środa, 4 lipca 2012

Biosphere ‎– Microgravity



  Ach te debiuty i niekłamana przyjemność z ich przeżywania, oceniania i napawania się każdym dźwiękiem! Norweski alpinista, fotograf, ale dla mnie przede wszystkim kompozytor Geir Jenssen - swoją pierwszą płytę "Microgravity" wydał w 1991 roku. Oj, to już pokolenie temu! Jej zawartość jednak nie zestarzała ani trochę (piszę to na przekór pewnym "fachowym" opiniom). Była ona jakimś novum na fali, czy też obok kilku innych wydawnictw udowadniając że w dziedzinie miksowania dźwięków nie powiedziano jeszcze wszystkiego. Bardzo szybko Jenssen stał się znany w kręgu poszukiwaczy niebanalnych muzycznych kolaży na całym świecie. Uważam że całkiem zasłużenie. Bowiem syntezatorów sprzedano już tysiące, ale naprawdę kreatywnych twórców jest  jak wszyscy wiemy - dużo mniej. Na "Microgravity" Mr. Biosphere postarał się mocno wciągnąć słuchacza w swój świat, serwując paletę tajemniczych brzmień, niekonwencjonalnych wtedy rozwiązań, ciekawych sampli i intrygujących łamańców rytmicznych. Aby całość nie była nużąca, przemiennie występują utwory o różnej dynamice. Choć autor jest Norwegiem, nie uważam jego muzyki z płyty Microgravity za specjalnie zimną. Na pewno pełną niedomówień, enigmatyczną, ale niekiedy też wręcz przebojową (Baby Satellite). I ta umiejętność trafienia w gust kilku różnych grup słuchaczy jest jednym z większych atutów utalentowanego Skandynawa. Niezwykła atmosfera jaka powstaje przy jej słuchaniu jest mi szczególnie cenna. To już część kanonu dobrej muzyki lat 90.