją artystyczną drogę, uznał za ważniejszy  od podążania utartymi ścieżkami  ściśle określonych zdarzeń.  Element zaskoczenia górujący nad chłodną kalkulacją, emocje do końca nie wyczuwalne, dodają jego muzyce spontaniczności.  A przecież to nie koniec nagrań i eksperymentów z freestyle Przemka Rudzia. Kolejne czekają niecierpliwie na  czas swojej premiery.