wtorek, 28 sierpnia 2012

Klaus Schulze - En=Trance

 Pod koniec lat 80. Klaus po raz któryś już zrobił swoim fanom wielką niespodziankę. W 1988 roku ukazuje się na rynku płyta 'En=Trance". Cztery suity, każda z nich trwająca około 18 minut, ukazują jakby nowe oblicze Mistrza, albo jak kto woli, kolejną modyfikację jego stylu. Od technicznej strony wspomnieć można o fascynacji Klausa brzmieniem Rolanda, ponieważ do nagrania En=trance posłużył się on aż 7 instrumentami tej firmy, plus drum machine zwaną Roland TR-505 Rhythm Composer. W porównaniu do wyżej  wymienionych, syntezatory Korga, Akai czy Yamahy, stanowią li tylko uzupełnienie zestawu. Jednak w tym wszystkim muzyka jest najważniejsza, bo to ona powoduje miłą gęsią skórkę podczas słuchania. Pierwsza, tytułowa część brzmi właściwie jak wstęp do większych wrażeń. Z trochę pompatycznym zadęciem, zimna niczym lód w dobrym drinku, pełna różnych efektów, po pięciu minutach klaruje się dzięki wprowadzeniu rytmicznej struktury. Jak to u Klausa bywa, stanowi bazę do wprowadzania różnych różnych solówek i modyfikacji. Druga suita "α-Numerique", jest już odrobinę cieplejsza w odbiorze. Słuchając jej odnoszę wrażenie, że ten kolejny podkład to jedno wielkie oczekiwanie, gdzie napięcie nie ulega zbytniemu rozładowaniu, a istota sprawy dzieje się jakby "podskórnie". Ciekawie brzmi tu zaprogramowana perkusja którą w stworzonej przestrzeni idealnie się komponuje. Ale w ostatniej minucie Klaus jednak nie wytrzymuje i podkreśla wizję mocnym quasi-symfonicznym akcentem. To jest  piękne. "FM Delight" przenosi słuchacza na wyższy poziom emocji. Z głośników wydobywają się długo brzmiące, posuwiste frazy, o wyraźnie sentymentalnym, a jednocześnie - jak wszystkie utwory z tego albumu - transowym charakterze. Podziwiać można biegłość z jaką Schulze porusza się po klawiaturach i programach. Bardzo zakręcona muzyka, spodoba się pewnie romantykom. "Velvet System" mocno zrytmizowana, gęsto wypełniona samplami kobiecych głosów, które co jakiś czas unoszą muzykę w inny wymiar. Duża część tej suity jest zagrana z zadziwiającą swadą i lekkością. Nie przeszkadza mnogość powtórzeń, bo na nich przecież opiera się tytułowy trans. Można nieźle odpłynąć przy takiej terapii :). Ostatnie pięć minut jest cudowną codą, pełną zmian i dysonansów. Jakby muzyk bał się że nie zdąży dokończyć dzieła... Zagrane z nerwem i polotem kończy się  operowym samplem. Bardzo miłe doznania. W roku 2005 pojawia się reedycja albumu powiększona książeczkę, fotki i... ośmiominutowy bonus track: Elvish Sequencer. Wdzięczna ta kompozycja to typowy produkt Klausa z polowy lat 70. Dla mnie zdecydowanie za krótki. Oczywiście, w zupełnie innych klimatach niż cztery poprzednie dopasowane do siebie utwory. Nie ma jednak co narzekać, bo te osiem minut jest niesamowite. Efekty kręcenia gałkami czy też potencjometrami, uzyskiwanie wypadkowych z ustawień filtrów, jest dla mnie źródłem emocji wysokiej próby. Piszę te słowa myśląc o swoich własnych doświadczeniach w badaniu możliwości wirtualnego Minimooga. Oddarło to co prawda muzykę innych kompozytorów z otoczki technicznej tajemnicy, ale utrwaliło we mnie przekonanie że jeszcze nie wszystko w tym zakresie powiedziano. I Elvish Sequencer  mnie też w tym utwierdza.