poniedziałek, 17 grudnia 2012

Michał Karcz - Moja praca jest moim sposobem na samospełnienie

 
  Michała Karcza poznałem przygotowując wywiad z szefem labelu War Office - Marcinem Bachtiakiem. Michał w telefonicznej rozmowie powiedział: "Ja tylko zaprojektowałem okładkę". Przyznam, że ujęła mnie ta skromność. Potem znów natknąłem się na dzieła Michała Karcza pracując nad recenzjami muzyki Przemka Rudzia. Okładki tych płyt zaprojektowane przez Karcza, świetnie korelują z twórczością Przemka. Przyjrzałem się bliżej innym pracom Michała. Mają dużą moc oddziaływania, i są często mroczne niczym obrazy Beksińskiego, a jednocześnie równie fantastyczne jak dzieła Wojtka Siudmaka.  Postanowiłem zrobić wywiad z tak uzdolnionym grafikiem. Długo czekałem na odpowiedzi - ale było warto.





Damian Koczkodon: Jak doszło do tego, że stałeś się rozpoznawalnym w branży grafikiem, robiącym okładki do różnorodnych płyt CD, książek i filmów? Chyba nie usiadłeś pewnego dnia i pomyślałeś: od dziś zostaję specjalistą w tej dziedzinie!  Czy jakaś myśl o tym kołatała ci w Liceum Sztuk Plastycznych lub w Warszawskiej Szkole Reklamy?


Michał Karcz: Zacznę od tego, że muzyka prawie od zawsze miała duże znaczenie w moim życiu. Ilustrowała masę sytuacji, zdarzeń, pomagała w gorszych chwilach i inspirowała mnie. Już podczas nauki w Liceum Sztuk Plastycznych starałem się tak ukierunkowywać moje twórcze działania, aby wychodziły bezpośrednio ze mnie, z mojej potrzeby wyrażania. Ale też ilustrowania muzyki, inspirowania się nią, co oczywiście było raczej sprzeczne z dość sztywnym programem nauczania sprowadzającym się do teorii, techniki i utrwalania tego. Bardzo rzadko zdarzało się, iż dostawałem wolne pole do działania, ale ta część zajęć i kreacji była pomijana w ogólnej ocenie przez profesorów. Na szczęście, zdarzały się chwile kiedy mogłem połączyć fascynację muzyką z chęcią ubierania jej w odpowiednią oprawę graficzną. Zajęcia z projektowania były chyba tym pierwszym impulsem, który zaowocował pojawieniem się trwałej myśli i pragnienia zaistnienia na rynku jako grafik tworzący okładki.

Niestety, po tym okresie nie miałem zbyt wielu okazji i czasu na kontynuowanie pasji.

 Powróciło to do mnie dopiero na początku 2004 roku, kiedy postanowiłem spróbować połączyć cyfrowe narzędzia z istniejąca wtedy fotografią. Technologicznie były to początki lustrzanek cyfrowych, w każdym razie niełatwo dostępne dla zwykłego użytkownika. Fotografowałem analogowo, skanowałem i wprowadzałem pracę do komputera. Było to czasochłonne, nie zadowalało mnie jakościowo, ale sam efekt zaczynał być już interesujący, a szerokie możliwości jakie dawał odpowiedni software spowodowały, ze po prostu się w tym zakochałem. Dopiero teraz mogłem łączyć fascynację malarstwem i swobodę kreacji z realistycznym spojrzeniem na świat poprzez fotografię. Składowe tych dwóch technik powodowały, ze powstawało coraz więcej prac, ulepszałem technikę i wstępowałem z tym na portale poświęcone fotografii. Uczucia były mieszane, szczególnie kiedy do oceny wyników mojej pracy przysiadali tradycjonaliści. Po jakimś czasie jednak zacząłem powiększać grono entuzjastów i zwolenników tego co robiłem. To nakręcało mnie do dalszej pracy, inspirowało i pomagało wypracowywać styl. Przyzwyczajony formatem analogu tworzyłem kompozycje na bazie kwadratu i w ten sposób automatycznie moje prace były często widziane jako okładki do płyt. Bodajże w 2005 roku odezwała się do mnie mała, niezależna, mająca jednak na swoim koncie ciekawe realizacja wytwórnia płytowa War Office Records. Tak się zaczęło. Zdobywałem doświadczenie w branży, jednocześnie realizując powoli swoje marzenia - co trwa do dziś dzień :). Automatycznie przeniosło się to z czasem na inne pola jak okładki do książek czy też plakaty.


D.K.: Projektując daną okładkę płyty zawsze słuchasz muzyki do której ma pasować i starasz się "chwycić moment" ? Bo wydaje mi się, że tak chyba to wygląda...  Masz jakiś klucz do tego  (kawa, wieczór,  odpowiedni nastrój), czy za każdym razem może być inaczej?

M.K.: Jest dokładnie tak jak piszesz. Nie zawsze jednak miałem taki luksus. Swojego czasu, aby zaistnieć i mieć z czego żyć, brałem prawie każde zlecenie. Bez względu na to czy muzyka była w stanie mnie zainspirować, zainteresować lub nie. W obecnej chwili mam w tej kwestii już wolną rękę. Nie robię niczego na siłę i tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Wolę pracować nad jedną okładką 2-3 miesiące i być zadowolonym z efektów, niż wytwarzać je jak fabryka w krótkim czasie i nie czuć żadnych emocji związanych z kreacją.

 Do pracy preferuję wieczór, co chyba jest zrozumiałe. Odpowiedni klimat, skąpe światło, jakiś wewnętrzny spokój, poza tym inaczej też odbieram po zmroku sączące się z głośników dźwięki. Tak samo jak sama muzyka, na wyobraźnię i pierwsze szkice w głowie oddziałują tytuł płyty, tytuły utworów, a także jakieś prywatne myśli muzyków, o które zawsze pytam na początku współpracy. Co chcą powiedzieć słuchaczom, jaki był zamysł stworzenia takiego, a nie innego materiału. To niejako obowiązkowe pytania, które naprowadzają mnie na odpowiednie tory.


D.K.: Podejrzałem  Twoją stronę  WWW  (http://www.michalkarcz.com/) i dział Artworks. Mam wrażenie, że Twoje pierwsze prace były bardziej stonowane w kolorach i mroczne, a obecne są cieplejsze, bardziej pogodne.  Zgodzisz się z tą opinią?

M.K.: Zgadza się. Ja też widzę różnicę. Widzę także ogromny progres, zarówno w jakości tych prac jak i użytych środkach wyrazu. Niemniej jednak, mam takie odczucie, że starsze prace, pomimo niedoskonałości technicznych miały więcej do powiedzenia w sensie ukrytych treści. Może się mylę, nie mnie oceniać. Teraz trudniej jest mi przemycić coś takiego, mając na koncie prawie 800 prac. To tak jakbym już prawie wszystko powiedział i wydobył z siebie ;). Choć prace tworzę pod wpływem specyficznych chwil, myśli, muzyki, która ciągle dociera do mnie nowa… jest troszkę trudniej. Patrząc na całe portfolio, widać dokładnie praca po pracy, jak zmieniało się moje nastawienie do tego co robię, do otoczenia, psychika. To co widać, to odzwierciedlenie emocji, zmian życiowych, dobrych i złych chwil.

D.K.: Masz na swoim koncie współpracę ze znanymi  muzykami np. Steve Roachem. Jak do tego doszło?  

M.K.: Nie wiem czy na pewno było dokładnie tak jak opiszę, ale z tego co pamiętam, zaczęło się od tego, że moja znajoma z jakiegoś portalu fotograficznego, mająca podobne zainteresowania wyjechała do USA, dokładnie do Arizony, do Tucson. Tam też, będąc związana ze znaną galerią sztuki nowoczesnej, automatycznie miała styczność z Roachem, który dosyć aktywnie uczestniczy w życiu kulturalnym tej okolicy.  Zdaje się, ze po prostu wspomniała o mnie i o moich pracach w dużej mierze inspirowanych jego twórczością. Po jakimś czasie, ku mojej uciesze, znalazłem w skrzynce mailowej wiadomość od samego mistrza, w której wyrażał się niezwykle entuzjastycznie o moich pracach. Po krótkim czasie zamówił u mnie 3 wydruki zawierające motyw konia, gdyż w tamtym czasie wraz z żoną prowadzili rancho, gdzie odbywały się spotkania w ramach terapii, które prowadziła właśnie Linda. Tak się zaczęło. Nie minęło zbyt dużo czasu jak Steve poinformował mnie, ze pracuje nad nową płytą, do której chciałby abym zrobił cały artwork. Było to spełnieniem moich marzeń więc niedługo po tym jak otrzymałem wstępny zarys koncepcyjny i płyty z materiałem do inspiracji, zabrałem się do pracy. Wykonałem kilka wstępnych projektów, które podobały się Steve’owi jak i Samowi Rosenthalowi ( wydawcy płyty z PROJEKT RECORDS ), jednak w dalszym ciągu ta wizja nie zazębiała się idealnie. W pewnym momencie powstała jedna z moich bardziej rozpoznawalnych prac, bez namysłu wysłałem ją Steve’owi. Odpowiedź była natychmiastowa „TO JEST WŁAŚNIE OKŁADKA NASZEGO ALBUMU”. I wtedy właśnie płyta DYNAMIC STILLNESS otrzymała główną oprawę graficzną. W zapowiedzi płyty Steve umieścił notatkę dotyczącą całego procesu twórczego i wspólnego oddziaływania na siebie podczas  pracy. To było coś fantastycznego. Potem zrobiłem kolejną okładkę, odnosząca się tematycznie do płyty DYNAMIC STILLNESS – AFTERLIGHT, kolejna po 2 latach THE DESERT INBETWEEN. Roach jest w swoim gatunku klasyką, a także muzykiem rozpoznawalnym w innych kręgach, toteż automatycznie właśnie w nich wzrosło zainteresowanie tym co robię. Wiadomość się rozeszła i efekty mojej pracy również. Powstały kolejne okładki dla twórców, którzy właśnie krążą gdzie po tej orbicie: Frank Van Boagert, który nagrał płytę wraz z Erikiem Wøllo, który z kolei nagrywał wtedy już płytę z Rochem. Przyszła kolej na solową płytę Erika – GATEWAY, do której zaprojektowałem przyjętą bardzo entuzjastycznie okładkę. Potem wpadłem do wytwórni SPOTTED PECCARY tworząc da panów Hellinga & Jenkinsa. To była jedna z ważniejszych okładek, gdyż w jakiś sposób ugruntowała moją pozycję na rynku zdobywając jednocześnie nagrodę w kategorii COVER ART ZMR MUSIC AWARDS. Płyta zdobyła dodatkowo nagrodę za najlepszy album elektroniczny roku i najlepszy album w kategorii "ambitne". Niedługo po tym dostałem propozycję pracy przy nowym albumie Craiga Padilli…itd., itd.….;).

D.K.:  O... szok. Przyjemnie się to czyta :). Faktycznie,  Twoja okładka do płyty JON JENKINS & DAVID HELPLING – "The Crossing" została wyróżniona nagrodą. Gratuluję, bo to oznacza że ktoś pilnie ogląda Twoje prace, nie uważasz? A konkurencja pewnie duża..

 M.K.: Dziękuję. Faktycznie konkurencja jest duża na tym rynku i jest bardzo dużo pięknych realizacji, które spokojnie uznałbym za znacznie lepsze od moich, a jednak udaje mi się trwać na tym rynku, zdobywać nowych klientów, którzy są bardzo zadowoleni z efektów końcowych. Nagroda, którą dostałem była więc dla mnie zaskoczeniem i miłą niespodzianką, ponieważ takiego wyróżnienia za moją prace zleconą nie dostałem. Poza tym znaczenie ma dla mnie, że okładka powstała do tak świetnej płyty dwóch genialnych muzyków. To kolejny powód do zadowolenia, że moje nazwisko może być kojarzone właśnie z nimi. Coś po mnie zostanie ;).


D.K.: Twoje okładki dla Generatora, jest ich sporo i mają pewien styl. Jak udało Ci się przekonać do siebie bossa firmy - Ziemowita?  Czy to działa na zasadzie rekomendacji? Czy konsultowałeś jakieś szczegóły z np. Przemkiem Rudziem, czy miałeś wolną rękę?

M.K.: Od 1995 roku jestem klientem sklepu GENERATOR. To jedyne tak obszerne źródło zaopatrywania się w moja ukochaną muzykę. Dzięki niemu poznałem wielu nowych twórców  (tak naprawdę najpierw było dawne STUDIO EL-MUZYKI, ale to u Ziemowita można było dostać nieosiągalne gdzie indziej wydawnictwa ). Potem był pamiętny fanzin, którego wszystkie egzemplarze posiadam jako pamiątkę. Nie pamiętam dokładnie, ale kiedy byłem już w fazie tworzenia prac inspirowanych muzyką postanowiłem wysłać Ziemowitowi próbkę, tak po prostu. Pokazać, że istnieję i jestem wdzięczny za to co robi. Wymieniliśmy kilka zdań na temat tej pracy i potem jakoś kontakt się urwał. Parę lat później znowu zaczęliśmy rozmawiać i tematem miała być zmiana strony wizualnej strony GENERATOR.PL. Zgodziłem się na współpracę również z sentymentu. Po jakimś czasie Ziemowit oznajmił, ze ma zamiar zacząć wydawać muzykę pod szyldem GENERATORA. Jako, ze wtedy już tym się zajmowałem, było to niejako zachętą dla mnie do dalszej współpracy, która w końcu zaowocowała stworzeniem serii, do której zrobiłem 23 okładki. Miałem dużo satysfakcji widząc, jak kolekcja się rozrasta i jestem jej współtwórcą. Dodatkową przyjemnością byłą współpraca z muzykami, których dzieła już znałem, miałem w kolekcji i inspirowałem się nimi wcześniej. Miałem świadomość, ze  w ten sposób gruntują jakąś pozycje w wyselekcjonowanym gronie twórców i odbiorców.

Powstawanie każdej okładki łączyło się z akceptacją koncepcji i finalnego tworu przez Ziemowita i autora muzyki.

D.K.: Lubisz elektronikę, mroczne filmy i podobną im muzykę np. Lustmord. Czy jesteś zdania że to ciekawsze inspiracje niż słodko-cukierkowe produkcje? Zauważyłem że tworzysz nie tylko pod zamówienie, ale bo Cię coś urzekło.


M.K.: Tak, zdecydowanie takie klimaty wpływają lepiej na moją wyobraźnię, kształtują myśli, sny. Wole znacznie trudniejsze w odbiorze dzieła niż przystępne i łatwe, choć mówimy tylko o tym co jest najbliższe mojemu sercu. Nie zamykam się jednak w życiu codziennym na żadne gatunki i w swojej płytotece znaleźć można dużo różnej muzyki odpowiedniej na każdy nastrój lub potrzebę chwili. Muzyka towarzyszy mi non stop, więc słuchając tylko tej cięższej w odbiorze i skomplikowanej chyba szybko bym się nią zmęczył. Jeśli zaś chodzi o repertuar filmowy, to zawsze cenię wiele aspektów, które wpływają na to, ze do mnie trafia. Jest ich zawsze więcej niż podczas słuchania muzyki – to zrozumiałe.

D.K.: Powiedziałeś mi niedawno, że nie ze wszystkich swoich prac jesteś do końca zadowolony. Ale to chyba inaczej być nie może, pewnie masz napięty, ograniczony czas, klient naciska, a muzykę można po jakimś czasie odebrać inaczej. Czy to w tym jest problem?

M.K.: Jeśli chodzi o czas realizacji to zawsze staram się mieć swobodę i odpowiednią ilość czasu tak, aby pomysł mógł swobodnie ewoluować. Faktem jest, ze często pierwsza myśl, idea jaka przychodzi do głowy jest tą finalną i wymaga tylko odpowiedniego szlifu. Na początku każdego, nowego przedsięwzięcia ustalam datę pierwszego, wstępnego projektu. Jeśli przeczuwam, ze może być problem z wywiązaniem się z terminu – rezygnuję. Moja praca jest moim sposobem na samospełnienie, dlatego też staram się aby nie tylko klient był zadowolony z ostatecznego efektu. Kiedy dociera do mnie końcowy produkt, chcę być z niego dumny i zadowolony. Zawsze wkładam 100% swoich możliwości, stąd często też odrzucam nowe wyzwania ze względu na brak czasu, lub brak „chemii” między mną, a zaproponowanym tematem, materiałem muzycznym. Długo pracowałem na tę swobodę, ale myślę, że było do czego dochodzić. Obecnie sam decyduję o tym z jakim projektem będę się zmagał i jest to dla mnie bardzo wygodnie. Zadowolenie z całości dorobku lub poszczególnych prac dotyczy wszystkiego co wychodzi spod mojej ręki. Zarówno prac zleconych, jak i tych, które powstają z samej potrzeby kreacji. Z punktu widzenia czasu widzę co można byłoby zrobić lepiej, doskonalej, jakich elementów użyć, których swojego czasu nie miałem w swoim zbiorze zdjęć. To dosyć męczące kiedy nowe pomysły ścierają się z potrzebą reedytowania starych. Brak czasu jednak w jakiś sposób łagodzi ten spór wewnętrzny ;).  To takie chyba chorobliwe dążenie do doskonałości.

D.K.: Ma je wielu artystów... Masz sporo pracy i zamówień, czego można się spodziewać w przyszłości, czy taką "karierę" można zaplanować?


M.K.: Rzeczywiście jest tego trochę i dlatego z części muszę rezygnować. Pierwszeństwo zawsze mają dla mnie bliskie memu sercu klimaty, stali klienci i muzycy, którzy są dla mnie inspiracją. Staram się łączyć samorealizację ze źródłem utrzymania. W każdym razie, póki co, jest coraz lepiej :). Oczywiście oprócz projektowania okładek robię inne rzeczy, które wymagają troszkę mniej pracy umysłowej, a opierają się na tym co jest już gotowe lub na zwykłej pracy manualnej. Retuszuję zdjęcia, projektuję plakaty, przygotowuję je w kwestii kompozycji, kolorystyki i dodaję coś od siebie. Te dodatkowe zajęcia dają mi możliwość przebierania ofert w kwestii projektowania okładek. Dają mi swobodę w kwestii finansowej. Co do przyszłości. Jestem bardzo optymistycznie nastawiony do tego co być może mnie czeka. Mam zaplanowanych kilka projektów, które spokojnie sobie czekają na odpowiedni czas. Mogę napisać, że będzie to własna muzyka, do której stworzenia przymierzam się już od 2 lata, ale zawsze nie mam na to czasu. Czas pokaże. Drugim znaczącym dla mnie projektem jest zamiana moich prac w ruchome obrazy. Chciałbym poszerzyć spektrum środków mojej wypowiedzi do filmowania. Postarać się stworzyć ruchome obrazy odzwierciadlające klimat i kolorystykę moich prac fotograficznych. Rozmawiałem o tym projekcie nawet ze Steve Roachem i wstępnie pomysł mu się spodobał. Jako, ze sam muszę mieć kontrole nad wszystkim, ten pomysł będzie wymagał dużego nakładu czasu i środków. Chciałbym stworzyć coś wyjątkowego w jakości HD, a więc musiałbym użyć odpowiednich technik zarówno zapisu obrazu, jak i późniejszego masteringu i authoringu. Jasną sprawą jest, ze cała oprawa graficzna też spoczęłaby na moich barkach ;) Zobaczymy jak to będzie. Oba pomysły krążą bezustannie wokół mojej głowy wiem, że łatwo nie odpuszczę.

D.K.:  Czy tworzysz też okładki do płyt analogowych, czy jest to trudniejszy proces?

M.K.: Wydaje mi się, że ze względu na powierzchnię do wykorzystania taka okładkę byłoby mi na pewno szybciej stworzyć. Nie ma nic przeciwko temu, ale póki, co nikt nie zechciał powierzyć mi tego zadania. Rozmiar okładki jest idealny na dużą pracę i byłoby to dla mnie wielką przyjemnością umieścić obraz większy jak standardowe 12x12 cm dla pudełka CD. Jestem jak najbardziej za…może po prostu muszę czekać :).

D.K.: Życzę powodzenia i dziękuję za udzielenie mi wywiadu.